Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona2/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18

***

Król Verence spoglądał na przeszłość i dochodził do mniej więcej tych samych wniosków. - Widzisz mnie? - spytał.

- Owszem. Nawet całkiem wyraźnie - odparł przybysz.

Verence zmarszczył brwi. Byt ducha wymaga o wiele więcej umysłowego wysiłku niż byt żywego. Przez czterdzieści lat król ra­dził sobie całkiem dobrze, nie myśląc częściej niż raz czy dwa ra­zy dziennie. A teraz robił to bez przerwy.

- Aha... - stwierdził. - Też jesteś duchem.

- Domyślny jesteś.

- To ta głowa, którą trzymasz pod pachą - wyjaśnił Verence, całkiem z siebie zadowolony. - Podpowiedziała mi rozwiązanie.

- Przeszkadza ci? Jeśli tak, mogę ją włożyć z powrotem - za­proponował duch uprzejmie. Wyciągnął wolną rękę. - Miło mi cię poznać. Jestem Champot, król Lancre.

- Verence. Również. - Zerknął w dół, na twarz starego wład­cy. - Chyba nie przypominam sobie twojego portretu w Długiej Galerii... - dodał.

- To było już po mnie - wyjaśnił niedbale Champot.

- A jak długo tu jesteś?

Champot sięgnął w dół i podrapał się po nosie.

- Z tysiąc lat - odparł. W jego głosie zabrzmiał odcień dumy. - Od człowieka do ducha.

- Tysiąc lat!

- Prawdę mówiąc, sam zbudowałem ten zamek. Właśnie wypo­sażyłem go ładnie od wewnątrz, kiedy bratanek uciął mi we śnie głowę. Nie masz nawet pojęcia, jak mnie to zirytowało.

- Ale... tysiąc lat... - powtórzył niepewnie Verence. Champot ujął go pod ramię.

- Nie jest tak źle - zwierzył się, ciągnąc nie stawiającego opo­ru króla przez dziedziniec. - W pewnym sensie nawet lepiej niż być żywym.

- To musi być wściekle dziwaczny sens - burknął Verence. -Ja tam lubiłem być żywym.

Champot uśmiechnął się pocieszająco.

- Przyzwyczaisz się wkrótce - zapewnił.

- Aleja nie chcę się przyzwyczajać!

- Masz silne pole morfogenetyczne - zauważył Champot. -Możesz mi wierzyć. Znam się na tym. Tak. Powiem wręcz, że bar­dzo silne.

- A co to takiego?

- Wiesz, nigdy nie byłem mocny w słowach. Zawsze łatwiej mi przychodziło walić czymś ludzi. Ale, jeśli dobrze zrozumiałem, wszystko sprowadza się do tego, jak bardzo byłeś żywy. Nazywa się to... - Champot zastanowił się. - Zwierzęca żywotność. Tak, to by­ło to. Zwierzęca żywotność. Im więcej jej miałeś, tym bardziej zo­stajesz sobą, kiedy już jesteś duchem. Przypuszczam, że kiedy by­łeś żywy, byłeś żywy w stu procentach.

Verence poczuł, że mu to pochlebia.

- Starałem się mieć zawsze coś do roboty - wyznał skrom­nie.

Spacerkiem przeszli przez mur do głównego holu, w tej chwi­li pustego. Widok prostych stołów wzbudził u króla odruchową reakcję.

- Jak zapewnimy sobie śniadanie? - zapytał. Głowa Champota zrobiła zdziwioną minę.

- Nijak. Jesteśmy duchami.

- Ale ja jestem głodny!

- Nie, wcale nie. To tylko wyobraźnia.

Od strony kuchni dobiegał brzęk garnków. Kucharze wstali już do pracy, a wobec braku instrukcji, szykowali normalne zam­kowe śniadanie. Z mrocznego korytarza prowadzącego do kuch­ni sączyły się znajome aromaty.

Verence pociągnął nosem.

- Kiełbasa - westchnął rozmarzony. - Bekon. Jajka. Wędzona ryba. - Zerknął na Champota. - Salceson - wyszeptał.

- Przecież nie masz żołądka - przypomniał mu stary duch. -To zwykła siła przyzwyczajenia. Myślisz tylko, że jesteś głodny.

- Myślę, że mógłbym zjeść konia z kopytami.

- Owszem, ale tak naprawdę niczego nie możesz dotknąć. Rozumiesz? - tłumaczył łagodnie Champot. - Zupełnie nicze­go-

Verence opadł na ławę, ostrożnie, żeby przez nią nie przenik­nąć, i ukrył twarz w dłoniach. Słyszał, że śmierć bywa nieprzyjem­na. Po prostu nie uświadamiał sobie, jak bardzo.

Chciał zemsty. Chciał się wydostać z tego nagle obrzydliwego zamku i odszukać syna. Ale jeszcze bardziej przeraziło go odkry­cie, że tak naprawdę w tej chwili chce przede wszystkim talerza cynaderek.
***

Mokry świt płynął przez kraj, pokonał mury obronne zamku Lancre, szturmem zdobył twierdzę i wreszcie prze­bił się przez okna pokoju na wieży. Książę Felmet spoglądał ponuro na ociekający deszczem las. Było go strasznie dużo. Książę nie miał nic przeciwko drzewom jako takim, jedynie widok tak wielu ich w jednym miejscu wpędzał go w depresję. Ciągle miał ochotę je liczyć.

- W samej rzeczy, kochanie - powiedział.

Tym, którzy go znali, książę przywodził na myśl rodzaj jasz­czurki, możliwe że z gatunku, który żyje na wyspach wulkanicz­nych, porusza się raz dziennie, ma śladowe trzecie oko i mruga parę razy w miesiącu. On sam uważał się za człowieka cywilizowa­nego, przeznaczonego do życia w suchym powietrzu i jasnym słoń­cu porządnie zorganizowanego klimatu.

Z drugiej strony, myślał, takiemu drzewu to dobrze. Drzewa nie mają uszu; był tego prawie pewien. I jakoś sobie radzą bez bło­gosławionego stanu małżeńskiego. Dąb samiec - musi gdzieś to sprawdzić - dąb samiec po prostu wysypuje swój pyłek na wiatr, a cała ta sprawa z żołędziami... chyba że to dębowe jabłka, nie, ra­czej na pewno żołędzie... odbywa się gdzie indziej...

- Tak, mój skarbie - powiedział.

Tak, drzewa dobrze to sobie wymyśliły. Książę Felmet spojrzał gniewnie na sklepienie liści. Samolubne dranie.

- Z całą pewnością, najdroższa - powiedział.

- Co? - warknęła księżna.

Książę zawahał się, rozpaczliwie usiłując odtworzyć ostatnie pięć minut monologu. Chodziło chyba o niego, o to, że jest tylko w połowie mężczyzną i... kaleką w duchu? Był też przekonany, że słyszał skargę na chłód w zamku. Tak, zapewne o to właśnie cho­dzi. No cóż, te przeklęte drzewa przynajmniej raz mogą się na coś przydać.

- Każę ściąć je i natychmiast tu przynieść, umiłowana - obiecał.

Lady Felmet na moment zaniemówiła, a takie wydarzenie godne jest odnotowania w kalendarzu. Była kobietą potężną i władczą. Ludzie spotykający ją po raz pierwszy mieli wrażenie, że stają przed dziobem galeonu pod pełnymi żaglami. Efekt ten zwiększało jeszcze błędne przekonanie lady Felmet, że do twarzy jej w czerwonym aksamicie. W każdym razie nie kontrastował on z jej cerą, ale wręcz pasował do niej doskonale.

Książę często myślał o swoim szczęściu, które kazało mu ją po­ślubić. Gdyby nie potężny napęd jej ambicji, byłby teraz zwykłym miejscowym wielmożą; nie miałby nic do roboty prócz polowania, pijaństwa i korzystania ze swego droit de seigneur2. Tymczasem teraz znalazł się tylko o jeden stopień od tronu i wkrótce będzie władcą wszystkiego, co widzi.

W tej chwili widział jedynie drzewa.

Westchnął.

- Co ściąć? - spytała lodowatym tonem lady Felmet.

- Drzewa, naturalnie - wyjaśnił książę.

- A co drzewa mają z tym wspólnego?

- No wiesz... Jest ich tak strasznie dużo - oznajmił z uczuciem.

- Nie zmieniaj tematu!

- Przepraszam, moja najsłodsza.

- Zastanawiałam się właśnie, jak mogłeś być takim głupcem i pozwolić im uciec? Mówiłam ci, że ten sługa jest o wiele za lojal­ny. Komuś takiemu nie można ufać.

- Nie, moja ukochana.

- I pewnie nie wpadło ci do głowy, żeby kogoś za nimi posłać?

- Bentzena, moja najdroższa. I dwóch gwardzistów.

-Aha...


Księżna urwała. Bentzen, dowódca osobistej gwardii książę­cej, był zabójcą tak skutecznym, jak psychotyczna mangusta. Sa­ma by go wybrała. Przez moment poczuła irytację, gdyż straciła szansę krytykowania męża. Szybko jednak odzyskała panowanie nad sobą.

- W ogóle nie musiałby jechać, gdybyś mnie posłuchał. Ale nie, nigdy.

- Co nigdy, moja namiętności?

Książę ziewnął. Miał za sobą długą noc. Szalała burza z pio­runami o całkiem zbędnie dramatycznych efektach. Była też ta nieprzyjemna sprawa z nożami.

Wspomniano już, że książę Felmet znalazł się o jeden stopień od tronu. Stopień, o którym mowa, tkwił u szczytu schodów pro­wadzących do głównego holu. Z tych schodów stoczył się w ciem­ności król Verence, by wylądować - wbrew wszelkiemu prawdopo­dobieństwu - na własnym sztylecie.

Jednakże jego osobisty lekarz wyjaśnił, że jest to śmierć z przy­czyn naturalnych. Bentzen odwiedził księcia i wytłumaczył, że upa­dek ze schodów ze sztyletem w plecach to choroba wywołana przez nierozsądne mielenie językiem.

Zaraziło się nią już kilku członków królewskiej gwardii, któ­rzy mieli kłopoty ze słuchem. Wybuchła niewielka epidemia.

Książę zadrżał. Pewne szczegóły minionej nocy wydawały mu się równocześnie zamglone i okropne.

Próbował się uspokoić, że wszelkie nieprzyjemności dobiegły końca i że ma już królestwo. Niewielkie, co prawda, i składające się głównie z drzew, ale jednak królestwo. Razem z koroną.

Jeśli tylko uda sieją znaleźć.

Zamek Lancre został wzniesiony na skale przez architekta, który słyszał o Gormenghaście, ale nie dysponował odpowiednim budżetem. Poradził sobie nieźle z drobną konfekcją barbakanów z wyprzedaży i przecenionych piwnic, przypór, blanków, maszkaro­nów, wież, dziedzińców, fortec i lochów. Właściwie znalazł wszyst­ko, czego trzeba zamkowi, z wyjątkiem może porządnych funda­mentów i zaprawy murarskiej, której nie wypłukuje lekki deszcz.

Zamek wznosił się na zawrotnej wysokości tysiąca stóp ponad spienionym nurtem rzeki Lancre. Co jakiś czas odpadały od nie­go jakieś kawałki.

Choć był niewielki, mieścił tysiące schowków, gdzie można by ukryć koronę.

Księżna wyszła z godnością, by znaleźć kogoś innego, kogo mogłaby karcić. Felmet pozostał sam, smętnie wpatrzony w pej­zaż za oknem. Zaczynało padać.

Jakby deszcz był znakiem, rozległo się potężne stukanie do bramy. Poważnie zaniepokoiło zamkowego lokaja, który w ciepłej kuchni grał w Okalecz Pana Cebulę z zamkowym kucharzem i zamkowym Błaznem.

Burknął coś niechętnie i wstał.

- Słychać głuche stukanie - oznajmił.

- Jakie? - zdziwił się Błazen.

- Głuche, idioto.

Błazen przyjrzał mu się z niepokojem.

- Głuche i słychać? To jakiś rodzaj zeń, prawda?

Kiedy lokaj poczłapał w stronę wejściowej bramy, kucharz rzu­cił do puli kolejnego miedziaka i ponad kartami surowo spojrzał na Błazna.

- Co to jest zeń? - zapytał. Brzęknęły dzwonki na czapce.

- No wiesz - odparł Błazen bez namysłu. - To podsekta syste­mu filozoficznego sumtina z obrotowego Klatchu. Charakteryzu­je ją prostota i surowość, a oferuje adeptom osobiste ukojenie i ze­spolenie osiągnięte drogą medytacji i ćwiczeń oddechowych. In­teresującym aspektem tego systemu jest stawianie pozornie bez­sensownych pytań w celu poszerzenia bram percepcji.

- Możesz powtórzyć? - spytał podejrzliwie kucharz. Był zirytowany. Kiedy zaniósł do głównego holu śniadanie, miał uczucie, że coś próbuje wyrwać mu tacę z rąk. A jakby tego było mało, książę posłał go z powrotem po... Kucharz zadrżał. Po owsiankę! I jajko na miękko! Był już za stary na takie fanaberie. Miał swoje przyzwyczajenia. Był kucharzem wiernym prawdziwej feudalnej tradycji. Jeśli coś nie miało jabłka w pysku i nie dało się upiec, on nie chciał tego podawać.

Błazen zawahał się z kartą w ręku, stłumił panikę i zastanowił się szybko.

- Widzę, wujaszku - zapiszczał - że masz dziś tyle pytań co ża­gli na morzu.

Kucharz odprężył się wyraźnie.

- Niech będzie - mruknął, nie do końca przekonany.

Na wszelki wypadek Błazen przegrał jeszcze trzy kolejne roz­dania.

Lokaj tymczasem odsunął skobel wiklinowej furtki i wyjrzał na zewnątrz.

- Kto tam stuka głucho? - zahuczał. Przemoczony i przerażony żołnierz zawahał się.

- Jeśli głucho, to jak usłyszałeś?

- Jeśli masz zamiar tyle gadać, to możesz sobie tam zostać na cały dzień - odparł spokojnie lokaj.

- Nie! Muszę natychmiast zobaczyć się z księciem! - wykrzyk­nął gwardzista. - Czarownice wędrują po świecie!

Lokaj miał już odpowiedzieć: „Wybrały dobrą porę" albo „Sam bym chętnie gdzieś wyjechał"; urwał jednak, gdy spojrzał w twarz przybysza. Zrozumiał, że nie warto się wysilać. Ten człowiek wy­raźnie zobaczył rzeczy, których przyzwoici ludzie nie oglądają...


***

- Czarownice? - powtórzył lord Felmet.

- Czarownice! - mruknęła księżna.

W pełnym przeciągów korytarzu jakiś głos, cichy jak wiatr w odległych dziurkach od kluczy, zawołał z nutą nadziei: - Czarownice! Ci o psychicznych skłonnościach...


***

- To jest wtrącanie się i tyle - oświadczyła Babcia Weatherwax. - Nic dobrego z tego nie wyjdzie.

- To bardzo romantyczne - stwierdziła z uczuciem Ma-grat i westchnęła.

- Gu gu gu - powiedziała Niania Ogg.

- W każdym razie - rzekła Magrat - zabiłaś tego okropnego człowieka.

- Nigdy w życiu. Po prostu zachęciłam... sprawy, żeby poto­czyły się właściwym kursem. - Babcia Weatherwax zmarszczyła czo­ło. - Nie miał ani krzty szacunku. Kiedy ludzie przestają okazywać szacunek, zbliżają się kłopoty.

- Izi wizi wazi pim.

- Ten drugi przyjechał tutaj, żeby go ratować! - krzyknęła Ma­grat. - Chciał, żebyśmy go ukryły! To oczywiste! To przeznacze­nie!

- Tak, oczywiste... - mruknęła Babcia. - Przyznaję, to oczywi­ste. Ale to, że coś jest oczywiste, nie oznacza jeszcze, że jest praw-da.

Zważyła w dłoniach koronę. Wydawała się bardzo ciężka w sposób, który wykracza poza funty i uncje.

- Tak, ale rzecz w tym... - zaczęła Magrat.

- Rzecz w tym - przerwała Babcia - że ludzie będą go szukać. Poważni ludzie. I będą szukać na poważnie. W stylu „rozwalić ścia­ny i podpalić strzechę". I...

- Jak tam mój malusi?

- ...I, Gytho, jestem pewna, że wszystkie poczujemy się lepiej, jeśli przestaniesz tak gruchać - warknęła Babcia. Nerwy zaczyna­ły ją zawodzić. Zawsze to robiły, kiedy nie była pewna, co począć. Poza tym wszystkie trzy schroniły się w domku Magrat i wystrój też źle na nią działał. Magrat wierzyła w mądrość Natury, w elfy, w uzdrawiającą moc kolorów i wiele innych rzeczy, z którymi Bab­cia Weatherwax wolała nie mieć do czynienia.

- Nie będziesz mnie chyba uczyć, jak się opiekować dzieckiem - odparła gniewnie Niania Ogg. - Mnie, która ma piętnastkę wła­snych.

- Powiedziałam tylko, że musimy się nad tym zastanowić. Przez chwilę obie spoglądały na siebie groźnie.

- I co? - spytała Magrat.

Babcia zastukała o brzeg korony. Zmarszczyła czoło.

- Po pierwsze, musimy go stąd zabrać - oświadczyła. Uniosła rękę. - Nie, Gytho. Jestem pewna, że twój domek jest idealny i w ogóle, ale nie jest bezpieczny. On musi się znaleźć daleko stąd, bardzo daleko, gdzie nikt nie będzie wiedział, kim jest. I jeszcze mamy to... - Przerzuciła koronę z ręki do ręki.

- Ach, drobiazg - uspokoiła ją Magrat. - Po prostu schowaj ją pod kamieniem albo gdzieś. To łatwe. O wiele łatwiejsze niż ukry­cie dziecka.

- Wcale nie - zaprzeczyła Babcia. - Kraj jest pełen dzieci i wszystkie wyglądają tak samo, ale raczej nie ma tu wielu koron. A one mają sposoby, żeby ktoś je znalazł. Tak jakby przyzywały ludz­kie myśli. Jeśli wepchniesz ją pod kamień, w ciągu tygodnia da się przypadkiem odnaleźć. Zapamiętaj moje słowa.

- To prawda. Rzeczywiście - przytaknęła z zapałem Niania Ogg. - Ile to razy rzucałaś magiczny pierścień do morza, potem wracałaś do domu, szykowałaś kawałek ryby na podwieczorek i miałaś go z powrotem...

Zastanawiały się w milczeniu.

- Nigdy - rzekła z irytacją Babcia. - I ty też nie. W każdym ra­zie on może zechce kiedyś ją odebrać. Prawnie należy do niego. Królom bardzo zależy na koronach. Doprawdy, Gytho, czasem opowiadasz takie...

- Zrobię herbatę, dobrze? - przerwała jej wesoło Magrat i wy­biegła do kuchni.

Dwie stare czarownice siedziały po dwóch stronach stołu w uprzejmym i pełnym napięcia milczeniu. Wreszcie odezwała się Niania Ogg.

- Ładnie się tu urządziła, prawda? Kwiaty i w ogóle. Co to jest, co wisi na ścianach?

- Amulety - odparła kwaśno Babcia. - Albo coś podobnego.

- Miłe - przyznała grzecznie Niania Ogg. - I te wszystkie sza­ty, różdżki...

- Nowoczesność! - parsknęła Babcia Weatherwax. - Kiedy ja byłam młoda, miałyśmy bryłę wosku i parę spinek. I musiałyśmy się z tego cieszyć. Za tamtych lat same przygotowywałyśmy zaklęcia.

- No tak... Ale od tego czasu wiele wody przez nas przepłynę­ło - oznajmiła z mądrą miną Niania Ogg.

Uspokajająco kołysała dziecko.

Babcia Weatherwax pociągnęła nosem. Niania Ogg trzy razy wychodziła za mąż i rządziła plemieniem dzieci i wnuków rozrzu­conych po całym królestwie. To fakt, czarownicom wolno zawierać małżeństwa. Babcia musiała to przyznać, chociaż niechętnie. Bar­dzo niechętnie. Raz jeszcze z dezaprobatą pociągnęła nosem. To był błąd.

- Co to za zapach? - spytała gniewnie.

- Ach... - Niania Ogg podniosła się ostrożnie. - Pójdę i zo­baczę, czy Magrat nie ma jakichś czystych ściereczek. Dobrze?

Babcia została sama. Czuła się zakłopotana, jak każdy, kto zo­staje sam w cudzym pokoju i walczy z chęcią, by wstać i obejrzeć książki na półce nad kredensem albo sprawdzić, czy nie ma kurzu nad kominkiem.

Obróciła w dłoniach koronę. I znowu wywarła na niej wraże­nie większej i cięższej niż w rzeczywistości.

Babcia zauważyła lustro nad kominkiem. Raz jeszcze spojrza­ła na koronę: kusiła ją. Prawie błagała, żeby przymierzyć. A wła­ściwie dlaczego nie? Sprawdziła jeszcze, czy nie ma w pobliżu ko­leżanek, po czym szybkim ruchem zdjęła kapelusz i wsadziła koro­nę na głowę.

Wydawało się, że pasuje. Babcia wyprostowała się z dumą i władczym gestem machnęła dłonią w stronę kominka.

- A pospiesz się z tym - poleciła. Skinęła arogancko na szaf­kowy zegar. - Ściąć mu głowę i tyle - rozkazała.

Uśmiechnęła się posępnie.

I zamarła. Usłyszała krzyki, tętent koni, śmiertelny szept strzał i głuchy, zduszony odgłos włóczni przebijających ciało. Szarża za szarżą odbijała się echem w jej głowie. Miecz uderzał o miecz, o tarczę albo o kość... bez ustanku. Lata przemykały w myślach w ciągu zaledwie sekundy. Chwilami leżała pośród zabitych albo wi­siała na gałęzi drzewa; zawsze jednak znalazły się ręce, które pod­nosiły ją znowu i układały na aksamitnej poduszce...

Babcia bardzo ostrożnie zdjęła z głowy koronę... Wysiłek ten wcale nie przyszedł jej łatwo. Położyła ją na stole.

- Więc tyle znaczy dla ciebie być królem - szepnęła. - Zasta­nawiam się, dlaczego tak im zależy na tym stanowisku.

- Słodzisz? - odezwała się Magrat od drzwi.

- Trzeba urodzić się błaznem, żeby zostać królem - dodała Babcia.

- Słucham? Babcia obejrzała się.

- Nie zauważyłam, kiedy weszłaś. O co pytałaś?

- Cukru do herbaty?

- Trzy łyżeczki.

Była to jedna z nielicznych zgryzot w życiu Babci Weatherwax: mimo wszelkich wysiłków, osiągnęła szczyt swej kariery z ce­rą niczym jabłko i ze wszystkimi zębami. Żadne uroki nie potrafi­ły zmusić kurzajki, by zapuściła korzenie na jej urodziwej, choć odrobinę końskiej twarzy. Ogromne dawki cukru dawały tylko nie­wyczerpaną energię. Raz nawet odwiedziła w tej sprawie maga, a ten wyjaśnił, że to skutek metabolizmu. W pewien niewyjaśnio­ny sposób poczuła się wtedy ważniejsza od Niani Ogg, która - jak podejrzewała - nigdy w życiu nie widziała metabolizmu.

Magrat posłusznie wsypała trzy czubate łyżeczki. Byłoby miło, pomyślała, gdyby ktoś czasem dla odmiany powiedział „dziękuję".

I nagle uświadomiła sobie, że korona ją obserwuje.

- Czujesz to, prawda? - spytała Babcia. - Gytha przecież mó­wiła. Korony przyzywają do siebie.

- Jest okropna.

- Nie. Jest tylko tym, czym jest. Nic nie może na to poradzić.

- Przecież to magia!

- Jest tylko tym, czym jest - powtórzyła Babcia.

- Chce mnie zmusić, żebym ją przymierzyła - oznajmiła Ma­grat. Jej dłoń zawisła nad koroną.

- Stara się, owszem.

- Aleja będę silna.

- Mam nadzieję - rzekła Babcia z nagle stężałą twarzą. - Co robi Gytha?

- Myje dziecko w zlewie - wyjaśniła niezbyt precyzyjnie Ma­grat. -Jak zdołamy ukryć coś takiego? Co by się stało, gdybyśmy ją gdzieś głęboko zakopały?

- Borsuk by ją wykopał. Albo ktoś akurat szukałby złota czy czegoś innego... Albo drzewo wplotłoby w nią korzenie, potem burza by je przewróciła, a ktoś by ją podniósł i włożył...

- Chyba że byłby tak opanowany jak my - zauważyła Magrat.

- Chyba żeby był. Naturalnie - przyznała Babcia, przyglądając się swoim paznokciom. - Chociaż z koronami problem nie pole­ga na wkładaniu, tylko na zdejmowaniu.

Magrat podniosła koronę i obróciła w dłoniach.

- Nawet nie wygląda na koronę - stwierdziła.

- Na pewno wiele ich już widziałaś. I oczywiście jesteś eksper­tem.

- Widziałam kilka. Mają więcej klejnotów i taki kawałek materia­łu w środku - odparła wyzywająco Magrat. - A to tylko cienki pasek...

- Magrat Garlick!

- Widziałam! Kiedy uczyłam się u Mateczki Whemper...

- ...niechodpoczywawspokoju...

- ...niechodpoczywawspokoju. Często zabierała mnie do Ostrego Grzbietu albo do Lancre, jak tylko do miasteczka trafia­ła wędrowna trupa i grali aktorzy. Bardzo lubiła teatr. Mieli tam ty­le koron, że wszystkim nie pogroziłabyś laską... Chociaż... - zasta­nowiła się. - Mateczka mówiła, że są zrobione z blachy i papieru. A zamiast klejnotów mają kawałki szkła. Ale wyglądały bardziej prawdziwie niż ta. To dziwne, prawda?

- Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, często wyglądają bardziej jak rzeczy niż same rzeczy. To powszechnie znany fakt. Ale nie powiem, żeby mi się to podobało. Więc oni wędrowali i grali coś w tych koronach, tak?

- Nie wiesz, co to teatr? - zdziwiła się Magrat. Babcia Weatherwax, która nigdy nie przyznała się do igno­rancji w jakiejkolwiek dziedzinie, nie wahała się ani chwili.

- A tak - powiedziała. - To jedna z tych nowomodnych rzeczy, co?

- Mateczka Whemper mówiła, że jest zwierciadłem życia - wy­jaśniła Magrat. - I że zawsze potem ma lepszy nastrój.

- Nie dziwię się - stwierdziła Babcia Weatherwax. - Pod wa­runkiem że grają odpowiednio. Czy to dobrzy ludzie, ci teatralni gracze?

- Chyba tak.

- I wędrują po kraju, mówisz? - Babcia zamyśliła się, wpatrzo­na w drzwi spiżarni.

- Cały czas. Teraz też jest w Lancre jedna trupa. Tak słysza­łam. Nie widziałam ich, ponieważ... no wiesz... - Magrat spuści­ła głowę. - Kobieta nie powinna samotnie bywać w takich miej­scach.

Babcia pokiwała głową. Pochwalała takie zwyczaje, przynaj­mniej dopóki nikt nie sugerował, że sama powinna się do nich stosować.

Zabębniła palcami po obrusie Magrat.

- Pewno - mruknęła. - Dlaczego nie? Idź, powiedz Gycie, że­by dobrze opatuliła dziecko. Dawno już nie słyszałam, jak gra te­atr. Odpowiednio.
***

Magrat była oczarowana, jak zwykle. Teatr składał się z kil­ku łokci pomalowanej derki, drewnianej sceny ułożonej na beczkach i pół tuzina ławek stojących na rynku. Ale jednocześnie udawało mu się być Zamkiem, Innym Skrzydłem Zamku, Tym Samym Skrzydłem Trochę Później, Polem Bitwy i Drogą za Miastem. Popołudnie ułożyłoby się znakomicie, gdyby nie Babcia Weatherwax.

Po kilku przenikliwych spojrzeniach w stronę trzyosobowej orkiestry, w nadziei że ustali, który instrument jest teatrem, stara czarownica w końcu zwróciła uwagę na scenę. Wtedy właśnie Ma­grat zrozumiała, że Babcia nie pojęła jeszcze pewnych fundamen­talnych aspektów sztuki dramatu.

W tej chwili podskakiwała ze złości na stołku.

- Zabił go! - syknęła. - Dlaczego nikt nie reaguje? Przecież go zabił! I to na oczach wszystkich!

Magrat rozpaczliwie ściskała rękę starszej koleżanki, która usi­łowała poderwać się na nogi.

- Wszystko w porządku - szepnęła. - On nie zginął!

- Zarzucasz mi kłamstwo, moja mała? Przecież widziałam!

- Babciu, to nie jest naprawdę. Nie widzisz tego?

Babcia Weatherwax uspokoiła się trochę, ale wciąż burczała coś pod nosem. Odnosiła wrażenie, że świat usiłuje wystrychnąć ją na dudka.

Na scenie jakiś człowiek w prześcieradle wygłaszał pełen emo­cji monolog. Przez kilka minut Babcia słuchała z uwagą, po czym szturchnęła Magrat pod żebro.

- O co mu teraz chodzi? - zapytała.

- Tłumaczy, jak mu przykro, że ten drugi zginął - wyjaśniła młodsza czarownica i dodała szybko, by zmienić temat: - Mają tu sporo koron, prawda?

Babcia nie dała się zbić z tropu.

- W takim razie dlaczego wziął go i zabił?

- To trochę skomplikowane...

- Skandal! - rzuciła Babcia. - A ten nieżywy biedak ciągle tam leży!

Magrat obejrzała się na Nianię Ogg, która przeżuwała jabłko i z zachłannością badacza wpatrywała się w scenę.

- Moim zdaniem... - rzekła powoli - oni chyba tylko udają. Popatrz, on oddycha.

Reszta publiczności, która uznała już, że te komentarze są ele­mentem przedstawienia, jak jeden mąż spojrzała na zwłoki. Za­czerwieniły się.

- Przyjrzyj się też jego butom - dodała krytycznie Niania Ogg. - Prawdziwy król wstydziłby się w takich pokazać.

Zwłoki spróbowały schować stopy za tekturowy krzak.

Czując, że w jakiś niepojęty sposób odniosły drobne zwycię­stwo nad handlarzami nieprawdy i fałszerstw, Babcia poczęsto­wała się jabłkiem z torby. Zaczęła z nowym skupieniem obserwo­wać scenę. Magrat odetchnęła z ulgą i usiadła wygodniej, by po­dziwiać przedstawienie. Niestety, jak się okazało, nie na długo. Świadome zawieszenie niewiary zostało przerwane przez głos z boku:

- Co teraz? Magrat westchnęła.

- To tak - zaczęła. - On myśli, że jest księciem, ale naprawdę jest córką tego drugiego króla, przebraną za mężczyznę. Babcia poddała aktora długiej, analitycznej obserwacji.

- Przecież to jest mężczyzna - oznajmiła. - W słomianej peru­ce. I stara się mówić piskliwie.

Magrat zadrżała. Wiedziała co nieco o konwencjach teatru. Lękała się tego pytania. Babcia Weatherwax miała swoje Poglądy.

- Tak, ale... - wykrztusiła przerażona - ...to jest teatr. Rozu­miesz... Wszystkie kobiety są grane przez mężczyzn.

- Dlaczego?

- Nie wpuszczają kobiet na scenę - wyjaśniła Magrat drżącym głosem. Zamknęła oczy.

Tymczasem na miejscu po lewej stronie nie nastąpił żaden wybuch. Zaryzykowała szybkie spojrzenie.

Babcia spokojnie przeżuwała wciąż ten sam kawałek jabłka. Nie odrywała oczu od przedstawienia.

- Nie rób problemów, Esme - wtrąciła Niania Ogg, która tak­że wiedziała o Babcinych Poglądach. - To niezłe przedstawienie. Chyba zaczynam rozumieć, o co tu chodzi.

Ktoś stuknął Babcię w ramię.

- Przepraszam - powiedział. - Czy zechciałaby pani zdjąć ka­pelusz?

Babcia odwróciła się na stołku powoli, jakby popychana ukry­tym silnikiem, i poddała natręta stukilowatowemu, diamentowemu spojrzeniu; zwiądł pod jej wzrokiem i opadł na siedzenie. Wzrok Babci odprowadzał go do samego końca.

- Nie - odrzekła.

Przemyślał pozostałe mu możliwości.

- To dobrze - oświadczył.

Aktorzy przerwali grę i spoglądali na Babcię, która odwróci­ła się i skinęła w stronę sceny.

- Na co się tak gapicie! Bierzcie się do roboty. Niania Ogg podsunęła jej inną torbę.

- Poczęstuj się miętusem - zaproponowała.

I znowu zaimprowizowany teatr wypełniła cisza, jeśli nie liczyć pełnych wahania głosów aktorów, zerkających na surową postać Babci Weatherwax, oraz dźwięków ssania dwóch gotowanych mię­tusów, które Babcia przesuwała w ustach językiem.

Aż nagle Babcia odezwała się przenikliwym głosem, od któ­rego jeden z aktorów upuścił drewniany miecz:

- Tam z boku stoi jakiś człowiek i coś im szepcze!

- To sufler - wyjaśniła Magrat. - Podpowiada im, co mają mówić.

- Sami nie wiedzą?

- Myślę, że zapominają. Babcia szturchnęła Nianię Ogg.

- Co się teraz dzieje? - spytała. - Dlaczego są tam wszyscy ci królowie i reszta?

- To bankiet, rozumiesz - odparła z wyższością Niania Ogg. - Z powodu zabitego króla, tego w butach. Chociaż, jeśli się przyj­rzysz, to zobaczysz go, jak udaje żołnierza. Wszyscy wygłaszają mo­wy, jaki dobry był tamten król. I zastanawiają się, kto go zabił.

- Naprawdę? - upewniła się Babcia z posępną miną.

Zerknęła na scenę, szukając wzrokiem mordercy.

Podejmowała decyzję.

Po chwili wstała.

Czarny płaszcz powiewał wokół niej niby skrzydła anioła ze­msty przybywającego, by zbawić świat od całego tego udawania, pretensji, oszustw i bezwstydu. Wydawało się, że w jakiś sposób urosła. Wyciągnęła gniewną dłoń w stronę winnego.

- On to zrobił! - krzyknęła tryumfalnie. - Wszyscy widzieli­śmy! Zabił go sztyletem!

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna