Terry pratchett



Pobieranie 1.43 Mb.
Strona9/18
Data27.04.2016
Rozmiar1.43 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   18

***

Babcia Weatherwax kroczyła korytarzami zamku Lancre jak wielki rozzłoszczony nietoperz; śmiech księcia odbijał się echem w jej głowie.

- Mogłaś zesłać mu bąble albo co - stwierdziła Niania Ogg. - Hemoroidy są niezłe. I dozwolone. Dalej by rządził, tyle że na sto­jąco. To zawsze dobry żart.

Babcia Weatherwax milczała. Gdyby wściekłość była ciepłem, jej kapelusz stanąłby w płomieniach.

- Co prawda byłby od tego jeszcze gorszy. - Niania biegła, że­by dotrzymać jej kroku. - To samo z bólem zębów. Zerknęła z ukosa na nieruchomą twarz Babci.

- Nie musisz się martwić - powiedziała. - Nic mi właściwie nie zrobili. Ale dziękuję.

- Nie martwię się o ciebie, Gytho Ogg - warknęła Babcia. - Przyszłam tylko dlatego, że Magrat się bała. Zawsze powtarzam, że jeśli czarownica sama nie potrafi o siebie zadbać, nie powinna na­zywać siebie czarownicą.

- Sądziłam, że Magrat dobrze sobie poradziła z drzewem.

- Wyrabia się.

Babcia rozejrzała się czujnie po korytarzu i pochyliła do ucha Niani.

- Nie chciałam sprawiać mu satysfakcji - szepnęła - ale pobił nas.

- No nie wiem - odparła Niania. - Nasz Jason i kilku moc­nych chłopców mogłoby...

- Widziałaś jego strażników? Nie tacy jak dawniej. To twardzi ludzie.

- Mogłybyśmy trochę chłopcom pomóc...

- Nic z tego. Ludzie sami muszą rozwiązywać takie sprawy.

- Jeśli tak twierdzisz, Esme... - zgodziła się potulnie Niania.

- Twierdzę. Magia jest po to, żeby nią władać, nie żeby wła­dała.

Niania kiwnęła głową. Po chwili przypomniała sobie obietni­cę i z gruzu na podłodze podniosła nieduży kamień.

- Już myślałem, że zapomniałaś - odezwał się duch króla za jej uchem.

Kawałek dalej Błazen biegł w podskokach za Magrat.

- Mogę cię znowu zobaczyć? - zapytał.

- No... sama nie wiem - odparła Magrat, choć serce śpiewało jej z radości.

- Może dziś wieczorem?

- Och nie. Dziś wieczorem będę bardzo zajęta.

Zamierzała zwinąć się w łóżku z kubkiem gorącego mleka i notatkami Mateczki Whemper na temat astrologii doświadczal­nej, ale instynkt podpowiadał jej, że każdy starający powinien po­konywać liczne trudności, by bardziej mu zależało.

- Więc jutro wieczorem? - nie ustępował Błazen.

- Jutro będę chyba myła włosy.

- Mogę mieć wolne w piątkową noc.

- Widzisz, nocami mamy wiele pracy...

- Zatem po południu.

Magrat zawahała się. Może instynkt się mylił?

- No... - powiedziała.

- Koło drugiej. Na łące przy stawie, dobrze?

- No...


- Więc do zobaczenia. Zgoda? - zapytał desperacko.

- Błaźnie! - Głos księżnej odbił się echem w korytarzu, a po twarzy Błazna przemknął wyraz grozy.

- Muszę iść - szepnął. - Na łące, zgoda? Włożę coś takiego, żebyś mnie rozpoznała. Zgoda?

- Zgoda - powtórzyła Magrat, zahipnotyzowana mocą jego uporu. Potem odwróciła się i pobiegła za czarownicami.

Przed zamkiem rozgrywało się istne pandemonium. Tłum, który tkwił pod murami, kiedy przybyła Babcia, rozrósł się znacz­nie. Przez nie strzeżoną teraz bramę wlał się do wnętrza i uderzał falami o mury dziedzińca. Nieposłuszeństwo obywatelskie było w Lancre zjawiskiem nowym, ale mieszkańcy kraju opanowali już podstawowe zasady, jak na przykład potrząsanie w górze sierpami i grabiami, połączone z prostymi ruchami w górę i w dół, z towa­rzyszeniem groźnych min i okrzyków „Precz". Tylko kilku, którzy nie całkiem pojęli, o co chodzi, wymachiwało flagami i wiwatowa­ło. Zaawansowani adepci szukali już wzrokiem łatwopalnych bu­dynków wewnątrz murów. Sprzedawcy ciastek i kiełbasek w bułce pojawili się znikąd13 i handlowali żwawo. Już niedługo ktoś pew­nie czymś rzuci.

Trzy czarownice stały u szczytu schodów prowadzących do głównej bramy twierdzy i obserwowały morze głów.

- Jest nasz Jason! - zawołała radośnie Niania Ogg. - I Wane, i Darron, i Kev, i Trev, i Nev...

- Zapamiętam ich twarze - zapewnił lord Felmet. Stanął im za plecami i objął przyjaźnie. - A widzicie moich łuczników na mu­rach?

- Widzę - odparła ponuro Babcia.

- Więc uśmiechnij się i pomachaj. Żeby ludzie widzieli, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Czyż bowiem nie odwiedzi­łaś mnie dzisiaj w sprawach państwowych?

Pochylił się Babci do ucha.

- Masz setki możliwości - szepnął. - Ale ich skutek zawsze bę­dzie taki sam. - Odsunął się. - Nie jestem człowiekiem nierozsąd­nym - dodał uprzejmie. -Jeśli przekonacie ludzi, żeby zachowywa­li się spokojnie, może dam się przekonać i złagodzę nieco moje rządy. Oczywiście niczego nie obiecuję.

Babcia milczała.

- Uśmiech i machaj - rozkazał książę.

Babcia uniosła rękę i zademonstrowała krótki grymas, nie ma­jący żadnego związku z humorem. Potem zmarszczyła brwi i szturchnęła Nianię Ogg, która machała i szczerzyła zęby jak sza­lona.

- Nie musisz przesadzać - syknęła.

- Ale tam jest nasza Reet i Sharleen z dziećmi - wyjaśniła Nia­nia. - Hej, hej!

- Cicho bądź, stara miotło - warknęła Babcia. - I opanuj się!

- Świetnie. Dobra robota - pochwalił książę. Również uniósł ręce, a właściwie rękę. Druga wciąż go bolała. Wczoraj w nocy zno­wu spróbował tarki, ale bez rezultatu.

- Ludu Lancre! - zakrzyknął. - Nie lękajcie się! Jestem wa­szym przyjacielem. Będę was chronił przed czarownicami. Zgodzi­ły się zostawić was w spokoju!

Babcia przyglądała mu się z ukosa. To jeden z tych maniaków depresyjnych, myślała. W górę i w dół, jak coś tam. W jednej chwi­li cię zabije, w następnej spyta, czy dobrze się czujesz.

Uświadomiła sobie, że Felmet spogląda na nią wyczekująco.

- Słucham?

- Powiedziałem: teraz proszę szanowną Babcię Weatherwax, by powiedziała kilka słów. Cha, cha.

- Tak powiedziałeś?

- Tak.

- Posunąłeś się o wiele za daleko.



- Posunąłem się, to prawda. - Książę zachichotał. Babcia zwróciła się do tłumu. Ludzie ucichli.

- Idźcie do domu - powiedziała. Nadal trwała cisza.

- To wszystko? - zapytał lord Felmet.

- Wszystko.

- A co z przysięgami wiecznej wierności?

- Co z nimi? Gytho, przestań tak wymachiwać!

- Przepraszam.

- A teraz my też musimy już iść - oznajmiła Babcia.

- Przecież tak miło nam się rozmawia - zaprotestował książę.

- Chodź, Gytho - rzuciła lodowato Babcia. - Gdzie się po­działa Magrat?

Zawstydzona Magrat podniosła głowę. Pochłonęła ją rozmo­wa z Błaznem, choć była to taka rozmowa, gdzie obie strony wie­le czasu poświęcają na przyglądanie się własnym butom i przecie­ranie paznokci. Dziewięćdziesiąt procent prawdziwej miłości to mocne, czerwieniące uszy zakłopotanie.

- Wychodzimy - oznajmiła Babcia.

- Pamiętaj, piątek po południu - szepnął Błazen.

- Jeśli zdołam - odparła Magrat.

Niania Ogg uśmiechnęła się domyślnie.

Babcia Weatherwax zbiegła po schodach i przecisnęła się przez tłum. Dwie pozostałe podążały za nią. Kilku roześmianych strażników pochwyciło jej wzrok i natychmiast tego pożałowało. Jednak tu i tam zabrzmiał ledwie skrywany pogardliwy śmieszek. Babcia przemknęła przez bramę, po zwodzonym moście i po uli­cach miasta. Idąc szybko, mogła pokonać większość ludzi bie­giem.

Za nimi książę roześmiał się głośno. Przekroczył ostatni ma­niakalny szczyt swojego szaleństwa i teraz zsuwał się szybko ku dnu rozpaczy.

Babcia nie zatrzymywała się, dopóki nie minęła granic mia­steczka. Pod przyjaznym liściastym stropem lasu zeszła z drogi i sia­dła ciężko na pniu. Ukryła twarz w dłoniach.

Dwie czarownice zbliżyły się do niej niespokojnie. Magrat po­klepała ją delikatnie po ramieniu.

- Nie załamuj się - powiedziała. - Obie uważamy, że bardzo dobrze się zachowałaś.

- Nie załamuję się, tylko myślę - odparła Babcia. - Idźcie sobie.

Niania Ogg uniosła brwi i spojrzała na Magrat ostrzegawczo. Oddaliły się na bezpieczną odległość, choć przy obecnym nastro­ju Babci nawet sąsiedni wszechświat mógł się okazać zbyt bliski. Usiadły na omszałym głazie.

- Dobrze się czujesz? - spytała Magrat. - Nic ci nie zrobili, prawda?

- Nawet nie tknęli mnie palcem. - Niania pociągnęła nosem.

- To nie są prawdziwi władcy - dodała. - Stary król Gruneweld, na przykład, nie marnowałby czasu na wymachiwanie narzędziami i groźby. Od razu: łup, łup! Igły pod paznokcie i żadnego gadania. Żadnych złowrogich śmiechów. To był prawdziwy król. Bardzo ła­skawy.

- Groził, że cię spali.

- Na to bym się nie zgodziła. Zauważyłam, że masz amanta.

- Słucham?

- Taki młody człowiek z dzwonkami - wyjaśniła Niania. -I twarzą kopniętego spaniela.

- Ach, ten. - Magrat zaczerwieniła się pod resztką makijażu.

- Wiesz, to taki sobie chłopak. Wszędzie za mną chodzi.

- To może być kłopotliwe, co?

- Poza tym jest taki mały... I ciągle podskakuje - dodała Magrat.

- Dobrze mu się przyjrzałaś? - spytała stara czarownica.

- Słucham?

- Nie. Tak myślałam. To bardzo mądry człowiek, ten Błazen. Powinien zostać jednym z tych... aktorów.

- Nie rozumiem.

- Następnym razem spójrz na niego jak czarownica, nie jak kobieta - poradziła Niania i porozumiewawczo szturchnęła Ma­grat pod żebro. - Dobra robota z tymi drzwiami - dodała. - Nie­źle sobie radzisz, nie ma co. Mam nadzieję, że powiedziałaś mu o Greebo.

- Obiecał, że natychmiast go wypuści, Nianiu. Babcia Weatherwax prychnęła głośno.

- Słyszałyście śmieszki w tłumie? - zapytała. - Ktoś chi­chotał.

Niania Ogg usiadła obok niej.

- I paru wytykało nas palcami - powiedziała. - Wiem.

- Nie można tego tolerować.

Magrat przysiadła na drugim końcu pnia.

- Są inne czarownice - przypomniała. - Wiele czarownic mieszka w Ramtopach. Mogłyby pomóc.

Jej dwie koleżanki spojrzały po sobie z bolesnym zaskocze­niem.

- Nie sądzę, żebyśmy musiały posuwać tak daleko - mruknę­ła Babcia. - Prosić o pomoc...

- Bardzo niedobra praktyka - przytaknęła Niania Ogg.

- Przecież poprosiłyście demona, żeby wam pomógł - przy­pomniała Magrat.

- Wcale nie - zaprzeczyła Babcia.

- Właśnie. Wcale nie.

- Rozkazałyśmy mu, żeby współpracował.

- Dokładnie.

Babcia Weatherwax wyciągnęła nogi i przyjrzała się swoim bu­tom. To były dobre, mocne buty, nabijane gwoździami, z półksiężycowymi podkówkami. Trudno było uwierzyć, że szewc je uszył; ktoś raczej położył zelówkę i je zbudował.

- Wiecie, jest taka czarownica pod Skundem - oświadczyła. -Siostra Jakaś...jak jej było... Jej syn wyjechał i został marynarzem. No wiesz, Gytho, ta co pociąga nosem i kładzie pokrowce na opar­ciach foteli, jak tylko człowiek sobie usiądzie...

- Grodley - podpowiedziała Niania Ogg. - Wysuwa mały pa­lec, kiedy pije herbatę, i ciągle upuszcza chusteczkę.

- Tak. Właśnie. Nie zniżyłam się do rozmowy z nią od czasu tej sprawy z szubienicą; pamiętasz. Myślę, że z rozkoszą przyjechałaby tutaj, niuchała wszędzie, zaglądała i wtykała palce. I tłumaczyła, co powinnyśmy robić. A tak: pomagać. Ładnie byśmy wyglądały, gdybyśmy wszystkim chciały pomagać.

- Tak jest. A pod Skundem drzewa rozmawiają z ludźmi i spa­cerują po nocach - poinformowała Niania. - Nie pytają nawet o pozwolenie. Fatalna organizacja.

- Nie tak świetna, jaką mamy tutaj? - spytała Magrat. Babcia wstała.

- Wracam do domu - oznajmiła.

Istnieją tysiące powodów, dla których magia nie rządzi świa­tem. Nazywają się czarownice i magowie, myślała Magrat, wycho­dząc za starszymi koleżankami na drogę.

Był to zapewnię wspaniały plan Natury, pozwalający jej się bro­nić. Dopilnowała, by każdy obdarzony talentem magicznym był tak skłonny do współpracy jak niedźwiedzica z bólem zębów. W ten sposób groźna moc rozpraszała się w przypadkowych sprzeczkach i sporach. Oczywiście, istniały różnice stylu. Magowie mordowali się w wietrznych korytarzach, czarownice zwyczajnie wyrzynały się na ulicach. I wszyscy byli egocentryczni jak wirujący bąk. Nawet kiedy pomagają innym, rozmyślała Magrat, robią to przede wszyst­kim dla siebie. Szczerze mówiąc, są jak duże dzieci.

Oprócz mnie, pomyślała z dumą.

- Jest bardzo zdenerwowana, prawda? - zwróciła się do Nia­ni Ogg.

- No cóż, to poważny problem. Im bardziej przyzwyczajasz się do magii, tym bardziej chcesz z niej korzystać. I tym bardziej sta­je ci na drodze. Kiedy zaczynałaś, pewnie nauczyłaś się od Matecz­ki Whemper paru zaklęć i bez przerwy ich używałaś.

- No tak. Wszyscy tak robią.

- Ogólnie znany fakt - zgodziła się Niania. - Ale gdy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że najtrudniejsza jest ta magia, z której w ogóle nie korzystasz.

Magrat rozważyła tę tezę.

- To zeń? - spytała.

- Nie wiem. Nigdy go nie widziałam.

- Kiedy byłyśmy w lochach, Babcia wspominała, że mogłam spróbować z kamieniami. To chyba bardzo trudna magia.

- Wiesz, Mateczka nie bardzo interesowała się kamieniami. Ale to nie takie trudne. Trzeba poszturchać ich wspomnienia. No wiesz, z dawnych czasów, kiedy były gorące i płynne.

Przerwała nagle i gwałtownie sięgnęła do kieszeni. Chwyciła odłamek zamkowego kamienia i odetchnęła z ulgą.

- Już się bałam, że zapomniałam o nim. - Wyjęła kamień. - Możesz wyjść.

Był ledwie widoczny w jasnym blasku dnia: lekkie migotanie powietrza pod drzewami.

Król Verence zamrugał. Nie był przyzwyczajony do dziennego światła.

- Esme! - zawołała Niania. - Ktoś tu chciałby z tobą poroz­mawiać.

Babcia odwróciła się powoli i spod zmrużonych powiek spoj­rzała na ducha.

- Widziałam cię chyba w lochu... - stwierdziła. - Kim jesteś?

- Verence, król Lancre - oznajmił duch i skłonił się nisko. - Czy mam zaszczyt zwracać się do Babci Weatherwax, najczcigod­niejszej z czarownic?

Wzmiankowano już, że choć Verence pochodził z długiej linii królów, nie był jednak zasadniczo głupi. W dodatku przez ponad rok nie poświęcał uwagi problemom ciała, co dokonało prawdzi­wych cudów. Babcia Weatherwax uważała się za osobę całkowicie odporną na pochlebstwa, lecz król fachowo aplikował jej równo­ważnik dziennej produkcji cechu piekarzy sporego państwa. Po­kłon był szczególnie dobrym pociągnięciem.

Babci Weatherwax drgnął kącik ust. Skłoniła się sztywno w od­powiedzi, gdyż nie była całkiem pewna, jak ma reagować na okre­ślenie „najczcigodniejsza".

- Ja nią jestem - przyznała. - Możesz wstać - dodała z królew­ską miną.

Król Verence pozostał na klęczkach, mniej więcej dwa cale ponad poziomem gruntu.

- Błagam o pomoc - rzekł.

- Zaraz... A jak się wydostałeś z zamku?

- Szacowna Niania Ogg zechciała mi dopomóc - wyjaśnił król. - Pomyślałem, że skoro jestem przykuty do kamieni Lancre, to mogę udać się tam, gdzie kamienie podążą. Obawiam się, że skorzystałem z pewnych nieuczciwych sztuczek, by ten cel osią­gnąć. Obecnie kryję się pod jej fartuchem.

- Nie ty pierwszy - rzuciła odruchowo Babcia Weatherwax.

- Esme!

- I błagam cię, Babciu Weatherwax, byś przywróciła mojego syna na tron.



- Przywróciła?

- Wiesz, o co mi chodzi. Czy jest w dobrym zdrowiu?

Babcia kiwnęła głową.

- Kiedy ostatni raz Patrzyłyśmy, jadł właśnie jabłko.

-Jego przeznaczeniem jest, by został królem Lancre.

- No tak. Hm... Wiesz, przeznaczenie to ciężka sprawa.

- Zatem nie pomożesz? Babcia zrobiła zbolałą minę.

- To by było wtrącanie - stwierdziła. - A wtrącanie się do po­lityki zawsze źle się kończy. Kiedy raz człowiek zacznie, nie może przestać. To podstawowa zasada magii. Nie wolno tak sobie za­dzierać z podstawowymi zasadami.

- Zatem nie pomożesz?

- No... Oczywiście, pewnego dnia, kiedy chłopiec podrośnie...

- Gdzie jest teraz? - zapytał nagle król. Czarownice unikały patrzenia sobie w oczy.

- Dopilnowałyśmy, żeby bezpiecznie opuścił kraj - wyjaśniła zakłopotana Babcia Weatherwax.

- Z dobrą rodziną - dodała szybko Niania Ogg.

-Jacy to ludzie? - chciał wiedzieć król. - Nie pospolitacy, mam nadzieję?

- Absolutnie - oznajmiła Babcia stanowczo, gdy przed ocza­mi wyobraźni pojawił się jej Vitoller. - Wcale nie pospolici. Bar­dzo niepospolici. Hm.

Oczami szukała pomocy u Magrat.

- Byli Thespianami - oznajmiła z mocą Magrat. Jej głos emanował taką aprobatą, że król odruchowo pokiwał głową.

- Aha - powiedział. - To dobrze.

- Naprawdę? - szepnęła Niania. - Nie wyglądali na takich.

- Nie okazuj swojej ignorancji, Gytho Ogg - skarciła ją Bab­cia. Zwróciła się do ducha. - Przepraszam za to zajście, wasza wy­sokość. Ona zwyczajnie się popisuje. Nawet nie wie, gdzie leży Thespia.

- Gdziekolwiek leży, mam nadzieję, że potrafią wyszkolić mło­dego człowieka w sztuce wojny - rzekł Verence. - Znam Felmeta. Za dziesięć lat okopie się tutaj jak żaba w kamieniu.

Verence spojrzał kolejno na czarownice.

- Do jakiego królestwa powróci? Słyszałem, czym się ono staje już dzisiaj. Czy chcecie przez lata patrzeć, jak z wolna zmienia się w coś ponurego i zaniedbanego?

Duch króla rozpłynął się, lecz głos wisiał w powietrzu, delikat­ny jak zefir.

- Pamiętajcie, siostry- powiedział jeszcze. - Król i jego kraj to jedno.

I zniknął.

Kłopotliwą ciszę przerwała Magrat, wycierając nos.

- Jedno co? - spytała Niania Ogg.

- Musimy coś przedsięwziąć - oświadczyła Magrat zduszonym z emocji głosem. - Zasady czy nie zasady.

- To bardzo irytujące - stwierdziła cicho Babcia.

- Tak, ale co chcesz zrobić?

- Rozważyć te kwestie. Pomyśleć o wszystkim.

- Myślałaś już ponad rok.

- Jedno co? To jedno co? - dopytywała się Niania.

- Nie wystarczy tylko reagować - orzekła Babcia Weatherwax. - Należy...

Od strony Lancre na drodze pojawił się wóz. Turkotał i pod­skakiwał.

- ...starannie rozważyć wszystkie możliwości.

- Po prostu nie wiesz, co robić, prawda? - zgadła Magrat.

- Bzdura. Ja...

- Nadjeżdża wóz, Babciu.

Babcia Weatherwax wzruszyła ramionami.

- Wy, młodzi, nie zdajecie sobie sprawy z jednego... - za­częła.

Czarownice nigdy nie przejmowały się bezpieczeństwem na drodze. Ruch, jaki występował na szlakach wokół Lancre, albo je omijał, albo - gdy było to niemożliwe - czekał, aż zejdą z drogi. Babcia Weatherwax od dzieciństwa uznawała to za prawo natury. Nie zginęła odkrywając, że tak nie jest, jedynie dzięki refleksowi Magrat, która ściągnęła ją do rowu.

Był to bardzo interesujący rów. Mieszkały w nim ruchliwe, po­dobne do korkociągów stworzenia, będące bezpośrednimi potom­kami istot żyjących w pierwotnej zupie Stworzenia. Ktokolwiek są­dził, że woda jest nieciekawa, mógł spędzić w tym rowie pouczające pół godziny z silnym mikroskopem. Rów miał też w sobie po­krzywy, a teraz również Babcię Weatherwax.

Nieprzytomna z wściekłości przedarła się przez zielsko i wy­nurzyła z rowu niczym Wenus Anadyomene, tyle że starsza i po­kryta rzęsą wodną.

- T-t-t... - powiedziała, wskazując drżącym palcem oddalają­cy się wóz.

- To był młody Neshley spod Inkcap - wyjaśniła Niania Ogg z pobliskiego krzaka. - Jego rodzina zawsze była trochę zwariowa­na. Nic dziwnego, matka była z Whipple'ów.

- Najechał na nas!

- Mogłaś zejść mu z drogi - zauważyła Magrat.

- Zejść mu z drogi?! - oburzyła się Babcia. -Jesteśmy czarow­nicami! To nam ludzie schodzą z drogi! - Wygramoliła się na dro­gę, wciąż wskazując palcem daleki wóz. - Na Hokiego, pożałuje, że się urodził...

- Był sporym dzieckiem, o ile pamiętam - wtrącił krzak. - Je­go matka strasznie się męczyła przy porodzie.

- Nigdy jeszcze niczego takiego nie przeżyłam. Nigdy - oznaj­miła Babcia, drżąc niby cięciwa łuku. -Ja go nauczę najeżdżać na nas, jakbyśmy... jakbyśmy... jakbyśmy były zwyczajnymi ludźmi!

- On już to umie - stwierdziła Magrat. - Pomóż mi wyciągnąć Nianię z tego krzaka, dobrze?

- Zamienię go...

- Ludzie nie mają już szacunku i tyle - burczała Niania, gdy Magrat pomagała jej wyrwać się z cierni. - Wszystko to z powodu króla, który jest jednym. Ot co.

- Jesteśmy czarownicami! -wrzasnęła Babcia, wygrażając pię­ścią niebiosom.

- Tak, tak - zgodziła się Magrat. - Harmoniczna równowaga wszechświata i wszystkiego. Wydaje mi się, że Niania jest trochę zmęczona.

- Goja robiłam przez cały czas? - spytała Babcia retorycznie z gestem, który nawet Vitollera przyprawiłby o spazm zazdrości.

- Niewiele - przyznała Magrat.

- Śmieją się ze mnie! Śmieją się! Na moich własnych dro­gach! W moim własnym kraju! - krzyczała Babcia. - Dość tego!

Nie zniosę kolejnych dziesięciu takich lat! Nie zniosę nawet jed­nego dnia!

Drzewa wokół zakołysały się; kurz z drogi wzniósł się wirujący­mi kształtami, próbującymi odsunąć się od niej jak najdalej. Bab­cia Weatherwax wyciągnęła długie ramię, na jego końcu wypro­stowała jeden długi palec, a na jego czubku z zakrzywionego pa­znokcia strzeliła nagle iskra oktarynowego ognia.

Pół mili dalej cztery koła wozu odpadły równocześnie.

- Zadzierasz z czarownicą, tak?!! -wrzasnęła Babcia do drzew. Niania wstała z wysiłkiem.

- Lepiej ją łapmy - szepnęła do Magrat.

Obie skoczyły na Babcię i przycisnęły jej ręce do tułowia.

- Ja mu pokażę, co potrafi czarownica! - krzyczała.

- Tak, tak, dobrze, bardzo dobrze - uspokajała ją Niania. -Ale może nie w tej chwili i nie w ten sposób, co?

- Wiedźmy, tak?!! - wrzeszczała Babcia. -Ja mu...

- Przytrzymaj ją, Magrat - poleciła Niania Ogg i podwinęła rę­kaw. - Takie rzeczy zdarzają się najlepiej wyszkolonym - wyjaśniła i z zamachu wymierzyła Babci policzek, który obie je oderwał od ziemi. Taką groźną, finałową nutą mógłby się skończyć wszechświat.

Przerywając chwilę ciszy, jaka nastąpiła zaraz potem, Babcia Weatherwax powiedziała:

- Dziękuję.

Z demonstracyjną godnością obciągnęła suknię i dodała:

- Mówiłam poważnie. Spotkamy się dzisiaj przy głazie i uczy­nimy to, co konieczne. Tak.

Poprawiła spinki w kapeluszu i niezbyt pewnym krokiem ru­szyła w stronę domu.

- A co z zasadą niewtrącania się do polityki? - spytała Magrat, wpatrzona w plecy Babci.

Niania Ogg masowała obolałe palce.

- Na Hokiego, ta kobieta ma szczękę jak kowadło - mruknę­ła. - Co mówiłaś?

- Pytałam, co z zasadą niewtrącania się do polityki.

- Aha. - Niania ujęła dziewczynę pod rękę. - Rzecz w tym - tłumaczyła - że kiedy lepiej opanujesz Sztukę, przekonasz się, że jest też inna zasada. Esme przestrzegała jej przez cale życie.

- Jak ona brzmi?

- Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre. - Niania Ogg wyszczerzyła dziąsła, groźniejsze jeszcze od zębów.


***

Książę uśmiechnął się ponad lasem. - To działa - stwierdził. - Ludzie burzą się przeciw cza­rownicom. Jak ty to robisz, Błaźnie?

- Żarty, wujaszku. I plotki. Ludzie są i tak prawie gotowi, że­by uwierzyć. Wszyscy szanują czarownice. Rzecz w tym, że nikt ich specjalnie nie lubi.

Piątek po południu, pomyślał. Muszę zdobyć jakieś kwiaty. I mój najlepszy kostium, ten ze srebrnymi dzwoneczkami. O rety.

- To nas cieszy. Sprawuj się tak dalej, Błaźnie, a pasuję cię na rycerza.

To był dowcip numer 302 i Błazen wiedział, że nie należy po­zostawiać otwarcia bez pointy.

- Radujmy się, wujaszku - powiedział znużonym głosem, nie zważając na grymas bólu, jaki pojawił się na obliczu księcia. - Mi­mo że pasowanie (bicie pasem) nie jest powodem do uciechy. Ale choć wielu rycerzy jest błaznami, czy koniecznie...

- Tak, tak, dobrze - przerwał mu lord Felmet.

Czuł się dzisiaj o wiele lepiej. Dostał wieczorem nie przesolo­ną owsiankę, a zamek sprawiał wrażenie przyzwoicie pustego, bez żadnych głosów na granicy słyszalności.

Usiadł na tronie. Po raz pierwszy wydał mu się całkiem wy­godny.

Księżna zajęła miejsce u jego boku. Oparła brodę na ręku i w skupieniu obserwowała Błazna. Trochę go to niepokoiło. Z księciem wiedział, na czym stoi: musiał tylko przeczekać, aż obłęd znowu wyniesie władcę na poziom uprzejmości. Za to księż­na budziła w nim prawdziwe przerażenie.

- Okazuje się, że słowa są niezwykle potężne - powiedziała.

- W samej rzeczy, pani.

- Musiałeś długo studiować.

Błazen przytaknął. Potęga słów pozwoliła mu przetrwać piekło Gildii. Magowie i czarownice używali słów jak narzędzi, żeby osią­gnąć swoje cele, ale według Błazna słowa były celem samym w so­bie.

- Słowa potrafią zmienić świat - oświadczył. Zmrużyła oczy.

- Już to mówiłeś. Nadal nie jestem przekonana. Silni ludzie zmieniają świat. Silni ludzie i ich czyny. Słowa są jak marcepan na torcie. Naturalnie, ty wierzysz, że słowa są ważne. Jesteś słaby i nie masz nic innego.

- Wasza wysokość się myli.

Tłuste palce księżnej zabębniły po poręczy tronu.

- Byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś potrafił uzasadnić tę opinię - rzekła.

- Pani, książę zamierza wyciąć lasy, czyż nie?

- Drzewa gadają o mnie - szepnął lord Felmet. - Słyszę, jak mruczą do siebie, kiedy wyruszam na przejażdżkę. Powtarzają kłamstwa na mój temat.

Księżna i Błazen porozumieli się wzrokiem.

- Jednakże - podjął Błazen - plan ten spotkał się z fanatycz­ną opozycją.

- Co?

- Ludziom się to nie podoba. Księżna nie wytrzymała.



- Co nas to obchodzi?! - ryknęła. - My tu rządzimy! Zrobią, co im każemy, albo zostaną bezlitośnie straceni!

Błazen zatańczył, podskoczył i uspokajająco uniósł dłoń.

- Ależ najdroższa, skończą nam się poddani - mruknął książę.

- Nie trzeba, nie trzeba - tłumaczył z desperacją Błazen. - To wcale nie jest konieczne. Należy tylko... - Przerwał na moment, bezgłośnie i szybko poruszając wargami. - Należy wprowadzić w ży­cie dalekosiężny i ambitny plan rozwoju rolnictwa, zapewnienia dodatkowych miejsc pracy w tartakach, uzyskania terenów pod za­budowę oraz walki z bandytyzmem.

Tym razem to książę był zdumiony.

- I jak mam tego dokonać?

- Wyciąć drzewa.

- Przecież mówiłeś...

- Siedź cicho, Leonalu - przerwała mu księżna. Skierowała na Błazna kolejne długie, pełne zadumy spojrzenie. - A jak - pod­jęła w końcu - należy zabrać się do burzenia domów tych, których się nie lubi?

- Rozwój budownictwa miejskiego - odparł Błazen.

- Myślałam, żeby je spalić.

- Higieniczny rozwój budownictwa miejskiego.

- I posypać ziemię solą.

- Radujmy się... Sądzę, że to higieniczny rozwój budownic­twa miejskiego połączony z programem ochrony środowiska. Nie­złym pomysłem byłoby posadzenie tam paru drzew.

- Żadnych drzew! - krzyknął Felmet.

- To drobiazg. I tak nie przeżyją. Najważniejsze, żeby je po­sadzić.

- Ale chciałabym też podnieść podatki - oznajmiła księżna.

- No cóż, wujaszku...

- Nie jestem twoim wujaszkiem.

- Ciotuniu?

- Nie.

- Zatem... łaskawco... musisz przecież sfinansować swój am­bitny program rozwoju państwa.



- Słucham? - wtrącił książę, który znowu nie zrozumiał.

- Chodzi mu o to, że wycinanie drzew kosztuje - wyjaśniła księżna.

Uśmiechnęła się do Błazna. Po raz pierwszy spojrzała na nie­go, jakby był czymś innym niż obrzydliwym małym karaluchem. W jej wzroku nadal był spory element karalucha, lecz teraz wzrok ów stwierdzał raczej: dobry karaluch, nauczył się służyć.

- Interesujące - mruknęła. - A czy słowa mogą zmienić prze­szłość?

Błazen zastanowił się.

- Chyba nawet łatwiej - uznał. - Przeszłość jest przecież tym, co ludzie pamiętają, a wspomnienia to tylko słowa. Kto wie, jak zachowywał się król tysiąc lat temu? Są tylko wspomnienia i opo­wieści. I sztuki, naturalnie.

- A tak. Widziałem kiedyś sztukę - przypomniał sobie Felmet.

- Dużo zabawnych ludzi w raj tuzach. Dużo krzyków. Widzom się podobało.

- Twierdzisz, że historia jest tym, co opowiada się ludziom? Błazen rozejrzał się po sali tronowej i odnalazł króla Gruneberry'ego Dobrego (906-967).

- Był dobry? - spytał wskazując palcem. - Kto to wie dzisiaj? A w czym był dobry? Ale do końca świata pozostanie Gruneberrym Dobrym.

Książę pochylił się na tronie. Oczy mu błysnęły.

- Chcę być dobrym władcą - oznajmił. - Chcę, żeby ludzie mnie lubili. I żeby dobrze mnie wspominali.

- Załóżmy - przerwała księżna - że są inne kwestie, podlegają­ce kontrowersji. Kwestie prawdy historycznej, która... jest zamglona.

- Nie zrobiłem tego - zapewnił pospiesznie książę. - On się pośliznął i upadł. I tyle. Mnie tam nawet nie było. Zaatakował mnie. To była samoobrona. I tyle. Pośliznął się i upadł w samo­obronie. - Głos opadł do szeptu. -W tej chwili nie przypominam sobie szczegółów tej sprawy.

Felmet potarł swoją prawą dłoń, którą już chyba nie mógłby chwycić sztyletu.

- Uspokój się, mężu - rzuciła księżna. - Wiem, że tego nie zrobiłeś. Z pewnością pamiętasz, że nie było mnie tam razem z to­bą. To właśnie ja nie podałam ci sztyletu.

Książę zadrżał.

- Do rzeczy, Błaźnie - rzekła lady Felmet. - Mówiłam właśnie, że być może, pewne sprawy winny zostać właściwie opisane.

- Łaskawco... To, że nie było cię tam w owej chwili? - spytał wesoło Błazen.

To prawda, że słowa są potężne. Jedna z ich umiejętności to zdolność wymykania się z ust, zanim mówiący zdąży je powstrzy­mać. Gdyby słowa były małymi owieczkami, Błazen by patrzył, jak skaczą beztrosko pod miotacz ognia wzroku księżnej.

- Gdzie nie było? - spytała.

- Nigdzie - zapewnił pospiesznie Błazen.

- Durniu! Każdy gdzieś jest.

- Chciałem powiedzieć, że byłaś, pani, wszędzie oprócz szczy­tu schodów.

- Których schodów?

- Żadnych. - Błazen zaczynał się pocić. - Wyraźnie pamię­tam, że cię tam, pani, nie widziałem. Księżna przyjrzała mu się groźnie.

- Żebyś tylko nie zapomniał - ostrzegła.

Potarła dłonią podbródek. Rezultatem był odgłos drapania.

- Rzeczywistość to tylko słowa, powiadasz. A zatem słowa to rzeczywistość. Ale jak słowa mogą stać się historią?

- To była bardzo dobra sztuka. Ta, którą widziałem - szepnął rozmarzony Felmet. - Były walki, ale nikt naprawdę nie zginął. I parę mów, bardzo dobrych moim zdaniem.

Od strony księżnej znów zabrzmiał dźwięk papieru ściernego.

- Błaźnie - odezwała się.

- Pani?

- Umiałbyś napisać sztukę? Sztukę, która obiegnie cały świat, która będzie pamiętana, kiedy plotki już dawno umilkną?



- Nie, pani. Potrzebny jest szczególny talent.

- Ale potrafiłbyś znaleźć kogoś, kto go posiada?

- Są tacy ludzie, pani.

- Znajdź jednego - szepnął książę. - Najlepszego. Znajdź naj­lepszego. Prawda wyjdzie na jaw. Znajdź go.

1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   18


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna