Tłumaczył Jarosław Kotarski



Pobieranie 0.74 Mb.
Strona1/9
Data02.05.2016
Rozmiar0.74 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9
Arthur Conan Doyle
Ostatnia zagadka

Sherlocka Holmesa





Tłumaczył

Jarosław Kotarski

Po raz pierwszy ujawnione!

Modny ostatnio trend usuwania "Białych Plam" na historii nie może ominąć i literatury sensacyjnej.

Sir Arthur Conan Doyle napisał kilkadziesiąt opowiadań, których bohaterami byli Holmes i Watson.


W Polsce dotąd ukazała się jedynie niewielka ich część.

Niniejszy tom jest prezentacją premierową nigdy dotąd w Polsce nie tłumaczonych opowiadań z tej serii. Po raz pierwszy więc czytelniku bierzesz do ręki tom Conan Doyle'a, którego nikt dotąd poza tobą nie czytał.



Opowiadania:


  • Trzej Garridebowie

  • Sprawy czerwonego kręgu

  • Sprawa diabelskiej stopy

  • Druga Plama

  • Tajemnica Wisteria Lodge

  • Sprawa kartonowego pudełka



Trzej Garridebowie
Mogłaby to być historia równie komiczna, co tragiczna.

Jednego człowieka kosztowała spokój, mnie trochę krwi, a jeszcze innego bliższą znajomość

z wymiarem sprawiedliwości. A mimo to sprawa miała w sobie coś z komedii. Czym była

w rzeczywistości, niech każdy oceni sam.

Doskonale pamiętam, kiedy to było, gdyż zdarzyło się w tym samym miesiącu, w którym Holmes odmówił przyjęcia szlachectwa za usługi... być może pewnego dnia je opiszę. Wspominam o tym tylko zdawkowo, gdyż jako jego towarzysz i osoba zaufana zobligowany jestem do unikania jakichkolwiek niedyskrecji.

Powtarzam jednak, iż dlatego właśnie jestem w stanie podać dokładną datę, a mianowicie: ostatnie dni czerwca 1902 roku, krótko po rozstrzygnięciu wojny burskiej Holmes spędził kilka dni w łóżku, co było czasami jego zwyczajem, lecz tego ranka pojawił się na śniadaniu z obszernym pismem w dłoni i błyskiem zainteresowania w oczach.

- Oto okazja zarobienia paru groszy, mój drogi - oznajmił. - Słyszałeś kiedyś nazwisko "Garrideb"?

- Przyznam szczerze, że nie.

- Szkoda, gdybyś znał jakiegoś, mógłbyś na tym skorzystać.

- Dlaczego?

- O, to długa i oryginalna historia. Nie sądzę, byśmy w dotychczasowych badaniach natury ludzkiej natrafili na coś równie specyficznego. Nasz klient będzie tu niedługo, toteż poczekam

z omówieniem problemu do czasu jego przybycia.

Przedtem spróbujemy tego, co najprostsze.

Książka telefoniczna leżała obok mnie, toteż zabrałem się do przerzucania jej stronic. Zwykle takie poszukiwania nie dawały efektu, ale tym razem, ku swemu zaskoczeniu, znalazłem w niej owo dziwne nazwisko.

- Mam, Holmesie! - wykrzyknąłem.

- Garrideb N. - Przeczytał mój przyjaciel pochylając się nad stronicą - 136 Little Ryder Street, W. Przykro mi cię rozczarować, mój drogi, ale to właśnie nasz człowiek. Ten adres figuruje na jego liście.

Potrzebny nam jeszcze jeden, żeby było do pary.

Pani Hudson pojawiła się w drzwiach z wizytówką na tacy.

Wziąłem ją zaskoczony.

- Oto i on! John Garrideb, radca prawny z Moorville w Kansas, Usa - zawołałem.

Holmes uśmiechnął się, spoglądając na wizytówkę.

- Obawiam się, że będziesz się musiał zdobyć na jeszcze jeden wysiłek, mój drogi. Ten dżentelmen jest również zamieszany w całą historię, choć przyznaję, że nie spodziewałem się dziś go ujrzeć. Jest on jednak w stanie opowiedzieć nam znacznie więcej o całej sprawie i jestem tej opowieści nader ciekaw.

W chwilę potem nasz gość był już w pokoju. John Garrideb, radca prawny, był krępym, silnym mężczyzną o świeżo ogolonej, rumianej twarzy, charakterystycznej dla przedstawiciela amerykańskich sfer finansowych. Był to młodzieniec o szerokim i szczerym uśmiechu, choć najbardziej przykuwały uwagę jego oczy - rzadko bowiem widuje się źrenice tak żywe, tak wyraziście i gwałtownie odzwierciedlające każdą myśl.

Miał amerykański akcent, ale nie towarzyszyła mu typowa dla przedstawicieli tej nacji ekscentryczna wymowa.

- Pan Holmes? - spytał, spoglądając wpierw na mnie, potem na Sherlocka. - O, to pan!

Pańskie fotografie są dość podobne do oryginału. Otrzymał pan list od Nathana Garrideba, prawda?

- Proszę usiąść. Jak sądzę, mamy sporo spraw do omówienia - zaproponował mój przyjaciel.

- Pan jest oczywiście tym Johnem Garridebem, o którym wspomina

niniejszy dokument. Przebywa pan w Anglii już od dość dawna, czyż nie?

- Co pana skłania do takiego wniosku?

Wydawało mi się, że w oczach naszego gościa czai się podejrzliwość.

- Pańskie ubranie jest angielskie.

- Czytałem o pańskich metodach - Garrideb roześmiał się nieszczerze. - Ale nigdy nie sądziłem, że sam będę obiektem tych pańskich sztuczek. Jak pan to zauważył?

- Krój płaszcza w ramionach, noski butów. Czy ktokolwiek może wątpić?

- Cóż, nie miałem pojęcia, że się tak zanglizowałem. Interesy przywiodły mnie tu już jakiś czas temu i stąd to ubranie, prawie w całości kupione w Londynie. Sądzę jednakże, że pański czas jest zbyt cenny, zaś moje skarpetki nie są celem naszego spotkania, toteż, jeśli pan pozwoli, proponowałbym przejść do tych papierów, które ma pan w ręku.

Zachowanie Holmesa musiało nieco dotknąć naszego gościa, gdyż jego twarz straciła sporo ze swego radosnego wyglądu i przybrała poważny wyraz.

- Spokój i cierpliwość, panie Garrideb - odparł mój przyjaciel łagodnie. - Doktor Watson może panu powiedzieć, że te moje dygresyjki niejednokrotnie kończyły się w całkowicie poważny sposób. Przechodząc zaś do rzeczy, dlaczego pan Nathan Garrideb nie przybył z panem?

- Należałoby raczej zadać pytanie, dlaczego on w ogóle pana w to mieszał? - warknął z nagłym gniewem zapytany. - Nie ma pan z tym nic wspólnego.

Dwóch dżentelmenów załatwia ze sobą pewną sprawę i oto jeden z nich postanawia wezwać detektywa na pomoc. Widziałem go rano i jestem tu dlatego, że powiedział

mi o tym, co zrobił. Nie zmienia to jednak mojej oceny jego postępowania.

- O panu nie ma w tym liście nic, poza niewielką wzmianką. Po prostu prosi mnie o pomoc w osiągnięciu celu, który, jeśli się nie mylę, jest równie ważny dla obu panów. Wie, że mam różne możliwości uzyskiwania informacji i jest rzeczą zupełnie normalną, że zwrócił się do mnie.

Wyraz rozdrażnienia powoli znikał z twarzy naszego gościa.

- Cóż, to zmienia postać rzeczy. Kiedy zobaczyłem się z nim dziś rano i dowiedziałem się, że udał się po pomoc do detektywa, wziąłem jedynie pański adres i z miejsca przybyłem tutaj. Nie lubię policji grzebiącej w prywatnych sprawach. Ale jeśli ograniczy się pan do pomocy w odnalezieniu brakującego nam człowieka, to może to jedynie znacznie ułatwić nasze zadanie.

- O to właśnie chodzi - zapewnił go Holmes. - A teraz korzystając z tego, że już pan tu jest, może usłyszymy od pana jak mają się sprawy. Obecny tu mój przyjaciel nie ma pojęcia, o co chodzi, a i ja z przyjemnością posłucham pańskiej relacji.

Garrideb przyjrzał mi się niezbyt przychylnym wzrokiem.

- Czy on musi wiedzieć? - spytał.

- Zazwyczaj pracujemy razem.

- No cóż, właściwie nie jest to żadna tajemnica. By oszczędzić czasu, podam panom fakty pokrótce. Gdybyście panowie pochodzili z Kansas, tłumaczenie, kto to taki Alexander Hamilton Garrideb, byłoby niepotrzebne. Zrobił pieniądze na handlu nieruchomościami, a potem zbożem w Chicago. Kupił za nie tyle ziemi, że mógłby zmierzyć nią obszar niektórych państw w Europie. Wszystko, co leży na

zachód od Fort Dodge, wzdłuż Arkansas River, to jego posiadłości. Łąki, pola i lasy, które razem wzięte przynoszą komuś, kto wie, jak z nich korzystać, fortunę. Nie miał krewnych ani rodziny

(a jeśli miał, to ja nigdy o nich nie słyszałem), ale był dumny z dziwności i unikalności swojego nazwiska. I to nas właśnie połączyło.

Studiowałem prawo w Topeka.

Pewnego dnia odwiedził mnie starszy człowiek, uradowany niepomiernie, iż spotkał kogoś, kto nosi to samo nazwisko. To był jego pomysł, by poszukać, czy są na świecie jeszcze inni ludzie

o takim nazwisku. Kazał mi znaleźć jeszcze jednego, a gdy mu oznajmiłem, że jestem zbyt zajęty, by włóczyć się po świecie, złożył mi propozycję, która diametralnie zmieniła moje podejście do sprawy.

Zmarł rok później, pozostawiając testament, chyba najdziwniejszy, jaki kiedykolwiek sporządzono w stanie Kansas. Podzielił w nim swój majątek na trzy części, jedna z nich przypada mnie pod warunkiem, że znajdę dwóch innych Garridebów, dla których są pozostałe części. Wypada tego po pięć milionów dolarów dla każdego, ale nie mogę dostać z nich ani centa, póki pozostali nie stawią się przed sądem i nie potwierdzą oficjalnie swych nazwisk.

Szansa była zbyt kusząca, toteż zawiesiłem praktykę prawniczą i zająłem się poszukiwaniami. W Stanach nie znalazłem ani jednego, a szukałem, proszę mi wierzyć, naprawdę uczciwie. Zająłem się więc starym krajem i w książce telefonicznej Londynu znalazłem pierwszego. Zjawiłem się u niego dwa dni temu, wyjaśniając mu całą sprawę. Ale człowiek ten, podobnie jak i ja, jest samotny,

a w testamencie wyraźnie napisano, że chodzi o trzech dorosłych mężczyzn. Jak pan widzi, mamy jeszcze jeden wakat i jeśli pomoże nam go pan zapełnić, z przyjemnością zapłacimy panu honorarium.

- Cóż, Watsonie - odezwał się mój przyjaciel - powiedziałem ci, że to niecodzienna sprawa.

Dla mnie oczywistym posunięciem jest danie ogłoszenia w gazetach.

- Zrobiłem tak, panie Holmes, i nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.

- No, no. To doprawdy ciekawostka, którą trzeba będzie zająć się poważniej. A tak przy okazji, skoro pan jest z Topeka.

Miałem tam znajomego, niestety już nie żyje. Stary doktor Lysander Starr, był burmistrzem w 1890 roku. Znał go pan?

- Dobry, poczciwy doktor Starr! - ucieszył się nasz gość.

- Jego imię nadal jest żywe w tym mieście. Sądzę, panie Holmes, że najlepiej zrobimy, jeśli każdy z nas spróbuje dalej szukać brakującej osoby i będzie na bieżąco informować pozostałych o postępach.

Proponuję spotkanie za dzień lub dwa.

Po tych słowach skłonił się i wyszedł.

Holmes zapalił fajkę i przez chwilę siedział w milczeniu, z dziwnym uśmieszkiem na ustach.

- I cóż? - spytałem w końcu.

- Zastanawiam się, mój drogi.

- Nad czym?

- Zastanawiam się, Watsonie - powiedział biorąc fajkę w rękę. - Dlaczego na Boga, ten człowiek naopowiadał nam tyle bzdur.

Niewiele brakowało, a spytałbym go o to wprost. Wiesz przecież, że czasami najlepszą bronią jest frontalny atak, ale doszedłem w końcu do wniosku, że lepiej będzie pozostawić go chwilowo w przekonaniu, iż udało mu się nas oszukać. Zacznijmy od tego, że

nosi angielską marynarkę, wytartą nieco na łokciach, i takież spodnie z wypchniętymi, od co najmniej rocznego noszenia kolanami, a według dokumentów i jego własnych słów jest prowincjonalnym Amerykaninem przybyłym tu nie tak dawno. W londyńskich gazetach nie było żadnych ogłoszeń. Wiesz, że ten dział jest moją ulubioną lekturą i coś takiego nie uszłoby mojej uwadze. Poza tym nigdy nie znałem doktora Starra z Topeka i nie mam pojęcia, czy ktoś taki kiedykolwiek istniał. Sądzę, że nasz gość faktycznie jest Amerykaninem, ale od lat przebywa w Londynie, co znacznie wygładziło jego akcent.

Natomiast godny uwagi jest cel, jaki chce osiągnąć poprzez to niewiarygodne poszukiwanie Garridebów, gdyż, zakładając, iż jest to kanalia, przyznać należy, że inteligentna i pomysłowa. Teraz musimy stwierdzić, czy autor tego listu nie jest także oszustem. Zadzwoń do niego, jeśli łaska.

Wykręciłem numer i usłyszałem po drugiej stronie piskliwy, drżący nieco głos: - Tak, tu Nathan Garrideb. Czy to pan Holmes? Bardzo chciałbym z nim mówić.

Mój przyjaciel wziął słuchawkę i usłyszałem następującą połówkę dialogu: - Tak, był tutaj. Rozumiem, że pan go nie zna... Jak długo?...

Tylko dwa dni!... Tak, oczywiście, perspektywa nader nęcąca. Będzie pan w domu wieczorem? Przypuszczam, że nie w jego towarzystwie?...

Doskonale, zjawimy się wobec tego. Wolałbym porozmawiać pod jego nieobecność... doktor Watson będzie mi towarzyszył...

Z pańskiego listu wnoszę, że nie wychodzi pan często... Tak, około szóstej idealnie mi odpowiada... Nie musi pan o tym

informować naszego amerykańskiego przyjaciela...

Doskonale, wobec tego do zobaczenia.

Zmierzchało już, gdy znaleźliśmy się na Little Ryder Street, jednej z najmniejszych przecznic Edgware Road o rzut kamieniem od osławionego Tyburrn Tree, o którym złe wspomnienia żywe są jeszcze w pamięci co starszych londyńczyków. Dom, do którego kierowaliśmy swe kroki, był dużym budynkiem, zbudowanym

we wczesnogregoriańskim stylu, o regularnej fasadzie i jedynie dwóch oknach na parterze. Tam właśnie mieszkał nasz klient, a okna wychodziły z dużego pokoju, w którym spędzał dzień. Holmes zwrócił uwagę na mosiężną tabliczkę z wygrawerowanym nazwiskiem na drzwiach.

- Wisi ładnych parę lat, Watsonie. Jest to zatem jego prawdziwe nazwisko, co wydaje się w tej sprawie dość istotne.

Klatka schodowa była wspólna dla całego domu, a z listy lokatorów poznać można było innych mieszkańców, oraz instytucje, które miały tu swe biura. Ogólnie wyglądało to bardziej na kącik starych kawalerów, niż na rezydencję mieszczańskich rodzin. Nasz klient otworzył nam drzwi osobiście, gdyż, jak oznajmił, kobieta, która u niego sprząta, wychodzi o #/16#00. Nathan Garrideb okazał się wysokim, chudym osobnikiem, bladym i łysym jak kolano, w wieku mniej więcej sześćdziesięciu lat. Miał trupią twarz o bladej cerze człowieka, któremu obce jest słońce i spacery, a kozia bródka i duże, okrągłe okulary nadawały mu wygląd kogoś wiecznie ciekawego nowinek. Ogólnie sprawiał wrażenie przyjaznego ekscentryka.

Pokój, do którego nas wprowadził, był równie dziwny

jak jego właściciel. Wypełniały go szafki i gabloty z okazami geologicznymi i anatomicznymi.

Na ścianach wisiały oprawione kolekcje motyli. Na środku pomieszczenia stał stół zawalony najrozmaitszymi szczątkami, spośród których wyzierała mosiężna tuba silnego mikroskopu. Rozglądałem się po wnętrzu zaskoczony wszechstronnością zainteresowań gospodarza - od monet, poprzez instrumenty muzyczne, do skamielin. Nad biurkiem wisiał rząd gipsowych czaszek, opatrzonych napisami "Neandertalczyk", "Heidelberg", "Cromagnon". Nasz gospodarz tymczasem stał przed nami, wycierając kawałkiem skóry jakąś

monetę.


- Syrakuzy z okresu świetności - wyjaśnił widząc moje zainteresowanie. - Pod koniec znacznie się zdegenerowali.

Niektórzy wolą szkołę aleksandryjską, ale ja uważam ich za najlepszych. Krzesło jest tutaj, panie Holmes, tylko proszę mi pozwolić uprzątnąć te kości. A pan... no tak, doktor Watson, jeśli byłby pan tak uprzejmy i odstawił tę japońską wazę... o, doskonale, proszę spocząć. Co prawda, mój lekarz ma mi za złe, że nie wychodzę na powietrze, ale to, co panowie widzą, to całe moje życie. A poza tym, po co mam wychodzić, skoro tyle jest tutaj interesujących problemów.

Dokładne skatalogowanie którejkolwiek z tych szaf zabrałoby około trzech miesięcy.

Holmes rozejrzał się z ciekawością.

- I nigdy pan stąd nie wychodzi? - spytał.

- Czasami do Sotheby'ego lub Christee, ale poza tym naprawdę rzadko. Nie jestem już młody, a moje badania zabierają mi sporo czasu. Może pan sobie wyobrazić, panie Holmes, jaki szok,

przyjemny co prawda, przeżyłem, słysząc o tym niespodziewanym uśmiechu fortuny. Potrzeba jeszcze tylko jednego Garrideba, z pewnością go znajdziemy.

Miałem brata, ale niestety, nie żyje, a żeńskie przedstawicielki rodu nie wchodzą w grę. Ale przecież na świecie musi być jeszcze jakiś Garrideb.

Słyszałem, że zajmuje się pan dziwnymi przypadkami i dlatego napisałem do pana. Oczywiście ten dżentelmen z Ameryki miał całkowitą rację, iż najpierw powinienem spytać go o radę, ale działałem w jak najlepszej wierze.

- Osobiście sądzę, że postąpił pan rozsądnie - wtrącił Holmes.

- Ale, tak na marginesie, zamierza pan osiąść w Stanach?

- Ależ skąd! Nic nie skłoni mnie do opuszczenia zbiorów, lecz ten dżentelmen zapewnił mnie, że jak tylko ustalimy nasze prawa, wykupi moją część za pięć milionów dolarów. Jest na rynku z tuzin okazów, które doskonale pasowałyby do mojej kolekcji, a których nie mogę nabyć z powodu braku paruset funtów. A tu! Aż strach pomyśleć, co mógłbym zrobić mając te pieniądze. Stworzyłbym zalążek muzeum narodowego, byłbym Hansem Sloane naszego wieku.

Oczy za szkłami błyszczały mu gorączkowo i jasne było, że gotów jest na wszystko, byle tylko znaleźć brakującego przedstawiciela rodu.

- Zadzwoniłem jedynie po to, by pana poznać, toteż nie ma powodu, dla którego miałby pan przerywać swe studia - odezwał się mój przyjaciel. - Zawsze wolę osobiście poznać tych, z którymi wiążą mnie interesy. Mam do pana parę pytań, które uzupełnią obraz całej sprawy, w czym i tak znacznie pomógł mi już nasz amerykański przyjaciel.

Rozumiem, że do tego tygodnia w

ogóle nie wiedział pan o jego istnieniu?

- Dokładnie tak. Zadzwonił w zeszłą środę.

- Czy opowiedział panu o naszej dzisiejszej rozmowie?

- Tak, przybył tu prosto od pana i był bardzo zdenerwowany.

- Dlaczego?

- Zdawał się sądzić, że moja prośba do pana stanowi jakąś ujmę na jego honorze.

- Czy zaproponował jakieś konkretne działanie?

- Nie.

- Czy otrzymał lub prosił pana o jakieś pieniądze?



- Dotąd nie.

- Nie widzi pan też niczego, co chciałby osiągnąć?

- Poza celem, o którym mówi od początku, nie.

- Czy powiedział mu pan o naszym spotkaniu?

- Tak.

Holmes pogrążył się w zadumie i zauważyłem, że jest zaskoczony.



- Czy w swej kolekcji ma pan jakieś cenne eksponaty? - spytał po chwili.

- Nie, nie jestem bogaty i choć ten zbiór jest interesujący, nie jest cenny.

- Nie obawia się pan złodziei?

- Nie.


- Jak długo mieszka pan pod tym adresem?

- Prawie pięć lat.

Dalsze wypytywanie przerwało niecierpliwe pukanie do drzwi.

Ledwie nasz gospodarz je otworzył, do wnętrza wpadł podniecony gość z Ameryki.

- Jest! - krzyknął wymachując nad głową jakimś papierem. - Pomyślałem, panie Garrideb, że natychmiast dam panu znać i pogratuluję osobiście. Jest pan teraz bogatym człowiekiem, a nasz wspólny interes został szczęśliwie zakończony. Co do pana, panie Holmes, to możemy jedynie przeprosić za zbędny kłopot.

Wręczył naszemu gospodarzowi trzymany w ręku papier. Ten wpatrywał się weń zachłannie.

Obaj z Holmesem pochyliliśmy się i przez ramię przeczytaliśmy następujące ogłoszenie:

Howard Garrideb Konstruktor maszyn rolniczych.

Grabie, łopaty, parowe i ręczne płógi, świdry, wozy, brony i inne narzędzia farmerskie.

Urządzenia do studni artezyjskich. Grosvenor Building. Aston.

- Wspaniale - gospodarz odzyskał głos. - Mamy wobec tego trzeciego.

- Rozpocząłem poszukiwania w Birmingham - wyjaśnił nowo przybyły. - Mój agent przysłał mi to ogłoszenie z lokalnej gazety. Musimy jednak dopilnować sprawy na miejscu. Napisałem do tego dżentelmena i wyjaśniłem mu, że zobaczy się pan z nim jutro w jego biurze około #/16#00.

- Chce pan, żebym tam jechał?

- A co pan radzi, panie Holmes? Nie sądzi pan, że to byłoby najrozsądniejsze?

Dlaczego miałby uwierzyć mnie, obywatelowi obcego państwa?

Tymczasem jest tutaj obywatel imperium, z solidnymi referencjami i to, co on powie, w uszach rodaka będzie miało zupełnie inną wagę. Pojechałbym z panem, ale akurat jutro jestem bardzo zajęty, a poza tym zawsze mogę tam dojechać, jeśli tylko napotka pan jakieś problemy.

- Cóż, nie jeździłem tak daleko już od paru ładnych lat.

- Drobiazg, panie Garrideb.

Spisałem rozkład jazdy pociągów.

Wyjedzie pan o #/12#00, a po #/14#00 powinien pan być już na miejscu. Wrócić może pan tej samej nocy. Wszystko, co ma pan tam do zrobienia, to tylko zobaczyć się z tym człowiekiem, wyjaśnić mu sytuację i otrzymać

dokument potwierdzający jego nazwisko. Do diabła! W porównaniu z tym, co ja musiałem zrobić, żeby pana znaleźć, ta stumilowa przejażdżka to nic wielkiego.

- Zgadzam się - wtrącił nagle Holmes. - W tym, co pan mówi, jest wiele racji.

Nathan Garrideb wzruszył z rezygnacją ramionami. - Cóż, jeśli panowie nalegacie, to pojadę. Trudno mi czegokolwiek odmówić zwiastunowi tak wielkich i wspaniałych nowin.

- Wobec tego uzgodnione - powiedział mój przyjaciel. - Mam nadzieję, że da mi pan znać zaraz po powrocie.

- Osobiście tego dopilnuję - ucieszył się Amerykanin, spoglądając na zegarek. - Przykro mi, ale muszę już iść.

Zadzwonię jutro, panie Garrideb, i odwiozę pana na dworzec. Idzie pan, panie Holmes? Nie? W takim razie do zobaczenia, mam nadzieję, że jutro będziemy mieli dla pana ciekawe wiadomości.

Zauważyłem, że twarz mego towarzysza rozjaśniła się, gdy niespodziewany gość wyszedł.

Poprzednio wyrażała skupienie.

- Chciałbym dokładniej zapoznać się z pańskimi zbiorami - zwrócił się Holmes do gospodarza. - W moim zawodzie wszystkie wiadomości, nawet najdziwniejsze, mogą się przydać. A ten pokój jest ich pełen.

Po usłyszeniu tych słów Garrideb wyraźnie poweselał.

- Wiedziałem, że jest pan inteligentnym człowiekiem.

Oprowadzę pana natychmiast, jeśli ma pan oczywiście czas.

- Niestety, teraz nie mam, ale okazy są tak doskonale opisane, że nie musi się pan trudzić.

Gdybym znalazł czas jutro, czy nie miałby pan nic przeciwko temu, żebym je obejrzał pod pana nieobecność?

- Absolutnie nie. Mieszkanie będzie oczywiście zamknięte, ale pani Sanders jest do #/16#00 w suterenie i wpuści pana.

- Doskonale się składa. Mam akurat wolne popołudnie i gdyby pan ją uprzedził o mojej wizycie, zjawię się z prawdziwą przyjemnością. Tak na marginesie, kto jest właścicielem tego budynku?

- "Hollowey i Steele" z Edgware Road. A dlaczego pan pyta?

- Jeśli chodzi o budynki, to jestem archeologiem amatorem - roześmiał się Holmes. - Zastanawiałem się, czy zbudowano go za królowej Anny, czy później?

- Bez wątpienia później.

- Tak też sądziłem, ale to i tak bez znaczenia. Do zobaczenia, panie Garrideb, życzę udanej podróży do Birmingham.

Ponieważ firma na Edgware Road była już zamknięta, poszliśmy do domu i dopiero po kolacji Holmes wrócił do tego tematu.

- Nasza mała sprawa zbliża się ku końcowi - oznajmił. - Nie wątpię, że również wpadłeś na ogólne zarysy rozwiązania.

- Przyznam ci się, że nie mam o nim zielonego pojęcia.

- Pojęcie powinieneś mieć, gdyż widać jasno jak na dłoni, a kolor ustalimy jutro. Nie zauważyłeś niczego dziwnego w tym ogłoszeniu?

- Zauważyłem, że "pługi" było napisane z błędem.

- O, dostrzegłeś to! Moje gratulacje. Drukarz złożył tak, jak dostał w oryginale, ale nie to jest akurat istotne. "Studnie artezyjskie" to typowo amerykańskie określenie. Zresztą samo urządzenie jest w Anglii dość rzadko spotykane. To typowe ogłoszenie z amerykańskiej gazety, a ma być rzekomo anonsem brytyjskiej firmy. Co o tym

sądzisz?

- Mogę jedynie przypuszczać, że ten Amerykanin sam je ułożył, choć nie wiem, co chciał przez to osiągnąć.

- Wyjaśnień jest kilka, ale tylko jedno pasować będzie do jego poczynań. Pewne jest, że chce się pozbyć naszego niedawnego gospodarza z domu i wysyła go do Birmingham. Mogłem go ostrzec, ale po namyśle stwierdziłem, że lepiej będzie oczyścić scenę i przyspieszyć bieg wydarzeń. Jutro, Watsonie, dowiemy się wszystkiego.

Holmes wyszedł wcześnie rano, a gdy powrócił na lunch, zauważyłem, że ma zatroskany wyraz twarzy.

- Sprawa jest znacznie poważniejsza, niż sądziłem, Watsonie - oznajmił. - Muszę cię uprzedzić, że staje się niebezpieczna, choć wiem równocześnie, że to cię i tak nie powstrzyma. Powinieneś jednak wiedzieć, że kryje się w niej niebezpieczeństwo, i to znaczne.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna