Tylko kawę, poproszę. Kelnerka uniosła wyskubaną brew



Pobieranie 47.75 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar47.75 Kb.
 Tylko kawę, poproszę. 
Kelnerka uniosła wyskubaną brew. 
- Chcesz cos do jedzenia? - zapytała. Jej akcent był wyraźny, a postawa zawiedziona. 
Simon Lewis nie winił jej za to; miała prawdopodobnie nadzieję na większy napiwek, niż taki, który dostanie za pojedynczy kubek kawy. Ale to nie jego wina, ze wampiry nie jedzą. 
Czasami w restauracjach zamawiaj i tak jedzenie, żeby zachować pozory normalności, ale późny wtorkowy wieczór, kiedy „Veselka” była prawie pusta od innych klientów, nie musiał się tym martwić. 
- Tylko kawę. 
Wzruszając ramionami kelnerka zabrała jego laminowane menu i poszła złożyć jego zamówienie Simon usiadł powrotem na twardym, plastikowym krześle i rozejrzał się dookoła. „Veselka”, jadłodajna na rogu Dziewiątej i Drugiej Alei, była jednym z jego ulubionych miejsc na Lower East Side – starej dzielnicy oblepionej czarno – białymi plakatami, gdzie można siedzieć cały dzień tak długo, jak zamawiasz co pół godziny kawę. Serwowali tam między innymi niegdysiejsze jego ulubione wegetariańskie pierogi i barszcz, ale te czasy ma już za sobą. 
Była połowa października i już zdążyli rozstawić Halloween’owe ozdoby – chwiejne napisy mówiące „psikus albo barszcz!” i sztuczny, kartonowy wampir, nazwany Hrabią Naleśnikulą. Dawno, dawno temu Simon i Clary znaleźli tandetne i zabawne dekoracje wakacyjne, ale hrabia, z sztucznymi kłami i czarną peleryną, nie robił na Simonie wrażenia zabawnego jak kiedyś. 
Simon spojrzał przez okno. To był żwawy wieczór, wiatr zawiewał na Drugiej Alei liście jakby były one sypiącym się z dłoni konfetti. Była tam dziewczyna, zmierzająca ku końcowi ulicy, dziewczyna w obcisłym, przepasanym paskiem płaszczu z długimi, czarnymi włosami powiewającymi na wietrze. Ludzie odwracali się, by za nią spojrzeć jak szła. Simon patrzył na dziewczyny tak jak w przeszłości, próżno zastanawiając się, dokąd zmierzają, z kim się spotykają. Nie z takimi facetami jak on, wiedział o tym za dobrze. 
Oprócz tego tak było. Dzwonek przy frontowych drzwiach jadłodajni zadzwonił i weszła Isabelle Lightwood. Uśmiechnęła się na widok Simona i podeszła do niego, zdejmując płaszcz i wieszając go na krześle zanim usiadła. Pod płaszczem miała to, co Clary zwykła nazywać „Typowy wizytowy strój Isabelle”: krótka, obcisła, satynowa sukienka, kabaretki i długie kozaki. Na górze lewego buta był umieszczony nóż, ale Simon był pewny jedynie tego, co widział; dodatkowo, wszyscy w jadalni przyglądali się jak siada i odrzuca do tyłu swoje włosy. Nie miało znaczenia, co miała na sobie, Isabelle zawsze przyciągała uwagę jak pokaz sztucznych ogni. 
Piękna Isabelle Lightwood. Kiedy Simon ją poznał, był pewien, że nie będzie miała czasu na takiego gościa, jak on. Jego przypuszczenia okazały się w większości słuszne. Isabelle lubiła chłopców, których jej rodzice nie akceptowali, a to w praktyce oznaczało Podziemnych – Fearie, Wilkołaków i Wampirów. To, że spotykali się od miesiąca czy dwóch było dla niego zaskoczeniem, nawet jeśli ich związek polegał na takich spotkaniach jak to. I nawet, jeśli nie mógł pomóc, to zastanawiał się, czy gdyby jego życie nie zmieniło się w jednej chwili, to czy tak naprawdę w ogóle spotykaliby się ze sobą? 
Założyła za ucho kosmyk włosów i uśmiechnęła się czarująco. 
- Świetnie wyglądasz. 
Simon spojrzał na siebie w powierzchni odbijającej w oknie jadłodajni. Isabelle wypłynęła wyraźnie na jego zmiany w wygładzę odkąd zaczęli się spotykać. Zmusiła go do zmiany ego bluz na skórzane kurtki, a jego trampki na buty od projektanta. Które, nawiasem mówiąc, kosztowały trzy tysiące dolarów od pary. Ciągle nosił swoje koszulki – ta mówiła „Egzystencjonaliści robią to niepotrzebnie”, ale jego jeansy nie miały już przetarć na kolanach i dziur w kieszeniach. Zapuścił też włosy, tak, że opadały mu na czoło zakrywając włosy, ale to była bardziej konieczność niż Isabelle. 
Clary miała pośmiewisko z jego nowego wyglądu; ale wtedy Clary odkryła, że całe jego romantyczne życie graniczy z pośmiewiskiem. Nie mogła uwierzyć, że umawia się z Isabelle na serio. Oczywiście, nie mogła też uwierzyć, że spotyka się też z Maią Robertsich przyjaciółką wilkołaczką, też na poważnie. I nie mogła też uwierzyć, ze Simon nie powiedział jeszcze jednej o drugiej. 
Simon nie był pewny, jak to się stało. Maia lubiła przychodzić do jego domu i grać na Xboxie – nie mieli żadnego na komisariacie, na którym mieszkała sfora wilkołaków – i dopiero za trzecim albo czwartym razem pochyliła się i pocałowała go na pożegnanie, zanim wyszła. Był zadowolony, ale potem zadzwonił do Clary i zapytał ją, czy powinien powiedzieć o tym Isabelle. 
- Przemyśl to, co dzieje się miedzy tobą a Isabelle – powiedziała – I powiedz jej. 
To okazało się złą radą. Minął miesiąc, a on wciąż nie był pewien, co się dzieje miedzy nimi Isabelle, więc nie mówił nic. A im więcej czasu minęło, tym bardziej pomysł by jej to powiedzieć był niewygodny. Do tej pory działało. Isabelle i Maia nie były naprawdę przyjaciółkami, rzadko się widywały. Niestety, to niedawno się zmieniło. Matka Clary i jej wieloletni przyjaciel, Luke, wezmą za kilka tygodni ślub, a zarówno Isabelle i Maia zostały zaproszone na wesele, a ta perspektywa przerażała Simona bardziej niż tłum goniących za nim przez ulice Nowego Jorku Łowców Wampirów. 
- Więc – powiedziała Isabelle wyrywając go z otępienia – Dlaczego tu, a nie w Taki? Tam mógłbyś zamówić dla siebie krew. 
Simon krzywił na ten dźwięk. Isabelle była niczym, jeśli nie była niesubtelna. Na szczęście, nikt nie wydawał się ich podsłuchiwać, nawet kelnerka, która postawiła filiżankę kawy przed Simonem, spoglądając na Izzy i odeszła, nie biorąc zamówienia. 
- Podoba mi się tutaj, - powiedział. - Clary i ja kiedyś tu przychodziliśmy tutaj, kiedy miała lekcje u Tisch. Mają tu świetny barszcz i naleśniki – są słodkie jak pierogi z serem - plus, jest otwarty całą noc. 
Isabelle zignorowała go. Patrzyła na coś ponad jego ramieniem. 
- Co to jest? 
Simon podarzył za jej wzrokiem. - Hrabia Naleśnikula. 
- Hrabia Naleśnikula? 
Simon wzruszył ramionami. - To dekoracja na Halloween. Hrabia Naleśnikula jest dla dzieci. To jak Hrabia Czekoladula lub Liczyhrabiaz Ulicy Sezamkowej - Uśmiechnął się do jej pustego spojrzenia - Wiesz. Uczy dzieci, jak liczyć. 
Isabelle potrząsnęła głową. 
- Jest program telewizyjny, gdzie dzieci uczą się liczyć dzięki wampirowi? 
- Zrozumiałabyś lepiej, gdybyś to zobaczyła. - mruknął Simon. 
- Istnieją pewne mitologiczne podstawy dla takich przypuszczeń - powiedziała Isabelle, przełączając się na tryb oczytanego Nocnego Łowcy. – Niektóre legendy twierdzą, ze wampiry mają obsesje na punkcie liczenia i że jeśli rozsypiesz worek ryżu przed nimi, porzucą wszystko to, co robią zaczną je liczyć. Nie ma w tym prawdy, oczywiście, nic więcej niż ta cała sprawa z czosnkiem. A wampiry nie powinny uczyć dzieci. Wampiry są przerażające. 
- Dziękuję, - powiedział Simon - To żart, Isabelle. On jest On jest Liczyhrabią. Lubi liczyć. No wiesz. "Co je hrabia dzisiaj, dzieci? Jeden płatek ciasteczka czekoladowego, dwa płatki ciasteczka czekoladowego, trzy płatki czekoladowego ciasteczka…”. 
Powiał zimny wiatr, kiedy drzwi restauracji otworzyły się, wpuszczając do innego klienta. Isabelle drgnęła i sięgnęła po czarny jedwabny szal. 
- To nie jest realistyczne. 
- Co wolisz? "Co je dzisiaj hrabia, dzieci? Jednego bezradnego wieśniaka, dwóch bezradnych wieśniaków, trzech bezradnych wieśniaków…”?

- Sza. - Isabelle skończyła wiązać szalik na szyi i pochyliła się do przodu, kładąc rękę na nadgarstku Simona. Jej duże ciemne oczy nagle ożyły, patrzyła w taki sposób jaki wywoływało w niej tylko polowanie na demony, planowała polowanie na demony lub myślała o polowaniu. - Popatrz tam. 


Simon spojrzał gdzie kazała. Było tam dwóch mężczyzn stojących nad przez oszkloną gablotą, z zawartością jaką dysponują cukiernie: mocno mrożone ciasta, tace rogali i rurki wypełnione kremem. Żaden z mężczyzn nie wyglądał tak, jakby był zainteresowany jedzeniem choć trochę. Obaj byli niscy i boleśnie chudzi, tak bardzo, że ich kości policzkowe były na ich bezbarwnych twarzach jak noże. Obaj z cienkimi, siwymi włosami i jasnymi, szarymi oczami i obaj nosili ciemno szare płaszcze z pasem, sięgające do ziemi. 
- Teraz, - powiedziała Isabelle – Jak myślisz, kto to jest? 
Simon zerknął na nich. Oboje patrzyli na niego, ich bezrzęsne oczy wydawały się puste. 
- Wyglądają jak swego rodzaju złe podwórkowe gnomy. 
- To są ludzie Utrzymani – syknęła Isabelle – Należą do wampira. 
- Należą, w jaki sposób? 
Wydała z siebie niecierpliwy odgłos. 
- Na Anioła, nie wiesz nic o swoim rodzaju, prawda? Czy ty w ogóle wiesz, jakie naprawdę są wampiry? 
- Cóż, kiedy mama wampir i tata wampir kochają się bardzo… 
Isabelle skrzywiła się do niego. 
- Dobrze wiesz, że wampiry nie muszą uprawiać seksu, żeby się rozmnażać, ale założę się, że naprawdę nie wiesz, jak to działa. 
- Wiem. – odparł Simon - Jestem wampirem, bo napiłem się krwi Raphaela przed śmiercią. Picie krwi plus śmierć równa się bycie wampirem. 
- Nie do końca- powiedziała Isabelle. - Jesteś wampirem, bo napiłeś się krwi Raphaela, a następnie zostałeś pogryziony przez inne wampiry, a potem umarłeś. Musisz zostać ugryziony w pewnym momencie tego procesu. 
- Dlaczego? 
-Ślina wampira ma pewne… właściwości. Przemieniające właściwości. 
- No powiedział Simon 
- Nie „nomaj” mi. Jesteś jedynym z tych z magiczną śliną. Wampiry utrzymują ludzi wokół siebie i żywią się nimi, traktując jak chodzący bar z przekąskami – powiedziała Izzy z niesmakiem - Można by pomyśleć, że będą słabi z powodu utraty krwi przez cały czas, ale ślina wampira rzeczywiście ma właściwości lecznicze. Mają większą ilość czerwonych krwinek, co wzmacnia je i są zdrowsi, oraz sprawia, że żyją dłużej. Dlatego nie jest to niezgodne z prawem że wampir karmi się człowiekiem. To tak naprawdę ich nie krzywdzi. Oczywiście, raz na jakiś czas wampir decyduje się na więcej niż jedną dawkę dziennie, ujarzmia, a następnie rozpoczyna karmienie ugryzionego człowieka niewielką ilością krwi wampira, tak, aby był posłuszny i przywiązany do mistrza. Ujarzmieni podporządkowują się swoim mistrzom z pewną porcja miłości. Chcą tylko być blisko nich. Tak jak to było, gdy wróciłeś do Dumort. Byłeś połączony z wampirem, którego krwi się napiłeś. 
- Raphael, - powiedział Simon bezbarwnym głosem - Nie czuję palącej potrzeby bycia z nim w tych dniach, powiem ci. 
- Nie, bo to znika, gdy stajesz się pełnoprawnym wampirem. To tylko podporządkowuje tych, którzy czczą swoich mistrzów i nie mogą się im sprzeciwić. Czy już widzisz? Kiedy wróciłeś do Dumort, klan Raphaela spuścił z ciebie krew, a ty umarłeś, a następnie stałeś się wampirem. Ale gdyby nie spuścili z ciebie krwi, jeśli daliby ci więcej wampirze krwi, to mogłeś stać się ujarzmionym. 
- To wszystko bardzo ciekawe – powiedział Simon - Ale to nie wyjaśnia, dlaczego oni patrzą się na nas. 
Isabelle spojrzał na nich znowu. 
- Oni gapią się na ciebie. Może ich mistrz umarł i szukają innego wampira, który mógłby je mieć. Mógłbyś mieć zwierzątka - Uśmiechnęła się. 
- Albo- Simon powiedział - Może są tutaj po cebulę. 
- Ludzcy ujarzmieni nie jedzą. Żywią się połączeniem krwi wampira i zwierząt. Utrzymuje ich to w stanie uśpienia. Nie są nieśmiertelni, ale starzeją się bardzo powoli. 
- Niestety –rzekł Simon, przypatrując się im - Nie wydają się przywiązywać wagi do wyglądu. 
Isabelle wyprostowała się. 
- Oni tu idą. Myślę, że dowiemy się, czego chcą. 
Ludzie ujarzmieni szli tak prosto, jakby byli nadziani na kołki. Nie stawiali kroków, tylko sunęli naprzód bezszelestnie. Zajęło im tylko kilka sekund przejść przez restaurację; zanim doszli do stolika Simona, Isabelle wydobyła sztylet, bardzo podobny do tego, który znajdował się w jej bucie. Położyła go na stole tak, że błyszczał w świetle fluorescencyjnych żarówek. To był ciemny, ciężki srebrny sztylet z krzyżem wypalonym po obu stronach rękojeści. Większość wampirów odstraszała broń z krzyżami, z założenia, Simon myślał, że większość wampirów jest też chrześcijanami. Kto mógł przewidzieć, że bycie w mniejszości religijnej było korzystne? 
- To na tyle blisko, - powiedziała Isabelle kiedy dwóch Ujarzmionych zatrzymało się przy ich stole, jej palce pozostały cal od sztyletu - Jaki macie interes, wy dwaj. 
- Nocny Łowca – wysyczała istota po lewej – Nic nie wiem o tobie w tej sytuacji. 
Izabela podniosła delikatne brwi. 
- Co jest ta sytuacją? 
Drugi ujarzmiony wskazał długim szarym palcem Simona. Jego paznokcie były żółte i ostre. 
- Mamy interes z Daylighterem. 
- Nie, nie - powiedział Simon. - Nie mam pojęcia, kim jesteś. Nigdy nie widziałem cię wcześniej. 
- Ja jestem Mr.Walker- powiedział pierwszy stwór - Obok mnie jest Mr.Archer. Obsługujemy najbardziej potężne wampiry w Nowym Jorku. Szefa największego klanu na Manhattanie. 
- Raphaela Santiago - mówi Isabelle. - W takim razie musisz wiedzieć, że Simon nie jest częścią żadnego klanu. Jest wolnym strzelcem
Mr. Walker uśmiechnął się cienkimi ustami. 
- Mój mistrz miał nadzieję, ze ta sytuacja mogłaby ulec zmianie. 
Spojrzenie Simona skrzyżowało się ze spojrzeniem Isabelle. Wzruszyła ramionami. 
- Czy Raphael nie mówił, że masz się trzymać z dala od klanu? 
- Może on zmienił zdanie – Wiesz, jaki on jest. Humorzasty. Niestały emocjonalnie. 
- Nie wiem. I naprawdę nie widziałam go od tego czasu gdy groziłam, że zabije go świecznikiemDobrze to wtedy przyjął. Bez humorów. 
- Fantastycznie – rzekł Simon. Dwóch Ujarzmionych patrzyło na niego. Ich oczy były blade, biało - szare, w kolorze brudnego śniegu. 
- Jeśli Raphael chce mnie w klanie, to dlatego, że chce coś ode mnie. Równie dobrze możecie powiedzieć, co to jest. 
- Nie jesteśmy wtajemniczeni w plany naszego pana - powiedział Mr. Archer w wyniosłym tonem. 
- Nie ma zabawy, w takim razie - powiedział Simon. – Nie pójdę tam. 
- Jeśli nie chcesz iść z nami, jesteśmy uprawnieni do użycia siły. 
Wydawało się, ze sztylet wskoczył do dłoni Isabelle; mimo wszystko wyglądało na to, że poruszyła się i już trzymała sztylet. Zakręciła nim lekko. 
- Nie robiłabym tego, gdybym była tobą. 
Mr. Archer wyszczerzył do niej zęby 
- Od kiedy dzieci Anioła są ochroniarzami nieuczciwych Podziemnych? Myślałem, że jesteście powyżej tego typu działań, Isabelle Lightwood. 
- Nie jestem jego ochroniarzem – powiedziała Isabelle - Jestem jego dziewczyną. Co daje mi prawo do skopania ci dupy, jeśli mu przeszkadzasz. Tak to działa. 
Jego Dziewczyna? Simon spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale wpatrywała się w dwa stwory z błyskiem w ciemnych oczach. Z jednej strony, nigdy wcześniej nie słyszał, by Isabelle mówiła o sobie, jako o jego dziewczynie. Z drugiej strony było to objawem, jak dziwne stało się jego życie, to było bardziej zaskakujące dziś wieczorem niż fakt, że właśnie został wezwany na spotkanie z najpotężniejszym wampirem w Nowym Jorku. 
- Mój mistrz, - powiedział Mr. Walker, tonem, który on prawdopodobnie uznawał za kojący - Ma 
propozycję dla Daylightera. 
- On ma na imię Simon. Simon Lewis. 
- Do złożenia panu Lewisowi. Mogę przysiąc, że dla pana Lewisa będzie najkorzystniej, jeśli pójdzie z nami i zechce wysłuchać naszego Mistrza. 
- Przysięgam na honor mojego pana, że nic złego cię nie spotka, Daylighterze. I że jeśli zechcesz odrzucić propozycję mojego pana, będziesz miał wolna rękę. 
Mój pan, mój mistrz. Mr. Walker wypowiadał te słowa z mieszaniną podziwu i uwielbienia. Simon wzdrygnął się nieco. Jak okropnie być kimś takim dla kogoś innego i nie mieć własnej woli. 
Isabelle potrząsnęła głową, Simon złożył usta w niemym „nie”. Miała rację pomyślał. Isabelle jest świetną Nocną Łowczynią. Podziemni – nieuczciwe wampiry, uprawiający czarną magię czarownicy, wilkołaki będące na wolności i jedzące ludzi – od kiedy skończyła dwanaście lat i była prawdopodobnie lepsza niż każdy inny Nocny Łowca, z wyjątkiem jej brata, Jace’a. I był jeszcze Sebastian, który był lepszy od obydwojga. Ale on nie żyje. - No dobra – powiedział. – Pójdę. 
Oczy Isabelle zrobiły się okrągłe. 
- Simon! 
Obydwaj Ujarzmieni zatarli ręce jednocześnie jak postaci w komiksie. Gest sam w sobie nie był straszny, tak naprawdę było straszne to, że zrobili to dokładnie w tym samym czasie i w ten sam sposób, jak gdyby byli oni lalkami, których struny były uniesione szarpnięciem. 
- Świetnie - powiedział Mr. Archer. 
Nóż Isabelle uderzył o stół z trzaskiem i pochyliła się, jej błyszczące ciemne włosy zamiatały blat. 
- Simon - powiedziała naglącym szeptem - Nie bądź głupi. Nie ma powodu, aby iść z nimi. A Raphael to kretyn. 
- Raphael jest panem wampirów – odpowiedział Simon. – Dzięki jego krwi jestem wampirem. To mój… Jakkolwiek oni to nazywają. 
- Pan, stworzycie, stwórca – jest milion określeń na to, co on zrobił – powiedziała Isabelle w roztargnieniu. - I może dzięki jego krwi stałeś się wampirem. Ale to nie dzięki niemu jesteś Daylighterem
Ich spojrzenia spotkały się. Jace uczynił cię Daylighterem. Ale ona nigdy nie powiedziała tego głośno, tylko kilkoro z nich znało prawdę, całą pozostałą historie o tym, co zrobili Jace i Simon. 
- Nie musisz robić tego, co mówią. 
- Oczywiście, że nie – odparł Simon, ściszając głos. - Ale jeśli odmówię pójścia, myślisz, że Raphael mi tak po prostu odpuści? Tak nie będzie. Przyjdą po mnie. 
Spojrzał w bok na Ujarzmionych, wyglądali tak, jakby zgadzali się z nim, ale mógł sobie to tylko wyobrazić. 
- Znajdą mnie wszędzie. Kiedy jestem na zewnątrz, w szkole, z Clary… 
- I co? Clary sobie z nimi nie poradzi? – Isabelle podniosła ręce - Dobra. Przynajmniej pozwól mi pójść z tobą. 
- W żadnym wypadku – Uciął Mr. Archer - To nie jest sprawa Nocnych Łowców. To interesy Nocnych Dzieci. 
- Nie… 
- Prawo daje nam możliwość prowadzenia naszej działalności prywatnie – Powiedział sztywno Mr. Walker - Z naszym gatunkiem. 
Simon spojrzał na nich. 
- Dajcie nam chwilę, proszę - powiedział. - Chcę porozmawiać z Isabelle. 
Nastąpiła chwila ciszy. Skończyła się już pora obiadowa. Miejsce przyjmowało późnowieczorny napływ gości wypływających z pobliskiego kina; kelnerki śpieszyły się nosząc tace z jedzeniem dla klientów; pary śmiały się i rozmawiały w pobliżu ich stolika, kucharze krzyczeli sobie zamówienia za ladą. Nikt nie spojrzał na nich albo nie przyznawał, ze cos się dzieje. Simon był teraz uważany za przystojniaka, ale nie mógł nic poradzić na to uczucie, że gdy był z Isabelle, został uwięziony za niewidzialną ściana ze szkła, odcięty od reszty społeczeństwa i jego codziennych spraw. 
- Bardzo dobrze - rzekł Mr. Walker, cofając się. - Ale mój pan nie lubi czekać. 
Wycofali się w stronę drzwi, najwyraźniej nie mając wpływu na podmuchy zimnego powietrza, gdy 
Ktoś wszedł lub wyszedł na zewnątrz i stanęli jak posągi. Simon zwrócił się do Isabelle. 
- Jest dobrze - powiedział. – Nie chcą mnie zranić. Nie mogą mnie zranić. Raphael wie o wszystko o… Zrobił niewygodny ruch w kierunku swojego czoła. – Tym. 
Isabelle pochyliła się nad stołem i odsunęła jego włosy, a jej dotyk był bardziej pozbawiony emocji niż delikatny. Marszczyła brwi. Simon widział Znak w lustrze wystarczająco długo, by wiedzieć, jak wygląda. Jakby ktoś wziął cienki pędzel i pociągnął prosty wzór po jego czole, po środku, tuż nad oczami. Wydawało się, ze jego kształt zmieniał się czasami, jak ruchome obrazy znalezione w chmurach, ale zawsze był jasny, czarny, wyglądający na niebezpieczny, jak znak ostrzegawczy zapisany w innym języku. 
- To naprawdę… działa? – Wyszeptała. 
- Raphael uważa, że działa - odparł Simon. - I nie mam powodu, by sądzić, że nie. 
Złapał jej rękę i odciągnął z dala od swojej twarzy. 
- Nic mi nie będzie, Isabelle. 
Westchnęła. 
- Każdy fragment mojego szkolenia mówi, że to nie jest dobry pomysł. 
Simon ścisnął jej palce. – No dalej. Jesteś ciekawa, co Raphael chce, prawda? 
Isabelle poklepała jego rękę i usiadła z powrotem. 
- Opowiedz mi o tym po powrocie. Zadzwoń do mnie w pierwszej kolejności. 
- Zrobię to - Simon stanął i zaczął gnieść kurtkę. – Zrobisz mi przysługę? Dwie przysługi, tak naprawdę. 
Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem - Co? 
- Clary powiedziała, że będzie w nocy na treningu w Instytucie. Jeśli natrafisz na nią, nie mów jej gdzie poszedłem. Będzie się martwić bez powodu. 
Isabelle przewróciła oczami. – Okej, w porządku. I druga przysługa? 
Simon pochylił się i pocałował ją w policzek. 
- Spróbuj barszczu przed wyjściem stąd. Jest fantastyczny. 

*** 


Mr. Walker i Mr. Archer nie byli najbardziej rozmownymi towarzyszami. Prowadzili Simona w milczeniu ulicami Lower East Side, mając idąc kilka kroków przed nim z ich dziwnym typem chodzenia . Robiło się późno, ale ulice miasta pełne były ludzi wracających późno ze zmiany, spieszących do domu na obiad, z głowami pochylonymi,, chroniąc się przed zimnym wiatrem. 
W St. Mark's Place były ustawione karciane stoły obok krawężnika, przy których można było kupić wszystko, od tanich skarpetek, przez szkice ołówkiem Nowego Jorku po pachnące kadzidełka. Liście szeleściły po chodniku jak wyschnięte kościPowietrze pachniało spalinami samochodowymi mieszającymi się z zapachem drzewa sandałowego, a pod tym krył się zapach ludzki, skóry i krwi. 
Żołądek Simona ścisnął się. Starał się trzymać tyle butelek zwierzęcej krwi w swoim pokoju miał małą, przenośną lodówkę na tyle swojej szafy, gdzie matka nie mogła jej zobaczyć – trzymał dla siebie, gdyby kiedykolwiek był głodny. Krew jest obrzydliwa. Pomyślał, ze powinien się do tego przyzwyczaić, nawet zaczął ograniczać ją, ale, mimo, że zabijała jego głód, nie było niej nic takiego, że cieszył się nią tak, jak kiedyś cieszył się z czekolady, wegetariańskiego burritos lub lodów z kawą. To pozostawało krwią. Ale bycie głodnym było gorsze. Bycie głodnym oznaczało, że mógł czuć zapachy, których nie chciał czuć - zapach soli na skórze, przejrzały, słodki zapach krwi wypływający z porów nieznajomych. On czuł się głodny, pokręcony i całkowicie nieetyczny. Zgarbił się, zacisnął pięści w kieszeniach kurtki i starał się oddychać przez usta. 
Skręcili w prawo na Trzeciej Alei i zatrzymał się przed restauracją, nad którą szyld mówił CLOISTER CAFE. OGROD OTWARTY CAŁY ROK. Simon zamrugał na widok napisu. 
- Co my tutaj robimy? 
- Nasz pan wybrał to miejsce na spotkanie – powiedział Mr. Walker mdłym tonem. 
- Hm - Simon był zdziwiony. - Myślałem, że bardziej w stylu Raphaela jest, no wiesz, organizowanie spotkań na szczycie niepoświęconej katedry lub pod ziemią w krypcie pełnej kości. Nigdy nie sprawiał wrażenia bywalca modnej restauracji. 
Obaj Ujarzmieni wpatrywali się w niego 
- Czy to jakiś problem? – Zapytał w końcu Mr. Archer. 
Simon poczuł się niejasno skarcony 
- Nie. Nie ma problemu. 
Wnętrze restauracji było ciemne, z marmurowym barem wzdłuż jednej ze ścian. Żadnych kelnerów lub pracowników czekających zbliżył się do, przeszli po prostu przez pokój, a następnie przez drzwi prowadzące do ogrodu. 
Wiele nowojorskich restauracji miały taras z ogrodem, kilka były otwartych do późna w roku. Ten mieścił się na podwórzu między kilkoma budynkami. Ściany zostały pomalowane techniką trompe l'oeil - malowidłami pokazującymi włoskie ogrody pełne kwiatów. Drzewa i ich liście mieniły się złotem i brązem, oplecione łańcuchami białego światła, ciepłe lampy rozstawione między stołami dawały czerwona poświatę. Mała fontanna pluskała nastrojowo w centrum ogródka
Tylko jeden stolik był zajęty, ale nie przez Raphael’a. Szczupła kobieta w szerokim kapeluszu siedziała przy stole w pobliżu ściany. Simon patrzył na nią z zakłopotaniem, a ona podniosła rękę i pomachał do niego. Odwrócił się i spojrzał za siebie; ale oczywiście nikogo tam nie było. Walker i Archer poszli dalej; otumaniony, Simon poszedł za nimi, przechodząc przez dziedziniec i zatrzymał się kilka metrów od miejsca, gdzie siedziała kobieta. 
Walker skłonił się głęboko. 
- Mistrzu. – Rzekł. 
Kobieta uśmiechnęła się. 
- Walker - powiedziała. - I Archer. Bardzo dobrze. Dziękuję za doprowadzenie Simona do mnie. 
-Chwileczkę - Simon zwrócił wzrok na kobietę, potem na Ujarzmionych i z powrotem. - Nie jesteś Raphaelem. 
- Mój drogi, ależ skąd - Kobieta zdjęła kapelusz. Ogromne ilości srebrzystych blond włosów 
Olśniewających w świetle bożonarodzeniowych lampek, opadły w dół na jej ramiona. Jej twarz była gładka, biała i owalna, wyjątkowo piękna, zdominowany przez ogromne blado zielone oczy. Nosiła długie, czarne rękawiczki, czarną bluzkę z jedwabiu, spódnicę ołówek i czarny szalik zawiązany wokół jej gardła. Nie można było przewidzieć jej wieku, a przynajmniej, jakim wieku mogła być, kiedy zamieniła się w wampira. 
- Jestem Camille Belcourt. Miło cię poznać. 
Wyciągnęła rękę odzianą w czarną rękawiczkę. 
- Powiedziano mi, że mam się spotkać tutaj z Raphael’em Santiago - powiedział Simon nie osiągając celu - Pracujesz dla niego? 
Camille Belcourt zaśmiała się jak szemrząca fontanna. 
- Na pewno nie! Chociaż jakiś czas temu on pracował dla mnie. 
I Simon pamiętał. Myślałem, że głową wampirów jest ktoś inny, powiedział raz do Raphaela, w Idrisie, jakby lata temu. Camille nie wróciła jeszcze do nas, odpowiedział, zastępuję ją. 
- Jesteś głową wampirów – powiedział Simon – Klanu na Manhattanie. 
Odwrócił się do Ujarzmionego. 
- Oszukałeś mnie. Powiedziałeś, ze to spotkanie z Raphaelem. 
- Powiedziałem, że to spotkanie z naszym mistrzem. – Odpowiedział Mr. Walker. Jego oczy były duże i puste, tak puste, że Simon zastanawiał się, czy mieli go oszukać, czy po prostu byli zaprogramowani jak roboty do powiedzenia tego, co kazał im powiedzieć mistrz, nieświadomi odstępstwa od planu. – I oto ona. 
- W rzeczy samej – Camille błysnęła idealnym uśmiechem w kierunku Ujarzmionych - Walker, Archer, proszę, zostawcie nas samych. Muszę porozmawiać z Simonem sam na sam.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna