Tylko pamiętaj niebyt orientalnie, awangarda musi być! W porze obiadowej, w niedzielę 12 października w Oratorium Marianum, w ramach iscm world Music Days, odbył się koncert, na którym usłyszeć można było muzykę najnowszą z krajów Bliskiego I Dalekiego



Pobieranie 9.11 Kb.
Data09.05.2016
Rozmiar9.11 Kb.
Tylko pamiętaj - niebyt orientalnie, awangarda musi być!

W porze obiadowej, w niedzielę 12 października w Oratorium Marianum, w ramach ISCM World Music Days, odbył się koncert, na którym usłyszeć można było muzykę najnowszą z krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, a także zza oceanu, w wykonaniu najlepszych wrocławskich muzyków.

Na program złożyło się siedem utworów kompozytorów pochodzących z bardzo różnych krajów: Meliha Doğuduyal’a (Turcja) – Abîme na solowy głos żeński, Josepha Papadatos’a (Grecja) – The Frontiers of Oblivion op. 55b na sopran i rożek basetowy, Vladimira Rannev’a (Rosja) – An eine, die vorüberging na głos żeński i fortepian, Gabriela Dharmoo (Kanada) – Vaai Irandu na glos żeński, Li-Wei Chao (Tajwan) – Wind, Forest, Fire and Mountain na kwartet smyczkowy, Sama Nichols’a (USA/Kalifornia) – Refuge na kwartet smyczkowy


oraz Isidory Žebeljan (Serbia) – New songs of Lada na sopran i kwartet smyczkowy.

Wykonawcami byli: sopranistka Agata Zubel, klarnecista (grający na rożku basetowym) Bartłomiej Dobrowolski, Jerzy Nowak (partia tanpury), pianista Bartłomiej Wąsik oraz Lutosławski Quartet w składzie: Szymon Krzeszowiec – I skrzypce, Marcin Markowicz -


II skrzypce, Artur Rozmysłowicz – altówka i Maciej Młodawski – wiolonczela.

Abîme… to utwór, aż nadto oryginalny. Obejmował on, prócz muzyki, także ruch sceniczny. Sądzę, iż ani jedno, ani drugie nie było udane, a ponadto dodatkowe efekty dźwiękowe
w postaci kląskania, pstrykania palcami, tupania, itp. wprawiły publiczność w lekkie rozbawienie. Co do wykonania - wszystko było zaśpiewane idealnie czysto, świetnie została zrealizowana dynamika, mormorando było w stanie nagłośnić całą salę, a ponadto tak niezwykły utwór dał możliwość ukazania publiczności przez śpiewaczkę, umiejętności stworzenia wielu efektów kolorystycznych.

Kompozycja Josepha Papadatos’a zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Rożek basetowy bardzo dobrze zabrzmiał z czystym i wysokim głosem żeńskim. Utwór był zbudowany z kilku kontrastujących fragmentów, jednych bardzo gwałtownych, a innych spokojniejszych, lirycznych. Pojawiły się tu nawet konsonanse - harmonijne, przyjemne współbrzmienia, co w muzyce współczesnej się rzadko zdarza. Odniosłem jednak przy nich wrażenie, że głos Agaty Zubel brzmiał nieco mniej naturalnie.

Kolejny utwór, autorstwa Vladimira Ranney’a, podobnie jak pierwszy, przepełniony był szeptami i syczeniem. Mimo swojego powierzchownego spokoju, wewnątrz cały czas „wrzał” i „gryzł się”. Kompozytor zastosował tu oryginalny pomysł przyciskania samego pedału fortepianu, bez użycia jakichkolwiek klawiszy.

Kompozycja wieńcząca pierwszą część koncertu była jednym z dwóch punktów, które zasługiwały na szczególną uwagę. W utworze tym wykorzystano bowiem instrument u nas mało znany- tanpurę. Jest to indyjski chordofon (instrument strunowy) szarpany,


z nieproporcjonalnie długim gryfem w stosunku do pudła rezonansowego w kształcie zbliżonym do okręgu, o średnicy ok. 20-30 cm. Muzyka ta była niezwykle intrygująca
i przyjemna, a budowało ją „brzęczące” ostinato (stały akompaniament) tanpury i lekko uwspółcześniona, lecz pięknie ornamentowana melodyka śpiewu. Kompozycja została bardzo entuzjastycznie przyjęta przez słuchaczy.

Po przerwie usłyszeliśmy dwa kwartety smyczkowe. Piszę o nich razem, ponieważ sądzę,


iż były one do siebie dość podobne, a na pewno drugi stanowił bardzo dobrą kontynuację
i rozwinięcie pierwszego. W obu utworach zdarzały się momenty piskliwe
i irytujące, jak i takie, które brzmiały porywająco. Drugi kwartet przypominał momentami Kaprys na obój i smyczki Pendereckiego i może dlatego podobał mi się on bardziej.

Koncert ten zakończyło dzieło wybitne - New songs of Lada - kompozycja, której słuchanie zajęło bez reszty całą uwagę słuchaczy. Partyturę wypełniały liczne kontrasty. Akompaniament był błyskotliwy i bez wątpienia świetnie wykonany, a partia solowa (mimo swej prostoty) była pełna mocy i energii. Muzyka Nowych pieśni… z każdą częścią rozwijała się coraz bardziej tak, że przy końcu ogarnęła umysł niemal każdego słuchacza. Jestem pewien, że to, co zakończyło niedzielno-popołudniowy koncert, to jedno z największych dzieł muzyki XXI wieku!

Podsumowując, koncert ten podobał mi się, przede wszystkim ze względu na obecność ostatniego utworu, którego melodyka w myślach towarzyszyła mi całą drogę powrotną do domu, a wykonanie programu było niewątpliwie bardzo dobre.

Jan Załęcki



(kl. IV/4, SM I st. nr 2 we Wrocławiu,

przygotowanie ucznia, redakcja tekstu: Agnieszka Misiak)


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna