Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona4/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18

***

Tej nocy Błazen, zamiast na ciepłym, miękkim sianie w stajni, spał na solidnej, królewskiej posadzce w wietrz­nym korytarzu nad głównym holem.

- To błazeństwo - mruknął do siebie. - Radujmy się... Ale czy dostateczne błazeństwo?

Zdrzemnął się niespokojnie. Zapadł w rodzaj snu, gdzie jakaś mglista postać próbowała zwrócić na siebie jego uwagę. Niewyraź­nie słyszał zza drzwi głosy lorda i lady Felmet.

- Przynajmniej nie ma przeciągów - stwierdziła niechętnie księżna.

Książę usiadł w fotelu i uśmiechnął się do żony.

- I co? - zapytała. - Gdzie są czarownice?

- Szambelan miał chyba rację, ukochana. Czarownice, jak się zdaje, rzuciły urok na miejscową ludność. Sierżant gwardii wrócił z pustymi rękami...

Ręce... Zdusił tę irytującą myśl.

- Musisz go skazać na śmierć - odparła natychmiast. -Jako przykład dla pozostałych.

- Takie działania, moja droga, doprowadzą w końcu do sytua­cji, kiedy rozkażemy ostatniemu z żołnierzy poderżnąć sobie gar­dło jako przykład dla niego samego. Przy okazji... - dodał łagod­nie - ostatnio wydaje mi się, że widuję mniej służby. Wiesz, że nie chciałbym się wtrącać...

- Więc się nie wtrącaj - warknęła. -Ja rządzę gospodarstwem. I nie znoszę niedbałości.

- Z pewnością najlepiej wiesz, co robić. Ale...

- Co z tymi czarownicami? Czy będziesz czekał bezczynnie i po­zwolisz, by ziarno kłopotów wzeszło w przyszłości? Co z koroną? Książę wzruszył ramionami.

- Sądzę, że trafiła na dno rzeki.

- A dziecko? Oddano je czarownicom? Czy składają ofiary z ludzi?

- Nie, jak się zdaje.

Księżna wydawała się nieco rozczarowana.

- Te czarownice - oznajmił książę - najwyraźniej rzucają uroki.

- To chyba...

- Nie takie, jak zaklęcia magiczne. Cieszą się raczej szacunkiem. Zajmują się leczeniem i tak dalej. To dosyć dziwne. Miej­scowi górale boją się ich i są z nich dumni równocześnie. Podjęcie akcji przeciw nim może się okazać dość trudne.

- Mogłabym niemal uwierzyć - odparta księżna - że na cie­bie też rzuciły urok.

Książę istotnie był zaintrygowany. Moc zawsze budzi mrocz­ną fascynację. To był główny powód, dla którego poślubił księżnę.

Nieruchomo wpatrywał się w ogień.

- Doprawdy - rzekła księżna, rozpoznając jadowity uśmiech męża - tobie to się chyba podoba, co? Myśl o niebezpieczeństwie. Pamiętam, kiedy braliśmy ślub; ta lina z węzłami...

Pstryknęła palcami przed zaszklonymi oczami księcia. Wypro­stował się.

- Wcale nie! - krzyknął.

- A więc co zamierzasz zrobić?

- Czekać.

- Czekać?

- Czekać i myśleć. Cierpliwość jest cnotą. Książę oparł się wygodnie. Uśmiechnął się jak istota, która przesiedziała milion lat na rozgrzanym kamieniu.

A potem, tuż pod okiem, zaczął mu drgać mięsień. Spod bandaża na ręku sączyła się krew.


***

I znowu księżyc w pełni sunął nad chmurami. Babcia Weatherwax wydoiła i nakarmiła kozy, dołożyła do ognia, zarzuciła ściereczkę na lustro i zza drzwi wyję­ła miotłę. Wyszła, zamknęła za sobą tylne drzwi i zawiesiła klucz na gwoździu w wygódce.

To wystarczało. Tylko raz w całej historii czarów w Ramtopach złodziej włamał się do domku czarownicy. Czarownica, którą to dotknęło, ukarała go w sposób straszliwy4.

Babcia wsiadła na miotle i wyszeptała kilka słów, choć bez większego przekonania. Po kilku próbach zsiadła, poprawiła wią­zanie na witkach i spróbowała jeszcze raz. Na końcu kija pojawiła się sugestia błysku, ale zgasła natychmiast.

- A niech to - mruknęła pod nosem Babcia.

Rozejrzała się czujnie, czy nikt nie podgląda. Był tam jedy­nie borsuk, który wyszedł na polowanie. Słysząc tupot biegnących stóp, wystawił głowę spod krzaka i zobaczył czarownicę pędzącą po ścieżce. W wyciągniętej sztywno w bok ręce trzymała kij miotły. W końcu magia zaskoczyła, Babcia wsiadła niezgrabnie, a miotła poszybowała w nocne niebo z gracją kaczki pozbawionej jednego skrzydła.

Znad drzew dobiegła zduszona klątwa na wszystkich krasnoludzich mechaników.

Większość czarownic woli mieszkać w samotnych domkach z tradycyjnie zakręconymi kominami i strzechą porośniętą mchem. Babcia Weatherwax uznawała to za właściwe; po co być czarownicą, jeśli ludzie o tym nie wiedzą?

Niania Ogg nie dbała, co ludzie wiedzą, a jeszcze mniej o to, co myślą. Mieszkała w nowym, pełnym bibelotów domku pośrod­ku Lancre, w samym sercu swojego osobistego imperium. Córki i synowe kolejno przychodziły gotować jej i sprzątać. Każdą pła­ską powierzchnię zastawiały ozdoby przywiezione przez podróżu­jących w dalekie krainy członków rodziny. Synowie i wnukowie pil­nowali, żeby nie brakło jej drewna, żeby dach nie przeciekał i piec nie dymił; nigdy nie brakło butelek w kredensie ani tytoniu w kap-ciuchu obok fotela na biegunach. Nad kominkiem wisiała deska z wypalonym napisem „Mama". Żaden tyran w historii świata nie zdobył władzy tak absolutnej.

Niania Ogg miała również kota, wielkiego, ślepego na jedno oko kocura imieniem Greebo. Spędzał on czas na spaniu, jedze­niu i płodzeniu największego kazirodczego kociego szczepu. Kie­dy usłyszał, jak miotła Babci ląduje ciężko na podwórzu, otworzył oko niby żółte okno do piekła. Z typowym dla swego gatunku in­stynktem rozpoznał w Babci nieuleczalnego wroga kotów i dys­kretnie przemieścił się pod fotel.

Magrat siedziała już sztywno przy kominku.

Jedna z nienaruszalnych zasad magii stwierdza, że praktyku­jący ją nie mogą zmienić własnego wyglądu na czas dłuższy. Ich ciała nabywają rodzaju morficznej inercji i stopniowo powraca­ją do oryginalnego kształtu. Magrat jednak próbowała. Co ra­no jej włosy były długie, gęste i blond, ale pod wieczór zawsze zmieniały się w normalne smętne loki. Aby odrobinę poprawić efekt, wplotła w nie fiołki i pierwiosnki. Rezultat różnił się nie­co od oczekiwań: wyglądała, jakby doniczka spadła jej na gło­wę.

- Dobry wieczór - odezwała się Babcia.

- Dobry cię przywiódł księżyc. Ku radości - odpowiedziała Magrat. - Niech gwiazda świeci...

- Jesteś! - zawołała Niania Ogg. Magrat skrzywiła się.

Babcia usiadła i zaczęła wyjmować szpilki, mocujące wysoki kapelusz do koka. Wreszcie dotarło do niej, jak wygląda Magrat.

- Magrat!

Młoda czarownica podskoczyła i ułożyła kościste dłonie na przedzie sukni.

- T... tak? - wyjąkała.

- Co masz na kolanach?

- To mój familiar.

- A co się stało z ropuchą, którą miałaś ostatnio?

- Poszła sobie - mruknęła Magrat. - Zresztą i tak się nie nada­wała.

Babcia westchnęła. Magrat już od jakiegoś czasu prowadziła desperackie poszukiwania odpowiedniego familiara. Ale mimo miłości i troski, jaką je otaczała, wszystkie miały jakąś straszliwą skazę, na przykład skłonność do gryzienia, bycia rozdeptywanym, czy też - w przypadkach ekstremalnych - do metamorfozy.

- To już piętnasty w tym roku - zauważyła Babcia. - Nie licząc konia. Co to jest?

- Kamień - zachichotała Niania Ogg.

- Przynajmniej wytrzyma dłużej.

Kamień wysunął głowę i spojrzał na Babcię z lekkim rozba­wieniem.

- To żółw - wyjaśniła Magrat. - Kupiłam go na targu w Owczej

Wólce. Jest bardzo stary i zna wiele tajemnic. Tak mówił sprze­dawca.

- Znam tego człowieka - rzekła Babcia. - Sprzedaje złote ryb­ki, które rdzewieją na drugi czy trzeci dzień.

- W każdym razie nazwę go Chyżostopy - oznajmiła wyzywa­jąco Magrat. - Mogę, jeśli zechcę.

- Tak, tak. Oczywiście. Jestem pewna - uspokoiła ją Babcia. - A w ogóle co słychać, siostry? Minęły już dwa miesiące od ostat­niego spotkania.

- Powinno się odbywać przy każdym nowiu księżyca - przy­pomniała Magrat. - Regularnie.

- Mieliśmy wesele najmłodszej naszej Grame - wyjaśniła Nia­nia Ogg. - Nie mogłam nie pójść.

- A ja całą noc siedziałam przy chorej kozie - oświadczyła z godnością Babcia Weatherwax.

- No tak... - Magrat była pełna wątpliwości. Sięgnęła do tor­by. - Jeśli mamy zaczynać, zapalmy świece.

Starsze czarownice wymieniły zrezygnowane spojrzenia.

- Mam śliczną nową lampę. Tracie mi przysłał - oznajmiła niewinnie Niania Ogg. - I chciałam dołożyć trochę do ognia.

- Doskonale widzę po ciemku, Magrat - rzekła surowo Bab­cia. - A ty znowu czytałaś te ciężkie książki. Granity.

- Grimoire'y…

- A ja nie pozwolę, żebyś znowu rysowała po podłodze -ostrzegła Niania Ogg. - Dreen męczyła się przez parę dni, żeby zmyć te, jak im tam, z poprzedniego razu...

- Runy - wyjaśniła Magrat. W jej oczach pojawiło się błaga­nie. - Chociaż jedną świecę?

- No dobrze - ustąpiła Niania Ogg. - Jeśli masz się od tego poczuć lepiej... Ale tylko jedną. I to porządną, białą. Żadnych wy­mysłów.

Magrat westchnęła. Chyba niepotrzebnie przyniosła swoją torbę.

- Powinnyśmy sprowadzić jeszcze kilka osób - powiedziała. - Trzy to za mało na przyzwoity sabat.

- Nie wiedziałam, że dalej jesteśmy sabatem. Nikt mi nie po­wiedział, że to sabat - prychnęła Babcia Weatherwax. - Zresztą po tej stronie gór nie ma już nikogo prócz Staruszki Dismass, a ona ostatnio nigdzie nie wychodzi.

- W mojej wiosce jest wiele młodych dziewcząt... - oświadczy­ła Magrat. - No wiecie... Może byłyby chętne...

- Dobrze wiesz, że nie tak się to robi - odparła z dezaproba­tą Babcia. - Ludzie nie znajdują magii, ona sama do nich przy­chodzi.

- Tak, oczywiście. Przepraszam.

- No właśnie - stwierdziła Babcia, trochę udobruchana. Nigdy nie opanowała sztuki przepraszania, ale ceniła ją u innych.

- Co sądzicie o naszym nowym księciu? - spytała Niania, żeby oczyścić atmosferę.

Babcia wyprostowała się z powagą.

- Kazał spalić kilka domów w Głupim Ośle. Z powodu podat­ków.

- To straszne - szepnęła Magrat.

- Stary król Verence też to robił - przypomniała Niania Ogg.

- Był bardzo porywczy.

- Ale zwykle pozwalał ludziom najpierw wyjść - zauważyła Babcia.

- A tak - przyznała Niania, zagorzała rojalistka. - Bywał taki' wielkoduszny. I często płacił za odbudowę. Jeśli nie zapomniał.

- A w każdą Noc Strzeżenia Wiedźm fundował jeleni comber

- westchnęła Babcia. - Regularnie.

- O tak. I miał szacunek dla czarownic, trudno zaprzeczyć -dodała Niania Ogg. - Często spotykał mnie w lesie, kiedy polował na ludzi. Zawsze zdejmował hełm, zawsze mówił: „Mniemam, że znajduję panią w dobrym zdrowiu, pani Ogg". A następnego dnia przysyłał lokaja z paroma butelczynami czegoś rozgrzewającego. Prawdziwy król.

- Polowanie na ludzi nie jest dobre - zaprotestowała Magrat.

- Fakt, nie - przyznała Babcia Weatherwax. - Ale polował tyl­ko na takich, którzy zrobili coś złego. Mówił, że oni właściwie to lu­bią. I często ich puszczał, jeżeli dobrze uciekali.

- No i jeszcze ten jego wielki miecz - dodała Niania Ogg. Atmosfera zmieniła się wyraźnie. Stała się ciepła i mroczna, wypełniając kąty cieniami nie dopowiedzianych sekretów.

- Ach... - mruknęła Babcia Weatherwax. - Jego droit de seigneur...

- Musiał często z niego korzystać. - Niania Ogg wpatrywała się w ogień.

- Ale następnego dnia przysyłał swojego marszałka dworu z sa­kiewką srebra i koszem smakołyków na wesele - przypomniała Bab­cia. - Niejedna para mogła dzięki temu rozpocząć nowe życie.

- To prawda - zgodziła się Niania. - A także jedna czy druga osoba samotna.

- Król w każdym calu.

- O czym wy mówicie? - zdziwiła się Magrat. - Przecież każdy lord ma zbrojownię.

Dwie czarownice wynurzyły się na powierzchnię z głębiny mrocznych wspomnień. Babcia Weatherwax wzruszyła ramio­nami.

-Jeśli tak dobrze myślicie o poprzednim królu - kontynu­owała surowym tonem Magrat - dziwię się, czemu was nie martwi, że został zabity. Przyznajcie, ten wypadek był bardzo dziwny.

- Tacy już są królowie - odparła Babcia. - Przychodzą i od­chodzą. Dobrzy i źli. Jego ojciec otruł króla, którego mieliśmy po­przednio.

- Starego Tharguma - przypomniała Niania. - O ile pamię­tam, miał długą rudą brodę. Też był wielkoduszny.

- Tyle że teraz nikomu nie wolno mówić, że Felmet zabił kró­la - stwierdziła Magrat.

- Co? - zdziwiła się Babcia.

- Przedwczoraj właśnie za to kazał stracić w Lancre kilka osób - wyjaśniła Magrat. - Powiedział, że rozsiewali złośliwe kłamstwa. I że każdy, kto będzie to powtarzał, zwiedzi jego lochy. Ale nie bę­dzie długo ich oglądał. Twierdzi, że Verence zmarł śmiercią natu­ralną.

- Być zamordowanym to przecież dla króla śmierć naturalna. Nie rozumiem, dlaczego tak się krępuje. Kiedy zabili starego Thar­guma, zatknęli jego głowę na kiju, rozpalili wielkie ognisko i wszy­scy w zamku przez tydzień chodzili pijani.

- Pamiętam - wtrąciła Niania. - Nosili tę głowę po wioskach, by pokazać, że naprawdę nie żyje. Bardzo przekonujące, uznałam.

Zwłaszcza dla niego. Uśmiechał się. Myślę, że tak właśnie chciałby odejść.

- Sądzę, że na obecnego powinnyśmy uważać - oświadczyła Babcia. - Mam wrażenie, że może być za sprytny. To niedobra ce­cha u królów. I nie przypuszczam, żeby umiał okazywać szacunek.

- W zeszłym tygodniu przyszedł do mnie jakiś człowiek i zapy­tał, czy chciałabym płacić jakieś podatki - oznajmiła Magrat. - Po­wiedziałam mu, że nie.

- U mnie też był - przypomniała sobie Niania Ogg. - Ale nasz Jason i nasz Wane wyszli do niego i powiedzieli, że nie ma­my ochoty.

- Niski, łysy, w czarnym płaszczu? - spytała z namysłem Babcia Weatherwax.

- Tak - odpowiedziały chórem dwie czarownice.

- Chował się u mnie w malinach. Ale uciekł, kiedy wyszłam zapytać, czego chce.

- Szczerze mówiąc, dałam mu dwa miedziaki - przyznała się Magrat. - Powiedział, że będzie torturowany, jeśli nie zmusi cza­rownic do płacenia podatków...


***

Lord Felmet starannie obejrzał dwie monety. Następnie popatrzył na swojego poborcę podatków. -A więc... Poborca odchrząknął nerwowo.

- No więc, jaśnie panie, to było tak: wytłumaczyłem im, że musimy utrzymywać stałą armię i w ogóle, a one spytały dlaczego, a ja powiedziałem, że z powodu bandytów i w ogóle, a one na to, że bandyci nigdy ich nie zaczepiają.

- A roboty publiczne?

- A tak. No więc wskazałem im konieczność budowy i konser­wacji mostów i w ogóle.

- I?


- Powiedziały, że ich nie używają.

- Aha - stwierdził z mądrą miną książę. - Nie mogą przekro­czyć płynącej wody.

- Nie byłbym tego pewny, sir. Myślę, że czarownice mogą prze­kroczyć, co tylko zechcą.

- Czy mówiły coś jeszcze? - spytał książę. Poborca z roztargnieniem miął kraj swojej szaty.

- Owszem, sir. Wspomniałem, że podatki pomagają utrzymać pokój...

- I co?


- Odpowiedziały, że król sam powinien dbać o swoje pokoje, sir. A potem obrzuciły mnie spojrzeniem.

- Jakim spojrzeniem?

Książę podparł dłonią podbródek. Był zafascynowany.

- Trochę trudno je opisać - stwierdził poborca.

Starał się unikać wzroku księcia; miał przemożne uczucie, że kafelkowa podłoga ucieka spod niego we wszystkie strony i pokry­wa już dobre kilka akrów. Fascynacja lorda Felmeta była dla niego tym, czym szpilka dla balonu.

- Spróbuj - zachęcił książę. Poborca zaczerwienił się.

- No więc... - zaczął. - Ono nie było miłe.

Co dowodzi, że poborca podatków lepiej radził sobie z licz­bami niż ze słowami. Gdyby zakłopotanie, strach, marna pamięć i całkowity brak wyobraźni nie sprzysięgły się przeciw niemu, po­wiedziałby coś takiego: „Kiedy byłem mały i mieszkałem u ciotki, to ona zabroniła mi dotykać śmietanki i w ogóle, i odstawiła ją na najwyższą półkę w spiżarni, a wtedy ja przyniosłem stołek i chcia­łem ją zdjąć, kiedy ciotki nie było w domu, ale ona wróciła, tylko ja nic nie wiedziałem, i nie mogłem dosięgnąć do dzbanka, więc spadł na podłogę i się roztrzaskał, a ona wtedy weszła i popatrzy­ła na mnie. To było właśnie takie spojrzenie. Ale najgorsze, że one o tym wiedziały".

- Niemiłe - powtórzył książę.

- Nie, sir.

Książę zabębnił palcami lewej ręki po poręczy tronu. Pobor­ca chrząknął ponownie.

- Jaśnie panie... Nie zechcesz chyba zmuszać mnie do powro­tu, prawda?

- Co? - Książę machnął niecierpliwie ręką. - Nie, nie - zapewnił. - Porozum się tylko z oprawcą, kiedy będziesz wychodził. Zobacz, czy znajdzie dla ciebie miejsce. Poborca skłonił się z wdzięcznością.

- Dzięki, sir. Natychmiast, sir. Jesteś bardzo...

- Tak, tak - rzucił z roztargnieniem lord Felmet. - Możesz odejść.

Pozostał sam w ogromnej sali. Znowu padał deszcz. Od czasu do czasu tynk spadał na kafelki, a ściany trzeszczały, jakby osiada­ły jeszcze głębiej. Powietrze pachniało starymi piwnicami.

Bogowie, jakże nienawidził tego królestwa!

Było takie małe: ledwie czterdzieści mil długie i może na dzie­sięć szerokie. Prawie w całości składało się z okrutnych gór o zbo­czach zielonych od lodu i grzbietach ostrych jak nóż oraz z gęstych, ponurych lasów. Takie królestwo nie powinno sprawiać kłopotów.

Nie mógł tylko zrozumieć uczucia, że ma ono także głębię. Zdawało się, że mieści w swych granicach zbyt wiele geografii.

Wstał i przeszedł przez komnatę na balkon, skąd roztaczał się niezrównany widok na drzewa. Odniósł wrażenie, że drzewa też na niego patrzą.

Wyczuwał ich niechęć. To dziwne, bo ludzie jakoś nie prote­stowali. Zresztą przeciwko niczemu właściwie nie protestowali. Verence był na swój sposób popularny. Sporo ludzi zjawiło się na po­grzebie; pamiętał rzędy poważnych twarzy. Nie wyglądali na głu­pich. W żadnym razie. Wyglądali na zajętych innymi sprawami; jakby to, co robią królowie, nie było szczególnie ważne.

Irytowało go to tak samo jak drzewa. Solidne rozruchy, na przykład, byłyby bardziej... bardziej właściwe. Człowiek mógłby po­jeździć, powieszać ludzi, powstałoby twórcze napięcie, tak ważne dla rozwoju państwa. Na równinach, kiedy dawało się ludziom kopniaka, odpowiadali kopniakiem. A tutaj, kiedy dać komuś kop­niaka, odsunie się tylko i będzie czekał, aż noga człowiekowi od­padnie. Jak królowie mogą przejść do historii, władając takim na­rodem? Nie można tych ludzi dręczyć, tak samo jak nie można dręczyć materaca.

Podniósł już podatki i spalił parę wiosek, dla zasady, żeby po­kazać, z kim mają do czynienia. I właściwie nie uzyskał żadnego efektu.

A teraz jeszcze te czarownice. Nie dawały mu spokoju.

- Błaźnie!

Błazen, który uciął sobie krótką drzemkę za tronem, obudził się przerażony.

- Słucham!

- Podejdź.

Błazen zbliżył się, brzęcząc żałośnie dzwoneczkami.

- Powiedz mi, Błaźnie, czy tu zawsze pada deszcz?

- Dufam, wujaszku...

- Po prostu odpowiedz na pytanie - rzekł lord Felmet z żela­zną cierpliwością.

- Czasami przestaje, sir. Żeby zrobić miejsce dla śniegu. A cza­sem mamy tu naprawdę uporczywe orguliczne mgły - wyjaśnił Błazen.

- Orguliczne? - zdziwił się książę.

Błazen nie mógł się powstrzymać. Jego przerażone uszy sły­szały, jak usta wyrzucają:

- Gęste, panie. Od łacianińskiego orgulum, co oznacza zupę czy też wywar.

Ale książę nie słyszał. Wysłuchiwanie paplania niższych sta­nem nie uważał na warte wysiłku.

- Nudzę się, Błaźnie.

- Pozwól, że cię rozbawię, panie, swoimi wesołymi uwagami czy lekkim żartem.

- Spróbuj.

Błazen oblizał wyschnięte wargi. Szczerze mówiąc, tego się nie spodziewał. Król Verence cieszył się, kiedy mógł dać mu kop­niaka albo rzucić w głowę butelką. To był prawdziwy król.

- Czekam. Rozśmiesz mnie. Błazen nabrał tchu.

-Jak chcesz, złociutki - wykrztusił. -Jakąż różnicę znajdziesz między sokołem łownym?

Książę zmarszczył brwi. Błazen uznał, że lepiej nie czekać.

- Takąż, że nóżkę jedną bardziej ma niż drugą - odpowie­dział, a potem, ponieważ było to elementem dowcipu, poklepał lekko Felmeta swoim balonem na patyku i brzdęknął w mando­linę.

Wskazujący palec księcia wystukał ostry werbel na poręczy tronu.

- Rozumiem - rzekł władca. - I co dalej?

- To jest... tego... już wszystko - wyjaśnił Błazen. - Mój dziadek uważał, że to jeden z jego najlepszych żartów.

- Śmiem podejrzewać, że opowiadał go nieco inaczej - stwier­dził książę. Wstał. - Przywołaj moich łowczych. Mam ochotę wy­ruszyć na polowanie. Ty też możesz pojechać.

- Panie, nie potrafię dosiadać konia!

Po raz pierwszy od rana lord Felmet się uśmiechnął.

- Doskonale - rzekł. - Damy ci konia, który nie potrafi nieść jeźdźca. Cha, cha.

Spojrzał na obandażowaną dłoń. W wolnej chwili, postano­wił, każę zbrojmistrzowi przysłać mi pilnik.
***

Przeminął rok. Dni cierpliwie następowały jeden po dru­gim. Kiedyś, na samym początku multiversum, próbowa­ły mijać wszystkie naraz, ale nic z tego nie wyszło. Tomjon siedział pod rozchwianym stolikiem Hwela i przyglą­dał się ojcu, który chodził od ściany do ściany wozu i mówiąc ma­chał ręką. Vitoller zawsze machał ręką, kiedy mówił; gdyby związać mu ręce z tyłu, stałby się niemową.

- No dobrze - rzekł. - A może Królewskie narzeczone?

- W zeszłym roku - odpowiedział mu głos Hwela.

- Niech będzie. W takim razie dajmy im Malla, tyrana Klatchu - postanowił Vitoller. Jego krtań gładko zmieniła przełożenie i głos stał się grzmiący, zdolny wprawić w wibrację szyby po drugiej stro­nie przeciętnego miejskiego rynku. - „We krwi przybyłem i we krwi rządzić, będę, by nikt nie śmiał szturmować tych krwawych murów..."

- Wystawialiśmy to dwa lata temu - oświadczył spokojnie Hwel. - Zresztą ludzie mają już dosyć królów. Chcą się trochę po­śmiać.

- Moich królów na pewno nie mają dosyć - zapewnił Vitoller. - Drogi chłopcze, ludzie nie po to przychodzą do teatru, żeby się śmiać. Przychodzą, żeby Przeżywać, Czerpać Naukę, Zachwy­cać się...

- Śmiać się - stwierdził chłodno Hwel. - Popatrz na ten kawa­łek.

Tomjon usłyszał szelest papieru i trzeszczenie wikliny, gdy oj­ciec opuścił swój ciężar na kosz z rekwizytami.

- Mag swego rodzaju - przeczytał Vitoller. - Albo jak sobie chcecie. Hwel wyciągnął nogi pod stołem i potrącił Tomjona. Wycią­gnął go za ucho.

- O co tu chodzi? - zapytał Vitoller. - Magowie? Demony? Chochliki? Kupcy?

- Jestem dość zadowolony ze sceny czwartej w akcie drugim.

- Hwel pchnął malucha w stronę kosza rekwizytów. - Komik Przy Myciu i Dwóch Służących.

- Jakieś sceny na łożu śmierci? - spytał Vitoller z nadzieją.

- Nie... ale mogę wstawić żartobliwy monolog w trzecim akcie.

- Żartobliwy monolog?

- No dobrze, jest jeszcze miejsce na mowę w ostatnim akcie

- zapewnił pospiesznie Hwel. - Napiszę dziś wieczorem. Żaden kłopot.

- I cios sztyletem - zażądał Vitoller, wstając. - Ohydny mord. To zawsze się podoba.

Wyszedł, by dopilnować ustawiania sceny.

Hwel westchnął i sięgnął po pióro. Gdzieś za obwisłymi ścia­nami z derki leżało miasteczko Wiszący Pies, które pozwoliło się zbudować na występie stromej ściany kanionu. W Ramtopach nie brakowało płaskiego gruntu. Problem w tym, że w większości był pionowy.

Hwel nie lubił tych gór, co musiało dziwić, jako że Ramtopy były odwieczną krainą krasnoludów, a on był krasnoludem. Został jednak dawno wygnany ze swego plemienia, nie tylko z powodu klaustrofobii, ale też skłonności do marzeń. Miejsco­wy król krasnoludów stwierdził, że nie jest to pożądany talent u kogoś, kto powinien machać kilofem i nie zapominać, w co należy trafić. W rezultacie Hwel otrzymał bardzo małą sakiewkę złota, serdeczne życzenia całego plemienia oraz stanowcze „że­gnaj".

Przypadek zdarzył, że akurat przejeżdżali tamtędy Vitoller ze swymi wędrownymi aktorami i krasnolud poświęcił miedziaka, by zobaczyć spektakl Smok z równin. Patrzył nieruchomo i nawet mięsień nie drgnął mu na twarzy, wrócił do siebie, a rankiem za­stukał do wozu Vitollera. Przyniósł pierwszy szkic Króla spod góry. Nie była to wybitna sztuka, jednak Vitoller okazał się dostatecz­nie spostrzegawczy, by w kudłatej głowie zobaczyć wyobraźnię tak potężną, że pozwoli zdobyć świat. Kiedy więc wędrowni ak­torzy powędrowali dalej, jeden musiał biec, żeby dotrzymać im kroku...

Cząstki czystego natchnienia bez przerwy przebijają wszech­świat. Co jakiś czas któraś z nich trafia w gotów do jej przyjęcia umysł, który następnie odkrywa DNA, formę sonaty na flet albo metodę produkcji żarówek przepalających się dwa razy szybciej. Jednak większość tych cząstek chybia. Większość ludzi przez całe życie nie zostaje trafiona nawet jedną.

Niektórzy mają jeszcze większego pecha. Trafiają w nich bez przerwy.

Taki właśnie był Hwel. Natchnienia, w ilości wystarczającej dla stworzenia pełnej historii sztuki scenicznej, trafiały bezustannie do niewielkiej twardej czaszki, zaprojektowanej przez ewolucję dla funkcji nie bardziej spektakularnych niż wyjątkowa odporność na ciosy topora.

Hwel polizał pióro i nieco zawstydzony rozejrzał się po obozo­wisku. Nikt nie patrzył. Ostrożnie podniósł Maga, odsłaniając dru­gi stos kart papieru.

Nie była to kolejna chałtura. Każdą stronicę zrosił potem; sło­wa były wpisane mozaiką kleksów, skreśleń i drobno nabazgranych dopisków. Hwel przyglądał się im przez chwilę, samotny w świe­cie złożonym tylko z niego, następnej czystej strony i hałaśliwych, grzmiących głosów, które nawiedzały go w snach.

Zaczął pisać.

Uwolniony od nigdy zbyt czujnej uwagi Hwela, Tomjon uchy­lił wieko kosza z rekwizytami i metodycznie -jak to dziecko - za­czął wypakowywać korony.

Krasnolud wysunął język i prowadził oporne pióro po zaplamionej inkaustem stronie. Znalazł miejsce dla nieszczęśliwie zakochanych, dla zabawnych grabarzy i garbatego króla. Sprawiały mu teraz kłopoty koty i wrotki...

Cichy bełkot sprawił, że uniósł głowę.

- Na miłość bogów, mały - powiedział. - Przecież jest za du­ża. Schowaj ją.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna