Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona7/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   18

***

Tej nocy znowu była pełnia. Co niezwykłe, wszystkie trzy czarownice przybyły wcześnie do stojącego głazu. Był tym tak skrępowany, że ukrył się w krzewach kolcolistu.

- Greebo od dwóch dni nie wrócił do domu - poinformowa­ła Niania Ogg, gdy tylko dotarła na miejsce. - To do niego niepo­dobne. Nigdzie nie mogę go znaleźć.

- Koty umieją same o siebie zadbać - odparła Babcia Weatherwax. - Państwa tego nie potrafią. Muszę wam o czymś opo­wiedzieć. Rozpal ogień, Magrat.

- Mmm?


- Powiedziałam: rozpal ogień, Magrat.

- Mmm? Aha. Tak.

Dwie starsze kobiety przyglądały się, jak nieuważnie sunie przez wrzosowisko, z roztargnieniem ciągnąc za suche gałęzie krza­ków. Magrat wyraźnie myślała o czymś innym.

- Nie jest sobą - zauważyła Niania Ogg.

- Owszem. To chyba lepiej - stwierdziła krótko Babcia i usia­dła na kamieniu. - Powinna je rozpalić, zanim przyszłyśmy. W koń­cu to jej obowiązek.

- Ma dobre chęci... - Niania Ogg obserwowała w zadumie plecy Magrat.

- Też miałam dobre chęci jako dziewczynka, ale to nie po­wstrzymało ostrego języka Mateczki Filter. Najmłodsza czarownica musi swoje odsłużyć, sama wiesz najlepiej. W dodatku nie nosi ka­pelusza. Skąd ludzie mają wiedzieć?

- Coś cię dręczy, Esme - domyśliła się Niania. Babcia posępnie kiwnęła głową.

- Miałam wczoraj odwiedziny - wyznała.

- Ja też.

Mimo swych zmartwień, Babcia poczuła lekką irytację.

- Kto? - zapytała.

- Burmistrz Lancre i paru radców. Nie są zadowoleni z króla. Chcą mieć takiego, któremu można zaufać.

- Nie zaufałabym żadnemu królowi, któremu mógłby zaufać radca.

- Tak, ale przyznasz, że to nikomu nie wychodzi na dobre, ty­le podatków i zabijanie ludzi. Nowy sierżant jest bardzo prędki, kiedy ma podpalić komuś dom. Stary Verence też to robił, ow­szem, ale...

- Wiem, wiem. Traktował to bardziej osobiście - przyznała Babcia. - Człowiek czuł, że mu zależy. Ludzie lubią, kiedy ktoś ich docenia.

- Felmet nienawidzi królestwa - podjęła Niania Ogg. - Wszy­scy to mówią. Kiedy idą z nim porozmawiać, tylko na nich patrzy, chichocze, pociera dłoń i trochę się krzywi.

Babcia poskrobała się w podbródek.

- Stary król krzyczał na nich i kopniakami wypędzał z zam­ku. Mawiał, że nie ma czasu dla sklepikarzy i im podobnych - do­dała z aprobatą.

- Ale był przy tym bardzo wielkoduszny. I...

- Królestwo się martwi - oznajmiła Babcia Weatherwax.

- Wiem. Przecież mówiłam...

- Nie chodzi o ludzi. Chodzi o królestwo.

Babcia wytłumaczyła. Niania przerywała kilka razy krótkimi pytaniami. Nie przyszło jej nawet do głowy wątpić w to, co usłysza­ła. Babcia Weatherwax nigdy nie zmyślała.

Po zakończeniu rzekła tylko:

- No tak.

- Jestem tego samego zdania.

- Coś podobnego.

- Właśnie.

- I co zwierzęta zrobiły potem?

- Odeszły. Ono je sprowadziło i ono wypuściło.

- Nikt nikogo nie zjadł?

- Nie zauważyłam.

- Zabawne.

- Zgadza się.

Niania Ogg spoglądała na zachodzące słońce.

- Nie sądzę, żeby wiele królestw tak postępowało - oświadczy­ła. - Widziałaś ten teatr. Królowie i różni tacy zabijają się przez ca­ły czas. Ich królestwa jakoś sobie z tym radzą. Jak to możliwe, że to właśnie nagle się obraziło?

- Jest tu już bardzo długo - stwierdziła Babcia.

- Wszystkie są - odparła Niania tonem doświadczonego stu­denta. - Każde miejsce leży tam, gdzie jest, od czasu kiedy pierw­szy raz tam trafiło. To się nazywa geografia.

- Nie chodzi tylko o ziemię. Ziemia to nie to samo co króle­stwo. Królestwo powstaje z różnych rzeczy. Idei. Lojalności. Wspo­mnień. Wszystko to istnieje równocześnie. A potem wspólnie two­rzy rodzaj życia. Nie cielesnego, raczej żywą ideę. Zbudowaną ze wszystkich, co żyją, i wszystkiego, co myślą. I co myśleli ludzie przed nimi.

Wróciła Magrat i jak pogrążona w transie zaczęła układać drewno.

- Widzę, że dużo o tym myślałaś - stwierdziła Niania, bardzo wolno i wyraźnie. - Więc to królestwo chce mieć lepszego króla, tak?

- Nie. To znaczy tak... Posłuchaj... - Pochyliła się. - To nie jest tak, że ono lubi i nie lubi tego samego co ludzie. Zgadza się? Niania Ogg nie była pewna.

- No... Pewnie nie, prawda? - zaryzykowała.

- Nie obchodzi go, czy ludzie są dobrzy, czy źli. Nie sądzę, że­by w ogóle potrafiło to poznać, tak samo jak ty nie poznasz, czy mrówka jest dobrą czy złą mrówką. Ale spodziewa się, że król bę­dzie się o nie troszczył.

- Tak, ale... - odpowiedziała niechętnie Niania. Błysk w oczach Babci zaczynał budzić w niej lęk. - Wielu ludzi zabijało, żeby zostać królem Lancre. Dokonywali różnych mordów.

- Nieważne, nieważne! - Babcia zamachała rękami. Potem zaczęła odliczać na palcach. - Popatrzmy... Po pierwsze, królowie ciągle zabijają się nawzajem, ale to wszystko wynika z przeznacze­nia i nie liczy się jako morderstwo. I po drugie, oni zabijali dla królestwa. To jest najważniejsze. Ale ten nowy chce tylko władzy. Królestwa nienawidzi. A królestwo chce być lubiane.

- Zupełnie jak pies - zauważyła Magrat. Babcia spojrzała na nią groźnie, otwierając usta do odpowied­niej riposty... i nagle złagodniała.

- Bardzo podobnie - przyznała. - Psa nie obchodzi, czyjego pan jest dobry czy zły. Ważne, żeby lubił psa.

- No dobrze - zgodziła się Niania Ogg. - Nikt i nic nie lubi Felmeta. Co masz zamiar z tym zrobić?

- Nic. Wiesz, że nie wolno nam się wtrącać.

- Uratowałaś dziecko...

- To nie było wtrącanie!

- Jak tam chcesz. Ale może pewnego dnia on powróci. Zno­wu przeznaczenie. I kazałaś nam schować koronę. Wszystko tu wróci, zapamiętaj moje słowa. Pospiesz się z tą herbatą, Magrat.

- A co postanowiłaś z radą miejską? - zainteresowała się Babcia.

- Wytłumaczyłam im, że sami muszą znaleźć jakieś rozwiąza­nie. Jeśli raz użyjemy czarów, powiedziałam, nigdy się to nie skoń­czy. Sama wiesz.

- Fakt - przyznała Babcia, ale w jej głosie zabrzmiała nuta żalu.

- Ale wiesz co? Wcale im się to nie spodobało. Burczeli coś, kiedy wychodzili.

- Znacie Błazna, który mieszka w zamku? - wyrzuciła z siebie Magrat.

- Taki mały z załzawionymi oczami? - spytała Niania zadowo­lona, że rozmowa wraca do normalnych tematów.

- Nie taki mały. Jak ma na imię, nie wiecie przypadkiem?

- Wołają na niego Błazen - wyjaśniła Babcia. - To nie jest pra­ca dla mężczyzny, tak biegać z dzwonkami.

- Jego matka była z domu Beldame, mieszkała w stronie Czarnoszkła - przypomniała sobie Niania. Jej wiedza o genealogii Lancre była legendarna. - Za młodu nie byle jaka piękność. Niejedno złamała serce. Słyszałam chyba o jakimś skandalu... Ale Babcia ma rację. Kiedy dzień się kończy, Błazen zostaje Błaznem.

- Dlaczego chcesz wiedzieć, Magrat? - zaciekawiła się Bab­cia.

- No... jedna z dziewcząt we wsi mnie spytała - odparła Ma­grat, czerwona po uszy.

Niania odchrząknęła i uśmiechnęła się porozumiewawczo do Babci Weatherwax, która z godnością pociągnęła nosem.

- To stała praca - rzekła Niania. - Trudno zaprzeczyć.

- Aha - burknęła Babcia. - Mężczyzna, który przez cały dzień tylko dzwoni, nie nadaje się na męża, ot co.

- Ale zawsze byś... byś wiedziała, gdzie jest - zauważyła Nia­nia, którą zaczynało to bawić. - Wystarczyłoby posłuchać.

- Nigdy nie ufaj mężczyźnie z rogami na kapeluszu. Magrat wstała i wyprostowała się.

-Jesteście parą głupich staruch - oznajmiła cicho. - Wracam do domu.

Bez dalszych słów pomaszerowała ścieżką do swojej wioski. Stare czarownice spojrzały po sobie.

- No tak... - mruknęła Niania.

- To przez te książki, co je dzisiaj czytają - uznała Babcia. -Przegrzewają mózg. Nie podsuwałaś jej żadnych pomysłów, mam nadzieję?

- O co ci chodzi?

- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Niania wstała.

- Nie rozumiem, dlaczego dziewczyna ma być samotna przez całe życie tylko dlatego, że ty uważasz to za właściwe - rzekła. - Zresztą do czego byśmy doszli, gdyby ludzie nie mieli dzieci?

- Żadna z twoich córek nie została czarownicą. - Babcia tak­że wstała.

- Ale mogły zostać - odparła Niania, trochę zakłopotana.

- Tak, gdybyś pozwoliła im dojść do tego, zamiast zachęcać do rzucania się na mężczyzn.

- Są ładne. Nie można stawać na drodze ludzkiej natury. Wie­działabyś o tym, gdybyś choć raz...

- Gdybym choć raz co? - spytała bardzo spokojnie Babcia.

Zaszokowane, spoglądały po sobie w milczeniu. Obie wyczu­wały napięcie ogarniające ich ciała: bolesne, gorące uczucie, że rozpoczęły coś i muszą to dokończyć choćby nie wiem co.

- Znałam cię, kiedy byłaś pannicą - mruknęła ponuro Nia­nia. - Sztywna byłaś i tyle.

- Przynajmniej większość czasu spędzałam w pozycji pionowej - odpowiedziała Babcia. - Obrzydliwe, ot co. Wszyscy tak uważali.

- Skąd możesz wiedzieć?

- Cała wieś o tobie mówiła.

- O tobie też! Nazywali cię Lodową Dziewicą. Nie słyszałaś pewnie, co? - Niania parsknęła z pogardą.

- Nie będę sobie kalać warg powtarzaniem, jak wołali na cie­bie! - krzyknęła Babcia.

- Ach tak? Więc pozwól sobie powiedzieć, moja dobra kobieto...

- Jak śmiesz zwracać się do mnie takim tonem! Nie jestem ni­czyją dobrą kobietą...

- Co racja, to racja!

Po raz kolejny zapadła cisza. Patrzyły na siebie nos w nos. Ta cisza była o cały poziom kwantowy wrogości wyżej niż poprzednia. Sprawy zaszły za daleko na krzyki. Krzyki się skończyły. Teraz gło­sy brzmiały cicho; i groźnie.

- Od początku wiedziałam, że nie warto słuchać Magrat -warknęła Babcia Weatherwax. - Te sabaty są wręcz śmieszne. Zja­wiają się tu zupełnie nieodpowiednie osoby.

- Cieszę się, że ucięłyśmy sobie tę pogawędkę - syknęła Nia­nia Ogg. - Oczyściła atmosferę. Spojrzała pod nogi.

- Stoi pani na moim terytorium, madam.

- Madam!

Grom zahuczał w oddali. Nieustająca burza Lancre, po krót­kiej wycieczce na równiny, powracała w góry na jedyne przedsta­wienie. Ostatnie promienie słońca jaskrawym blaskiem przebijały chmury. Wielkie krople deszczu zabębniły na spiczastych kapelu­szach czarownic.

- Szkoda tracić czas na te głupstwa - oznajmiła Babcia. - Mam ważniejsze sprawy.

- I ja - zapewniła Niania.

- Dobrej nocy pani życzę.

- I pani.

Odwróciły się do siebie plecami i pomaszerowały wśród ulewy.
***

Nocny deszcz stukał w zasłonięte okna domu Magrat, gdy czarownica przerzucała kartki książek Mateczki Whemper, poświęconych temu, co z braku lepszego określenia można nazwać magią naturalną.

Stara kobieta była kolekcjonerką takich dzieł, a co jeszcze dziwniejsze, sama je pisała - czarownicom rzadko przydaje się umiejętność pisania. Jednak Mateczka Whemper książkę za książ­ką wypełniała swym drobnym, starannym pismem, referując wy­niki cierpliwie prowadzonych eksperymentów magii stosowanej. Mateczka Whemper była czarownicą naukowcem10.

Magrat szukała zaklęć miłosnych. Za każdym razem, kiedy przymknęła oczy, widziała w ciemności czerwono-żółtą postać. Coś musiała z tym zrobić.

Zatrzasnęła książkę i zajrzała do swoich notatek. Przede wszystkim musi poznać jego imię. Powinna to załatwić stara sztucz­ka z obieraniem jabłka. Trzeba obrać jabłko tak, żeby otrzymać je­den długi kawałek skórki, i rzucić ją za siebie. Upadnie na pod­łogę, układając się w jego imię. Miliony dziewcząt próbowały te­go sposobu i były nieodmiennie rozczarowane wynikiem, chyba że ukochany miał na imię Scss. Działo się tak dlatego, że nie uży­wały niedojrzałego owocu odmiany Sunset Wonder zerwanego trzy minuty przed południem pierwszego mroźnego dnia jesieni i obranego lewą ręką srebrnym nożem o ostrzu nie szerszym niż pół cala. Mateczka wykonała wiele doświadczeń i w tej sprawie podała bardzo szczegółowe wskazówki. Magrat zawsze trzymała kilka takich jabłek na wszelki wypadek, a teraz taki wypadek wła­śnie nastąpił.

Odetchnęła głęboko i rzuciła obierzynę przez ramię.

Odwróciła się wolno.

Jestem czarownicą, powiedziała sobie. To zwyczajne zaklęcie. Nie ma się czego bać. Weź się w garść, dziewczyno. Kobieto.

Spojrzała i ze zdenerwowania przygryzła wargę.

- Kto by pomyślał? - powiedziała głośno.

Udało się.

Serce biło jej szybko, kiedy wróciła do notatek. Co dalej? A tak... O świcie zebrać nasienie paproci w jedwabną chusteczkę. Drobne pismo Mateczki Whemper przez dwie strony podawało szczegółowe instrukcje botaniczne, które - dokładnie wypełnio­ne - prowadziły do stworzenia napoju miłosnego. Trzeba go było przechowywać w szczelnie zamkniętej buteleczce na dnie wiadra lodowatej wody.

Magrat otworzyła tylne drzwi. Pioruny ucichły, ale pierwszy szary brzask nowego dnia tonął w nieustającej mżawce. Nadal jed­nak kwalifikował się jako świt, Magrat zaś była pełna determina­cji.

Ciernie szarpały ją za sukienkę, a mokre włosy kleiły się do czoła, gdy maszerowała przez ociekający deszczem las.

Drzewa kołysały się, chociaż nie było wiatru.
***

Niania Ogg także wyszła wcześnie. I tak nie mogła zasnąć, a poza tym martwiła się o Greeba. Greebo był jednym z jej czułych punktów. Rozumowo zgadzała się wprawdzie, że jest istotnie grubym, chytrym, cuchnącym wielokrotnym gwałcicie­lem, ale instynktownie wciąż widziała w nim tego małego, puszy­stego kotka, jakim był dziesięciolecia temu. To, że kiedyś zapędził wilczycę na drzewo i poważnie przestraszył niedźwiedzicę, która niewinnie kopała ziemię w poszukiwaniu korzonków, nie przeszka­dzało Niani martwić się, że przytrafiło mu się coś złego. Wszyscy inni mieszkańcy królestwa zgadzali się, że jedyną rzeczą, zdolną powstrzymać Greeba, jest bezpośrednie trafienie meteorytem.

Teraz, posługując się odrobiną elementarnej magii, podążała je­go śladem, choć mógłby to zrobić każdy obdarzony zmysłem powo­nienia. I przez wilgotne uliczki dotarła aż do otwartej bramy zamku.

Przechodząc skinęła głową strażnikom. Żadnemu z nich nie przyszło nawet na myśl, żeby ją zatrzymać, ponieważ czarownice - tak jak pszczelarze i wielkie goryle - chodzą tam, gdzie im się spodoba. Zresztą starsza pani, dzwoniąca łyżką o miskę, nie tworzy­ła zapewne grupy uderzeniowej armii inwazyjnej.

Życie strażnika zamkowego w Lancre było niewiarygodnie nudne. Jeden z nich, oparty na włóczni, przepuszczając Nianię za­pragnął, żeby zdarzyło się coś bardziej ekscytującego. Już wkrót­ce miał się przekonać, jak bardzo się mylił. Drugi strażnik stanął na baczność i zasalutował.

- Dzień dobry, mamo.

- Dzień dobry, Shawn - odpowiedziała Niania i wkroczyła na wewnętrzny dziedziniec.

Jak wszystkie czarownice, Niania żywiła awersję do wejść od frontu. Dlatego okrążyła twierdzę i weszła do wnętrza przez drzwi kuchenne. Kilka pokojówek dygnęło przed nią uprzejmie. Podob­nie ochmistrzyni, w której Niania rozpoznała jedną ze swoich synowych, chociaż imienia nie mogła sobie przypomnieć.

Dlatego właśnie, kiedy lord Felmet wyszedł z sypialni, zoba­czył idącą ku niemu korytarzem czarownicę. Nie mogło być wątpli­wości: była czarownicą od czubka spiczastego kapelusza po buty. I przychodziła po niego.
***

Magrat zsunęła się bezradnie ze wzgórka. Była przemoczona do nitki i oblepiona błotem. Ciekawe, pomyślała z goryczą; kiedy się czyta te zaklęcia, zawsze przychodzi na myśl piękny słoneczny ranek późną wiosną. W dodatku zapomnia­ła sprawdzić, jaka to piekielna odmiana tej piekielnej paproci się nadaje.

Drzewo zrzuciło na nią swój ładunek kropel. Magrat odsu­nęła z czoła mokre włosy i usiadła ciężko na zwalonym pniu, z którego wyrastały wielkie kępy białych, nieprzyzwoitych grzy­bów.

A pomysł wydawał się taki dobry. Wiązała z sabatem wielkie nadzieje. Była pewna, że nie należy być czarownicą samotnie, bo wtedy przychodzą do głowy głupie myśli. Marzyła o mądrych dys­kusjach na temat naturalnych energii, pod wiszącym na niebie wielkim księżycem... Potem mogłyby wypróbować kilka dawnych tańców, opisanych w książce Mateczki Whemper. Niekoniecznie nago, czy okryte światłem księżyca, jak to pięknie nazywano; Ma­grat nie miała złudzeń co do kształtu własnego ciała, a starsze cza­rownice wydawały się solidnie zbudowane pod sukniami. Zresztą nie było to bezwzględnie obowiązkowe. Książki twierdziły, że daw­ne czarownice tańczyły czasami w sukniach na zmianę. Magrat nie rozumiała, jak można tańczyć na zmianę. Może nie było tam miej­sca dla wszystkich równocześnie...

Na pewno jednak Magrat nie spodziewała się pary zgryźliwych staruszek, w najlepszym razie ledwie uprzejmych, które po prostu nie rozumiały nastroju. Oczywiście, na swój sposób starały się być miłe, ale Magrat miała uczucie, że jeśli czarownica jest dla kogoś miła, robi do wyłącznie z sobie znanych powodów.

A kiedy czarowały, wyglądało to tak zwyczajnie jak sprzątanie w domu. Nie nosiły okultystycznej biżuterii. Magrat głęboko wie­rzyła w moc okultystycznej biżuterii.

Nic się nie udało. Trudno, wraca do domu.

Wstała, otuliła się mokrą suknią, ruszyła przez mglisty las...

...i usłyszała tupot biegnących stóp. Ktoś zbliżał się bardzo szybko, nie dbając, kto go usłyszy. Trzask łamanych gałązek zagłu­szało dziwne dzwonienie. Magrat wsunęła się za kapiący deszczem ostrokrzew i ostrożnie wyjrzała przez liście.

To był Shawn, najmłodszy syn Niani Ogg, a metaliczny dźwięk powodowała jego o kilka numerów za duża kolczuga, Lancre nie było bogatym królestwem i przez wieki strażnicy zamkowi przeka­zywali sobie kolczugi z pokolenia na pokolenie, często na długim kiju. Shawn wyglądał w swojej jak pancerny dog.

Stanęła przed nim na ścieżce.

- Panna Magrat! - zawołał Shawn, unosząc klapę kolczugi, zakrywającą mu oczy. - Chodzi o mamę!

- Co się jej stało?

- On ją zamknął! Powiedział, że przyszła, bo chciała go otruć! A ja nie mogę zejść do lochów, bo tam są sami nowi strażnicy! Mó­wią, że zakuł ją w łańcuchy... - Shawn zmarszczył brwi. - To znaczy, że stanie się coś strasznego. Wie pani, jaka ona jest, kiedy się roz­złości. Nigdy już nie da nam spokoju.

- Dokąd biegłeś? - zapytała Magrat.

- Sprowadzić naszego Jasona, naszego Wane'a, naszego Darrona, naszego...

- Chwileczkę...

- Panno Magrat, a jeśli oni zechcą ją torturować? Wie pani, ja­ki ona ma język, kiedy się rozzłości...

- Myślę - poinformowała Magrat.

- Postawił przy bramach własnych gwardzistów i w ogóle...

- Shawn, czy mógłbyś przez minutę nie gadać?

- Kiedy nasz Jason się dowie, już on zajmie się księciem. Twierdzi, że najwyższy czas, żeby ktoś to zrobił.

Jason był młodym człowiekiem o budowie i - w opinii Magrat - mózgu stada wołów. I chociaż był gruboskórny, nie sądziła, żeby przeżył grad strzał.

- Na razie nic mu nie mów - powiedziała z namysłem. - Mo­że znajdzie się inny sposób.

- Poszukam Babci Weatherwax, dobrze? - spytał Shawn, prze-stępując z nogi na nogę. - Ona będzie wiedzieć, co robić. Jest cza­rownicą.

Magrat znieruchomiała. Już przedtem sądziła, że jest zła, ale teraz ogarnęła ją wściekłość. Była przemoczona, zmarznięta i głod­na, a ten osobnik... Dawniej, uznała, w takiej chwili zalałaby się łzami.

- Oj... - wykrztusił Shawn. - Hm... Nie chciałem... O rany... Hm...

Cofnął się.

- Jeśli przypadkiem spotkasz Babcię Weatherwax - wycedziła Magrat tonem, który wyryłby jej słowa na szkle - możesz jej po­wiedzieć, że zajmę się tą sprawą. A teraz uciekaj, zanim zamienię cię w żabę. I tak jesteś do niej podobny.

Odwróciła się, podciągnęła spódnicę i ruszyła biegiem do swojego domku.


***

Lord Felmet lubił napawać się cudzym nieszczęściem. Dobrze mu to wychodziło. - Wygodnie, co? - zapytał. Niania Ogg zastanowiła się.

- Znaczy, nie licząc tych kajdan? - spytała.

- Jestem nieczuły na twoje nędzne pochlebstwa - oznajmił książę. - Gardzę twoimi podstępnymi sztuczkami. Wiedz, że bę­dziesz torturowana.

Słowa nie wywarły jakoś należytego skutku. Niania rozglądała się po lochu lekko zaciekawionym wzrokiem turysty.

- A potem zostaniesz spalona na stosie - dodała księżna.

- Dobrze - odparła Niania.

- Dobrze?

- Strasznie tu zimno. Co to za wielka szafa z kolcami? Książę drżał z podniecenia.

- Aha! - zawołał. - Zaczynasz rozumieć? To, moja droga, jest Żelazna Dziewica. Najnowszy wynalazek. Przekonasz się...

- Mogę ją wypróbować?

- Jestem głuchy na twoje błagania o... - Książę zamilkł. Ner­wowy tik wykrzywił mu policzek.

Księżna zbliżyła się, aż jej czerwona twarz znalazła się o kilka cali od nosa Niani.

- Możesz udawać lekceważenie - syknęła. - Ale już wkrótce będziesz się śmiała drugą stroną twarzy.

- Moja twarz ma tylko jedną stronę - zauważyła Niania.

Księżna pieszczotliwie pogładziła tacę z narzędziami.

- Zobaczymy - mruknęła i chwyciła obcęgi.

- I nie myśl nawet, że ktoś przyjdzie ci z pomocą - oznajmił książę. Mimo chłodu pocił się obficie. - Tylko my mamy klucze do tego lochu. Cha, cha. Będziesz przykładem dla wszystkich, któ­rzy rozsiewają o mnie wrogie plotki. Nie waż się krzyczeć, że jesteś niewinna. Przez cały czas słyszę głosy, powtarzające kłamliwie...

Księżna chwyciła go mocno za ramię.

- Dość - warknęła. - Chodź, Leonalu. Pozwolimy, by przez chwilę zastanowiła się nad swym przyszłym losem.

- ...twarze... ohydne kłamstwa... nie było mnie tam, a zresztą on sam upadł... i owsianka zawsze przesolona... - Książę zataczał się wyraźnie.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi. Szczęknęły zamki, głucho stuk­nęły opadające sztaby.

Niania pozostała samotna w mroku. Migocząca na ścianie po­chodnia sprawiała tylko, że ciemność wokół stawała się jeszcze bar­dziej nieprzenikniona. Dziwne metaliczne kształty, projektowane dla celów nie bardziej wyszukanych niż niszczące testy ludzkiego ciała, rzucały nieprzyjemne cienie. Niania Ogg zadrżała w łańcu­chach.

- No dobrze - rzuciła. - Widzę cię. Kim jesteś? Król Verence stanął przed nią.

- Widziałam, jak robisz miny za jego plecami - powiedziała Niania Ogg. - Ledwie zdołałam zachować powagę.

- Nie robiłem min, kobieto. Marszczyłem czoło. Niania spojrzała z ukosa.

- Chyba cię znam. Ty nie żyjesz.

- Wolę określenie „odszedłeś" - stwierdził król.

- Pokłoniłabym się11, ale wiesz, mam na sobie te łańcuchy i w ogóle. Nie widziałeś tu gdzieś kota?

- Tak. Śpi w komnacie na górze. Niania odetchnęła.

- Czyli wszystko w porządku. Już zaczynałam się martwić. - Rozejrzała się po lochu. - Co to za wielkie łóżko tam w kącie?

- To ława tortur - odparł król i wyjaśnił jej zastosowanie. Niania Ogg pokiwała głową.

- Ależ on ma pomysłowy móżdżek - mruknęła.

- Obawiam się, madam, że to ja jestem odpowiedzialny za pa­ni obecne położenie - wyznał Verence. Usiadł, a w każdym razie za­wisł o kilka cali nad poręcznym kowadłem. - Chciałem ściągnąć tu czarownicę.

- Podejrzewam, że nie znasz się na zamkach?

- Chyba przekraczają jeszcze moje możliwości... Ale z pewno­ścią... -Verence szerokim gestem wskazał loch, kajdany i Nianię -dla czarownicy to wszystko tylko...

- Lite żelazo - poinformowała Niania. - Ty może i przejdziesz przez nie, aleja nie potrafię.

- Nie sądziłem... Myślałem, że czarownice znają się na ma­gii-

- Młody człowieku - rzekła Niania. - Będę ci wdzięczna, jeśli przestaniesz gadać.

- Madam! Jestem królem!

- Jesteś również martwy, więc na twoim miejscu powstrzyma­łabym się od wyrażania opinii. A teraz bądź grzecznym chłopcem i nie przeszkadzaj.

Wbrew wszelkim swoim instynktom, król poczuł, że musi po­słuchać. Nie potrafił się sprzeciwić temu głosowi. Przemawiał do niego zza zasłony lat, z dni spędzonych w pokoju dziecinnym. Echo tego głosu mówiło, że jeśli nie zje wszystkiego, zaraz pójdzie do łóżka.

Niania Ogg zabrzęczała łańcuchami. Miała nadzieję, że po­moc zjawi się szybko.

- Ehem... - zaczął niepewnie król. - Sądzę, że winien jestem wyjaśnienie...

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna