W argentynie



Pobieranie 137.94 Kb.
Strona1/3
Data04.05.2016
Rozmiar137.94 Kb.
  1   2   3
W Argentynie

Po długiej i męczącej podróży, trwającej w sumie 28 godzin dotarłem wreszcie do Argentyny. Uff… kosztowało mnie to trochę zdrowia.

Nie bardzo mogę powiedzieć coś o Argentynie z lotu ptaka, bo siedziałem w samolocie od strony korytarza, a poza tym, kiedy lecieliśmy nad krajem było już ciemno. W Buenos Aires odebrał mnie o. Piotr, postawił kolację na lotnisku i wysłał busem do Mar del Plata, gdzie o 4.00 czekał na mnie o. Józef Wajda, proboszcz parafii i dyrektor katolickiej szkoły prowadzonej przez nasz zakon. Po dotarciu z przystanku do klasztoru i po chwili rozmowy udaliśmy się na krótki spoczynek (trudno powiedzieć nocny), bo o. Józef pierwszą Mszę musiał już odprawić już o 7.00. Ja za to mogłem pospać dłużej i odespać męczącą podróż.

Po pobudce koło południa, odprawieniu Mszy w koncelebrze i dobrym obiedzie udałem się samotnie na spacer urokliwymi uliczkami Mar del Plata nad morze. Po drodze miałem okazje zobaczyć cmentarz, port wojenny i piękną plaże Major z kamiennym molo. Patrzę z tego mola w stronę brzegu. Powoli zaczynam odkrywać Argentynę.

Odkrywanie Argentyny przez Europejczyków związane było z poszukiwaniem drogi na zachód do krajów korzennych, jakimi były dla mieszkańców Europy kraje dalekiego wschodu. Kiedy okazało się, że ziemia jest okrągła i, że można jadąc na zachód też dopłynąć do Azji, wyruszył Kolumb na wyprawę by tam dotrzeć i „przypadkowo” odkrył Amerykę. Po jej odkryciu zorientowano się szybko, że nie jest to Azja i że trzeba dalej szukać drogi do wymarzonego raju. Po dotarciu podróżników do Ameryki Południowej, wysunięto hipotezę, że w tym wielkim lądzie musi być jakieś przejście dalej na zachód do Indii.

Jako pierwszy na wyprawę odkrywczą wyruszył w roku 1515 Jan de Solis. Miał płynąc wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Am. Pd i szukać możliwego przejścia. Po dotarciu do wielkiej nieznanej rzeki, którą nazwał Mar Dulce–, czyli Morze Słodkie (Zatoka Rio de la Plata), udał się prosto na zachód myśląc, że otwiera się upragnione przejście. Nie zdawał sobie sprawy, że to nie przesmyk, tylko szerokie ujście rzeki. Lawirował wzdłuż północnego brzegu kraju (dzisiejszego Urugwaju), aż w końcu spotkał krajowców, którzy przyjaznymi gestami zachęcali podróżników do wylądowania. Gdy wylądowali łodziami statkowymi na brzegu, spokojni dotąd Indianie natychmiast zamordowali Jana de Solis i towarzyszy, a ciała pożarli na oczach przerażonej załogi statku, która w pośpiechu udała się z powrotem do Hiszpanii.

Tragedia Jana de Solis nie zniechęciła Hiszpanów do dalszego poszukiwania drogi na zachód. Następnym śmiałkiem, który wyruszył w tym samym celu, był nie byle, kto, tylko sam Ferdynand Magellan portugalski admirał, odkrywca cieśniny nazwanej jego imieniem - ale o jej odkryciu napiszę innym razem. Ofiarował swoje usługi królowi hiszpańskiemu Karolowi V, który za wszelką cenę kazał odnaleźć przejście. Admirał zebrał załogę składającą się z różnych obieżyświatów pochodzących z różnych stron świata. Wyruszyli z Sewilli w 1519 roku, aż 5 statkami i dotarli jak poprzednik do zatoki Rio de la Plata. Magellan także myślał, ze odnalazł przejście na zachód. Radość żeglarzy nie miała granic. Entuzjastycznie pożeglowano w górę rzeki nie wiedząc oczywiście o tym, że to tylko rzeka, a nie przesmyk. Nikt nie pomyślał jakoś, żeby wyrzucić wiadro za burtę i sprawdzić smak wody i przekonać się, że nie ma ona nic wspólnego z wodą morską. Po kilku tygodniach manewrowania stało się jasne dla wszystkich, że nie jest to żadne przejście tylko olbrzymia zatoka i ujście wielkiej rzeki, a droga do Azji przez morza jest tak samo daleka jak przedtem. Magellan zawrócił i pożeglował na południe szukając dalej przejścia. Ale odkrycie tych wielkich słodkich wód i lądów przy nich leżących, nie dawało spokoju Hiszpanom. Na następnych podróżników, odkrywców i zwykłych dorobkiewiczów nie trzeba było długo czekać. Pojawiali się oni w poszukiwaniu cennych kruszców. Szczególnie dorzecze La Platy było bogate w srebro. Srebro po łacinie, argentum, które zdobywali Hiszpanie drogą wymiany, lub jako łup po zabitych Indianach, dało nazwę nowo odkrytym ziemiom - Argentyna - Ziemia Srebra. Wiele nazw dzisiejszej Argentyny jest związane ze srebrem. Mar del Plata – Morze Srebrne, Rio de la Plata – Srebrna Rzeka i wiele innych. Andy nazywano tez przez długie lata Górami Srebrnymi. Na pieniądze też tu mówią plata – srebro.

Stoję na końcu mola, patrzę na Mar del Plata i rozmyślam o tym wszystkim. Ogromne trudy poniesiono by odkryć te ziemie, wiele krwi przelano, wielu tu znalazło swój grób, ale też wielu znalazło tu swoje małe szczęście w postaci srebra i bogactwa. A co mnie tu spotka? Bóg to wie, trzeba się poddać Jego wyrokom.

Pierwsze półtora tygodnia spędziłem w Mar del Plata u o. Józefa, który chwilowo był sam, aklimatyzując się i poznając język, ludzi i kulturę. Poznawanie kraju rozpocząłem od zwiedzania Mar del Plata. To wielkie miasto, liczące ponad 700 tyś mieszkańców, kurort dla bogatych Amerykanów. Na wysokim brzegu oddzielonym szosą od plaży wznoszą się wielogwiazdkowe, luksusowe hotele dla turystów z grubym portfelem. Jest to można powiedzieć pierwsza strefa nadmorska. Ciągnie się ona wiele kilometrów wzdłuż całego miasta. W tej strefie są też kasyna, restauracje, drogie sklepiki z pamiątkami, słowem wszystko, o czym może zamarzyć bogaty turysta. Za nią znajduje się dzielnica parterowych domków, dzielnica w miarę, umówmy się, ekskluzywna, na terenie, której znajduje się nasz klasztor.

Idąc dalej dojdziemy do centrum. Główna ulica handlowa Mar myślę, że niczym nie różni się od podobnych ulic w Paryżu, Brukseli, Londynu, czy Nowym Jorku. Eleganckie sklepy, wyszukane wystawy, artykuły ze wszelkich możliwych stron świata, przepych i bogactwo. W centrum znajduje się piękna, duża neogotycka katedra. Ludzie pogodni, mili, uśmiechnięci. Są też oczywiście biedniejsze dzielnice, jak zresztą w każdym innym mieście na świecie. Wszystkie ulice spotykają się pod katem prostym, a całe miasto jest podzielone na quadry. Jedna quadra to kwadrat 100/100. Po prostu dawniej sprzedawano działki tej wielkości i do każdej musiał być dojazd. Jeśli chcesz gdzieś dojechać i zapytasz jak daleko, to ci powiedzą ile quadr trzeba przejechać, a nie kilometrów. Ale łatwo je obliczyć 10 quadr to kilometr, tylko, po co liczyć? Lepiej operować quadrami. W ogóle jeżdżenie po mieście to nie lada sztuka.

Tłumaczy mi o. Józef:

Po pierwsze nie masz tu żadnych znaków. Po drugie, chłopie, pierwszeństwo ma niby ten z prawej, ale ogólnie przyjęta zasada jest taka, że pierwszy jedzie ten, który pierwszy na skrzyżowanie dojechał. Po trzecie zawsze musisz ustąpić ciężarówce i autobusowi. Po czwarte, musisz uważać na stare auta, bo taki ubezpieczenia nie ma, więc mu nie zależy, a jak ty go stukniesz - płać. Po piąte drogi są jednokierunkowe na szczęście, ale różnych szaleńców jeżdżących pod prąd nie brakuje, szczególnie dostawców pizzy i fast fudów. Uff… co jeszcze? Aha, jeśli spowodujesz wypadek, żadnych niepisanych zasad nie ma. Są tylko normy ogólni przyjęte.

Jeżdżenie, więc po Argentynie, jak widać, to kolejna po języku sztuka, której po prostu trzeba się nauczyć.

Głównym zajęciem karmelitów pracujących w Mar jest prowadzenie kolegium. Szkoła jest wielka i nowoczesna. Ojciec Józef włożył wiele wysiłku, by ja wyremontować. Stara się także o wysoki poziom kształcenia. Poziom nauczania w szkołach publicznych w Argentynie jest bardzo niski, stąd każdy, kto ma trochę ambicji, i grosza, posyła dziecko do szkoły katolickiej, których w Argentynie jest sporo. Jest tu przedszkole, szkoła podstawowa i liceum. Całe dzieciństwo i młodość dzieci spędzają w tej szkole. Maja ładne mundurki, inne na lato i inne na zimę. Dzieci są ubrane od stóp do głów. Skarpetki, spodnie, dla dziewcząt spódniczki, bluzy, a nawet i kurtki, wszystko firmowe. Są bardzo dumni ze swoich mundurków, nie ma mowy by ktoś przyszedł w innym stroju. Dzieci jest ponad 900, nauczycieli ok. 130. Samych wicedyrektorek jest pewnie z 5.

O. Józef ma, co robić, jako wychowawca, naczelny dyrektor i administrator szkoły. Ale doskonale daje sobie radę ze wszystkim. Któregoś dnia zwiedziliśmy szkołę. Jest zadbana i odpowiednio wyposażona. Śmieszyło mnie tylko to, że wszędzie są szyby wychodzące na korytarze. To bardzo rozprasza w nauce, zwłaszcza, kiedy ktoś po nich chodzi. Najbardziej rozrabiające klasy są usytuowane zaraz przy gabinecie dyrektora. Dzieci są z tego, co mówi o. Józef jak wszędzie, niektóre grzeczne i kulturalne, niektóre dają mocno w kość. Ale jest alternatywa. Jak ci się nie podoba, zawsze możesz pójść do szkoły publicznej.

Katechezy w szkołach publicznych nie ma. Jest tylko w katolickich. Chętne dzieci kształcenia ogólnego chodzą na katechezę do salek katechetycznych w sobotę, lub popołudniami. Tłumów trzeba przyznać, niestety nie ma. No cóż – laicyzacja jest w modzie wszędzie.

Dzieci i nauczyciele ze szkół publicznych nie maja mundurków, tylko takie białe lekarskie fartuchy. Kiedy idą na wycieczkę szkolną np. do muzeum wyglądają jak ordynator szpitala prowadzący małych adeptów medycyny na obchód.

W połowie mojego pobytu w Mar del Plata dotarli do klasztoru dwaj nasi karmelitańscy klerycy, na tygodniową praktykę. Normalnie studiują i uczą się w Cordoba wielkim mieście daleko na zachód. Jest ich wszystkich 8. To dużo jak na tak młodą Delegaturę, która ma dopiero trzy lata. Ponieważ o. Józef jest mocno zabiegany, i nie ma czasu, wykorzystuję ich obecność do poćwiczenia języka. Razem spędzamy czas, przygotowując posiłki, spacerując i zwiedzając miasto, którego nie znają i którego też są ciekawi. Któregoś dnia dotarliśmy do muzeum łodzi podwodnych. Marynarka Wojenna Argentyny nie ma zbyt wielu okrętów, ale jest z nich dumna. W muzeum dużo eksponatów, zdjęć, pamiątek, mogłem popatrzeć przez peryskop, dotknąć miny i zobaczyć, co torpeda ma w środku, ale najbardziej brakuje oczywiście jakiegoś… okrętu podwodnego. Pokazują też film z wojny o Falklandy - Malwiny. Jeden z kleryków zna dobrze temat, więc zaczyna opowiadać. Na szczęście i ja znam temat nienajgorzej, więc mogę odróżnić wyidealizowany obraz „bohaterskich żołnierzy argentyńskich walczących o słuszną sprawę z przeważającymi siłami wroga, a potem wycofującymi się na z góry upatrzone pozycje” przedstawiany przez niego, a rzeczywistymi faktami. Wojna ta toczyła się przez kilka tygodni w roku 1982 między Argentyną i Wielka Brytanią o kilka wysp na końcu świata, które były w posiadaniu Wielkiej Brytanii, a do których rościła sobie pretensje Argentyna. Wojna jak każda wojna była od początku brudna. Tracący poparcie wojskowi rządzący Argentyną postanowili wywołać wojnę by nie stracić władzy, bo sprawa Falklandów nazwanych przez Argentyńczyków Malwinami, zawsze łączyła i umacniała naród. Nie zawahali się wysłać młodych chłopców, na śmierć byle tylko utrzymać władzę. Wojna skończyła się klęską Argentyny, chociaż obiektywnie trzeba przyznać, że Argentyńczycy walczyli dzielnie z doborową armią, jaka tworzyli Brytyjczycy. Wojskowi utracili władzę i zaczęła się w Argentynie demokracja. Zginęło Argentyńczyków ok. 650, a Brytyjczyków ok. 350. Drugie tyle po obu stronach, żołnierzy biorących udział w walkach popełniło w latach następnych samobójstwo. Wojna jak widać ma zgubny wpływ na psychikę każdego człowieka, niezależnie, pod jakim sztandarem walczy.

Podoba mi się tu w Mar, zdrowy klimat, ładne miasto, sympatyczni ludzie, ocean. Józek też by mnie tu zatrzymał jak najdłużej, bo jest sam, ale Arek, przełożony z Tandil wyjeżdża za kilka dni do Polski na urlop, więc musi mnie wprowadzić we wszystko. Trzeba pożegnać urokliwe miasto i udać się na miejsce przeznaczenia. Arek przyjechał w południe, któregoś dnia i udaliśmy się w głąb Interioru. Z Mar de Plata do Tandil jest ok. 170 km, ale po drodze jest tylko jedno miasto. Nie ma tu żadnych wsi, czasem jakaś hacjenda stojąca przy drodze. Ogromne, puste, niezamieszkałe, równe jak stół przestrzenie. Drogi, całkiem porządne trzeba przyznać, są proste jak strzelił. Po obu stronach szosy ogrodzone siatką pola, a na nich tylko stada krów, największe bogactwo Argentyny i pilnujący je na koniach pasterze - gaucho, pogardliwie spoglądających na mieszczuchów poruszających się samochodami po asfaltowych drogach. Hodowla bydła jest tu mniej problematyczna niż w Polsce. Nie trzeba żadnych stajen, obór, siana, kiszonki. Cały rok jest zielona trawa i cały czas bydło przebywa na polu. Tu się rodzi, żyje i stąd jest zabierane do ubojni. Wystarczy ogrodzić kilkaset hektarów siatką, wynająć kilku gaucho, wykopać studnię i założyć pompę, by zwierzęta miały, co pić i już się jest gazdą. Na hodowli i eksporcie bydła do Europy ludzie się bogacą, i z tego żyją.

Wreszcie po ponad 2 godzinnej jeździe bezludnymi obszarami dotarliśmy do Tandil. Teren tu urozmaicony. Samo miasto znajduje się w kotlinie. Otaczają go sympatyczne wzgórza dochodzące do 500 m. npm. Ich budowa i wygląd nie przypominają mi żadnych gór w Polsce. Długie poziome grzbiety urywające się stromo ku dolinom. Dzięki nim miasto zyskało miano miasta turystycznego. Można te górki zwiedzać rowerem, pieszo, albo się powspinać, z użyciem lin i asekuracji wspinaczkowej, na co bardziej strome zbocza. Na górkach i w dolinach poza miastem są domki wypoczynkowe dla turystów, którzy mogą poza cywilizacją spędzić czas wakacji. Na jednym z takich wzgórz znajduje się nasza Kalwaria. Dróżki znajdują się w gaju eukaliptusowym. Eukaliptusy tu są bardzo duże, ludzie przy nich mali. Taki las dla wielkoludów. Ogromny krzyż i schody zejściowe z Kalwarii zostały umieszczone na przedłużeniu głównej ulicy miasta. Robi to wszystko wrażenie. Karmelici są w Tandil od 50 lat. Klasztor zakładali Hiszpanie, jako nowicjat, ale z braku powołań musieli się w ogóle stąd wycofać i przekazali klasztory prowincji warszawskiej. A obecnie od trzech lat jest tu Delegatura Generalna Argentyny, coś jakby półprowincja. Klasztor jest duży na wielu zakonników, ale jest nas tu tylko trzech. O. Arkadiusz Stawski - Polak, O. Emilio Castro, (ale nazwisko)- Hiszpan, starszy już kapłan i ja. Gotuje nam na zmianę Pocia, starsza pani i nasz parafianin Indianin, mistrz w swoim fachu, po prostu artysta. Nie może być jednak szefem żadnej porządnej restauracji z powodu braku wykształcenia. Ale nie można mówić głośno jego pochodzeniu, byłoby to uznane za rasizm. Po prostu obywatel Argentyny z pełnymi prawami. Zbyt wiele zła uczynili tu biali ludzie ludom tubylczym, by nawet w żartach dzielić ludzi na białych i Indian. Pewne uprzedzenia do czarnolicych jednak są. Wszyscy się tu chlubią swoim pochodzeniem hiszpańskim, francuskim, włoskim, niemieckim, czy polskim, a taki Indianin, jakie ma pochodzenie? Chyba, od Inków, Guarani, czy innych jeszcze ludów tubylczych, które znamy z lekcji geografii i historii. I ciągle cierpią na kompleks niższości z tego powodu.

Jeszcze coś o jedzeniu. Narodowa potrawą tutaj jest „asado”, czyli wołowina pieczona na grilu i przyrządzana na najróżniejsze sposoby, podawana z chlebem i sałatką z pomidorów i cebuli, albo inna sałatą. Umieją to zrobić. Żadna porządna uroczystość rodzinna nie obejdzie się bez „asado”. Na moje powitanie też to zrobili. Była miła uroczystość w niedzielę, po południu, na którą przyszedł aktyw parafii powitać nowego ojca. Panowie, którzy to robili postanowili się pokazać. Zrobili to fantastycznie. Pycha, po prostu niebo w gębie. Jedzą w ogóle tu dużo wołowiny. Ryby jedzą, ale nie uznają za jedzenie, chyba jako przystawka, chociaż powoli się to zmienia. Jędzą też mnóstwo owoców cytrusowych. Klimat do ich uprawy odpowiedni, więc, nie ma się, co dziwić, że jedna z głównych ulic miasta ciągnąca się ponad kilometr jest w całości po obu stronach obsadzona drzewami pomarańczowymi, które maja, akurat mnóstwo dojrzałych owoców. Ale nie ma ich, co jeść. Ta odmiana jest ozdobna, owoce, mimo, że są duże, są twarde i kwaśne, lepiej za grosze kupić porządnych w sklepie i oszczędzić sobie niepotrzebnego wstydu przy zrywaniu. Za to jabłka są okropnie drogie ok. 3 a nawet 4 razy droższe niż pomarańcze czy mandarynki.

Pracy jak na razie nie mam dużo. Do południa nie ma, co robić, więc uczę się intensywnie języka z książek. Wieczorem zaczyna się ruch. Od 16.00 jest czynny sekretariat, coś jak skrzyżowanie kancelarii parafialnej z furtą. Przychodzą ludzie w różnych sprawach. Dzieci przychodzą na katechezę, grupy parafialne mają spotkania. Czasem przychodzę na spotkanie jakiejś grupy podszkolić język. Kiedy piszę te słowa dzieci mają akurat ferie zimowe (co to za ferie, bez śniegu i ślizgawki), ale od przyszłego tygodnia będę mógł chodzić do kolegium katolickiego do ostatnich klas szkoły podstawowej na lekcje literatury, historii czy geografii. Podciągnę język, a przy okazji dowiem się czegoś na temat Argentyny.

Teraz jest zima. Nie jest zbyt uciążliwa. Normalnie temperatura w dzień oscyluje między 8, a 15 stopni. Za to w nocy jest zimno, temperatura spada nawet do zera. Kiedyś było nawet minus 7. To wtedy, kiedy wieją zimne wiatry od Andów, może Antarktydy nie wiem, geografowie znają się lepiej. Lodowaty wiatr przenika do szpiku kości. Ale śniegu nie ma, nie widziano go tu od wielu, wielu lat. Tak mi tu czas upływa spokojnie i powoli.

Ciąg dalszy

Po zakończeniu ferii zimowych dzieci wróciły do szkół, a ja wraz z nimi. Zacząłem uczęszczać na lekcje do kolegium katolickiego, które znajduje się w centrum Tandil oddalone od naszego klasztoru o około 20 min marszu.

Uczestniczę w lekcjach literatury, historii, geografii i religii, a także chodzę na lekcje przedmiotu, który nazywa się Prawa człowieka.

Ogólnie jest bardzo sympatycznie. Dzieci w każdej klasie dużo po 30-40 osób. Uczniowie zaczynają naukę w marcu i uczą się do grudnia. Rok szkolny z tego, co się orientuję podzielony jest na trymestry. Trzeba powiedzieć, że poziom kształcenia jest niezły. Zwraca się uwagę przede wszystkim na przedmioty humanistyczne. Chociaż matematyka, chemia czy muzyka też są cenione wysoko. Dzieci po kolegiach katolickich nie maja problemów z dostaniem się na studia. Niestety odnoszę wrażenie, że nie zawsze nauczyciele potrafią utrzymać porządek na lekcji. Czasem trudno mi się zorientować, o co chodzi. Dzieci gdzieś, co chwila wychodzą nie pytając się nikogo, jedni słuchają (albo i nie), kiedy w tym samym czasie inne piszą jakieś teksty zadane przez nauczyciela, po czym je oddają w trakcie lekcji, powodując dodatkowe zamieszanie. Wiele zależy od prowadzącego zajęcia.

Szczególnie lubię historię, ponieważ profesor, oprócz tego, że ma dużą wiedzę i ciekawie opowiada, umie utrzymać porządek na lekcji. Pan od geografii też umie uciszyć klasę i można coś usłyszeć. Szkoła jest dobrze wyposażona w środki audiowizualne i ma duże pomieszczenie - audytorium przeznaczone do nauki języków obcych, z osobnym stanowiskiem i słuchawkami dla każdego.

Dzieci są ciekawe nowego ucznia i zadają mnóstwo pytań, dotyczących Polski i Europy, na które w miarę możliwości odpowiadam. Same też opowiadają o ciekawostkach swojego miasta. Dowiedziałem się, że tu urodził się Camoranesi naturalizowany reprezentant Włoch w piłce nożnej. Pochodzą stąd też znani tenisiści argentyńscy, o których głośno w Argentynie, ale bliżej chyba w Europie nieznani.

Odnośnie ciekawostek Tandil to jest ich kilka. Pierwsza i najważniejsza to Movediza, czyli Ruszająca się Skała. Na jednym z pagórków otaczających Tandil znajdowała się, do 1912 r. skała wielkości autobusu, leżąca nad przepaścią, na podłożu skalistym, która się poruszała. Co 60 sekund wnikliwy obserwator mógł zauważyć ruch. Miejscowi Indianie określali tą ruszająca się skałę jako – tandil- stąd nazwa miasta. Wg indiańskiej legendy, na tym terenie mieszkała groźna puma. By ją schwytać wykopano dół. A kiedy w niego wpadła zarzucono jej grób wielkimi kamieniami. Ale żyła ona wciąż, a ruch skały wywoływany był biciem serca zwierzęcia. Legenda legendą, ale to ciekawe zjawisko przyrodnicze zostało zbadane i opisane przez poważnych naukowców. W 1912 r. skała spadła i pękła na pół. Niektórzy twierdzą, że zrzucono ja specjalnie, bo miejscowi nie mogli się dogadać, kto ma brać pieniądze za możliwość udostępnienia jej do zwiedzania…Obecnie w miejscu upadłej skały zrobiono kopię z tektury i tynku. Ta skała to wizytówka Tandil. Jej podobiznę można spotkać wszędzie, np. w herbie miasta, na pojazdach lokalnej linii autobusowej.

Inny ewenement, to także ostaniec skalny zwany Centinela, czyli strażnik. Także i on znajduje się na wzgórzu, na skale, otoczonej lasem. Kiedyś pewnie spadnie (może za 1000 lat?), ale póki co przyciąga rzesze turystów. Wokół tych wzgórz oddalonych od siebie o kilka kilometrów, powstały różne restauracje, wyciągi krzesełkowe, budki z pamiątkami, parkingi, słowem - cała turystyczna infrastruktura.

Na obrzeżach, miasta znajduje się także sztuczne jezioro z fontanną, utworzone przez spiętrzenie wód płynącego potoku. Jezioro jest wielkie. Wokół niego porobiono alejki, po których odpoczywają spacerując w niedziele po południu mieszkańcy Tandil. Szkoda tylko, że woda jest tak zanieczyszczona, że nie ma mowy o kąpaniu. Jest też piękny zameczek na wzgórzu, z którego rozciąga się śliczny widok na całe miasto. Nie wspominając już o naszej Kalwarii.

W mieście jest kilka ładnych parków i Muzeum Sztuk Pięknych.

Zabytków oczywiście nie ma, ale nie ma się, co dziwić. Jeszcze 150 lat temu biegali tu przecież Indianie. Najstarsze budowle mają może 120 lat. Ładnymi budynkami są Municipio, czyli budynek urzędu miasta i kościół farny p.w. Najświętszego Sakramentu. Kościołów w mieście jest 6, ale tylko 4 z nich maja obsługę duszpasterską. No cóż, w całej naszej diecezji jest tylko 50 kapłanów.

Nasz Delegat Generalny, czyli mój przełożony w Argentynie, nakazał mi odwiedzenie wszystkich domów w Delegaturze celu zapoznania się z zakonnikami (a oni oczywiście ze mną), rodzaju pracy w klasztorach, itp. Idea jest interesująca. Tych domów mamy osiem, rozsianych po całej Argentynie. Będzie, co zwiedzać. Chociaż jeśli chodzi o naukę języka, to pomysł delegata ma swoje wady. Tutaj w Tandil mam dwie nauczycielki, jedną od gramatyki i drugą, z którą piszemy kazania, chodzę do kolegium na lekcje, które mi dużo dają, jeśli chodzi o język, pod ręką mam internet z dobrym słownikiem, mam tak opracowany program dnia tak, żeby mieć czas na naukę, a gdzieś tam w klasztorach z tym wszystkim nie będzie łatwo. Ale cóż, posłuszeństwo jest najważniejsze. Ruszam. Na pierwszy ogień idzie nasz dom w La Plata.

Przybyłem tam w pierwszy dzień wiosny, czyli w Polsce w pierwszy dzień jesieni. Po kilku dniach adaptacji zorientowałem się odnośnie charakteru domu.. Klasztor w La Plata pełni rolę domu rekolekcyjnego. Na weekendy przybywają tu osoby, które chcą pogłębić swoje relacje z Bogiem, nauczyć się modlić, rozpoznać swoje powołanie, czy po prostu przez kilka dni odpocząć od codziennej gonitwy, oderwać się od wszędobylskiej telewizji i pooddychać atmosferą przesyconą Duchem pisanym przez duże D.

Ojcowie tutaj pracujący, oprócz pracy ściśle rekolekcyjnej, prowadzą seminaria na temat życia duchowego, świętych karmelu, czy powołania zakonnego. Spowiadają różne zgromadzenia zakonne. Mają też kapelanie sióstr. Codziennie o 20.00 sprawują Mszę św. z kazaniem w swoim kościele. Ludzi codziennie bardzo dużo. Widać, że ludzie tu przychodzący na Mszę, to osoby poszukujący czegoś więcej.

Ojców jest tylko dwóch, są kolumbijczykami, ale są do tych zadań dobrze przygotowani. Nie prowadzą parafii, całkowicie poświęcają się pracy rekolekcyjnej. W klasztorze jest dużo cel przeznaczonych dla rekolektantów. W jednej z nich zamieszkałem.

Moim zadaniem jest zapoznanie się z ojcami i poznanie rodzaju pracy. Włączam się, więc w rytm życia zakonników. Chodzę na wspólne modlitwy, odprawiam z nimi Mszę św., czasem ich zastępuję w odprawianiu Mszy dla sióstr. Pomagam przy różnych pracach domowych. Przy okazji zwiedzam miasto. A rzeczywiście, jest ono warte poznania.

La Plata to stolica prowincji Buenos Aires. Miasto zostało założone w roku 1882. Dziwne to miasto, bo zanim powstało, dokładnie zaplanowano każdy szczegół zabudowy centrum, dopiero potem rozpoczęto stawianie budynków. Miasto jest zbudowane na planie idealnego kwadratu. Bokami tej olbrzymiej figury geometrycznej są cztery wielkie arterie komunikacyjne, jakby wielkie obwodnice centrum. Ulic wzdłuż i wszerz, zbiegających się oczywiście pod katem prostym, jest czterdzieści. Co 6 przecznic mamy avenidę, czyli ulicę główną dwukierunkową, oraz park. Dodatkowego uroku miastu dodają ulice przekątne biegnące pod kątem 45 stopni. Miasto pięknie się prezentuje, szczególnie jak na nie spojrzeć z lotu ptaka. Idealne harmonia po prostu, chociaż złośliwi mówią, że ludzie tu też jacyś tacy kwadratowi…

W samym centrum znajduje się główny plac miasta - Moreno, na którym zmieściło się ponad 200 tyś. ludzi w czasie pielgrzymki Jana Pawła II, katedra i urząd miasta.

Najwyższym budynkiem w mieście jest właśnie katedra z potężnymi wieżami, które ukończono zupełnie niedawno. Wznoszono ją 120 lat. Jest zbudowana w stylu neogotyku i wzorowana na wzór francuskich gotyckich katedr w Paryżu, Reims, czy Amiens. Dwie główne wieże zostały nazwane „Jezus” i „Maryja”. Na wieżę „Jezus” jest możliwość wyjechania windą, z której to możliwości skwapliwie skorzystałem. Z wysokości 65 m rozciąga się wspaniały widok na miasto. Widać także zatokę Rio de la Plata i statki na niej pływające. W pogodne dni można zobaczyć nawet brzegi Urugwaju, ale nie było mi to dane. W wieży „Maryja” umieszczono dużą ilość dzwonów - dokładnie 25, sterowanych komputerowo. W podziemiach jest muzeum budowy katedry i krypty zmarłych biskupów diecezji, a obecnie archidiecezji La Plata. Wnętrze katedry ma swój klimat. Lubiłem tu przychodzić i modlić się, kiedy akurat byłem w pobliżu.

Kolejnym miejscem, które trzeba obowiązkowo odwiedzić w La Plata, jest Muzeum Historii Naturalnej. Na jego zwiedzanie udałem się z przyjaciółmi klasztoru, państwem profesorów miejscowego uniwersytetu. Ona jest Ukrainką, przybyłą tu jako dziecko po wojnie i wykładowcą języków obcych na uczelni, on Argentyńczykiem.

Muzeum - jedno z ważniejszych i większych w świecie, trzeba przyznać jest imponujące. W ciekawy sposób przedstawiono dzieje ziemi, od tzw. Wielkiego Wybuchu, (kto go sprowokował, niestety nie wyjaśniono), aż po czasy współczesne. Największą jednak atrakcją są szkielety olbrzymich dinozaurów, zajmujących nieraz całe ogromne sale. Pasjonaci mogą się poczuć w swoim raju, tym bardziej, że niektóre wielkie gady zrekonstruowano i wyglądają jak żywe. Nie wiem czy istnieje na świecie muzeum, z większą ilością szczątków tych przedpotopowych zwierząt. Są też szkielety wielorybów, nawet 30 metrowe, podwieszone pod sufitem dla oszczędności miejsca.

Ważną część muzeum zajmują eksponaty związane z florą i fauną Argentyny. Jest też dział poświęcony kulturze Indian zamieszkujących te ziemie przed przybyciem białego człowieka. Szczególnie zainteresowali mnie Inkowie. Naczytałem się o nich sporo, będąc jeszcze w Polsce (przecież na zamku w Nidzicy odkryto kipu z pismem węzełkowym Inków i ciągle poszukuje się ich skarbu), a teraz mogłem na żywo zobaczyć wytwory ich kultury. Widać, że nie byli to zwykli, prymitywni koczownicy, ale lud, który stworzył potężne imperium, z własnym pismem i monumentalnymi budowlami, obejmujące swym zasięgiem sporą połać Ameryki Południowej. Dowiedziałem się również, że współcześnie w różnych prowincjach Argentyny żyje jeszcze 20 indiańskich plemion, sięgającymi swymi korzeniami czasów przedkolumbijskich.

Inną ciekawostką La Platy jest „Republika de los Ninios”, czyli Republika Dzieci. Powstała z inicjatywy Ewy Peron, znanej w Polsce z musicalu pod tytułem „Evita”. Wybraliśmy się tam z kolei z Carlosem, sympatycznym młodzieńcem, który od wielu lat służy przy naszym kościele w La Plata. Niedawno stracił mamę. Tata też nie żyje. Odwiedzał to miejsce jeszcze jako dziecko ze swoimi rodzicami. Nie był tu wiele, wiele lat. W czasie naszego zwiedzania momentami chyba wracał zadumany do czasów dzieciństwa. A może mi się tylko tak zdawało…

Ta republika to ogromny park liczący 52 ha. W samym centrum znajduje się miasteczko dla dzieci. Wszystkie budowle zamki, pałace, kościoły, meczety, minarety, jaskinie są dostosowane do wzrostu dzieci. Trzeba się dobrze schylić, by nie uderzyć głową we framugę drzwi. Jest też tam dom prezydenta, sąd, parlament, główna ulica miasta, pomnik króla. Są hangary samolotowe i mały pociąg, którym po torach można pojeździć po parku, port na jeziorze, po którym to zalewie można popływać statkiem. Oprócz tego są karuzele, mini zoo, a także muzeum lalek podarowanych przez kraje chyba całego świata. Opowiada Carlos, że raz w roku dzieci wybierają swój parlament na jeden dzień.
CD
Powoli załatwiam dokumenty pozwalające mi na stałe przebywać w Argentynie. Nie jest to łatwe, trzeba będzie odwiedzić nasza ambasadę, biura tłumaczeń, biuro policji feralnej, następnie tzw. emigracion, czyli urząd zajmujący się emigrantami, itd. Już pobrano mi odciski palców, teraz wyślą je by mnie sprawdził Interpol. To wszystko potrwa, bo biurokracja tu niestety okropna. O. Arkadiusz załatwiał stałe zameldowanie aż … 7 lat. Więc trzeba się uzbroić w cierpliwość. Urzędnicy, trzeba przyznać, są naprawdę życzliwi, chcą bardzo pomóc, potraktują każdego po ludzku, ale niestety na niczym się nie znają, a poza tym tutejsze przepisy prawne są tak zagmatwane i niejasne, że nikt tak naprawdę chyba nie wie, jak je interpretować.

W najbliższej od nas miejscowości Balcarse odległej tylko o …100 km. znajduje się muzeum kierowcy Formuły 1 - Juana Manuela Fangio. To wybitny argentyński rajdowiec, który w latach 50- tych zdobył 5 razy mistrzostwo Formuły 1. Muzeum jest naprawdę, jak na te argentyńskie warunki, z klasą. Zadbane, ciekawie pomyślane i ciągle uzupełniane przez nowe eksponaty. Ale nie ma się, co dziwić. Sponsorują go największe koncerny produkujące samochody rajdowe. Automobilów, pochodzących z różnych okresów, jest ponad 50. Wszystkie lśnią czystością. Są też oczywiście najnowsze bolidy F1. Można taki pojazd dotknąć, a może nawet wsiąść i poczuć się, choć przez moment, jak Robert Kubica.

Kolejnym klasztorem do odwiedzenia jest klasztor w Cordoba. Miałem tam być pod koniec listopada, ale jadę już teraz, ponieważ ojciec Władysław – Polak jest w tej chwili sam. Pozostali dwaj ojcowie – Argentyńczycy, udali się na kurs formacyjny do Meksyku.

Po drodze wpadłem jeszcze do Buenos Aires do naszej ambasady pozałatwiać sprawy związane z moim pobytem stałym w Argentynie. Miło stanąć tak na chwilę na tym małym skrawku polskiej ziemi i posłuchać polskiej mowy. Niestety niewiele załatwiłem, ale jak już wspomniałem to wszystko potrwa dłuższy czas.

Podróż nocnym autobusem, (w którym podali kolację i śniadanie jak w samolocie) z Buenos trwała 9 godzin. I rano dotarłem taksówka z dworca do klasztoru.

Klasztor w Cordoba pełni rolę klasztoru formacyjnego. Mieszka tu 6 naszych karmelitańskich studentów filozofii i teologii. Na wykłady dochodzą codziennie do seminarium duchownego, które kształci przyszłych kapłanów dla diecezji Cordoba i wszystkich okolicznych zakonów. Klasztor jak każdy konwent gdzie są studenci, tryska życiem i radością. Włączam się w rytm modlitwy, pracy, rekreacji. I jak zwykle w wolnych chwilach zwiedzam miasto.

Cordoba to drugie pod względem ludności miasto w Argentynie. Liczy ok. 1,5 miliona mieszkańców, a może i więcej. Nikt tak naprawdę nie wie, bo oficjalnym meldowaniem się, nikt zbytnio nie przejmuje. Więcej tu ciemnych karnacji twarzy i indiańskich strojów. To jedno z najstarszych miast Ameryki Pd. Zostało założone przez hiszpańskiego konkwistadora Jeronimo de Cabrera w roku 1573.

Najstarszą i najładniejszą częścią miasta jest centrum, z tzw. Manzanas Jesuiticas (obecnie Dziedzictwo Ludzkości po patronatem UNESCO). Ta część miasta, to można najogólniej powiedzieć, dzielnica jezuicka. Zakonnicy założyli tu swój klasztor, zbudowali kościół i założyli szkolę i uniwersytet najstarszy w całej Ameryce Południowej. Mieli tu też swoje gospodarstwa rolne, tzw. estaciones, w których pracowali Indianie. Obecnie jezuitów już nie ma, a uniwersytet jest w rękach państwa.

Innym punktem centrum wartym zwiedzenia jest piękna katedra zbudowana w stylu kolonialnym, konsekrowana w XVII w. Jest tu też kilka muzeów, są klasztory i kościoły różnych zgromadzeń, także naszych karmelitanek. Któregoś dnia poszliśmy je odwiedzić. Oprowadziły nas po swoich wewnętrznych dziedzińcach, których maja aż 6. Najdłużej rozmawiałem z jedną starszą siostrą przybyła tu z Paragwaju. Zwróciłem uwagę na akcent, jakim się posługiwała w rozmowie. Okazało się, że jest Indianką z plemienia Guarani i nigdy nie nauczyła się dobrze po hiszpańsku…

Przemysł w Cordobie jest dobrze rozwinięty. Produkują tu samochody Renault, a także wojskowe samoloty w fabryce, którą zakładali niemieccy konstruktorzy pracujący w czasie wojny w zakładach lotniczych Focke Wulf sprowadzeni przez rząd Argentyny po II w. św. Tak Na marginesie Niemcy w Argentynie to bardzo interesujący temat i ciągle aktualny. Kiedyś coś na ten temat napiszę.

Krajobraz tu urozmaicony. Cordobę otaczają góry. Podnóża tych niższych liczących ok. 1200 m npm. sięgają, aż po peryferyjne dzielnice miasta. By zobaczyć te wyższe liczące prawie 2000 m. npm. udaliśmy się któregoś dnia z o. Władysławem na całodniową rekreację. Góry przypominają Tatry zachodnie. Ciągną się wiele kilometrów. Widoki przepiękne. Głębokie kaniony, przez które poprowadzono szosę, potoki, wodospady, jeziora, wielka zapora wodna, urokliwe miasteczka mijane po drodze, z przepięknymi kościółkami w najwyższych punktach. Wpadłem na pomysł, by któregoś dnia przyjechać tu i wyjść, na któryś ze szczytów, samemu, bo o. Władysław nie bardzo ma na to czas. Rozmawiamy o tym przy kolacji. Do rozmowy wtrąca się o. Pablo, z klasztoru z Buenos przebywający tu przypadkowo. Odradza mi taką eskapadę zdecydowanie. A cóż mnie, starego turystę może tu złego spotkać. Nie po takich górach się chodziło samemu…

„No, więc posłuchaj – Pablo zaczyna swój wykład- musisz wiedzieć, że wszędzie w okolicach Cordoby mieszkają pumy. Jeszcze w latach 80-ych jak przyjeżdżałem tu z rodzicami trzymano w domach te zwierzęta. Obcinano im pazury i spiłowywano zęby. Ale nie obeszło się bez kilku wypadków z udziałem dzieci, więc tego zabroniono. Ale groźniejsze od pumy są gato montes.(Sprawdzam szybko w słowniku, co to takiego – żbik, chociaż miejscowy jest o wiele większy i groźniejszy od żbika polskiego). Jest ich tu bardzo dużo. I mimo, że jest mniejszy od pumy może cię zaatakować jak wejdziesz na jego terytorium. Żyją tu też grzechotniki, żmija Vibora de la Cruz i szczególnie niebezpieczny i jadowity wąż Yarara. Nazwa pochodzi z języka Guarani, ale zapewniam cię, że nic dobrego ona nie oznacza…. Dlatego w wielu miejscach w górach i nie tylko w górach jest dużo punktów, gdzie można otrzymać antidotum na jad.

Masz tu też jadowite pająki i ropuchę, która pluje jadem. Jest też robak z rodziny reduvidae (O! Widzę, że Pablo zna łacinę) przenoszący bakterie – świdrowce, powodujące groźna chorobę Chagasa. Tego robala nazywają tu benchuca, albo tak po swojsku „całujący robak”, bo pije krew (odgłosy jakie przy tym wydaje, brzmią jak całowanie) i w ten sposób przenosi bakterie. Na te chorobę zmarł Karol Darwin twórca teorii ewolucji i niedawno nasza karmelitanka w Bahia Blanca…. Więc jak koniecznie się chcesz wybierać to idźcie w większej grupie i weźcie przewodnika, który np. będzie wiedział, co zrobić jak spotkacie żbika, albo gdzie znajduje się najbliższe miejsce z antidotum na jad. Może ci pomóc kogoś znaleźć, co?”

Nie, nie ma potrzeby. Po tym wykładzie Pabla odechciało mi się wszelkich wypraw gdziekolwiek. Przed snem sprawdziłem w celi jeszcze ze trzy razy, czy pod łóżkiem nie czai się jakiś yarara, „całujący robak” czy inne paskudztwo.

W czasie mojego pobytu w Kordoba wypadło Uroczystość Wszystkich Świętych, oraz Dzień Zaduszny. 1 Listopada nic specjalnie się nie działo, za to nazajutrz było ciekawiej.

O 9.00 rano odprawiliśmy z o. Władysławem Mszę - jaka radość - po polsku, na którą przyszło ok. 60 osób członków miejscowej polonii. Modliliśmy się za zmarłych Polaków pochowanych w Argentynie, za poległych w obronie naszej ojczyzny, za tych, którzy zmarli w Polsce. Było wzruszająco i patriotycznie.

Po południu udaliśmy się na miejscowy cmentarz (jak nie pójść w ten dzień na groby?) by modlić się i zdobywać odpusty za zmarłych. Poszliśmy tylko we dwójkę, na cmentarz gdzie nie było prawie nikogo. Nawet nasi klerycy nie czują potrzeby odwiedzenia miejsca pochówków, a co dopiero mówić o zwykłych ludziach. Zatęskniło się za Polską, zakręciła się łezka za palącymi się świecami na mogiłach (tu tego nie wolno robić), za Mszą wśród grobów, a nawet za listopadowym chłodem (było ok. 30 stopni powyżej zera). Taki to los misjonarzy i emigrantów.

Spacerujemy z o. Władysławem po cmentarzu, modlimy się, a także podejmujemy tematy „cmentarne”. Rozmawiamy o pochówkach, o zmarłych, o pogrzebach, o tym jak to wszystko wygląda tu w „Nowym Świecie”.

Tak, więc dla zwykłego mieszkańca Polski, czy nawet Europy temat śmierci tutaj i wszystkiego, co jest z nią związane może wywołać pewne zdziwienie, niesmak czy nawet oburzenie.

Pamiętamy Pawlaka z filmu „Sami swoi” (a właściwie „Kochaj, albo rzuć”), kiedy przyjechał z Kargulem do USA i znalazł się na cmentarzu gdzie nie było mogił tylko tablice na ziemi i kosiarka kosząca trawę. Krzyknął w tej scenie głosem pełnym oburzenia: „Kosiarką po nieboszczykach?”. Czegoś podobnego też tu doświadczyłem.

Przede wszystkim nie są tu w zwyczaju ceremonie pogrzebowe. Czasem, ale bardzo rzadko, ktoś poprosi księdza o asystę na cmentarzu. Ludzie chowają zmarłych sami, jak umieją, (chociaż właściwsze było by słowo: nie umieją)

Na cmentarzach dla oszczędności miejsca buduje się z betonu olbrzymie depozytoria mające i po 100 metrów długości. Po obu stronach przykrytego pod dachem tunelu są nisze 1m/1m/2m gdzie składa się trumny z ciałami, albo urny z prochami. Obok znajduje się następna nisza i powyżej jeszcze czasem nawet 10 kolejnych, do których trzeba się dostać po drabinie. Tych niszy są czasem tysiące. Przypomina to wszystko mrowisko, albo ul. Na płycie takiej niszy piszę się dane zmarłego. Czasem z takiej płyty wystaje drut, do którego przyczepia się jakiś kwiatek. Świec palić nie wolno.

Różne instytucje czy organizacje mają swoje grobowce nazywane panteonem, czy mauzoleum. W Cordobie największy ma wojsko. Ich panteon ma 7 pięter wysokości, ładne wejście, okna, firanki, ławeczki w środku, marmurowe schody, windę, żeby było wygodnie z trumną wyjechać, czy starszym osobom odwiedzić swoich zmarłych na wyższych piętrach. Na każdym piętrze są oświetlone korytarze z niszami dla zmarłych. Takich marmurów, porządku i czystości nie ma czasem nawet i w domach, państwowych instytucjach ani nawet w holach porządnych banków. Każdy zakon też ma swój panteon. Nasz także. Chowa się tam, nie tylko zakonników, ale i członków świeckiego zakonu, członków bractwa szkaplerznego czy dobrodziejów klasztoru. Jest też sporo grobowców rodzinnych.

Są też cmentarze prywatne. Taki mamy np. w Tandil. Przy wejściu znajduje się ładna kaplica, są piękne alejki, z różnymi gatunkami drzew, ławeczki, a nawet chyba się nie mylę oczko wodne. Ale zaraz, zaraz… nie widzę jakoś grobów? … Aha: „kosiarką po nieboszczykach”.


Mimo różnych zwierząt dużych i małych zagrażających zdrowiu i życiu człowieka wybraliśmy się z o. Władysławem w plener na kolejną całodniową rekreację. Tym razem obiektem naszego zwiedzania były dawne posiadłości jezuitów niedaleko Cordoby. Nie były to wprawdzie słynne redukcje jezuickie tylko ich namiastka, ale i tak są pod patronatem UNESCO jako dziedzictwo ludzkości.

  1   2   3


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna