Unijny komisarz ds transportu Jacques Barrot przestrzegł przed możliwymi opóźnieniami w realizacji projektu nawigacji satelitarnej Galileo



Pobieranie 60.54 Kb.
Data28.04.2016
Rozmiar60.54 Kb.
18.03.2007

Projekt Galileo zagrożony opóźnieniami?



Unijny komisarz ds. transportu Jacques Barrot przestrzegł przed możliwymi opóźnieniami w realizacji projektu nawigacji satelitarnej Galileo, wysyłając surowy list z ostrzeżeniem pod adresem odpowiedzialnego za projekt międzynarodowego konsorcjum.

Europejski System Nawigacji Satelitarnej Galileo ma być odpowiedzią na amerykański system GPS. Realizowany pod egidą Europejskiej Agencji Kosmicznej i Unii Europejskiej kosztem wielu miliardów euro, ma być niezależnym, zaawansowanym technologicznie systemem służącym do dokładnego ustalania parametrów badanych obiektów, ich współrzędnych i prędkości przemieszczania.

Barrot wytknął w liście firmom zaangażowanym w projekt, że zwlekają z podpisaniem umów, które zapewnią im sprawne działanie i umożliwią posunięcie prac do przodu. Chodzi o to, by wyłonić firmę, która będzie reprezentowała konsorcjum na zewnątrz, a także podzielić się pracą i zakresem odpowiedzialności. Rzecznik Barrota, Michele Cercone powiedział, że "trzeba bić na alarm". - Odnotowujemy szereg opóźnień (...), które mogą się negatywnie odbić na harmonogramie prac nad projektem Galileo - powiedział Cercone.

Złożony z 30 satelitów system ma zacząć funkcjonować do 2010-11 roku (początkowo planowano rok 2008). W prace zaangażowane są firmy z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Włoch. Reuters podał, że to hiszpański rząd jest odpowiedzialny za opóźnienia, bowiem domaga się lokalizacji w Hiszpanii dodatkowych dwóch ośrodków kontrolnych systemu, oprócz centrów planowanych dotąd we Włoszech i w Niemczech. To spowodowało, że hiszpańskie firmy blokują podpisanie umowy.

Komisarz Barrot ma dokonać przeglądu realizacji projektu Galileo i przedstawić wnioski w czerwcu ministrom krajów członkowskich, którzy na tej podstawie podejmą decyzje o ewentualnych zmianach w realizacji projektu.

- Wciąż mamy czas, by uniknąć poważnych zakłóceń w zaplanowanym harmonogramie, ale musimy działać szybko - powiedział Cercone.

Galileo jest odpowiednikiem amerykańskiego systemu GPS (Global Positioning System). Jednak w przeciwieństwie do niego jest systemem cywilnym. GPS w całości zarządzany jest przez Ministerstwo Obrony USA i tylko udostępniany cywilom.

Polski udział w projekcie Galileo jest marginalny - ogranicza się współpracy dwóch instytucji naukowych: Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk oraz Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów.


NASA: Chińczycy będą na Księżycu przed nami

Wskutek niedoinwestowania amerykańskiego programu kosmicznego, Chiny wyślą swoich pierwszych kosmonautów na Księżyc, zanim Stany Zjednoczone tam powrócą - powiedział szef NASA Michael Griffin.

Szef amerykańskiej agencji kosmicznej powiedział to podczas przesłuchań przed Komisją ds. Nauki i Technologii Izby Reprezentantów.

Oświadczył on, że Chiny są w stanie w ciągu najbliższych dziesięciu lat wysłać na Księżyc kosmonautów, którzy wylądują tam i powrócą na Ziemię, podobnie jak amerykańscy astronauci na statkach Apollo w latach 1969-1973. Tymczasem przy obecnym i planowanym budżecie NASA - dodał Griffin - USA będą mogły wznowić loty załogowe na Księżyc najwcześniej za 19 lat. Poinformował, że przy realizacji chińskiego programu kosmicznego pracuje 200 tysięcy ludzi, podczas gdy amerykańskiego - około 75 tysięcy.

Kongresmani ostrzegali w czasie przesłuchania szefa NASA, że niedoinwestowanie agencji może z czasem doprowadzić także do nasilenia się problemów z bezpieczeństwem lotów kosmicznych.



Wodny świat Czerwonej Planety


Bieguny Marsa pokrywają czapy lodowe zamarzniętej wody i CO2

Gdyby rozpuścić cały lód skuwający południowy biegun Marsa, to woda zalałaby całą planetę, tworząc ocean o głębokości ok. 11 m. Takie dane przynoszą najnowsze badania dokonane przez europejską sondę Mars Express. Jej radar spenetrował czapę lodową pokrywającą biegun, docierając aż do jej dna na głębokości 3,7 km. - Ten lodowiec zajmuje obszar większy od Teksasu - emocjonuje się Jeffrey Plaut z NASA. Naukowcy od dawna zastanawiają się, co się stało z wodą, która kiedyś musiała płynąć po pustynnej dziś planecie. To może dać odpowiedź na pytanie, czy kiedyś kwitło na niej życie.

Znaleziono nową gromadę kulistą w Drodze Mlecznej



Niemieccy astronomowie znaleźli kandydatkę na nową gromadę kulistą gwiazd w naszej Galaktyce, odległą o 30 tysięcy lat świetlnych.

Galaktyka, w której znajduje się Słońce, zwana Drogą Mleczną, posiada mniej więcej 150 gromad kulistych. Każda z takich gromad zawiera od setek tysięcy do miliona gwiazd. gromady są rozmieszczone sferycznie wokół centrum Galaktyki, w galaktycznym halo.

Gromady kuliste stanowią bardzo dobre laboratoria astrofizyczne, ich gwiazdy są w podobnym wieku, mają podobny skład chemiczny, znajdują w tej samej odległości od nas. Rozmiary gromad są rzędu od kilku do 100 lat świetlnych, co oznacza, że gwiazdy w nich występujące są rozmieszczone naprawdę gęsto. Dla porównania ze Słońca do najbliższej sąsiadującej gwiazdy są około 4 lata świetlne.

W gromadach kulistych występują najstarsze gwiazdy, które liczą sobie nawet po 10 miliardów lat. To wiek porównywalny z wiekiem Wszechświata (13 miliardów lat).

Do połowy lat 90. gromady kuliste identyfikowano głównie wizualnie, poprzez analizę płyt fotograficznych. Jednak metoda ta ma ograniczenia, trudno w ten sposób jest znaleźć gromady przesłonięte przez galaktyczny gaz i pył.

Poszukiwania ukrytych gromad kulistych można kontynuować nowoczesnymi detektorami w podczerwieni, gdyż w tej długości fali można spojrzeć głębiej w obszary gazu i pyłu.

Skatalogowane wszystkich gromad jest istotne na przykład do badań wielkoskalowej struktury Drogi Mlecznej. Analizując orbity gromad można badać rozmieszczenie masy w Galaktyce.

Niemcy dokonali systematycznych i zautomatyzowanych poszukiwań w podczerwonym przeglądzie nieba Two Micron All Sky Survey (2MASS), w okolicach dysku galaktycznego. Znaleźli kilkanaście kandydatek, które następnie obserwowali teleskopem New Technology Telescope (NTT) w obserwatorium La Silla w Chile, należącym do Europejskiego Obserwatorium Południowego ESO.

Jeden z wybranych obiektów nosi oznaczenie FSR 1735. Analizy wskazują, że jest to najprawdopodobniej gromada kulista odległa o 30 tysięcy lat świetlnych od nas i 10 tysięcy lat świetlnych od centrum Galaktyki. Gromada ma średnicę 7 lat świetlnych i zawiera 100 tysięcy gwiazd o łącznej masie 65 tysięcy mas Słońca.

- Wszystkie dowody wskazują, że FSR 1735 można zinterpretować jako gromadę kulistą we wnętrzu Drogi Mlecznej - mówi Aleks Scholz z University of St. Andrews w Wielkiej Brytanii, jeden z członków zespołu astronomów, "jednak, aby mieć kompletną pewność, musimy jeszcze zmierzyć dokładny wiek gromady, co wymaga dalszych obserwacji".

- Czy jest to ostania brakująca gromada kulista w naszej Galaktyce? - zastanawia się Scholz, "Nie możemy być pewni. Wnętrze Drogi Mlecznej może kryć więcej niespodzianek".

Na Marsie lodu jest jak... lodu



Ilość lodu w okolicach bieguna południowego Czerwonej Planety zmierzył radar europejskiej sondy Mars Express - informuje międzynarodowa grupa naukowców na łamach najnowszego wydania tygodnika "Science".

Wyobraźmy sobie, że całą powierzchnię Czerwonej Planety pokrywa ocean głębokości 11 metrów. Tyle właśnie jest wody w postaci lodu w skorupie Marsa w rejonie bieguna południowego.

Najnowszą mapę rozmieszczenia lodu wykonała sonda Mars Express. Instrumenty sondy "prześwietliły" badany obszar, sporządzając ponad 300 przekrojów przez warstwy geologiczne planety. Radar dokonywał pomiarów, poprzez warstwy lodu, aż do ich dolnej granicy na głębokości 3.7 km pod powierzchnią. - Depozyty lodu w rejonie południowego bieguna Marsa zajmują niemal obszar Europy. Ilość wody została oszacowana już wcześniej, jednak nie z tak dużą dokładnością, jak teraz - powiedział dr Jeffrey Plaut z NASA, jeden z naukowców misji.

19.03.2007

Sezon na Wenus

Marzec i kwiecień tego roku to czas doskonały do podziwiania planety Wenus - poinformował dr Arkadiusz Olech z Centrum Astronomicznego PAN w Warszawie.

W marcu i kwietniu tego roku wystąpią doskonałe warunki do obserwacji Wenus, świecącej jako Gwiazda Wieczorna. A jest co podziwiać, bo planeta bogini miłości to trzeci pod względem jasności, po Słońcu i Księżycu, obiekt na niebie. Jej blask sięga minus 4 wielkości gwiazdowych, co oznacza, że jest ponad 10 razy jaśniejsza od Syriusza - najjaśniejszej gwiazdy naszego nieba - wyjaśnia astronom.

Tłumaczy, że warunki do obserwacji Wenus są teraz bardzo dobre, i to z kilku powodów. Po pierwsze, planetę możemy podziwiać wieczorem i nie musimy w tym celu zrywać się z łóżka wczesnym rankiem. Po drugie, panują korzystne warunki geometryczne, dzięki czemu w godzinę po zachodzie Słońca planetę widać około 20 stopni nad zachodnim horyzontem. Warto przy tym dodać, że warunki te cały czas powoli się polepszają i pod sam koniec kwietnia wysokość planety nad horyzontem, godzinę po zachodzie naszej dziennej gwiazdy, sięgnie aż 27 stopni. - Ze względu na malejącą odległość Wenus od Ziemi rośnie średnica jej tarczy. Teraz wynosi ona 14 sekund łuku, ale pod koniec kwietnia osiągnie aż 17 sekund. Dysponując więc teleskopem o powiększeniu kilkudziesięciu razy, możemy podziwiać zmieniającą się fazę planety, która przechodzi od "pełni" do kwadry - opowiada Olech.

Wenus jest drugą pod względem odległości od Słońca planetą naszego Układu. Krąży wokół naszej dziennej gwiazdy po najbardziej kołowej orbicie ze wszystkich planet (mimośród, który opisuje spłaszczenie orbity wynosi w jej przypadku tylko 0.0068) w średniej odległości 108.2 miliona kilometrów. Orbita ta jest nachylona do płaszczyzny ruchu orbitalnego Ziemi pod kątem 3.4 stopnia. Pełen obieg Słońca zajmuje Wenus 0.615 roku.

- Jeśli chodzi o rozmiary, Wenus ze wszystkich ciał Układu Słonecznego najbardziej przypomina Ziemię. Jej średnica wynosi 12100 kilometrów, czyli prawie 96 proc. średnicy Ziemi, a masa 4.87 razy 10 do potęgi 24 kilogramów, czyli 82 proc. masy naszej planety. Pełen obrót wokół własnej osi zajmuje Wenus aż 243 dni! - konkluduje astronom.

Galaktyka olbrzymka okazała się maleńka



Astronomowie odkryli, że jedna z galaktyk, uważana do tej pory za olbrzymią, w rzeczywistości jest bardzo mała.

Od 23 lat sądzono, że para galaktyk, oznaczonych jako NGC 5011B i NGC 5011C, znajduje się w tej samej odległości od nas. Niepoprawne oszacowanie odległości skutkowało błędnym wnioskiem co do wielkości jednej z galaktyk.

Sądzono, że galaktyka NGC 5011C jest położona w odległości około 150 milionów lat świetlnych. Znając odległość do obiektu i mierząc jego rozmiar kątowy na niebie, można określić rzeczywisty rozmiar galaktyki. Tak duża odległość wskazywała zatem, że mamy do czynienia z olbrzymią galaktyką. Jednak niezgodna z dużym rozmiarem była jej niewielka jasność. Astronomowie Ivo Saviane i Helmut Jerjen przeprowadzili obserwacje obu galaktyk przy pomocy teleskopu o średnicy 3,6 m, pracującego w obserwatorium La Silla w Ameryce Południowej, należącym do Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO).

Następnie zmierzyli tzw. przesunięcie ku czerwieni. Wyniki pomiarów pokazały, że galaktyka NGC 5011C w rzeczywistości znajduje się blisko, zatem nie jest członkiem dalekiej gromady galaktyk, a jedynie niewielką karłowatą galaktyką z sąsiedztwa Drogi Mlecznej, położoną w okolicach grupy galaktyk Centaurus A. Dystans do niej wynosi zaledwie 13 milionów lat świetlnych, czyli dwunastrokrotnie bliżej, niż przypuszczano do tej pory.

Przesunięcie ku czerwieni, po angielsku "redshift", to efekt wynikający ze zmiany długości fali świetlnej wysłanej przez obiekt niebieski a pomiarem dokonanym na Ziemi. Gdy obiekt oddala się od nas, linie w jego widmie przesuwają się w stronę fal dłuższych (w stronę barwy czerwonej). Mierząc to przesunięcie można określić prędkość oddalania się obiektu.

Od pierwszej połowy XX wieku wiadomo, że większość galaktyk oddala się od nas. W roku 1929 Edwin Hubble znalazł związek pomiędzy prędkością oddalania się galaktyki a jej odległością od Ziemi. Prawo Hubble'a stanowi obecnie jedną z podstawowych metod wyznaczania odległości do odległych galaktyk.

Ponadto, astronomowie zbadali inne własności galaktyk. NGC 5011B zawiera więcej ciężkich pierwiastków niż NGC 5011C i jest czterokrotnie starsza. Oszacowano też masę NGC 5011C, wynosi ona 10 milionów mas Słońca, co oznacza faktycznie niewielką galaktykę - dla porównania, nasza Droga Mleczna zawiera miliardy gwiazd.
21.03.2007

Początek astronomicznej wiosny



Słońce znajduje się w punkcie Barana, rozpoczyna tym samym astronomiczną wiosnę.

Pory roku zawdzięczamy odpowiedniemu nachyleniu osi obrotu naszej planety do płaszczyzny jej ruchu okołosłonecznego (ekliptyki). Oś obrotu tworzy z ekliptyką kąt 66.5 stopnia, dzięki czemu przez pół roku bardziej na działanie promieni słonecznych wystawiona jest półkula północna, a przez drugie pół - półkula południowa.

Nie wszystkie planety mają pory roku. Na przykład oś obrotu Merkurego jest prostopadła do ekliptyki i w każdym dniu roku jego półkule dostają taką samą ilość światła. Niemniej ze względu na brak atmosfery i bliskość Słońca w trakcie dnia, temperatura na jego powierzchni dochodzi do 500 stopni C, a w nocy spada do -150. Dwa razy w roku Słońce znajduje się w punktach, w których ekliptyka przecina się z równikiem niebieskim (rzutem równika ziemskiego na sferę niebieską). W momentach tych mamy do czynienia ze zrównaniem dnia z nocą i początkiem astronomicznej wiosny lub jesieni. Punkt przecięcia ekliptyki z równikiem niebieskim, w którym znajduje się Słońce przechodząc z półkuli południowej na północną, nazywa się punktem Barana i przejście przez niego rozpoczyna astronomiczną wiosnę.

W tym roku Słońce znajduje się w punkcie Barana 21 marca o godzinie 01:07 i w tym samym momencie rozpoczyna się astronomiczna wiosna.

Wiosna rozpoczyna się każdego roku w trochę innym momencie, ze względu na to, że w naszym kalendarzu mamy do czynienia z całkowitą liczą dni w ciągu roku (365 lub 366), natomiast pełen obieg Ziemi dookoła Słońca zajmuje 365.24 dnia.

Warto jeszcze dodać, że początek astronomicznej wiosny, wraz z fazą Księżyca, wyznacza czas Świąt Wielkanocnych. Według tradycji święta występują w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca. W tym roku wiosna rozpoczyna się 21 marca, pełnię mamy w poniedziałek 2 kwietnia, a zatem Wielka Niedziela przypada na 8 kwietnia.



Podziemny świat Marsa


Sonda Odyssey odkryła pierwsze jaskinie na Marsie. Znajdują się w zboczach wulkanu Arsia Mons na wyżynie Tharsis.
To rozległy i wysoki na 19 km stożek, który u podstawy ma średnicę aż 300 km. Jest jednym z wielu w tym rejonie planety plackowatych wulkanów wygasłych od miliardów lat.

Naukowcy z dwóch teksańskich uniwersytetów wypatrzyli na zdjęciach sondy obszary, które wyglądały jak zapadliska, a wśród nich siedem ciemnych dziur o średnicy 100-250 m. W ciągu doby nie zmieniają one swej temperatury w odróżnieniu od otoczenia, cieplejszego za dnia i zimniejszego nocą, co oznacza, że są otworami głębokich studni. Zapewne prowadzą do tzw. jaskiń lawowych - tuneli wydrążonych przez gorącą lawę. Naukowcy ochrzcili je imionami: Dena, Chloe, Wendy, Annie, Abbey, Nikki i Jeanne. Jaskinie mogą być jedynym na Czerwonej Planecie schronieniem dla życia przed zabójczym promieniowaniem z kosmosu czy uderzeniami mikrometeorytów - twierdzą badacze.

22.03.2007

Nowa jasna nova



Na naszym niebie pojawiła się nowa gwiazda zmienna, która z racji wybuchu, który zaobserwowano w konstelacji Łabędzie (Cygnus), dostała oznaczenie Nova Cygni 2007 - informują cyrkularze Międzynarodowej Unii Astronomicznej.

Dnia 15 marca Japończyk A. Tago na swoich obrazach CCD dostrzegł nowy dość jasny obiekt w konstelacji Łabędzia. Leżał on około dwóch stopni od jasnej gwiazdy gammy Łabędzia na linii łączącej ją z najjaśniejszą gwiazdą tej konstelacji - Denebem (arab. "ogon"). Obiekt był około 3-4 razy słabszy od najsłabszych gwiazd widocznych gołym okiem, co oznacza, że można bez problemu dojrzeć go przez lornetkę.

Zaraz po odkryciu Amerykańskie Towarzystwo Obserwatorów Gwiazd Zmiennych (AAVSO) przesłało specjalną notkę, w której podano jasność i pozycję obiektu, który uzyskał oznaczenie Nova Cygni 2007. Najnowsze cyrkularze Międzynarodowej Unii Astronomicznej (IAU) informują o kolejnych obserwacjach wykonanych przez duże teleskopy, dzięki którym udało się uzyskać widmo gwiazdy. Wskazuje ono, że mamy do czynienia z novą klasyczną.

Gwiazdy kataklizmiczne to szeroka klasa obiektów, które co pewien czas gwałtownie zmieniają swoją jasność. Zachowanie to jest związane z przepływem masy w ciasnym układzie podwójnym składającym się ze zwykłej gwiazdy tracącej materię i gęstego białego karła otoczonego dyskiem, z którego materia opada na jego powierzchnię.

Jedną z grup gwiazd kataklizmicznych są nove klasyczne, w których pojawia się wybuch zwiększający jasność o czynnik od 10 tysięcy do milionów razy. Tutaj jako przyczynę pojaśnienia podaje się termojądrowy zapłon materii zakumulowanej na powierzchni białego karła.
Kosmiczne ciała dostają "kopniaki grawitacyjne"

Jedna z największych planetek krańca Układu Słonecznego przeżyła potężną kolizję, która spowodowała powstanie całej grupy nowych obiektów - informuje najnowszy numer czasopisma "Nature".

W latach 50. XX wieku Gerard Kuiper zaproponował, że źródłem komet krótkookresowych w Układzie Słonecznym może być pas niewielkich obiektów, rozciągający się poza orbitą Neptuna. Na obserwacyjne potwierdzenie tego faktu przyszło nam czekać do roku 1992, kiedy to D.C Jewitt i I.X. Luu odkryli pierwszy obiekt pasa Kuipera oznaczony symbolem 1992 QB1. Obecnie znamy ponad 1000 takich ciał, z czego kilka jest naprawdę masywnych i sięga rozmiarami 1000 kilometrów.

Ciała z pasa Kuipera są uważane za pozostałości pierwotnego materiału, z którego powstał Układ Słoneczny i który nie został zużyty do utworzenia zewnętrznych planet. Astronomowie uważają, że całkowita masa ciał z pasa Kuipera wynosi około jednej dziesiątej masy Ziemi, a liczba jego obiektów o średnicy ponad 100 kilometrów nie przekracza 10 tysięcy. Jednym z ciekawszych ciał pasa Kuipera jest planetoida oznaczona symbolem 2003 EL61, która jest jednym z największych znanych obiektów leżących na krańcach Układu Słonecznego. Pierwsze doniesienia mówiły także o własnym księżycu nowej planetki.

W najnowszym numerze czasopisma "Nature" odkrywca 2003 EL61 Mike Brown z California Institute of Technology wraz ze swoimi współpracownikami publikują kolejne ciekawe wyniki odnośnie tego obiektu. Wygląda bowiem na to, że 2003 EL61 jest ciałem macierzystym całej gromadki planetoid poruszającej się po podobnych orbitach okołosłonecznych.

Do ich powstania miało dojść ponad 4 miliardy lat temu w wyniku potężnej kolizji 2003 EL61 z mniejszym obiektem. Spowodowała ona zniekształcenie planetoidy, znaczne rozpędzenie jej rotacji, co dodatkowo nadało jej kształt piłki do rugby, a także powstanie kilku księżyców oraz całej grupy nowych planetoid.

Co najciekawsze, do zderzenia doszło w miejscu w przestrzeni kosmicznej, które charakteryzuje się podatnością na destabilizację orbit. Ciała tam poruszające się mogą stosunkowo często dostawać kopniaki grawitacyjne, które zmieniają kształt ich orbit na bardziej eliptyczny i posyłają je do wewnętrznych obszarów Układu Słonecznego, gdzie stają się potężnymi kometami.

Naukowcy nie wykluczają, że podobny los może spotkać także i 2003 EL61. - Minie jednak bardzo dużo czasu zanim 2003 EL61 stanie się Największą kometą w dziejach - przewiduje Brown. - Gdyby to Nastąpiło, obiekt miałby 6 tysięcy razy większą jasność niż bardzo jasna kometa Hale-Boppa, widoczna 10 lat temu".

W zależności od konfiguracji zmienionej orbity i orbity Ziemi, na naszym niebie nowa kometa mogłaby mieć jasność większą nawet od Księżyca w pełni! Trudno jednak liczyć, że taki spektakl wydarzy się za naszego życia, bo naukowcy oceniają, iż na destabilizację orbity 2003 EL61 możemy czekać nawet kolejny miliard lat.



23.03.2007

Bulgocze na Słońcu


Japońska sonda Hinode śledzi rozpaloną do 5,5 tys. stopni powierzchnię naszej gwiazdy, która z bliska przypomina wrzącą czerwono-złotą zupę (to barwa świecącego wodoru). Jej trzy kamery rejestrują światło widzialne, promienie Roentgena i daleki ultrafiolet. Astrofizycy nazywają ją "teleskopem Hubble'a dla Słońca".

Ostatnio udało się jej dostrzec początki rozbłysku (na zdjęciu), czyli nagłego, trwającego zwykle kilka minut pojaśnienia na tarczy Słońca. - Kiedy go zobaczyłem, o mało nie spadłem z krzesła - mówi fizyk John Davis z NASA.

Uczony ma nadzieję, że dzięki Hinode uda się wyjaśnić, jak i kiedy dochodzi do rozbłysków. Na razie wiemy tylko, że pojawiają się one w okolicy słonecznych plam i związane są z nagłym uwolnieniem energii pola magnetycznego - równoważnej eksplozji milionów bomb wodorowych. W efekcie w przestrzeń kosmiczną z wielką prędkością wyrzucane są miliardy ton naładowanych cząstek, które zagrażają astronautom i satelitom, a także wywołują burze magnetyczne na Ziemi.

Pęknięta planeta dała życie

Od pół wieku wiemy, że powierzchnia Ziemi jest podzielona na kawałki, które wędrują poruszane energią z wnętrza globu. Od dziś wiemy też, że ten ruch trwa już blisko cztery miliardy lat, a jego konsekwencją mogło być pojawienie się życia


Grenlandzkie skały zlożone z żył magmy. Pokazują, że już 3,8 mld lat temu skorupa Ziemi była podzielona na ruchome płyty. Taki swiat sprzyjał powstaniu życia

Nie byłoby trzęsień ziemi, a także większości pasm górskich i wulkanów, gdyby skały budujące wierzchnią warstwę globu (litosferę) nie popękały, dzieląc się na olbrzymie ruchome płyty. Pozornie brak wstrząsów tektonicznych i erupcji wulkanicznych może się wydać znacznie lepszym scenariuszem dla mieszkańców Ziemi niż obecny. Bo czyż nie żyłoby się bardziej sielankowo na spokojnym globie, który - w przeciwieństwie do naszej humorzastej planety - nie zaskakiwałby nas kolejnymi kataklizmami? Wiele wskazuje jednak na to, że taka Ziemia w ogóle nie byłaby zamieszkana.

Istnieją poważne podejrzenia, że życie na Ziemi rozwinęło się właśnie w pobliżu owych gigantycznych pęknięć, którymi z głębokości setek kilometrów wylewała się gorąca magma bogata w związki chemiczne i substancje mineralne. Stanowiły one pokarm dla licznych gatunków ciepłolubnych beztlenowych bakterii uważanych przez wielu badaczy za pierwszych mieszkańców Ziemi. Od tych prostych, jednokomórkowych organizmów wszystko się zaczęło. To one wprawiły w ruch maszynę ewolucji, której produktem jesteśmy także my. Łączy nas z nimi mocna nić genetyczna wykonana z cząsteczek kwasu RNA. Z tej perspektywy patrząc, wstrząsy i gwałtowne erupcje wulkaniczne nie wydają się specjalnie wysoką ceną.

Historia zarania dziejów

Kiedy zatem Ziemia utraciła swój dziewiczy wygląd, pokrywając się głębokimi rysami, które na zawsze poszatkowały jej oblicze, lecz zarazem ułatwiły ekspansję życia? Niestety, geologiczny zapis z czasów wczesnej młodości planety jest bowiem skąpy. Ziemia powstała ok. 4,6 mld lat temu, a najstarsze znane nam skały mają od 3,5 do 4 mld lat. Nie dysponujemy żadnymi utrwalonymi w skałach informacjami o tym, co działo się tu przez pierwsze pół miliarda lat. Domyślamy się tylko, że w tym czasie materia, z której powstał nasz glob, podzieliła się na warstwy - ciężkie składniki skupiły się w centrum, lżejsze, w tym gazy, powędrowały ku peryferiom i wydostały na zewnątrz. Z nich powstała atmosfera i zbiorniki wody. Deszcze i wiatry zaczęły niszczyć powierzchnię globu.

Pierwsze twarde, choć bardzo skromne dane geologiczne pochodzą dopiero z kolejnych 500 mln lat. Są zbierane przez badaczy z kilku zaledwie miejsc na naszej planecie, gdzie szczęśliwym zrządzeniem losu zachowały się fragmenty bardzo starej skorupy ziemskiej. Te okruchy dawnego świata ocalały w zachodniej Australii, południowej Afryce, we wschodniej Europie, w północnej Kanadzie oraz na południowej Grenlandii. Na tej ostatniej zachował się ponad 30-km długości pas skał zwany kompleksem Isua. Ich wiek wyliczono na blisko 3,8 mld lat. Choć znane i badane od paru dziesięcioleci, wciąż dostarczają badaczom wielu niespodzianek. Czasem - jak tym razem - są źródłem sensacyjnych odkryć.

Szczęście uśmiechnęło się do zespołu pod kierunkiem Haralda Furnesa, norweskiego profesora geologii z uniwersytetu w Bergen. Relację naukowców publikuje dziś "Science". Większość z nich to starzy wyjadacze od lat krążący pomiędzy Australią, Afryką, Grenlandią i innymi pradawnymi lądami w poszukiwaniu nowych znalezisk z archaiku - najstarszego, trwającego dwa miliardy lat okresu w dziejach Ziemi. Zeszłego lata Furnes przyjechał do Isua, aby w tamtejszych lawach poduszkowych (skały bazaltowe powstające, gdy rozgrzana magma styka się nagle z chłodną wodą) szukać śladów pozostawionych przez organizmy jednokomórkowe. Towarzyszył mu m.in. prof. Minik Rosing z Muzeum Geologicznego w Kopenhadze, który kilka lat temu w tym samym miejscu znalazł dowody na to, że już 3,8 mld lat temu jednokomórkowce potrafiły pozyskiwać energię słoneczną dzięki fotosyntezie, bez której nie byłoby potem roślin i zwierząt. Tamto odkrycie przesuwało udokumentowane początki fotosyntezy o prawie miliard lat wstecz, było jednak kwestionowane przez część ekspertów. Furnes, Rosing i towarzyszący im badacze przyjechali więc znów na Grenlandię między innymi po to, by poszukać nowych dowodów.



Najstarsza płyta świata

Zamiast jednak tropić pozostałości archaicznego życia, badacze nieoczekiwanie zajęli się dokumentowaniem najstarszych dowodów na wędrówkę płyt litosfery. - Niespodziewanie odkryliśmy bowiem fragment dawnego dna oceanicznego sprzed 3,8 mld lat, które przemieściło się ku górze - opowiada Furnes.

W latach 50. XX w. dzięki badaniom den oceanicznych ustalono, że nowa skorupa ziemska rodzi się na dnie oceanów w gigantycznych rysach, w owych pęknięciach zwanych rowami ryftowymi. Magma zastyga tam, tworząc charakterystyczny układ kilku warstw skalnych, który geolodzy nazywają sekwencją ofiolitową. Zastygłe skały niedługo pozostają w miejscu narodzin. Muszą bowiem zrobić miejsce kolejnym potokom gorącej materii. Rozchodzą się więc na boki, stopniowo oddalając się od osi ryftu. Takie właśnie ofiolity naukowcy zidentyfikowali na Grenlandii. - Szczególnie ucieszyliśmy się ze znalezienia warstwy zbudowanej w całości z pionowych żył magmy. Powstaje ona bowiem tylko w ryftach. To znak rozpoznawczy ofiolitu i dowód na to, że już prawie 4 mld lat temu po powierzchni Ziemi przesuwały się płyty litosfery - zauważa Furnes.

Do tej pory za najstarsze uchodziły ofiolity sprzed 2,5 mld lat znalezione kilka lat temu w północnych Chinach. Wtedy była to wielka niespodzianka. Zanim je odkryto, sądzono bowiem, że skorupa ziemska podzieliła się na płyty nie wcześniej niż 2 mld lat temu.

Autorzy publikacji w "Science" twierdzą, że w obrębie ofiolitów z Isua zachowały się chemiczne ślady działalności gorących źródeł wulkanicznych. Takie źródła zwane kominami hydrotermalnymi powstają również współcześnie w pobliżu ryftów. Ponieważ pompują spod dna oceanu wodę bogatą w substancje mineralne, wokół nich kwitnie bujne, choć dość egzotyczne życie. Tak mogło być również we wczesnym archaiku. Zdaniem wielu badaczy życie mogło się narodzić właśnie w kominach hydrotermalnych. - Szukaliśmy pojedynczych śladów aktywności pierwszych organizmów, ale być może znaleźliśmy coś znacznie ważniejszego: geologiczne dowody na istnienie 3,8 mld lat temu świata sprzyjającego powstaniu życia - komentuje Rosing.

25.03.2007

Księżycowy pył może zaszkodzić

Wdychanie księżycowego pyłu może zaszkodzić astronautom - twierdzą naukowcy.

W ramach planowanego na rok 2020 powrotu Amerykanów na Księżyc, NASA rozwiązuje już rozmaite potencjalne problemy. Ostatni człowiek, jaki chodził po powierzchni Księżyca, Harrison H. Schmitt z załogi Apollo 17, narzekał na księżycową "gorączkę sienną", gdy pył z jego skafandra zanieczyścił moduł mieszkalny.

Jak wykazały badania porównawcze, najmniejsze cząsteczki pyłu księżycowego mogłyby być toksyczne. Obiekty mniejsze niż 2,5 mikrometra (milionowej części metra) nie są usuwane z płuc i powodują procesy zapalne oraz powstawanie zbliznowaceń. Podobny proces zachodzi na przykład u górników cierpiących z powodu pylicy czy pracowników mających do czynienia z azbestem. Tak drobne cząsteczki stanowią około 3 procent księżycowego gruntu. Są to głównie grudki szkliwa powstałe przy upadku meteorytów, zdarzają się także drobne żelazne "szpileczki" wielkości 10-20 nanometrów (miliardowych części metra), które dostając się do krwiobiegu mogłyby zakłócać proces przenoszenie tlenu przez krwinki. Obecnie planowane są badania na myszach, które pozwoliłyby ustalić, na ile zagrożenie jest realne.

Zespół naukowców z University of Tennessee w Knoxville opracowuje metodę wykorzystania magnesów do usuwania pyłu z wnętrza baz księżycowych i pojazdów kosmicznych, a także z otoczenia. Jest też projekt wysłania na Księżyc robotów, które za pomocą mikrofal zmieniałyby luźny pył w zwartą masę szkliwa w miejscach, gdzie mieliby lądować ludzie.

29.03.2007

W nocy Księżyc zakryje Regulusa



W nocy z czwartku na piątek Księżyc swoim ciemnym brzegiem tarczy zakryje jedną z jaśniejszych gwiazd nieba, Regulusa - poinformował dr Arkadiusz Olech z Centrum Astronomicznego PAN w Warszawie.

  • Księżyc na swojej drodze na sferze niebieskiej przesuwa się na tle gwiazd i planet, zakrywając i odkrywając wiele z nich. Zjawiska takie wyglądają najbardziej efektownie, gdy zakrywana gwiazda lub planeta jest jasna lub gdy mamy do czynienia z zakryciem brzegowym, w którym Księżyc "muska" obiekt. Wtedy gwiazda chowając się za wzniesienia na powierzchni Srebrnego Globu mruga do nas wielokrotnie - opowiada astronom.

    Wyjaśnia, że jedną z najjaśniejszych gwiazd, które na swej drodze po sferze niebieskiej napotyka nasz naturalny satelita, jest Regulus, czyli Alfa gwiazdozbioru Lwa, mająca jasność 1.4 wielkości gwiazdowej. Jest to obiekt 13 razy słabszy od najjaśniejszej gwiazdy nieba Syriusza, ale wciąż ponad dwa razy jaśniejszy na przykład od Gwiazdy Polarnej. - W nocy z 29 na 30 marca będziemy mieli okazję podziwiać właśnie zakrycie Regulusa przez ciemny brzeg tarczy Księżyca, znajdującego się tuż przed pełnią. Zjawisko będzie, niestety, widoczne bardzo nisko nad horyzontem, przy zachodzie Księżyca, przez co najlepsze warunki do jego obserwacji będą mieli mieszkańcy północnej i zachodniej Polski - wyjaśnia Olech.

    Przykładowo, w Gdańsku do zakrycia dojdzie o godzinie 5:20, a we Wrocławiu o 5:26. W Warszawie wydarzenie to będzie praktycznie niemożliwe do zaobserwowania, bo w jego trakcie Księżyc będzie znajdował się w zasadzie na horyzoncie.



30.03.2007

Wenus i Lirydy - atrakcje nieba w kwietniu



Największymi atrakcjami kwietniowego nieba będą widoczna wieczorem Wenus oraz dość aktywny rój Lirydów.

Po równonocy wiosennej dnia przybywa coraz szybciej. 1 kwietnia w Warszawie Słońce wschodzi o godzinie 6:12, a zachodzi o 19:09. Na samym końcu miesiąca wschód możemy obserwować o 5:08, a zachód o 19:59. W kwietniu Słońce wstępuje w znak Byka.

Kolejność faz Księżyca jest w kwietniu następująca: pełnia - 2 IV o godz. 19:15, ostatnia kwadra - 10 IV o godz. 20:04 oraz nów - 17 IV o godz. 13:36 i pierwsza kwadra - 24 IV o godz. 8:36. Najbliżej Ziemi nasz naturalny satelita znajdzie się 17 kwietnia o godzinie 7:57, a najdalej 3 kwietnia o godzinie 10:38 i 30 kwietnia o godzinie 12:56. Merkury, Mars, Uran i Neptun znajdują się na sferze niebieskiej bardzo blisko Słońca i ich obserwacje w kwietniu nie są możliwe.

W najbliższym miesiącu wystąpią doskonałe warunki do obserwacji Wenus, świecącej jako Gwiazda Wieczorna. A jest co podziwiać, bo planeta bogini miłości to trzeci pod względem jasności, po Słońcu i Księżycu, obiekt na niebie.

Warunki do obserwacji Wenus są teraz bardzo dobre i to z kilku względów. Po pierwsze, planetę możemy podziwiać wieczorem, więc nie musimy w tym celu zrywać się z łóżka wczesnym rankiem. Po drugie, panują korzystne warunki geometryczne, dzięki czemu w godzinę po zachodzie Słońca planetę widać około 20 stopni nad zachodnim horyzontem.

W drugiej połowie nocy możemy obserwować największą planetę Układu Słonecznego - Jowisza. Widać go w gwiazdozbiorze Wężownika jako obiekt o jasności -2.4 magnitudo, czyli kilkukrotnie jaśniejszy od najjaśniejszych gwiazd na niebie.

Zauważalnie słabszy od Jowisza jest Saturn, którego widać w konstelacji Lwa przez pierwszą część nocy. W kwietniu płaszczyzna pierścieni jest szczególnie mocno nachylona do linii widzenia, dzięki czemu łatwiej zajrzeć w ich strukturę i dojrzeć sławną przerwę Cassiniego.

Posiadacze większych teleskopów mogą wybrać się na poranne "polowanie" na Plutona, który przebywa obecnie w konstelacji Węża.

W dniach 16-25 kwietnia możemy obserwować meteory z roju Lirydów, które utworzone zostały przez kometę Thatchera. Radiant roju, czyli miejsce z którego zdają się wybiegać meteory, leży na granicy konstelacji Lutni oraz Herkulesa i wznosi się wysoko nad horyzont dopiero w drugiej połowie nocy. Moment tegorocznego maksimum jest korzystny dla obserwatorów w Polsce, bowiem przypada w nocy z 22 na 23 kwietnia o godzinie 00:30. Do obserwacji zachęca też korzystny układ faz Księżyca z nowiem przypadającym na samym początku okresu aktywności.

W nadchodzącym miesiącu, w pobliżu opozycji, przebywa planetoida (4) Westa, której jasność jest na tyle duża (6.3 wielkości gwiazdowej), iż w korzystnych warunkach można próbować ją dostrzec nawet okiem nieuzbrojonym. W kwietniu świeci ona w okolicach gwiazdy Eta Wężownika.




Sześciokątny cyklon na Saturnie


Fot. HO REUTERS


Oko potężnego cyklonu wiejącego na północnym biegunie Saturna ma kształt sześciokąta (zdjęcie w podczerwieni wykonała sonda Cassini). - Tymczasem na przeciwnym biegunie Saturna chmury zataczają koła, jak przystało na zwykły atmosferyczny wir - zauważają zdziwieni naukowcy. Na razie nie wiadomo, skąd się bierze ten nietypowy geometryczny wzór, który ma średnicę dwa razy większą niż Ziemia. Nie jest to tylko chwilowa konfiguracja atmosfery, bo sześciokątny wir widać już było w tym miejscu na zdjęciach sondy Voyager z 1980 r. Na Ziemi również zdarza się, choć rzadko, że oko niektórych huraganów przyjmuje kształt wielokątów. Jak to się dzieje, nikt jeszcze nie wyjaśnił.


Chiny i Rosja wkrótce wybiorą się razem na Marsa

Oba kraje połączą siły i wyślą wspólną misję na Marsa - podała gazeta "China Daily".


Start zaplanowano na rok 2009. Rosyjska rakieta zabierze na Marsa chińskiego satelitę i rosyjski łazik. Satelita przyjrzy się Marsowi, a łazik wyląduje na największym księżycu Czerwonej Planety Fobosie, zbada jego środowisko i pobierze próbki gruntu.

Wiadomość ta nadeszła tuż po podpisaniu porozumienia, do którego doszło w poniedziałek podczas wizyty prezydenta Hu Jintao w stolicy Rosji Moskwie.

Porozumienie ma na celu wzmocnienie współpracy między obydwoma gigantami. W kosmicznym wyścigu na razie prowadzą Amerykanie, ale Rosja i Chiny są głodne sukcesu i chcą podkreślić swoją pozycję w kosmosie.

W tym związku Rosjanie mają przewagę doświadczenia w eksploracji przestrzeni kosmicznej, natomiast Chiny dysponują olbrzymimi funduszami i możliwościami technologicznymi (gospodarka Chin rozwija się w tempie 10 proc. rocznie). Państwo Środka może też zaoferować całe rzesze taniej siły roboczej.



W 2003 roku Chiny wysłały swojego obywatela w kosmos, w planach mają też lądowanie taikonauty na Księżycu. Żeby konkurenci nie poczuli się zbyt pewnie, w styczniu Waszyngton złajał Pekin za test rakiety niszczącej satelity. Test udał się doskonale, stary chiński satelita poszedł z dymem, ale jego resztki zagroziły innym satelitom. Amerykanie planują też dalsze badania Marsa, a w przyszłości chcą wysłać tam człowieka.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna