Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona18/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18

***

Księżna nie spała. W tej chwili była w połowie wysokości wieży, na linie ze związanych prześcieradeł. Miniony dzień spędziła wydłubując stopniowo zaprawę wokół prętów w oknie, chociaż prawdę mówiąc, przez przeciętny mur w zamku Lancre można by się przebić kawałkiem sera. Dureń! Dał jej sztućce i dużo pościeli. Tak właśnie reagują ci ludzie. Po­zwalają, by strach myślał zamiast nich. Bali się jej, chociaż wie­rzyli, że mają ją w swojej mocy (a słabi nigdy nie mają silnych w swej mocy, nigdy naprawdę). Gdyby sama wtrąciła się do wię­zienia, przeżyłaby niemałą satysfakcję sprawiając, iż pożałowała­by, że w ogóle przyszła na świat. Ale oni dali jej koce i martwili się o nią.

Cóż... Wróci tu. Czekał na nią wielki świat, a potrafiła tak pociągać za sznurki, by ludzie robili to, co chciała. Tym razem nie będzie się obarczać mężem. Słabeusz! Był najgorszy! Nie miał odwagi, by stać się tak zły, jaki był w głębi duszy, o czym wiedziała.

Wylądowała ciężko na mchu, odpoczęła chwilę, po czym z no­żem w ręku przemknęła wzdłuż zamkowych murów do lasu.

Przedostanie się do granicy i tam przepłynie rzekę, a może zbuduje tratwę. Do rana będzie już za daleko, by zdołali ją odna­leźć. Zresztą wątpiła, czy w ogóle będą szukać.

Słabeusze!

Zadziwiająco szybko szła przez las. Były w nim w końcu trakty dość szerokie nawet dla wozów, a ona miała niezłe wyczucie kie­runku. Poza tym musiała tylko iść w dół. Kiedy trafi na wąwóz, pój­dzie z biegiem rzeki.

I nagle wydało jej się, że wokół jest zbyt wiele drzew. Wciąż widziała trakt, prowadzący mniej więcej we właściwym kierunku, ale drzewa po obu stronach rosły gęściej, niż można by się spo­dziewać. A kiedy próbowała zawrócić, za nią nie było już drogi. Oglądała się co chwila, na wpół oczekując, że zobaczy przesuwają­ce się drzewa, ale zawsze stały ze stoickim spokojem, mocno zako­rzenione w mchu.

Nie czuła wiatru, ale słyszała szelest liści.

- Dobrze - mruknęła pod nosem. - Niech będzie. I tak od­chodzę. Chcę odejść. Ale wrócę.

Wtedy właśnie trakt doprowadził ją do polanki, której nie by­ło tu wczoraj i nie będzie jutro - polanki, gdzie światło księżyca odbijało się od rozmaitych rogów, kłów i zwartych szeregów lśnią­cych oczu.

Słabi zebrani razem są zapewne godni pogardy, ale księżna uświadomiła sobie, że unia silnych może stanowić poważniejszy problem.

Przez kilka sekund panowała cisza, zakłócana jedynie cichym posapywaniem. Potem księżna uśmiechnęła się, uniosła nóż i ru­szyła do ataku.

Pierwsze szeregi zgromadzonych zwierząt rozstąpiły się przed nią, a potem zwarły na powrót. Nawet króliki.

Królestwo odetchnęło.
***

Na wrzosowiskach, w cieniu niebosiężnych szczytów, po­tężny nocny chór natury ucichł. Świerszcze przestały ćwierkać, umilkły pohukiwania sów, wilki miały ważniej­sze sprawy.

Jedna pieśń niosła się echem od urwiska do urwiska, grzmiała w ukrytych wysoko kotlinach, zrywała miniaturowe la­winy. Przebijała się tajemnymi tunelami pod lodowcem i traci­ła ostatni ślad zrozumiałości, gdy dźwięczała między ścianami lodu.

By się przekonać, co takiego jest śpiewane, trzeba by wrócić do gasnącego ognia przy stojącym głazie, gdzie rezonanse i fale przeciwnych ech ogniskowały się na niewysokiej, starszej kobiecie machającej pustą butelką.

- Łabędzia w wodzie, białego jak kreda. I tylko jeża...

- Najlepiej smakuje z samego dna butelki - oświadczyła Magrat, starając się przekrzyczeć śpiew.

- Zgadza się - przyznała Babcia i wychyliła kubek.

- Zostało jeszcze?

- Sądząc po głosie, Gytha wykończyła wszystko. Siedziały wśród pachnącego wrzosu i patrzyły na księżyc.

- No i mamy króla - stwierdziła Babcia. - Koniec kłopotów.

- Tylko dzięki tobie i Niani. - Magrat czknęła.

- Dlaczego?

- Nikt by mi nie uwierzył, gdybyście nie przemówiły.

- Tylko dlatego że nas poproszono.

- Tak, ale wszyscy wiedzą, że czarownice nie kłamią. To było najważniejsze. Wiesz, wszyscy widzieli, że są bardzo podobni, ale to mógł być przypadek. Wiesz... - Magrat zarumieniła się. - Sprawdzi­łam, co to jest droit de seigneur. Mateczka Whemper miała słow­nik.

Niania Ogg przerwała śpiew.

- No tak - powiedziała Babcia Weatherwax. - Cóż... Magrat zdała sobie sprawę, że atmosfera stała się nieco na­pięta.

- Powiedziałyście prawdę, tak? - upewniła się. - Rzeczywiście są braćmi, tak?

- O tak - potwierdziła Gytha Ogg. - Zdecydowanie. Byłam przy jego matce, kiedy twój... kiedy nowy król się rodził. I przy królowej, kiedy rodziła małego Tomjona. Powiedziała mi, kim jest ojciec.

- Gytho!


- Przepraszam.

Wino uderzało Magrat do głowy, ale kółka zębate w mózgu jakoś się jeszcze kręciły.

- Chwileczkę...

- Pamiętam ojca Błazna... - Niania Ogg mówiła powoli i wy­raźnie. - Bardzo atrakcyjny młody człowiek. Nie zgadzał się ze swo­im tatą, wiesz, ale przyjeżdżał od czasu do czasu. Zobaczyć się z przyjaciółmi.

- Łatwo nawiązywał przyjaźnie - dodała Babcia.

- Z damami - zgodziła się Niania. - Był prawdziwym atletą, pamiętasz? Wspinał się na mury jak po drabinie. Tak słyszałam.

- Był bardzo popularny u dworu - dodała Babcia. - Tyle wiem.

- O tak. W każdym razie u królowej.

- Król tak często wyjeżdżał.

- To ten jego droit. Zawsze gdzieś się z nim włóczył. Rzadko wracał na noc do domu.

- Chwileczkę - powtórzyła Magrat. Spojrzały na nią obie.

- Tak? - spytała Babcia.

- Powiedziałyście wszystkim, że są braćmi i że Verence jest starszy!

- Zgadza się.

- I pozwoliłyście im wierzyć, że... Babcia Weatherwax otuliła się chustą.

- Prawdomówność była konieczna - wyjaśniła. - Ale nikt nie żądał uczciwości.

- Nie, nie. Chcesz powiedzieć, że król Lancre tak naprawdę nie jest...

- Chcę powiedzieć - przerwała jej stanowczo Babcia - że ma­my króla, który jest nie gorszy niż większość, a lepszy niż wielu, i który nosi głowę na karku. Oraz...

- Nawet jeśli to przerywa sukcesję - rzekła Niania.

- Oraz że duch starego króla spoczął szczęśliwy w spokoju, odbyła się uroczysta koronacja, a niektóre z nas dostały kubki, do których nie miały właściwie prawa, bo były przeznaczone dla dzie­ciaków. Ogólnie rzecz biorąc, sprawy mogły się ułożyć o wiele go­rzej niż teraz. A właśnie ułożenie spraw jest najważniejsze.

- Ale on nie jest naprawdę królem!

- Mógłby być - mruknęła Niania.

- Przecież mówiłaś...

- Kto wie? Zmarła królowa nie była dobra w rachunkach. Zresztą on nie wie, że nie jest z królewskiego rodu.

- A ty mu nie powiesz, prawda?

Magrat popatrzyła na księżyc. Przesuwało się przez niego kil­ka chmur.

- Nie - rzekła.

- No i dobrze. Zresztą pomyśl: ród królewski musi się od ko­goś zaczynać. I równie dobrze może się zacząć od niego. Wygląda na to, że traktuje władzę bardzo poważnie, a to więcej, niż można się spodziewać po większości z nich. Nada się.

Magrat uświadomiła sobie, że przegrała. Z Babcią Weatherwax każdy przegrywał, ciekawe było tylko, w jaki sposób.

- I tak jestem zdziwiona waszym podejściem - stwierdziła. - Jesteście czarownicami. To znaczy, że muszą was obchodzić takie rzeczy jak prawda, tradycja i przeznaczenie...

- Tu właśnie wszystko pokręciłaś - przerwała jej Babcia. - Przeznaczenie rzeczywiście jest ważne, ale ludzie mylą się sądząc, że nimi kieruje. Jest odwrotnie.

- Lecieć przeznaczenie - zgodziła się Niania. Babcia spojrzała na nią surowo.

- Poza tym nie myślałaś chyba, że łatwo być czarownicą, co?

- Uczę się - odparła Magrat. Spojrzała ponad wrzosowiskiem w stronę, gdzie nad horyzontem jarzył się wąski, czerwony pasek świtu. - Muszę się zbierać - dodała. - Wcześnie się robi.

- Ja też - zgodziła się Niania Ogg. - Nasza Shirl się dąsa, jeśli mnie nie ma, kiedy przychodzi zrobić śniadanie. Babcia starannie zdeptała resztki ognia.

- Rychłoż się zejdziem znów? - spytała. - Hm... Trzy czarownice spojrzały po sobie z zakłopotaniem.

- W przyszłym miesiącu będę zajęta - powiedziała Niania. - Urodziny i różne takie. Poza tym nazbierało się pracy przez to ca­łe zamieszanie. Same wiecie. I o duchach trzeba pomyśleć.

- Sądziłam, że odesłałaś je do zamku - zdziwiła się Babcia.

- Nie chciały wracać. A szczerze mówiąc, przyzwyczaiłam się do nich. Dotrzymują mi towarzystwa wieczorami. Już prawie nie krzyczą.

- To miło. A ty, Magrat?

- Zawsze jakoś o tej porze roku jest mnóstwo pracy, nie za­uważyłaś?

- Istotnie - przyznała uprzejmie Babcia Weatherwax. - Nie warto wiązać się ścisłymi terminami, prawda? Zostawmy tę kwestię otwartą. Zgoda?

Pokiwały głowami. A potem, gdy nowy dzień rozjaśniał okoli­cę, trzy czarownice samotne, zajęte własnymi myślami, wróciły do domu.

Istnieje szkoła filozoficzna twierdząca, że czarownice i mago­wie nigdy nie mogą wrócić do domu. Ale one wróciły, mimo to.



1 Żłopanie przypomina picie, tylko więcej się rozlewa.

2 Cokolwiek to było. Nigdy nie znalazł nikogo, kto zechciałby mu to wytłumaczyć. Jednak było to stanowczo coś, co pan feudalny musi posiadać, a także - był pewien -wymagało to częstego używania; inaczej zapewne mogłoby zardzewieć. Wyobrażał so­bie, że to coś w rodzaju wielkiego miecza. Podjął decyzję, że zdobędzie taki miecz i - do licha - będzie z niego korzystał.

3 Napisanych przez magów, którzy żyją w celibacie i około czwartej rano mie­wają dziwaczne pomysły.

4 Nie zrobiła nic, ale czasami, kiedy spotykała go we wsi, uśmiechała się lekko i w zadumie. Po trzech tygodniach nie wytrzymał napięcia i targnął się na własne ży­cie; dokładniej, targnął się i przeniósł je na drugi koniec kontynentu, gdzie stał się czło­wiekiem zreformowanym i nigdy już nie wrócił do domu.

5 Niestety, żadne z nich nie nadaje się do druku.

6 Werminia to małe, czarno-białe zwierzątko, cenione dla swego futra. Jest ostrożniejszym kuzynem leminga: rzuca się jedynie z niewielkich kamyków.

7 Działały. Remedia czarownic zwykle działają, niezależnie od formy podania.

8 Mordercza obelga w krasnoludzim, ale tutaj użyta w znaczeniu pieszczotliwym. Dosłownie: „ozdoba trawnika".

9 To tylko takie powiedzenie.

10 Ktoś musi to robić. Łatwo jest zażądać oka traszki, ale czy chodzi o traszkę po­spolitą, plamistą czy wielką grzebieniastą? I które oko? Czy tapioka też się nadaje? Je­śli zastąpimy czymś białko jaja, czy zaklęcie a) poskutkuje, b) nie poskutkuje, c) napar wytopi dno kociołka? Ciekawość Mateczki Whemper w tych sprawach była ogromna i nienasycona**.

** Prawie nienasycona. Została zapewne nasycona podczas ostatniego lotu prób­nego, kiedy sprawdzała, czy miotła wytrzyma, jeśli w powietrzu będzie się z niej wycią­gać gałązki, jedną po drugiej. Według małego czarnego kruka, którego wytresowała ja­ko czarną skrzynkę, odpowiedź prawie na pewno brzmiała „nie".



11 Czarownice nigdy nie dygają.

12 Nikt nie wie, dlaczego mężczyźni mówią takie rzeczy. Lada chwila pewnie po­wie jeszcze, że lubi takie bojowe dziewczyny.

13 Zawsze się pojawiają. Wszędzie. Nikt nie widzi, skąd przybywają. Jedyne logicz­ne wyjaśnienie stwierdza, że ich wyposażenie składa się ze straganu, papierowej cza­peczki i małej maszyny czasu z napędem gazowym.

14 Ów los wiązał się z rozpalonym do czerwoności pogrzebaczem, wygódką, dzie­sięcioma funtami żywych węgorzy, trzymilowym pasem zamarzniętej rzeki, butelką wi­na, parą tulipanowych cebulek, licznymi trującymi kroplami do uszu, ostrygą i potęż­nym mężczyzną z miotem. Król Murune niełatwo zyskiwał przyjaciół.

15 Prawdopodobnie pierwsza próba tankowania miotły w powietrzu.

16 W tym miejscu czytelnikom należy się wyjaśnienie. Bibliotekarz magicznego księgozbioru Niewidocznego Uniwersytetu zmienił się w orangutana kilka lat wcze­śniej, w wyniku magicznego wypadku w tej podatnej na wypadki akademii. Od tego cza­su stanowczo się sprzeciwia! wszelkim płynącym z dobrego serca próbom przemienie­nia go na powrót w człowieka. Przede wszystkim dłuższe ręce i chwytne stopy ułatwia­ły pracę na wyższych półkach, a bycie małpą sprawiało, że nie musiał się przejmować sprawami ducha. Ponadto z satysfakcją odkrył, że nowe ciało - choć pozornie przypo­minające gumowy worek pełen wody - dawało mu trzy razy większą siłę i dwukrotnie większy zasięg ramion niż stare.

17 Mroki to historyczna część Ankh-Morpork, uznawana za znacznie bardziej niego­ścinną i o znacznie gorszej reputacji niż reszta miasta. Zawsze zdumiewa to przyjezdnych.

18 Stosowany w Ankh-Morpork godny zazdrości system licencjonowanych prze­stępców powstał przede wszystkim dzięki obecnemu Patrycjuszowi, lordowi Vetinari. Doszedł on do wniosku, że jedynym sposobem zapewnienia spokoju w mieście z milio­nem mieszkańców jest uznanie rozmaitych gangów i gildii złodziejskich, nadanie im profesjonalnego statusu, zapraszanie przywódców na wystawne bankiety, zezwolenie na rozsądny poziom przestępczości, po czym obarczenie przywódców gildii odpowie­dzialnością za jego przestrzeganie, pod karą utraty nowo nabytych praw obywatelskich wraz ze sporą częścią skóry. Udało się. Przestępcy, jak się okazało, tworzyli znakomite siły policyjne. Nieautoryzowani złodzieje przekonywali się szybko, że zamiast jednej nocy w celi czeka ich raczej wieczność na dnie rzeki.

Pozostał jednak problem rozdziału przestępstw i statystyki. Powstał więc złożony system rocznych budżetów, pokwitowań i koncesji gwarantujący, że a) każdy członek gildii uzyska godziwy dochód i b) żaden z obywateli nie zostanie napadnięty więcej niż ustaloną liczbę razy. Wielu przewidujących mieszkańców wręcz starało się zostać ofia­rami odpowiedniego minimum kradzieży, napadów itp. na początku roku finansowe­go, często w zaciszu własnego domu. To pozwalało im przez resztę roku bezpiecznie chodzić po ulicach. Wszystko działało niezwykle regularnie i skutecznie, co jeszcze raz dowodzi, że w porównaniu z Patrycjuszem Ankh, Machiavelli nie nadawałby się nawet do prowadzenia straganu.



19 Z powodu systemu rejestracji czasu w rozmaitych państwach, królestwach i mia­stach. Jeśli bowiem na obszarze stu mil kwadratowych ten sam rok jest Rokiem Małe­go Nietoperza, Przewidywanej Małpy, Łownej Chmury, Krów Tłustych, Trzech Jasnych Ogierów i ma przynajmniej dziewięć numerów, określających czas, jaki upłynął od** kiedy rozmaici królowie, prorocy i niezwykłe zdarzenia byli koronowani, urodzili się lub nastąpiły, w dodatku każdy rok ma inną liczbę miesięcy, niektóre nie mają tygodni, a jedno z państw nie uznaje dnia jako dopuszczalnej miary czasu, można być pewnym tylko jednego: że dobry seks nigdy nie trwa dość długo***.

** W kalendarzu Teokracji Muntabu lata odlicza się w dół, nie wzwyż. Nikt nie wie dlaczego, ale nie jest chyba dobrym pomysłem zostać tam, żeby się przekonać.



*** Z wyjątkiem szczepu Zabingo z Wielkiego Nefu, ma się rozumieć.

20 Bystry czytelnik domyślił się pewnie, że powodem dolegliwości był król Verence, siedzący na tym miejscu. Nie to, że człowiek ów z zimną krwią użył sformułowania „rozpocznie się początek". A tak być powinno.
1   ...   10   11   12   13   14   15   16   17   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna