Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona5/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18

***

Dysk wtoczył się w zimę.

Ramtopy zimą trudno uczciwie opisywać jako magiczną, oszronioną krainę czarów, gdzie każdą gałązkę oplata ko­ronka kruchego lodu. Ramtopy zimą nie lubią żartów; są bramą prowadzącą do pierwotnego mrozu sprzed stworzenia świata. Ramtopy zimą to parę sążni śniegu i lasy zmienione w zbiór cieni­stych tuneli pod zaspami. To leniwy wicher, któremu nie chce się wiać dookoła ludzi, więc dmucha przez nich na wylot. Pomysł, że zima może przynosić radość, nigdy nie przyszedł do głowy nikomu z mieszkańców Ramtopów, którzy znają osiemnaście różnych okre­śleń śniegu5.

Duch króla Verence'a krążył po murach samotny i głodny. Spoglądał na swe ukochane lasy i wyczekiwał okazji.

Była to zima pełna wróżb. Nocami komety rozbłyskiwały na mroźnym niebie. Za dnia nad krainą przepływały chmury ukształ­towane w potężne wieloryby i smoki. We wsi Ostry Grzbiet kotka urodziła dwugłowe kociątko; ponieważ jednak Greebo - dzięki nieustającym wysiłkom - był męskim przodkiem każdego kota przynajmniej od trzydziestu pokoleń, zdarzenie to nie było szcze­gólnie prorocze.

Za to w Głupim Ośle młody kogut zniósł jajo i musiał odpo­wiedzieć na kilka bardzo kłopotliwych pytań natury osobistej. W Lancre pewien człowiek przysięgał, że spotkał kogoś, kto na własne oczy widział, jak drzewo wstało i poszło przed siebie. Spadł krótki, ulewny deszcz krewetek. Na niebie pojawiały się dziwne światła. Gęsi chodziły tyłem. A nad tym wszystkim pło­nęły gigantyczne falbany zimnego ognia, Aurory Coriolis, czyli Zorzy Osiowej, której chłodne kolory rozświetlały i zabarwiały śnieg.

Nie było w tym nic dziwnego. Ramtopy ciągnęły się w poprzek gigantycznej, stojącej fali magii Dysku niczym żelazny pręt upusz­czony niewinnie na tory metra. Magia bezustannie wyładowywała się w okolicy. Ludzie budzili się nocą, mruczeli: Jeszcze jeden przeklęty omen" i zasypiali znowu.

Nadeszła Noc Strzeżenia Wiedźm, znacząc początek nowego roku. I z przerażającą gwałtownością nic się nie wydarzyło.

Niebo było czyste, śnieg głęboki i sypki jak cukier puder.

Zamarznięty las milczał i pachniał metalem. Jedyne, co spada­ło z nieba, to z rzadka tylko świeży śnieg.

Jakiś człowiek przeszedł przez wrzosowiska od Ostrego Grzbietu do Lancre i nie zobaczył ani jednego błędnego ogni­ka, bezgłowego psa, spacerującego drzewa, widmowego powo­zu ani komety. Dobrzy mieszczanie musieli zaprowadzić go do tawerny i postawić coś mocniejszego, żeby mógł zaniepokoić nerwy.

Stoicyzm Ramtoperów, rozwijany od lat do formy absolutnej odporności na taumaturgiczny chaos, nie mógł znieść takiej zmiany. Była jak hałas, którego się nie słyszy, dopóki nie ucich­nie.

Babcia Weatherwax właśnie go słyszała, opatulona górą kołder w lodowatej sypialni. Noc Strzeżenia Wiedźm jest na Dysku trady­cyjnie tą jedyną w roku, kiedy czarownice powinny zostać w do­mach. Dlatego położyła się wcześnie, w towarzystwie torby jabłek i kamionkowej flaszki z gorącą wodą. Coś jednak wyrwało ją z drzemki.

Zwyczajny człowiek zacząłby przekradać się na dół, być może uzbrojony w pogrzebacz. Babcia tylko objęła rękami kolana i po­zwoliła umysłowi wzlecieć.

Tego czegoś nie było w domu. Wyczuwała małe, prędkie umy­sły myszy i zamglone myśli swoich kóz, leżących w cieple przytul­nej obórki. Niby sztylet czujności przepłynęła nad dachem chaty sowa na polowaniu.

Babcia skupiła się i jej umysł wypełniło ciche brzęczenie owa­dów w słomie strzechy i korników w belkach. Nic ciekawego.

Skuliła się mocniej i wyfrunęła do lasu, pogrążonego w ciszy, przerywanej jedynie z rzadka głuchymi uderzeniami śniegu zsuwa­jącego się z gałęzi. Nawet zimą las był pełen życia, zwykle uśpio­nego w jamach czy hibernującego w dziuplach.

Wszystko jak zwykle. Rozprzestrzeniła się bardziej, na wrzo­sowiska, ku tajemnym ścieżkom, gdzie wilki biegały bezszelest­nie po zamrożonej szreni; dotknęła ich umysłów ostrych jak no­że. Wyżej, na ośnieżonych przestrzeniach znalazła tylko stado wermimi6.

Wszystko było takie, jakie być powinno, z tym tylko zastrzeże­niem, że nic nie było jak należy. Istniało tam coś... tak, istniało coś żywego, coś młodego i starożytnego, i...

Babcia zbadała w myślach to uczucie. Tak. To jest to. Coś sa­motnego. Zagubionego. I...

Uczucia nigdy nie są proste. Babcia wiedziała to dobrze. Wy­starczy je zerwać, a pod spodem pojawiają się inne...

Coś, co - jeśli szybko nie przestanie być samotne i zagubio­ne - zacznie być bardzo złe.

Wciąż jednak nie mogła tego znaleźć. Wyczuwała już maleń­kie umysły poczwarek pod zamarzniętymi liśćmi. Wyczuwała dżdżownice migrujące poniżej linii zmarzliny. Wyczuwała nawet kilku ludzi, którzy zawsze są najtrudniejsi. Ludzki umysł zajmuje się tyloma myślami równocześnie, że prawie niemożliwa jest jego lokalizacja. To tak jakby próbować przybić mgłę do ściany.

Tam nie... Tam też nie... Wrażenie okrążało ją zewsząd i nie znalazła nic, co by je powodowało. Zsunęła się w dół jak najdalej, do najmniejszych stworzeń w królestwie, i wciąż niczego nie było.

Usiadła na łóżku, zapaliła świecę i sięgnęła po jabłko. Spoj­rzała na ścianę sypialni.

Nie lubiła przegrywać. Coś tam istniało, coś spijało magię, coś rosło, coś było tak pełne życia, że otaczało cały dom. A jednak nie mogła tego odszukać.

Zredukowała jabłko do ogryzka i odłożyła starannie na pod­stawkę lichtarza. Potem zdmuchnęła świecę.

Chłodny aksamit nocy znowu okrył pokój. Babcia Weatherwax postanowiła spróbować jeszcze raz. Może patrzyła w złą stronę...

Po chwili leżała na podłodze, naciągając na głowę poduszkę. Pomyśleć tylko: spodziewała się, że to będzie małe...
***

Zamek Lancre zadygotał. Nie był to gwałtowny wstrząs, ale i nie musiał być, gdyż konstrukcja zamku sprawiała, iż kołysał się nawet przy lekkim wietrzyku. Niewielka wie­życzka pochyliła się wolno i runęła w wypełniony mgłą kanion.

Błazen leżał na posadzce i drżał przez sen. Cenił ten zaszczyt, o ile to był zaszczyt, ale spanie na korytarzu zawsze sprowadzało sny o Gildii Błaznów, w której szarych, surowych ścianach przedrżał siedem lat straszliwej nauki. Posadzka była nieco bardziej miękka niż łóżka w Gildii.

O kilka stóp od niego zabrzęczała lekko zbroja. Halabarda zawibrowała w stalowej rękawicy aż - niby atakujący nietoperz, przecinający ze świstem nocne powietrze - przewróciła się i rozbi­ła posadzkę obok ucha Błazna.

Błazen usiadł. Zdał sobie sprawę, że ciągle się trzęsie. Tak sa­mo jak podłoga.

W pokoju lorda Felmeta drżenia wytrząsały kaskady kurzu ze starożytnego łoża z baldachimem. Książę obudził się ze snu, w któ­rym ogromna bestia tupała wokół zamku, i stwierdził ze zgrozą, że może to być prawda.

Portret jakiegoś dawno zmarłego króla spadł ze ściany. Ksią­żę wrzasnął.

Błazen stanął w progu, usiłując zachować równowagę na pod­łodze, która falowała teraz jak morze. Książę z trudem wstał z łóż­ka i chwycił Błazna za kaftan.

- Co się dzieje? - syknął. - Czy to trzęsienie ziemi?

- Nie miewamy ich w tej okolicy, panie - odparł Błazen i zo­stał odtrącony, gdy szezlong przepłynął wolno po dywanie.

Książę skoczył do okna i spojrzał na oświetlony księżycem las. Drzewa pod czapami śniegu wibrowały wśród ciszy nocy.

Kawał tynku trzasnął o posadzkę. Lord Felmet odwrócił się i tym razem uniósł Błazna nad podłogą.

Wśród wielu dobrodziejstw, z których książę w życiu zrezy­gnował, znajdowała się także ignorancja. Lubił mieć wrażenie, że wie, co się dzieje. Wspaniałe wątpliwości egzystencji nie kusiły go wcale.

- To czarownice, co? - warknął. Lewy policzek zaczął mu drżeć jak wyrzucona na piasek ryba. - Czekają tam w dole, co? Rzucają na zamek czar Wpływu, co?

- Zaprawdę, wujaszku...

- Rządzą tym krajem, co?

- Nie, panie, nigdy nie...

- Kto cię pytał?!

Błazen dygotał dokładnie w przeciwfazie z zamkiem, był więc jedynym obiektem, który wydawał się doskonale nieruchomy.

- Ehem... Ty, panie - wyjąkał.

- Sprzeczasz się ze mną?

- Nie, panie!

- Tak myślałem. Jesteś z nimi w zmowie, prawda?

- Panie! - Błazen był naprawdę zaszokowany.

- Wszyscy jesteście w zmowie! - krzyknął książę. - Cała wasza banda! Jesteście gromadą hersztów!

Odepchnął Błazna, szarpnięciem otworzył drzwi na taras. Wy­szedł na mróz i spojrzał z góry na uśpione królestwo.

- Słyszycie mnie wszyscy?! - wrzasnął. - To ja jestem królem!!! Wstrząsy ustały nagle, zaskakując księcia zupełnie. Odzyskał równowagę i strzepnął pył z nocnej koszuli.

- No właśnie - rzekł.

Ale teraz było jeszcze gorzej. Teraz las nasłuchiwał. Wypowie­dziane słowa rozpłynęły się w bezbrzeżnej pustce ciszy.

Na zewnątrz coś się czaiło. Wyczuwał to. Było dość silne, by wstrząsnąć całym zamkiem, a teraz obserwowało go i słuchało.

Książę wycofał się ostrożnie, wymacał za plecami klamkę, wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Pospiesznie zasunął story.

- To ja jestem królem - powtórzył cicho.

Zerknął na Błazna, który uznał, że czegoś od niego oczekuje.

Ten człowiek jest moim władcą i panem, pomyślał. Jadłem je­go sól czy jak to tam idzie. W Gildii uczyli mnie, że Błazen powi­nien być wierny swemu panu do samego końca, kiedy już wszyscy inni go opuszczą. Dobry czy zły - nie ma znaczenia. Każdy przy­wódca potrzebuje Błazna. Istnieje tylko lojalność. I tyle. Co z tego, że jest chyba całkiem szalony? Jestem jego Błaznem, dopóki jeden z nas nie umrze.

Ze zgrozą spostrzegł, że książę szlocha.

Błazen wyjął z rękawa niezbyt czystą czerwono-żółtą chustecz­kę haftowaną w dzwonki. Książę wziął ją z wyrazem dumy i wdzięcz­ności, i wytarł nos. Po czym z obłąkańczą podejrzliwością spojrzał na kawałek materiału.

- Jeśli to sztylet, co przed sobą widzę... - wymamrotał.

- Ehem... Nie, panie. To tylko moja chusteczka. Przyjrzyj się bliżej, z pewnością zauważysz różnicę. Nie ma tylu ostrych krawę­dzi.

- Dobry błazen - rzucił niejasno książę. Zupełnie zwariował, pomyślał Błazen. Jest o parę kroków od granicy. Tak pokręcony, że można by nim otwierać butelki.

- Uklęknij przede mną, mój Błaźnie.

Błazen ukląkł. Książę położył mu na ramieniu dłoń w brud­nym bandażu.

- Czy jesteś lojalny, Błaźnie? Czy można ci ufać?

- Przysięgałem, że będę szedł za swym panem aż do śmierci -zapewnił chrapliwym głosem Błazen.

Książę przysunął swą obłąkaną twarz i Błazen spojrzał wprost w przekrwione oczy.

- Nie chciałem - szepnął konspiracyjnie Felmet. - Zmusili mnie do tego. Wcale nie chciałem...

Drzwi odskoczyły na bok. Framugę wypełniła postać księżnej, prawie tego samego kształtu.

- Leonalu! - warknęła.

Błazna zafascynowała zmiana w oczach księcia: czerwony pło­mień obłędu zniknął, został wessany do wnętrza i zastąpiony przez lodowate, błękitne spojrzenie, jakie nauczył się już rozpoznawać. Nie oznaczało to, jak szybko zrozumiał, że książę jest teraz mniej szalony. Nawet chłód jego spokoju był swego rodzaju obłędem.

Książę miał umysł, który tykał jak zegarek i jak z zegarka regular­nie wyskakiwał z niego ptaszek.

Felmet spokojnie podniósł głowę.

- Tak, moja droga?

- Co to wszystko ma znaczyć? - zapytała gniewnie.

- Podejrzewam czarownice.

- Naprawdę nie sądzę... - zaczął Błazen. Spojrzenie lady Felmet nie tylko go uciszyło, ale niemal przybiło do ściany.

- To jest aż nadto oczywiste - rzekła. -Jesteś idiotą.

- Błaznem, pani.

- To również - mruknęła i zwróciła się do męża. - A więc... - Uśmiechnęła się posępnie. - Wciąż się buntują? Książę wzruszył ramionami.

- Jak mam walczyć z magią?

- Słowami - odpowiedział bez namysłu Błazen i natychmiast tego pożałował.

Oboje spojrzeli na niego.

- Co? - spytała księżna.

Błazen w zakłopotaniu upuścił mandolinę.

- W... w Gildii uczyli nas, że słowa mogą być silniejsze nawet od magii.

- Klaun! - stwierdził książę. - Słowa to tylko słowa. Krótkie sylaby. Kamienie i kije mogą mi połamać kości... - zamilkł na mo­ment, rozkoszując się tą myślą - ...ale słowa na pewno mnie nie zranią.

- Panie, istnieją słowa, które to potrafią. Kłamca! Uzurpator! Morderca!

Książę odskoczył nagle i skrzywił się.

- W tych słowach nie ma prawdy - zapewnił pospiesznie Bła­zen. - Ale mogą się rozprzestrzeniać jak ogień na torfowisku, a po­tem palić...

- Prawda! Prawda! - jęknął książę. - Słyszę je bez przerwy. To czarownice!

- Zatem... Zatem można z nimi walczyć innymi słowami. Sło­wa nawet czarownice pokonają.

- Jakie słowa? - wtrąciła zamyślona księżna.

- Starucha. - Błazen wzruszył ramionami. - Złe oko. Głupie babsko.

Księżna uniosła brew.

- Nie jesteś zupełnym idiotą - orzekła. - Mówisz o plotce.

- Otóż to, pani. - Błazen przewrócił oczami. W co się wplątał?

- To czarownice - wyszeptał książę, nie zwracając się do ni­kogo konkretnego. - Musimy opowiedzieć światu o czarownicach. Są złe. To przez nie ona ciągle wraca: krew. Nawet papier ścierny nie pomaga.
***

Ziemia zadrżała raz jeszcze, kiedy Babcia Weatherwax biegła wąską, oblodzoną ścieżką przez las. Śnieżna czapa zsunęła się z gałęzi drzewa prosto na jej kapelusz.

Wiedziała, że to niewłaściwe. Mniejsza o... cokolwiek to by­ło... ale kto słyszał, żeby czarownica wychodziła w Noc Strzeżenia Wiedźm? To wbrew tradycji. Nikt nie wiedział dlaczego, ale prze­cież nie w tym rzecz.

Dotarła na wrzosowiska, wymiecione wiatrem ze śniegu. Sierp księżyca wisiał nad horyzontem, a jego blade światło rozjaśniało wyrastające wokół góry. Tam trwał inny świat, gdzie nawet czarow­nice rzadko się zapuszczały; trwał pejzaż pozostawiony z mroźnych narodzin świata: zielonkawy lód, ostre szczyty i głębokie, ukryte doliny. Nie był przeznaczony dla ludzkich istot - nie wrogi, w każ­dym razie nie bardziej niż wroga jest cegła czy chmura, ale strasz­liwie, przerażająco obojętny.

A tym razem ją obserwował. Umysł niepodobny do żadnego, jaki w życiu spotkała, poświęcał jej sporą część swej uwagi. Spoj­rzała na oblodzone zbocza, oczekując niemal, że cień góry poru­szy się na tle gwiazd.

- Kim jesteś?! - krzyknęła. - Czego chcesz?!

Głos zagrzmiał echem pośród skał. Wysoko, na szczytach, od­powiedział jej huk lawiny.

W najwyższym punkcie wrzosowisk, gdzie latem w krzewach niczym małe pierzaste idiotki kryły się kuropatwy, stał samotny głaz - mniej więcej w punkcie gdzie stykały się terytoria trzech czarownic, choć nigdy nie wytyczono ich dokładnych granic.

Głaz był wysoki niczym mężczyzna i miał niebieskawy odcień. Uważano go za wyjątkowo magiczny, ponieważ - chociaż był tylko jeden - nikt nigdy nie zdołał go policzyć. Kiedy tylko zauważył, że ktoś przygląda mu się z namysłem, natychmiast przesuwał się mu za plecy. Był najbardziej wstydliwym monolitem na świecie.

Był też jednym z licznym punktów wyładowań magii, akumulującej się w Ramtopach. W promieniu kilku sążni od niego nie le­żał śnieg, a ziemia parowała lekko.

Na widok Babci głaz zaczął się odsuwać i po chwili obserwo­wał ją podejrzliwie zza drzewa.

Odczekała dziesięć minut, aż Magrat przybiegła ścieżką od Zwariowanego Gronostaja - wioski, której dobroduszni mieszkań­cy przyzwyczajali się już do masażu uszu i kwiatowych wywarów homeopatycznych na każdą dolegliwość z wyjątkiem dekapitacji7. Młoda czarownica była nieco zdyszana. Narzuciła jedynie szal na nocną koszulę, która - gdyby Magrat miała co odsłaniać - odsła­niałaby wszystko.

- Też poczułaś? - zapytała. Babcia skinęła głową.

- Gdzie Gytha? - zastanowiła się.

Spojrzały na ścieżkę wiodącą do Lancre, gromadki świateł w śnieżnym półmroku.
***

Trwała zabawa. Światło padało z okien na ulicę. Wąż lu­dzi wsuwał się i wysuwał z domu Niani Ogg. Z wnętrza dobiegał śmiech, trzask pękającego szkła i krzyki dzieci.

Było oczywiste, że życie rodzinne w tym domu przeżywane jest do granic wytrzymałości.

Dwie czarownice zatrzymały się niepewnie.

- Myślisz, że powinnyśmy wejść? - spytała niespokojnie Ma­grat. - Przecież nie byłyśmy zaproszone. I nawet nie przyniosły­śmy butelki.

- Mam wrażenie, że mają tam już zbyt wiele butelek - oświad­czyła z dezaprobatą Babcia Weatherwax.

Jakiś człowiek wytoczył się na ulicę, czknął i zderzył się z Babcią.

- Szczęśliwej Nocy Strzeżenia Wiedźm, droga pani - wybeł­kotał, spojrzał na jej twarz i błyskawicznie wytrzeźwiał.

- Panno - syknęła Babcia.

- Najmocniej przepraszam... Babcia wyminęła go z godnością.

- Chodź, Magrat - rozkazała.

Hałas wewnątrz unosił się w okolicach progu bólu. Niania Ogg omijała tradycję Nocy Strzeżenia Wiedźm, zapraszając do sie­bie prawie całe miasteczko. Powietrze w pokoju przekraczało już zakres czujników zanieczyszczeń. Babcia nawigowała przez tłum, kierując się dźwiękiem chrapliwego głosu, tłumaczącego całemu światu, że w porównaniu z niewiarygodną liczbą innych zwierząt, jeż ma jednak sporo szczęścia.

Niania Ogg siedziała przy kominku z kwartą w dłoni i akcen­towała wyliczanie machnięciami cygara. Na widok Babci uśmiech­nęła się szeroko.

- Ho, ho, stara przyjaciółko - zaskrzeczała, przekrzykując gwar. - Jednak się zjawiłaś. Weź sobie drinka. Albo i dwa. Kogo ja widzę! To przecież Magrat! Przysuń sobie krzesło i kopnij tego drania kota.

Greebo, zwinięty w kłębek przy kominku i uchylonym okiem obserwujący zabawę, machnął leniwie ogonem.

Babcia usiadła sztywno: wyprostowane uosobienie przyzwoi­tości.

- Nie zostaniemy długo. - Zerknęła z ukosa na Magrat, która ostrożnie sięgała do miseczki orzeszków. - Widzę, że jesteś zajęta. Zastanawiałyśmy się tylko, czy może zauważyłaś... cokolwiek. Dziś wieczorem. Niedawno.

Niania Ogg zmarszczyła czoło.

- Najstarszy naszego Darrona wymiotował - przypomniała so­bie. - Przypiął się do ojcowskiego piwa.

- Jeśli nie wymiotował wyjątkowo obficie - odparła Babcia - nie sądzę, żeby o to właśnie mi chodziło.

Nakreśliła w powietrzu skomplikowany okultystyczny symbol, który Niania całkowicie zignorowała.

- Ktoś próbował tańczyć na stole - powiedziała. - Spadł w sos dyniowy naszej Reet. Uśmialiśmy się setnie.

Babcia poruszyła brwiami i znacząco dotknęła palcem nosa.

- Sugerowałabym raczej sprawy mroczniejszej natury - rze­kła posępnie.

Niania Ogg przyjrzała się jej z uwagą.

- Coś ci wpadło do oka, Esme? - próbowała zgadywać. Babcia Weatherwax westchnęła.

- Wyjątkowo niepokojące wydarzenia magicznej tendencji rozgrywają się nawet w tej chwili - oznajmiła głośno.

W pokoju zapadła cisza. Wszyscy patrzeli na czarownice, z wy­jątkiem najstarszego syna Darrona, który wykorzystał okazję, by kontynuować swe alkoholowe doświadczenia. Potem, równie szyb­ko jak umilkły, kilkadziesiąt rozmów pospiesznie podjęło akcję.

- Może lepiej by było, gdybyśmy omówiły te sprawy na osob­ności - zaproponowała Babcia, gdy znowu zalała je fala uspokaja­jącego szumu.

Trafiły do pralni, gdzie Babcia spróbowała opisać umysł, jaki spotkała.

- Coś tam jest: w górach, w lasach - podsumowała. - I jest bardzo wielkie.

- Wydawało mi się, że kogoś szuka - dodała Magrat. - Wywar­ło na mnie wrażenie dużego psa.

Babcia myślała przez chwilę. Owszem, jeśli się zastanowić...

- Tak - przyznała. - Coś w tym rodzaju. Wielki pies.

- Smutny.

- Poszukujący.

- I coraz bardziej zły - zakończyła Magrat.

- Właśnie - rzekła Babcia, patrząc z naciskiem na Nianię.

- Może troll... - podpowiedziała Niania Ogg. - Wiecie, zosta­wiłam tam ponad pół kufla - dodała z wyrzutem.

- Przecież potrafię wyczuć umysł trolla, Gytho - odparła Babcia.

Nie rzuciła tych słów gniewnie. Wypowiedziała je bardzo spo­kojnie i to właśnie sprawiło, że Niania się zawahała.

- Podobno w górach bliżej Osi żyją naprawdę wielkie trolle

- stwierdziła wolno. - I lodowi giganci, i te wielkie, kosmate jak im tam powyżej linii wiecznych śniegów. Ale nie o nich ci chodzi, prawda...

- Nie.


- Aha.

Magrat zadrżała. Powtarzała sobie, że czarownica całkowicie panuje nad własnym ciałem i że gęsia skórka pod cienką nocną koszulą to tylko wytwór wyobraźni. Kłopot w tym, że miała dosko­nałą wyobraźnię.

Niania Ogg westchnęła.

- W takim razie lepiej popatrzmy.

I zdjęła pokrywę z miedzianego kociołka.

Niania Ogg nigdy nie używała swojej pralni, jako że wszystkie rzeczy prały jej synowe: plemię poszarzałych, cichych kobiet, któ­rych imion nie próbowała nawet zapamiętać. Pralnia zatem pełni­ła funkcje składziku starych, wyschniętych cebulek, przepalonych garnków i słojów fermentującego dżemu. Od dziesięciu lat nikt nie rozpalał ognia pod miedzianym kotłem. Woda pod pokrywą była atramentowoczarna i - jak głosiły plotki - bezdenna. Wnu­kom Niania Ogg opowiadała o żyjących w tej głębi potworach z po­czątków czasu; wierzyła, że trochę strachu i bezsensownej grozy jest ważnym elementem magii dzieciństwa.

Latem wykorzystywała kocioł do chłodzenia piwa.

- Musi wystarczyć. Może powinnyśmy wziąć się za ręce - po­wiedziała. - Magrat, sprawdź, czy drzwi są zamknięte.

- Co chcesz zrobić? - spytała Babcia.

Znalazły się na terenie Niani Ogg, więc do niej należał wy­bór.

- Zawsze powtarzam, że dobra Inwokacja nigdy nie zaszkodzi

- odparła Niania. - Od lat już tego nie próbowałam. Babcia Weatherwax zmarszczyła brwi.

- Ale przecież nie można - wtrąciła Magrat. - Nie tutaj. Po­trzebny jest kociołek i magiczny miecz. I oktogram. I zioła, i róż­ne rzeczy.

Babcia i Niania porozumiały się wzrokiem.

- To nie jej wina - stwierdziła Babcia. - Wszystko przez grimuary, które jej kupowali. - Zwróciła się do młodszej czarownicy. - To całkiem niepotrzebne. Trzeba użyć głowologii.

Rozejrzała się po starej pralni.

- Trzeba wykorzystać to, co jest pod ręką - stwierdziła.

Wzięła zbielałą kopyść i zważyła ją w dłoni.


***

- Przyzywamy cię i rozkazujemy z pomocą tego... - Bab­cia nawet się nie zająknęła - tej ostrej i straszliwej kopy­ści. Woda w kotle zafalowała lekko.

- Patrz, jak rozrzucamy... - Magrat westchnęła - dość zwie­trzałą sodę i niezwykle twarde płatki mydlane ku twej czci. Do­prawdy, Nianiu, nie sądzę...

- Cicho! Teraz ty, Gytho.

- Wołam cię i nakazuję posłuszeństwo łysiejącą drucianą szczotką Sztuki i tarą Osłony - zakończyła Niania, wymachując jed­nym i drugim. Blacha falista odpadła od ramy.

- Cenię szczerość - szepnęła załamana Magrat. - Ale to jed­nak nie to samo.

- Posłuchaj mnie, dziewczyno - odparła Babcia. - Demony nie przejmują się zewnętrzną formą rzeczy. Liczy się tylko to, co myślisz.

Magrat spróbowała sobie wyobrazić, że prastara kostka szare­go mydła jest najrzadszym z pachnących... zapomniała; może ko­rzeni... w każdym razie z dalekiego Klatchu. Nie było to łatwe. Bo­gowie tylko wiedzieli, jaki demon zareaguje na takie wezwanie.

Babcia także była odrobinę niespokojna. Nie przepadała za de­monami, a cała zabawa z inkantacjami i przyrządami przywodziła jej na myśl magów. Wszystkie te przedmioty pozwalały im czuć się ważnymi. Demony powinny się zjawiać, kiedy są potrzebne. I tyle.

Jednak protokół pozwalał gospodyni wybierać odpowiednie metody, Niania zaś lubiła demony, które były mężczyznami, a przy­najmniej takie sprawiały wrażenie.

W tym momencie Babcia na zmianę kusiła i groziła Piekłu łok­ciem pobielałego drewna. Sama była zdziwiona własną śmiałością.

Woda zabulgotała, znieruchomiała, a potem z cichym puk­nięciem wezbrała i uformowała głowę. Magrat upuściła mydło.

Była to bardzo przystojna głowa, może o nieco okrutnych oczach i z nosem w kształcie dziobu, ale mimo to przystojna, o su­rowych rysach. Nie ma w tym nic dziwnego; ponieważ demon je­dynie rzutuje własny obraz na tę rzeczywistość, może przecież zro­bić to jak należy.

Demon obrócił się wolno: lśniąca czarna statua w niepewnym blasku księżyca.

- A więc? - powiedział.

- Kim jesteś? - zapytała śmiało Babcia. Głowa odwróciła się w jej stronę.

- Moje imię jest niewymawialne w twoim języku, kobieto.

- Ja to osądzę - odparła groźnie Babcia i dodała: - Nie waż się mówić do mnie: kobieto.

- Jak chcesz. Moje imię brzmi: WxrtHltl-jwlpklz - oświadczył demon z wyższością.

- Gdzie byłeś, kiedy rozdawali samogłoski? - wtrąciła Niania Ogg. - Stałeś za drzwiami?

- A zatem, panie... - Babcia zawahała się tylko przez ułamek sekundy - panie WxrtHltl-jwlpklz, zastanawia się pan pewnie, dla­czego przywołaliśmy pana tutaj.

- Nie tak powinnaś mówić - zauważył demon. - Powinnaś po­wiedzieć...

- Nie gadaj. Ostrzegam, że mamy miecz Sztuki i oktogram Osłony.

- Jak chcesz. Moim zdaniem wyglądają jak tara do prania i ko­pyść.

Babcia rozejrzała się. W rogu pralni stało w sagach drewno na opał, a bliżej wielki i ciężki kozioł. Spojrzała z naciskiem na de­mona i nie patrząc, mocno uderzyła kopyścią o grubą belkę.

Martwą ciszę, jaka zapadła, zakłócał jedynie odgłos dwóch gładko rozciętych połówek kozła, kołyszących się i rozpadających z wolna w stos drewna.

Twarz demona zachowała obojętność.

- Macie prawo do trzech pytań - oznajmiła.

- Czy coś dziwnego pojawiło się w królestwie? - spytała Babcia.

Głowa zastanowiła się.

- I bez kłamstw - wtrąciła gorączkowo Magrat. - Inaczej oberwiesz szczotką.

- Chodzi o coś dziwniejszego niż zwykle?

- Gadaj wreszcie! - zawołała Niania Ogg. - Nogi mi marzną.

- Nie. Nie ma nic dziwnego.

- Przecież wyczułyśmy to... - zaczęła Magrat.

- Chwileczkę, chwileczkę - przerwała Babcia. Przez moment bezgłośnie poruszała wargami. Demony są jak dżiny albo profe­sorowie filozofii: jeśli nie sformułuje się pytania dokładnie jak trze­ba, z radością udzielą absolutnie precyzyjnej i całkowicie mylącej odpowiedzi. - Czy w królestwie jest coś, czego nie było przedtem? - zaryzykowała.

- Nie.

Tradycja mówiła, że można zadać tylko trzy pytania. Babcia próbowała ułożyć takie, które nie może być złośliwie źle zrozumia­ne. A potem uznała, że prowadzi tę rozmowę w niewłaściwy spo­sób.



- Co się tu dzieje, do licha? - spytała bardzo wyraźnie. - I na­wet nie próbuj się wywinąć, bo cię ugotuję.

Demon jakby się zawahał. Nowe podejście wyraźnie go zasko­czyło.

- Magrat, kopnij tu trochę szczap, dobrze? - poleciła Babcia.

- Protestuję przeciwko takiemu traktowaniu! - W głosie de­mona zabrzmiała nuta niepewności.

- Nie mamy czasu nóg sobie tu wystawać przez całą noc. Ta­kie słowne gierki są dobre dla magów, ale z nami to całkiem inna para kaloszy.

- Rozpalamy? Bo zimno - mruknęła Niania.

- Posłuchajcie - rzekł demon i tym razem w jego głosie poja­wił się ton przerażenia. - Nie wolno nam tak zwyczajnie udzielać informacji z własnej woli. Istnieją przepisy.

- W tym dzbanku na półce znajdziesz trochę oleju, Magrat - rzuciła Niania.

- Jeśli wam teraz wyznam... - zaczął demon.

- Tak?


- Nikomu nie powiecie?

- Nie piśniemy nawet słówka - obiecała Babcia.

- Nasze usta są zapieczętowane - dodała Magrat.

- W królestwie nie ma nic nowego - wyjaśnił demon. - Ale kraina się rozbudziła.

- Co masz na myśli?

- Jest nieszczęśliwa. Chce króla, który o nią zadba.

- Jak... - zaczęła Magrat, ale Babcia uciszyła ją gestem dłoni.

- Nie chodzi ci o ludzi, prawda? - Lśniąca głowa otrząsnęła się. - Nie, tak myślałam.

- Co... - spróbowała teraz Niania. Babcia przytknęła palec do warg.

Odwróciła się i podeszła do okna pralni, pajęczynowego cmentarza wyblakłych motylich skrzydeł i much z zeszłego lata. Słabe lśnienie za oszronionymi szybami sugerowało, że wbrew wszelkiemu rozsądkowi wkrótce wstanie nowy dzień.

- Możesz nam powiedzieć dlaczego? - zapytała nie odwraca­jąc głowy. Wyczuwała jaźń całej krainy... To robiło wrażenie.

- Jestem tylko demonem. Co mogę wiedzieć? Tylko to, co jest, a nie jak i dlaczego.

- Rozumiem.

- Mogę już iść?

- Słucham?

- Proszę!

Babcia wyprostowała się znowu.

- A tak. Biegnij - rzuciła z roztargnieniem. - Dziękujemy.

Głowa się nie poruszyła. Tkwiła w miejscu niby hotelowy por­tier, który wniósł piętnaście walizek na piąte piętro, pokazał wszyst­kim, gdzie jest łazienka, poprawił poduszki i czuje, że wyrównał już wszystkie zasłony, które mógł wyrównać.

- Mogłybyście mnie odprawić? Jeśli można prosić... - powie­dział demon, kiedy nikt jakoś nie zrozumiał aluzji.

- Co? - spytała Babcia, wyrwana z zamyślenia.

- Czułbym się lepiej, gdybym był właściwie odprawiony. W „biegnij" czegoś mi jednak brakuje.

- Hm... Jeśli ci to sprawi przyjemność. Magrat!

- Tak? - Magrat aż podskoczyła.

Babcia rzuciła jej kopyść.

- Pełnij honory, dobrze?

Magrat chwyciła kopyść za to, co -jak miała nadzieję - Bab­cia uważała za trzonek. Uśmiechnęła się.

- Oczywiście. Chętnie. Zaraz... Hm... Zniknij, ohydny potwo­rze, w najczarniejszej otchłani...

Głowa uśmiechnęła się z zadowoleniem. Tak to powinno wy­glądać.

Rozpuściła się w wodzie kotła niby wosk nad płomieniem. A ostatni wzgardliwy komentarz, niemal zagłuszony wirem, brzmiał:

- Bieeeegniiij...

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna