Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona3/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18

***

Zadowolona publiczność wychodziła spomiędzy rzędów. To była dobra sztuka, chociaż odrobinę niejasna. Miała jednak zabawne sceny, kiedy wszyscy królowie uciekli, a ta kobieta w czerni wyskoczyła na środek i zaczęła krzyczeć. Już samo to warte było miedziaka za wstęp.

Trzy czarownice siedziały samotnie na krawędzi sceny.

- Zastanawiam się, jak namówili wszystkich tych królów i ksią­żąt, żeby przyszli tu dzisiaj i robili te rzeczy na scenie - zastanowi­ła się Babcia, wcale nie zakłopotana. - Myślałam, że są bardzo za­jęci. Rządzeniem i w ogóle.

- Nie - odparła znużonym głosem Magrat. - Wydaje mi się, że ciągle nie rozumiesz.

- Ale zamierzam dotrzeć do sedna. Wróciła na scenę i odsunęła kurtynę.

- Ty! - krzyknęła. - Nie żyjesz!

Nieszczęsny były trup, który posilał się właśnie chlebem z szyn­ką, spadł ze stołka.

Babcia kopnęła krzak. Jej but przebił się na wylot.

- Widzicie? - zwróciła się do świata w ogólności tonem dziw­nie pełnym satysfakcji. - Nic tu nie jest prawdziwe. Od tylu tylko farba, patyki i papier.

- Czy mogę w czymś pomóc, drogie panie?

Głos był cudownie dźwięczny, a każda zgłoska przepięknie wsuwała się na miejsce. Był złocistobrązowy. Gdyby Stwórca wszechświata miał głos, to właśnie ten. Gdyby ów głos posiadał ja­kieś wady, to takie, że nie nadawał się, by zamawiać nim na przy­kład węgiel. Węgiel zamawiany takim głosem zmieniałby się w dia­menty.

Głos ów wyraźnie należał do potężnego, grubego mężczyzny, brutalnie atakowanego przez własne wąsy. Różowe żyły tworzyły na policzkach mapę sporego miasta; nos mógłby się bezpiecznie ukrywać w misce truskawek. Mężczyzna nosił wystrzępioną kami­zelę i dziurawe pończochy, jednak z dumą mogącą niemal przeko­nać, że szaty z aksamitu i werminiowe futra właśnie oddał do czysz­czenia. W ręku trzymał ręcznik, którym zapewne ścierał wciąż wi­doczne na twarzy resztki charakteryzacji.

- Znam cię - oznajmiła Babcia. - To ty dokonałeś mordu. -Zerknęła z ukosa na Magrat i przyznała niechętnie: - A przynaj­mniej tak to wyglądało.

- Jakże się cieszę... Spotkanie z prawdziwym koneserem za­wsze sprawia niezwykłą radość. Olwyn Vitoller, do pani usług. Dy­rektor tej trupy wagabundów - przedstawił się mężczyzna.

Zdjął z głowy nadjedzony przez mole kapelusz i skłonił się ni­sko. Pokłon ten był nie tyle wyrazem szacunku, ile raczej ćwicze­niem zaawansowanej topologii. Kapelusz odchylał się i żeglował przez ciąg złożonych łuków, docierając wreszcie na koniec ręki, wskazującej obecnie w stronę nieba. Jedna z nóg tymczasem za­wędrowała za plecy. Reszta ciała pochyliła się uprzejmie, aż oczy znalazły się na poziomie kolan Babci.

- No tak... - mruknęła Babcia. Czuła, że ubranie stało się na­gle trochę większe i znacznie za ciepłe.

- Ja też uważam, że był pan znakomity - wtrąciła Niania Ogg. -Jak zręcznie pan wykrzykiwał te wszystkie słowa. Od razu pozna­łam, że jest pan królem.

- Mam nadzieję, że nie popsułyśmy przedstawienia - dodała Magrat.

- Droga pani - odparł Vitoller. - Nie zdołam wyrazić satysfak­cji, jaką prostemu komediantowi sprawia odkrycie, że jego pu­bliczność zajrzała pod skorupę szminki i dostrzegła ducha, jaki kryje się wewnątrz.

- Myślę, że pan zdoła - stwierdziła Babcia. - Myślę, że mógł­by pan wyrazić wszystko, panie Vitoller.

Wsadził kapelusz na głowę. Spojrzeli sobie w oczy, długo i ba­dawczo -jeden zawodowiec oceniał innego. Vitoller poddał się pierwszy i próbował udawać, że wcale nie stawał do turnieju.

- A teraz - rzekł - czemu zawdzięczam wizytę trzech czarują­cych dam?

Naprawdę jednak wygrał. Babcia otworzyła usta w zdumieniu. Nigdy nie określiłaby się terminem sięgającym powyżej poziomu „przystojna mimo wszystko". Niania była pulchna jak niemowlę i miała twarz podobną do małej, wyschniętej rodzynki. Najlepsze zaś, co dało się powiedzieć o Magrat, to że była przyzwoicie prze­ciętna, dobrze wyszorowana i płaska jak deska do prasowania, na której leżą dwa ziarnka grochu. Nawet jeśli głowę miała pełną głupstw.

Babcia czuła coś niezwykłego, jakby działanie czaru. Ale nie ta­kiego, do którego byłaby przyzwyczajona.

Czarem tym był głos Vitollera. W zwyczajnym procesie arty­kulacji przekształcał wszystko, o czym mówił.

Popatrzcie tylko na nie, powiedziała Babcia do siebie; stroszą się jak dwie prostaczki... I opuściła dłoń, poprawiającą twardo zwi­nięty kok. Odchrząknęła z naciskiem.

- Chciałybyśmy z panem porozmawiać, panie Vitoller -oświadczyła. Wskazała aktorów, którzy trzymając się od niej z dale­ka rozkładali scenę, po czym dodała konspiracyjnym szeptem: - Na osobności.

- Ależ oczywiście, droga pani - odparł. - W chwili obecnej mamy kwatery w tutejszym szacownym piwopoju. Czarownice rozejrzały się niepewnie.

- Ma pan na myśli gospodę? - spytała w końcu Magrat.


***

W głównym holu zamku Lancre było chłodno i wietrznie. A pęcherz nowego szambelana nie stawał się coraz młod­szy. Szambelan stał i kulił się pod spojrzeniem lady Felmet.

- Tak - powiedział. - Mamy je tutaj, w samej rzeczy. Mnóstwo.

- I ludzie nic z tym nie robią? - spytała księżna. Szambelan zamrugał.

- Słucham?

- Ludzie je tolerują?

- Oczywiście - odparł zadowolony. - Uważa się to za szczę­ście, kiedy czarownica mieszka w wiosce. Słowo daję.

- Dlaczego?

Szambelan zawahał się. Ostatnim razem zwracał się do cza­rownicy, kiedy pewna przypadłość odbytu zmieniła wychodek w sa­lę tortur. A słoik maści, jaki od niej dostał, przekształcił świat w miejsce o wiele przyjemniejsze.

- Wygładzają drobne nierówności życia - wyjaśnił.

- Tam, skąd pochodzę, nie pozwalamy mieszkać czarowni­com - oznajmiła surowo księżna. - I nie zamierzamy pozwolić im tutaj. Dostarczysz nam ich adresy.

- Adresy, wasza książęca mość?

- Gdzie mieszkają. Sądzę, że nasi poborcy podatkowi wiedzą, gdzie ich szukać.

- Aha... - mruknął nieszczęśliwy szambelan. Książę pochylił się na tronie.

- Mam nadzieję - rzekł - że płacą podatki?

- Ściśle mówiąc, trudno to nazwać płaceniem, wasza wysokość... Zapadła cisza.

- Mów, człowieku - ponaglił książę.

- No więc... One raczej nie płacą... Nigdy nie przyszło nam do głowy... To znaczy... stary król nie uważał... Po prostu nie.

Książę położył dłoń na ramieniu żony.

- Rozumiem - stwierdził chłodno. - Możesz odejść. Szambelan z ulgą skinął mu głową i jak krab wycofał się z sali.

- No tak... - rzekła księżna.

- Istotnie.

- Więc tak twoja rodzina władała królestwem... Zabicie kuzy­na było twoim szlachetnym obowiązkiem. Było obroną interesów gatunku. Słabi nie zasługują na przetrwanie.

Książę zadrżał. Już zawsze będzie mu o tym przypominać? Nie miał nic przeciwko zabijaniu ludzi, a przynajmniej wydawaniu roz­kazów, by kogoś zabić, i przyglądaniu się, jak są wykonywane. Ale zamordowanie krewniaka jakoś kłuło w gardle, czy raczej - przypo­mniał sobie - w wątrobie.

- Rzeczywiście - wykrztusił. - Niestety, żyje tu chyba wiele cza­rownic i trudno będzie odszukać te trzy, które były wtedy na wrzo­sowiskach.

- To bez znaczenia.

- Oczywiście, że nie.

- Weź sprawy we własne ręce.

- Tak, najdroższa.

Weź sprawy we własne ręce. Brał je, bez wątpienia. Kiedy za­mykał oczy, widział ciało toczące się po schodach. Czyżby za­brzmiał wtedy, w głębi korytarza, syk wstrzymywanego oddechu? Był pewien, że nie mieli świadków. Sprawy we własnych rękach! Starał się zmyć krew z dłoni. Gdyby ją zmył, powtarzał sobie, tam­to by się nie wydarzyło. Szorował i szorował ręce. Szorował, aż zaczynał krzyczeć.


***

Babcia nie czuła się dobrze w publicznych lokalach. Siedziała sztywno za swoim porto z cytryną, jakby było tar­czą przed pokusami świata. Niania Ogg za to entuzjastycznie kończyła trzeciego drinka. Babcia pomyślała niechętnie, że koleżanka podążała już drogą, która prawdopodobnie doprowadzi ją do tańca na stole, z pokazy­waniem halek i śpiewem ,Jeża przelecieć się nie da".

Cały blat stołu zasypany był miedziakami. Vitoller i jego żona siedzieli naprzeciw siebie i liczyli. Przypominało to rodzaj wyści­gu.

Babcia przyglądała się pani Vitoller, gdy ta porwała monetę spod palców męża. Kobieta wyglądała na inteligentną i trakto­wała małżonka niczym pies pasterski ulubioną owcę. Meandry relacji matrymonialnych Babcia znała jedynie z obserwacji, tak jak astronomowi znana jest czasem powierzchnia odległego i ob­cego świata. Przyszło jej jednak do głowy, że żona Vitollera mu­si być bardzo szczególną kobietą, o bezdennych rezerwach cier­pliwości i zdolnościach organizacyjnych, a także zwinnych pal­cach.

- Pani Vitoller - odezwała się wreszcie. -Jeśli wolno zadać zu­chwałe pytanie: czy wasz związek został pobłogosławiony owocem? Oboje małżonkowie spojrzeli w pustkę.

- Chodzi jej... - zaczęła Niania Ogg.

- Tak, rozumiem - przerwała jej cicho pani Vitoller. - Nie. Mieliśmy kiedyś córeczkę.

Niewielka chmura zawisła nad stołem. Przez sekundę czy dwie Vitoller zdawał się człowiekiem zwyczajnych rozmiarów i o wiele starszym. Wpatrywał się w niewielki stosik monet przed sobą.

- Bo, widzicie, jest tu pewien chłopiec - wyjaśniła Babcia, wskazując pakunek na rękach Niani Ogg. - Szuka domu. Vitollerowie spojrzeli. Mężczyzna westchnął.

- To nie jest życie dla dziecka - stwierdził. - Ciągle w drodze. Ciągle nowe miasta. Nie ma czasu na edukację. Mówią, że to teraz bardzo ważne.

Jednak nie odwrócił wzroku.

- Dlaczego szuka domu? - zainteresowała się pani Vitoller.

- Nie ma swojego - odparła Babcia. - A w każdym razie ta­kiego, gdzie byłby mile widziany. Znowu zapadła cisza.

- A wy - odezwała się pani Vitoller - pytacie o to dlatego, że jesteście...

- Matkami chrzestnymi - wyjaśniła szybko Niania Ogg. Babcia była nieco poruszona. Coś takiego nigdy nie przyszło-by jej do głowy.

Vitoller nieuważnie bawił się monetami. Żona wyciągnęła rę­kę nad stołem i dotknęła jego dłoni w bezgłośnym porozumieniu. Babcia odwróciła głowę. Była ekspertem w czytaniu z twarzy, jed­nak czasami wolała tego nie robić.

- Pieniędzy, niestety, nigdy nie ma za wiele... - zaczął Vitoller.

- Ale wystarczy - dokończyła stanowczo jego żona.

- Tak. Chyba wystarczy. Z radością się nim zaopiekujemy.

Babcia kiwnęła głową i sięgnęła w najgłębsze zakamarki swe­go płaszcza. Po chwili wyjęła niewielką skórzaną sakiewkę i wysypa­ła na stół zawartość. Było tam sporo srebra, a nawet kilka małych złotych monet.

- To powinno rozwiązać sprawę... - szukała właściwego słowa - ...pieluch, ubranek i w ogóle. Wszystkiego.

- Ze stukrotnym naddatkiem, jak sądzę - szepnął słabym gło­sem Vitoller. - Dlaczego nie wspomniałyście o tym wcześniej?

- Gdybym musiała was kupić, nie bylibyście warci swojej ceny.

- Przecież nic o nas nie wiecie! - przypomniała pani Vitoller.

- Nie wiemy, rzeczywiście - zgodziła się spokojnie Babcia. - Naturalnie, chciałybyśmy wiedzieć, co u niego słychać. Mogliby­ście pisać do nas listy i tak dalej. Ale kiedy już stąd wyjedziecie, le­piej nie rozpowiadajcie o tym naokoło. Dla dobra dziecka.

Pani Vitoller przyjrzała się dwóm starszym kobietom.

- Kryje się w tym jakaś tajemnica, prawda? - spytała. -Jakaś groźna tajemnica.

Babcia zawahała się i kiwnęła głową.

- Ale wiedza o tym nie wyszłaby nam na dobre? Znowu kiwnięcie.

Weszło kilku aktorów i czar prysnął. Aktorzy mieli zwyczaj wy­pełniania całej otaczającej ich przestrzeni.

- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia - powiedziała Bab­cia. - Zechcecie mi wybaczyć...

- Jak ma na imię? - spytał Vitoller.

- Tom - Babcia prawie się nie wahała.

- John - powiedziała Niania.

Dwie czarownice zmierzyły się wzrokiem. Babcia zwyciężyła.

- Tom John - rzekła stanowczo i wyszła. Za drzwiami spotkała zdyszaną Magrat.

- Znalazłam skrzynię - oznajmiła. - W środku były korony i inne takie. Włożyłam ją jak kazałaś, na samo dno.

- Dobrze - pochwaliła koleżankę Babcia.

- Nasza korona w porównaniu z tamtymi wyglądała nędz­nie!

- Przedstawienie ma swoje prawa. Czy ktoś cię widział?

- Nie, byli zajęci, ale... - Magrat zawahała się i zarumieniła.

- Gadaj, dziewczyno.

- Podszedł do mnie jakiś człowiek i uszczypnął mnie w sie­dzenie. - Magrat spłonęła głęboką czerwienią i uniosła dłoń do ust.

- Naprawdę? - zdziwiła się babcia. - A potem?

- A potem... potem...

- Tak?


- Powiedział... powiedział...

- Co takiego powiedział?

- Powiedział: „Witaj, moja śliczna; co robisz dzisiaj wieczo­rem?"

Babcia rozważała to przez chwilę.

- Stara Mateczka Whemper nie wychodziła zbyt często, praw­da? - spytała.

- Nie - przyznała Magrat. - Miała chorą nogę.

- Ale uczyła cię akuszerki i wszystkiego?

- Aha, tego - domyśliła się Magrat. - Robiłam to wiele razy.

- Ale... - Babcia zawahała się, po omacku szukając drogi przez nieznany teren - ...nigdy ci nie mówiła o tym, co można określić jako „przedtem"?

- Słucham?

- No wiesz... - W głosie Babci zabrzmiała nuta rozpaczy. - O mężczyznach i w ogóle.

Magrat zrobiła minę, jakby właśnie miała wpaść w panikę.

- Co z nimi?

Swego czasu Babcia Weatherwax dokonywała wielu niezwy­kłych czynów. Wiele ją kosztowało odrzucenie wyzwania. Jednak tym razem zrezygnowała.

- Sądzę - oświadczyła bezradnie - że przydałoby ci się zamie­nić na osobności kilka słów z Nianią Ogg. I to szybko.

Z okna za nimi dobiegły wybuchy śmiechu, brzęk kufli i cien­ki głos śpiewający:

- ...nawet żyrafę ze stołka, gdy bieda. I tylko jeża... Babcia przestała słuchać.

- Ale nie w tej chwili - dodała.


***

Trupa wyruszyła w drogę kilka godzin przed zachodem słońca; ich cztery wozy potoczyły się drogą wiodącą na równiny Sto i ku wielkim miastom. W Lancre obowiązy­wał przepis, nakazujący wszystkim komediantom, szarlatanom i in­nym potencjalnym przestępcom o zachodzie słońca znaleźć się poza bramami miasta. Nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ miasto nie posiadało murów wartych uwagi i nikt nie protestował, kiedy ludzie o zmierzchu przemykali się z powrotem. Ważne, że­by wszystko wyglądało jak należy.

Czarownice przyglądały się im z domku Magrat, używając sta­rej, zielonej kryształowej kuli Niani Ogg.

- Najwyższa pora, żebyś się nauczyła wydobywać z niej dźwięk - mruknęła Babcia. Szturchnęła kulę i obraz zafalował.

- To bardzo dziwne - powiedziała Magrat. - Co oni mieli w tych wozach... Papierowe drzewa, mnóstwo różnych kostiumów i... - Zamachała rękami. - Był tam jeszcze taki wielki obraz obcych stron ze świątyniami i wszystkim, cały zwinięty. Bardzo piękny.

Babcia chrząknęła.

- Pomyślałam sobie, że to cudowne, jak oni wszyscy zmienia­ją się w królów i innych ludzi, prawda? Istne czary.

- Magrat Garlick, co ty wygadujesz? To tylko farba i papier. Wszyscy przecież widzieli.

Magrat otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, przesłuchała w my­ślach wynikłą z tego kłótnię i zrezygnowała.

- Gdzie Niania? - spytała tylko.

- Leży na trawniku - wyjaśniła Babcia. - Czuje się trochę słabo. Z zewnątrz dobiegł głos Niani Ogg, która czuła się słabo na ca­łe gardło.

Magrat westchnęła.

- Wiesz co? Jeśli jesteśmy jego matkami chrzestnymi, powin­nyśmy dać mu trzy dary. To taka tradycja.

- O czym ty mówisz, dziewczyno?

- Trzy dobre czarownice powinny ofiarować dziecku trzy da­ry. No wiesz, na przykład urodę, mądrość i szczęście. - Magrat nie ustępowała. - Tak się robiło w dawnych czasach.

- Ach, chodzi ci o chatki z pierników i takie rzeczy... - rzuci­ła obojętnie Babcia. - Kołowrotki, dynie, skaleczenie w palec, cierń róży i temu podobne. Nigdy nie mogłam się do tego przy­zwyczaić.

W zadumie przetarła kryształową kulę.

- Tak, ale... - zaczęła Magrat.

Babcia zerknęła na nią. Oto i cała Magrat, pomyślała. Głowa jak dynia. Za dwie spinki zostanie matką chrzestną dla każdego. Ale pod tym wszystkim ma dobre serce. Opiekuje się kudłatymi zwierzątkami. Martwi się o małe ptaszki wypadające z gniazd.

- Cóż, jeśli ma cię to uszczęśliwić... - wymruczała, zdziwiona własnymi słowami. Przesunęła dłonie nad obrazem oddalających się wozów. - Co chcesz mu dać? Bogactwo? Urodę?

- Pieniądze to nie wszystko. A jeśli odziedziczy wygląd po oj­cu, będzie dostatecznie przystojny. - Magrat spoważniała nagle. -Może mądrość?

- Tej musi sam się nauczyć.

- Doskonały wzrok? Dobry głos do śpiewu?

Z trawnika przed domem dobiegł zgrzytliwy, ale entuzjastycz­ny głos Niani Ogg, obwieszczającej całemu światu, że Laska Maga ma na czubku Gałkę.

- To nieważne - stwierdziła głośno Babcia. - Pamiętaj o głowologii, rozumiesz? Nie warto plątać się w to całe bogactwo i uro­dę. Nie są istotne.

Spojrzała w kulę i bez przekonania skinęła ręką.

- Lepiej idź i sprowadź Nianię, skoro musi nas być trzy. Po długiej chwili Niania - nie bez pomocy - dotarła do po­koju i trzeba było jej wszystko wytłumaczyć.

- Trzy dary, co? - rzekła. - Ostatni raz robiłam takie rzeczy, jak byłam jeszcze młódką. Pamiętam... Co się dzieje? Magrat biegała po pokoju i zapalała świece.

- Musimy stworzyć odpowiednie magiczne otoczenie - wyja­śniła.

Babcia wzruszyła ramionami, ale milczała, nawet wobec tak oczywistej prowokacji. W końcu każda z czarownic czyni magię na własny sposób, a były przecież w domu Magrat.

- A co chcemy mu podarować? - spytała Niania.

- Właśnie o tym dyskutowałyśmy - odparła Babcia.

- Wiem, czego by chciał - oświadczyła Niania. I złożyła propo­zycję, przyjętą z lodowatym milczeniem.

- Nie rozumiem, jaki miałby z tego pożytek - przyznała po chwili Magrat. - Chyba byłoby mu niewygodnie...

- Podziękuje nam, kiedy dorośnie. Zapamiętaj moje słowa -rzekła Niania. - Mój pierwszy mąż zawsze powtarzał...

- Coś nieco mniej fizycznego wydaje się bardziej na miejscu

- przerwała Babcia, mierząc Nianię groźnym spojrzeniem. - Nie musisz chyba psuć wszystkiego, Gytho. Dlaczego zawsze...

- Przynajmniej mogę śmiało powiedzieć, że ja... - zaczęła Nia­nia.

Oba głosy opadły do szeptu. A potem zapadła długa, nieprzy­jemna cisza.

- Sądzę - oznajmiła Magrat ze sztuczną wesołością - że lepiej będzie, jeśli wrócimy do swoich domków i zrobimy to każda po swojemu. No wiecie. Osobno. Mamy za sobą ciężki dzień i wszyst­kie jesteśmy trochę zmęczone.

- Dobry pomysł - uznała Babcia i wstała. - Chodźmy, Nianiu Ogg - warknęła. - Mamy za sobą ciężki dzień i wszystkie jesteśmy trochę zmęczone.

Magrat słyszała, jak kłócą się na ścieżce.

Usiadła nieco zasmucona pośród kolorowych świec, ściskając w dłoni flakonik niezwykle silnego taumaturgicznego kadzidła, zamówionego w magazynie sprzętu magicznego w dalekim Ankh-

- Morpork. Szczerze mówiąc, nie mogła się doczekać, kiedy je wy­próbuje. Czasami, myślała, byłoby miło, gdyby ludzie zachowywa­li się trochę bardziej uprzejmie...

Zajrzała w kulę.

No cóż, może przecież zacząć.

- Niech łatwo zdobywa przyjaciół - szepnęła.

Wiedziała, że to niewiele, ale sama nigdy nie mogła sobie z tym poradzić.

Niania Ogg siedziała samotna w kuchni, ze swoim wielkim kocurem na kolanach. Nalała sobie kieliszeczek na dobranoc i poprzez mgłę spowijającą umysł próbowała sobie przypomnieć słowa siedem­nastej zwrotki piosenki o jeżu. Pamiętała, że było tam coś o kozach, ale szczegóły pozostawały niedostępne. Czas wolno niszczył pamięć.

Wzniosła kieliszek do niewidocznej obecności.

- Wściekle dobra pamięć... To właśnie powinien mieć - rze­kła. - Zawsze będzie pamiętał słowa.

A Babcia Weatherwax, maszerując do domu przez pogrążony w ciemności las, otuliła się chustą i myślała. Dzień był długi i mę­czący, a najgorszy okazał się teatr. Ludzie udający, że są kimś in­nym, zdarzenia, które nie były prawdziwe, elementy krajobrazu, które można butem przebić na wylot... Babcia lubiła wiedzieć, na czym stoi, i nie była pewna, czy coś takiego jej odpowiada. Świat zdawał się zmieniać bez chwili przerwy.

Kiedyś nie zmieniał się tak prędko. To oszołamiające.

Szła szybko poprzez ciemność, długim krokiem kogoś, kto jest przynajmniej pewien, że w tę wilgotną i wietrzną noc po lesie spacerują niezwykłe i straszne istoty. I że ona jest jedną z nich.

- Niech będzie tym, za kogo się uważa - powiedziała. - Na tym świecie trudno oczekiwać czegoś więcej.

Jak większość ludzi, czarownice nie są zogniskowane w czasie. Różnica polega na tym, że niejasno zdają sobie z tego sprawę i wy­korzystują ten fakt. Cenią przeszłość, ponieważ ich cząstka nadal w niej żyje, i widzą cienie, jakie rzuca przed sobą przyszłość.

Babcia wyczuwała kształt przyszłości. Tkwiły w niej noże.
***

Zaczęło się następnego ranka o piątej. Czterej ludzie przejechali lasem w pobliże domku Babci. Uwiązali ko­nie poza zasięgiem głosu i bardzo ostrożnie przekradli się przez mgłę.

Dowodzący oddziałem sierżant nie był zachwycony swoją mi­sją. Pochodził z Ramtopów i nie miał pojęcia, jak się zabrać do aresztowania czarownicy. Wiedział za to, że czarownicy się to nie spodoba. A jemu nie podobała się myśl o czarownicy, której nie podoba się aresztowanie.

Jego ludzie też byli Ramtoperami. Szli bardzo blisko, gotowi ukryć się za nim na pierwszy znak czegoś bardziej nieoczekiwane­go niż drzewo.

Domek Babci we mgle miał kształt grzyba. Zioła w jej zapusz­czonym ogrodzie zdawały się poruszać nawet w nieruchomym po­wietrzu. Były wśród nich rośliny nie spotykane w żadnym innym miejscu w górach; ich cebulki i nasiona sprowadzono tu przez pięć tysięcy mil świata Dysku. Sierżant mógłby przysiąc, że jeden czy dwa kwiaty zwróciły się w jego stronę. Zadrżał.

- Co teraz, sierżancie?

- My... rozproszymy się - odpowiedział. - Tak. Rozproszymy się. Tak właśnie zrobimy.

Ostrożnie sunęli przez paprocie. Sierżant przykucnął za po­ręcznym pniem.

- Dobrze - szepnął. - Bardzo dobrze. Złapaliście mniej więcej, o co zasadniczo chodzi. A teraz rozproszymy się znowu, ale tym razem rozproszymy się osobno.

Ludzie narzekali trochę, ale po chwili zniknęli we mgle. Sier­żant dał im kilka minut na zajęcie pozycji.

- Dobrze - powiedział. - A teraz...

Urwał.


Zastanowił się, czy ośmieli się krzyknąć, ale uznał, że lepiej tego nie robić.

Wstał. Zdjął hełm, by okazać szacunek, i przez wilgotną tra­wę poczłapał do tylnych drzwi. Zastukał bardzo delikatnie.

Odczekał kilka sekund, wcisnął hełm na głowę i odwrócił się.

- A niech to - stwierdził. - Nikogo nie ma w domu.

I ruszył z powrotem.

Drzwi się otworzyły. Otworzyły powoli, z możliwie głośnym skrzypieniem. Zwyczajne zaniedbanie nie wywołałoby takich zgrzytów; niezbędne było staranne traktowanie ich ciepłą wodą przez co najmniej kilka tygodni. Sierżant zatrzymał się, a potem odwrócił wolno, starając się poruszać jak najmniejszą liczbą mię­śni.

Miał mieszane uczucia co do faktu, że nikt nie stoi w progu. Doświadczenie mówiło mu, że drzwi nie otwierają się same z sie­bie.

Odchrząknął nerwowo.

- Paskudny masz kaszel - odezwała się Babcia Weatherwax tuż przy jego uchu. - Słusznie zrobiłeś, przychodząc z tym do mnie.

Sierżant spojrzał na nią z wyrazem obłąkanej wdzięczności.

- Ehem - powiedział.
***

- Co zrobiła? - Książę nie zrozumiał.

Sierżant wpatrywał się nieruchomo w obszar odsunięty o cztery cale na prawo od książęcego krzesła.

- Dała mi filiżankę herbaty, sir - odpowiedział.

- A co z waszymi ludźmi?

- Oni też dostali.

Książę wstał i otoczył ramieniem okryte rdzewiejącą kolczu­gą plecy sierżanta. Był w fatalnym nastroju. Wciąż mu się wydawa­ło, że coś szepcze mu do ucha. Na śniadanie podano owsiankę przesoloną i upieczoną z jabłkiem, a kucharz dostał histerii. Od ra­zu można było poznać, że książę jest niezwykle poirytowany: był uprzejmy. A należał do ludzi, którzy są coraz grzeczniejsi, w mia­rę jak burzy się ich temperament, aż do momentu kiedy słowa „Serdecznie wam dziękuję" tną niczym ostrze gilotyny.

- Sierżancie - zaczął, prowadząc żołnierza przez pokój.

- Słucham, sir.

- Nie jestem pewien, czy wydałem wam jasne rozkazy - rzekł książę głosem węża.

- Sir...

- Możliwe, że niechcący wprowadziłem was w błąd. Zamierza­łem powiedzieć: „Sprowadźcie mi czarownicę, w łańcuchach, je­śli to konieczne", ale może w rzeczywistości powiedziałem raczej „Idźcie i napijcie się herbaty". Czy coś takiego miało miejsce?

Sierżant zmarszczył czoło. Do dzisiejszego dnia sarkazm nie pojawił się w jego życiu. Doświadczenia z ludźmi, którzy byli na niego źli, przywodziły na myśl raczej wrzaski i czasami parę ki­jów.

- Nie, sir - zaprzeczył.

- Zastanawiam się więc, dlaczego nie zrobiliście tego, co wam kazałem.

- Sir?


- Podejrzewam, że użyła jakiegoś magicznego słowa, prawda? Słyszałem to i owo o czarownicach. - Książę minioną noc spędził na lekturze pewnych co bardziej ekscytujących dzieł, poświęco­nych temu tematowi3. Czytał, dopóki obandażowane ręce nie za­częły drżeć zbyt mocno. - Podejrzewam, że ofiarowała wam wizje nieziemskich rozkoszy? Czy pokazała... - zadygotał - ...mroczne fascynacje i zakazane ekstazy, o których ludzie śmiertelni nie po­winni nawet myśleć, oraz demoniczne sekrety, które pogrążyły was w głębinach męskich pożądań?

Książę usiadł i zaczął wachlować się chusteczką.

- Dobrze się czujesz, panie? - spytał niespokojnie sierżant.

- Co? Doskonale, doskonale.

- Jesteś całkiem czerwony, panie.

- Nie zmieniajcie tematu, człowieku - burknął książę i trochę się opanował. - Przyznajcie: zaproponowała wam hedonistyczne, wyuzdane rozkosze znane tylko adeptom sztuk zmysłowych. Prawda?

Sierżant stanął na baczność i patrzył prosto przed siebie.

- Nie, sir - odparł tonem człowieka, który mówi prawdę i niech się dzieje co chce. - Zaproponowała mi bułeczkę.

- Bułeczkę?

- Tak, sir. Z rodzynkami.

Felmet znieruchomiał, walcząc o spokój wewnętrzny.

- A co na to wasi ludzie? - zdołał w końcu wykrztusić.

- Też dostali po jednej. Wszyscy z wyjątkiem młodego Rogera, który nie może jeść owoców, sir, ze względu na swoje kłopoty.

Książę oparł się o ścianę i zasłonił dłonią oczy. Urodziłem się, by rządzić na równinach, myślał, gdzie wszystko jest płaskie, gdzie nie ma takiej pogody i w ogóle, i gdzie ludzie nie zachowują się, jakby byli z ciasta. Ten sierżant musi mi powiedzieć, co dala Rogerowi.

- Dostał sucharka, sir.

Książę spojrzał przez okno na drzewa. Był zły. Był straszliwie zły. Ale dwadzieścia lat małżeństwa z lady Felmet nauczyło go pa­nować nie tylko nad emocjami, ale też nad instynktami. Nawet drgnienie mięśnia nie zdradzało stanu jego umysłu. Poza tym z mrocznych głębi myśli wynurzało się uczucie, któremu jak do­tąd nie poświęcał zbyt wiele czasu: to ciekawość błysnęła płetwą na powierzchni.

Od pięćdziesięciu lat książę doskonale sobie bez niej radził. Ciekawość nie jest cechą pożądaną u arystokratów. Przekonał się wielokrotnie, że lepiej postawić na pewność. A jednak przyszło mu do głowy, że przynajmniej raz ciekawość może się przydać.

Sierżant stał na środku komnaty z obojętną miną człowieka oczekującego rozkazów, który gotów jest stać tak i czekać, dopóki nie zepchnie go dryf kontynentalny. Od wielu lat wiernie służył królom Lancre i było to widoczne: jego ciało stało na baczność, ale brzuch - mimo wysiłków - przyjął postawę „spocznij".

Wzrok księcia padł na Błazna, siedzącego na stołku obok tro­nu. Zgarbiony trefniś uniósł głowę i bez przekonania potrząsnął dzwoneczkami.

Książę podjął decyzję. Droga postępu, jak się przekonał, po­lega na znajdowaniu słabych punktów. Starał się nie myśleć, że za­liczają się do nich takie obiekty jak królewskie nerki na szczycie schodów nocą. Skupił się na sprawach będących pod ręką.

...ręka. Szorował i szorował, ale bez skutku. W końcu zszedł do lochów i pożyczył od kata drucianą szczotkę. Też nie pomogła. Było jeszcze gorzej. Im dłużej drapał, tym więcej pojawiało się krwi. Bał się, że w końcu oszaleje...

Wypchnął tę myśl w zakamarki umysłu. Słabe punkty... To jest to. Błazen wyglądał jak idealny słaby punkt.

- Możecie odejść, sierżancie.

- Tak jest. - Żołnierz odmaszerował.

- Błaźnie...

- Radujmy się, sir... - odpowiedział nerwowo Błazen i trącił struny swej znienawidzonej mandoliny.

- Właśnie rady mi trzeba, mój Błaźnie.

- Dufam, wujaszku...

- Nie jestem twoim wujem. Z pewnością bym o tym pamiętał. - Lord Felmet pochylił się, aż bukszpryt jego nosa znalazł się o kil­ka cali od przerażonej twarzy Błazna. -Jeśli swoją kolejną wypo­wiedź zaczniesz od „wujaszku", „dufam" albo „radujmy się", gorz­ko tego pożałujesz.

Błazen bezgłośnie poruszył wargami.

- A co sądzisz o „łaskawco"? - zapytał. Książę wiedział, kiedy może ustąpić.

- Z łaskawcą jakoś przeżyję - rzekł. - I ty również. Ale żad­nych podskoków. - Uśmiechnął się zachęcająco. -Jak długo je­steś Błaznem, mój chłopcze?

- Łaskawco złociutki...

- Złociutki... - Książę uniósł dłoń. - Ogólnie rzecz biorąc, ra­czej nie.

- Łaskawco zło... łaskawy panie. - Błazen nerwowo przełknął ślinę. - Przez całe życie, sir. Siedemnaście lat przy bębenku, od małego. A przede mną mój ojciec. I wujaszek, w tym samym czasie. I mój dziad przed nimi. I jego...

- Wszyscy twoi krewni byli Błaznami?

- Rodzinna tradycja, sir. To znaczy łaskawco. Książę znów się uśmiechnął, a Błazen był zbyt przerażony, by zauważyć, ile zębów odsłaniał ten uśmiech.

- Pochodzisz z tych okolic, prawda?

- Ra... Tak, sir.

- Zatem wiesz wszystko o miejscowych wierzeniach i tak da-lej?

- Chyba tak, sir. Łaskawco.

- Dobrze. A gdzie sypiasz, mój Błaźnie?

- W stajni, sir.

- Od tej chwili wolno ci spać w korytarzu przed moją kom­natą - zezwolił łaskawie książę.

- A niech to!

- A teraz... - głos księcia ściekał na błazna niczym melasa na budyń - opowiedz mi o czarownicach...

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna