W dniach wielkiego pokoju



Pobieranie 0.71 Mb.
Strona1/13
Data09.05.2016
Rozmiar0.71 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13
MOUNI SADHU

W DNIACH WIELKIEGO POKOJU




WSTĘP

Stawiaj nieustannie pytanie: „Kim jestem?” Rozłóż całą twoją indywidualność. Spróbuj odkryć gdzie zaczyna się myśl o „ja”. Medytuj wytrwale. Zwracaj twoją uwagę stale ku wnętrzu. Któregoś dnia koło myśli zacznie obracać się wolniej i w tajemniczy sposób otworzy się widok na sprawy duchowe. Idź za tą intuicją i doprowadź twe myślenie do Milczenia; wtedy wreszcie osiągniesz cel”.


Z nauk Maharishiego


Dopóki nie znamy Najwyższej Prawdy, studiowanie świętych Pism jest bezcelowe; kiedy zaś urzeczywistnimy Najwyższą Prawdę, studiowanie świętych Pism, staje się bezużyteczne”.


Śri Śankaraczaria


***
Większość ludzi naszego świata nie ma wiary w wartości ducho­we. Dla nich umysł ludzki jest wszystkim, to zaś prowadzi ich do mnóstwa refleksji i spekulacji. Niektórzy z nich nazywają siebie sceptykami, inni agnostykami, a jeszcze inni chełpią się, iż są czystymi materialistami. Nasza własna niewiedza przesłania Prawdę, ponieważ nie wysilamy się zbytnio by ją odnaleźć.

Gdy umysł nasz wyćwiczyliśmy do pewnej granicy, wówczas mamy uczucie, iż nie możemy spodziewać się już możliwości czynienia dalszych badań i odkryć. Ta intelektualna postawa jest wynikiem studiów nad zachodnimi systemami filozoficznymi. Ze wschodniego punktu widzenia postawa taka jest bezowocna i prowadzi nas jedy­nie do spekulacji i przypuszczeń.

W przeciwieństwie do tego filozofia Wschodu, szczególnie zaś indyjski system myślenia, daje poważnemu pielgrzymowi na drodze ku Prawdzie niezawodną nadzieję. Prawie wszyscy dawni myśliciele, święci i mędrcy wskazywali na nieomylną praktyczną drogę, na pos­tępowanie, które uwalnia od wszystkich zwątpień i niepewności i prowadzi do zrozumienia sensu i celu życia. Wynik końcowy na tej drodze zależy całkowicie od własnego wysiłku i znajomości siebie. Pierwszym wyraźnym warunkiem jest szczere życzenie, pragnienie nie do ugaszenia - picia wody Życia.

Śri Ramana Maharishi w odpowiedzi na pytanie, jakie są wymagane właściwości od ucznia, stwier­dził kiedyś:
Powinien żywić silne i bezustanne pragnienie uwolnienia się od nieszczęść życia i osiągnięcia najwyższej, duchowej Szczęśli­wości. Nie powinien w najmniejszym nawet stopniu pragnąć czegoś innego.”
Drugim warunkiem jest bezustanny wysiłek połączony ze sta­rannym i dokładnym przestrzeganiem prawideł postępowania i pielę­gnowania cnot: beznamiętności i umiejętności rozróżniania Rzeczy­wistego od nierzeczywistego. Trzecim warunkiem jest poszukiwanie Sad-guru, prawdziwego nauczyciela, który mógłby prowadzić aspiran­ta do wytkniętego celu w sposób właściwy i skuteczny.”
Można jeszcze dodać, że już stare hinduskie pisma święte i Upaniszady dawały nam konieczne wskazówki dotyczące Ścieżki i jej ce­lów. Ale „Prawda, którą można znaleźć dzięki tym określonym, nau­kowym metodom jest wieczna i - o tym wiedzieli już dawni Mędrcy - wymaga to od czasu do czasu potwierdzenia przez żywych świadków”.

Mędrcy ci wpajali w nas rozsądne założenia i doprowadzili do logi­cznego wniosku, że „tylko żyjący nauczyciel może nam wyłożyć Mądrość Upaniszad, nie Upaniszady same, które są tylko zbiorem słów, nato­miast żywy nauczyciel jest wcieleniem Prawdy, której szukamy”.


Mouni Sadhu, autor książki: „W dniach Wielkiego Spokoju”, która ukazała się w swym drugim nakładzie po niemiecku, pod tytułem: „Auf dem Pfad Sri Ramana Maharishi”, spełnił wszystkie powyższe warunki, o ile leży to w ludzkich możliwościach. Jako poważny poszuki­wacz przestudiował różne metody prowadzące do urzeczywistnienia Boga, między innymi różne szkoły Jogi, okultyzmu i mistyki, aby w końcu dojść do swego najwyższego Mistrza i Guru, Bhagavana Śri Ramany Maharishiego, który uznawszy, iż jest on dostatecznie wyposażony w wymagane właściwości, okazał mu swą łaskę, zniszczył w nim „ja” osobowego znaczenia (jak o tym sam autor wspomina) i wresz­cie pomógł mu odnaleźć w sobie swoje własne wieczne i trwałe „JA”.
Z naszego punktu widzenia istnieją dwa rodzaje racjonalnej wiary w rzeczywistość życia duchowego.
1. Pośrednia wiara, jaką możemy zdobyć na podstawie doświad­czeń i sądów nieustraszonych poszukiwaczy Prawdy, którzy osiągnę­li odwagę, wytrwałość i żelazną wolę przedarcia się przez ciernistą ścieżkę Samourzeczywistnienia, a których słowom możemy bez­względnie zaufać odpowiednio do ich przeszłości i ich osobistej uczciwości.
2. Wiara wypływająca z bezpośredniego przeżycia – której w żaden sposób nie można zaprzeczyć ani poddać zwątpieniu.
Książka Mouni Sadhu jest wartościowym świadectwem wiary pośredniej, którą musimy dokładnie i właściwie zbadać i wykorzystać dla nas samych. Autor bardzo sumiennie i starannie spisał swe trudne do wypowiedzenia, wewnętrzne przeżycia, w sposób tak trafiający do przekonania, tak pieczołowicie i po ludzku, jak tylko to było możliwe. Od nas zależy, czy zrobimy z tego taki użytek, na jaki nas stać.

Autor, powodowany uczuciem bezosobistego służenia i życzeniem podzielenia się z innymi ludźmi własnymi doświadczeniami i prze­konaniami, będącymi przeżyciem jego bezpośredniego poznania, ujął swe myśli i uczucia w formę tej książki - fascynującej a zarazem inspirującej i bardzo pouczającej. Poważni czytelnicy znajdą w tej lekturze nie tylko świadectwo dane przez człowieka, który przedarł się przez krainę zwodniczej samsary, lecz także dość treści dla myśli i natchnienia.


Dr M. Hafiz Sayed (Allahabad)

***
PRZEDMOWA


do wydania drugiego w j. niemieckim
Pierwsze wydanie tej książki zostało opublikowane w paździer­niku 1952 r. pod tytułem „W dniach Wielkiego Pokoju” w języku an­gielskim. Stosownie do licznych rad i słów zachęty i wielu korzystnych recenzji fachowców zarówno w Indiach jak i na Zachodzie, zdecydowałem się rozszerzyć przejrzany tekst o kilka rozdziałów, opierających się na moim starym pamiętniku pisanym w aśramie oraz zmienić tytuł poprzedni na obecny.

Zdawało mi się, że będzie najlepiej, jeżeli użyję możliwie najprostszej formy, unikając fachowych szczegółów i klasycznych wyrażeń Jogi, które nie oswo­jonego z nimi uczniowi mogłyby jedynie zaciemnić obraz. Jeśli się chce głosić sprawy duchowe, należy konie­cznie unikać przeciążenia umysłu, odwraca to bowiem uwagę i prze­szkadza w przyjęciu treści.

Prócz słów Śri Maharishiego wypowiedzianych przez Niego w mojej obecności i ich wykładni, użyłem również cytatów z nauk Mędrca wydanych wcześniej, a przez Niego autoryzowanych. Na przykład:

„Life and Tichings of Shri Ramana Maharishi” Narasimha Swami, 3 wyd. 1936 r.

„Maha Yoga” wyd. przez „WHO”, 3 wyd. 1947 r.

„Maharishi’s Gospel”, 4 wyd. 1946 r.

„Five hymns to Sri Arunachala” Śri Maharishiego, 3 wyd. 1946 r.

„ Spiritual Instructions” i „Who am I” - dwie małe broszurki według nauk mędrca, których udzielał w latach 1900 - 1902 swoim pierwszym uczniom.


Po opuszczeniu przez Maharishiego swego ciała 14 kwietnia 1956 r., ukazały się ponownie wydane przez dawniejszych mieszkańców aśramy książki, „nowe” wykładnie i cytaty Jego powiedzeń. Możliwe, że są one słuszne, ja jednak wolę ograniczyć się do powyższych, potwierdzonych przez samego Maharishiego dzieł. Dałem czy­telnikowi opis tego, co sam przeżyłem i przyjmuję całkowitą odpo­wiedzialność za prawdziwość tego, co napisałem.

Nauki Mędrca, przechodząc przez świadomość poszczególnych uczniów, muszą ulegać zmianom zależnie od rozwoju i gorliwości praktyki każdego z nich. Nauka sama jest tak prosta, że w jej głównych założeniach nie może być nowy o dużych odchyleniach, osobiste zaś wykładnie mogą się różnić tylko w mało istotnych punktach. Najwłaściwsze jest to zrozumienie, które powstaje w sercu ucznia na skutek łaski Mistrza.

Prawdziwe Urzeczywistnienie nie wynika z rozumowego studiowa­nia słów nauki, a dokładna znajomość życiorysu Risziego nie skła­nia jeszcze człowieka do spróbowania „bezpośredniej Ścieżki”.

Pewien zachodni Mistrz powiedział na początku tego stulecia: „Kto opuści ziemię w stanie duchowej ślepoty, będzie takim i po śmierci”. Znaczy to, że sam fakt opuszczenia ciała nie daje ducho­wego oświecenia.

Śri Maharishi podkreślał często, że musimy usi­łować przeżyć Urzeczywistnienie tu i teraz i że żaden duchowy Mistrz nie przeciwstawia się innemu.

Święci i jogini rozumieją pilność tej sprawy i nie przesu­wają jej do jakiegoś przyszłego, nieznanego stanu.

Ponieważ Urzeczywistnienie nie jest niczym innym, jak tylko podniesieniem naszej świadomości do poziomu Rzeczywistego, Ducha, Jaźni, a więc przekroczenie tzw. „normalnej” świadomości rozumu mózgowego, czyli osobowości „ja”, musi nieuniknienie doprowadzić do pewnych form ponadświadomości, czyli samadhi. Te ekstatyczne przeżycia są konieczne do osiągnięcia ostatecznego trwałego stanu samadhi. Na Zachodzie nazywają niektórzy te stany samadhi „Wtajemniczeniem.

Gdy zapytano Śri Maharishiego, dlaczego On sam nie przeszedł w swym obecnym życiu owych „wtajemniczeń”, lecz osiągnął prawie bezpośrednio stan samadhi, a właściwie „Sahadża Samadhi”, odpowie­dział, że ten, kto osiągnął szczyt, przeszedł zapewne w przyszłym życiu wszystkie poprzednie wtajemniczenia.

Możemy więc przyjąć fakt, że te przeżycia duchowe są konieczne dla osiągnięcia stanu „wyzwolonego”, Riszi, Jivan-Mukti, czyli po prostu Mistrza. Wyrażenia te mają pokrewną treść.

Każdy więc z nas musi to przeżyć, lecz na najniższej płaszczyźnie relacje różnią się zależnie od różnic indywidualnych. Lecz już sama wiedza, że inni miewali takie przeżycia, jest dla spoglądających naprzód uczniów szukających prawdy, samo przez się zachętą.

I to jest jedynym moim powołaniem i powodem wydania tej książ­ki. Gdy zapytywano mnie; „Co dały ci te doświadczenia?”, jedyna odpowiedź wyrażalna w sławach była następująca:

Bezsporną pewność, że Ścieżka istnieje, że cel osiągnąć można i że tylko Mistrz może nas do niego doprowadzić”.

Pytano także: „Co staje się z uczniem potem, gdy jest oddzielony od mistrza w jego fizycznej postaci?”. Mogę na to odpowiedzieć tylko, że łączność z mistrzem jest nierozerwalna. W jakiś tajemniczy sposób kieruje on zawsze i na wieki swymi zwolennikami.

Niektórzy czuli, że od czasu gdy opuścił swe ciało, postępują szybciej niż wówczas gdy mogli siadywać przy Nim, za Jego życia w ciele fizycznym.

Mistrz błogosławi ziarno, które sam posiał, a czas zdziała resztę, zależnie od tego, w jakim stopniu uczeń zasługuje na łas­kę. Oto przyczyna na pozór niezwykłego faktu, iż mistrz wysyła często uczniów w świat, daleko od aśramy, aby rozwój ich mógł się tam dokonać.

Gdy ziarno zakiełkowało w cieplarni, musi dalej wzrastać na zewnątrz niej. Ale słońce, które je oświetla, jest zawsze to samo.


Czerwiec 1953 r. Mouni Sadhu.
Rozdział I
Opatrznościowe odwiedziny
Przed czterema laty postanowiłem odwiedzić jednego z ostatnich wielkich Mędrców (riszich) Indii, znanego w minionych czterdziestu latach jako Śri Ramana Maharishi. Warunki powojenne nie sprzyjały jednak podróżom transkontynentalnym, zwłaszcza, jeśli było się zmuszonym korzystać z dróg morskich, zamiast z szybkich linii powietrznych.

Pomimo to dotarłem jednak w porę do aśramy. Poważna choroba Mędrca - zdawano sobie sprawę z tego, że opuści On niedługo ten świat, w którym przebywał już ponad siedemdziesiąt lat - nie prze­szkadzała w zbliżeniu się do Niego jak dawniej i nawet zadawania pytań.

Odwiedzający byli jednak na ogół mniej nastawieni na zadawanie pytań Wielkiemu Człowiekowi, pragnęli raczej przebywać w jego bez­pośredniej obecności.

Maharishi sam wyłożył swoją naukę w kilku mniejszych dziełach. Wiele innych opublikowali jego uczniowie, opatrzywszy je starannie uwagami. Z tego powodu nauki Jego stały się dostępne i bywały zazwyczaj czytywane przez ludzi, zanim przy­bywali oni do aśramy. Zasadniczym życzeniem tych wszystkich, któ­rzy z różnych części świata tu zjeżdżali, nie było zatem słuchanie nauk, które już znali, lecz raczej przebywa­nie w obecności Świętego, przyciągającego ku sobie jak niewidoczny a silny magnes tych wszystkich, którym szczęśliwy los i pomoc Opa­trzności wskazały drogę ku Niemu.

Pisałem ten pamiętnik sporadycznie. Usiłowałem po prostu rzu­cać na skrawki papieru w krótkich i szybkich zdaniach notatki, w wielu wypadkach bez tytułu i nawet bez daty. Było to tak, jak gdyby czas przestał istnieć w tym osobliwym zakątku świata. Spisywałem po prostu, bez żadnego planu moje doświadczenia duchowe, na­stroje i stany umysłu, tak jak się dzień po dniu zjawiały, wówczas gdym siedział u stóp Maharashiego.

Z moich dawnych wędrówek „w poszukiwaniu prawdy” przyniosłem ze sobą znaczną ilość balastu myślowego w postaci różnych teorii okultystycznych i okruchów nauk innych mistrzów. Gdy więc teraz próbowałem wyrazić słowami nowe wewnętrzne i transcendentne prze­życia, jakich doznałem w obecności Maharishiego, przyjmowały one - wbrew mojej woli - kształt pewnych gotowych, szablonowych myśli i sądów.

Nie ma słowa w ludzkiej mowie, które by mogło wyrazić to, co nazywamy Prawdą, Duchem lub Bogiem. W świętych pismach wszystkich religii świata znajdziemy jednak ślady przeżyć tych, którzy przed nami wędrowali ścieżką poszukiwań. Znajdujemy tam słowa o takiej mocy i pięknie, że wszystkie próby użycia lepszej formy na wyraże­nie TEGO, co jest bez kształtu, są daremne i niemożliwe. Słowa Wielkich Nauczycieli i Przewodników ludzkości, są strumieniami Mocy i Światła. Nic dziwnego, że każda istota przebywająca w pobliżu jed­nego z nich, włącza się nieświadomie w nurt tych strumieni.

Po medytacji i kontemplacji w obecności Maharishiego, nieraz mimo woli, przypominałem sobie jedno lub drugie z tych krótkich, kla­sycznych zdań, będących rodzajem zasadniczych pewników duchowych. Zdań tych, które stały się mottem mego codziennego pamiętnika, użyję tu jako podtytułów rozdziałów, ponieważ mają one dla mnie o wiele większe znaczenie niż zwykłe daty.


***
Nie usiłowałem opisać tu jednej z „nauk” Maharisziego. Wspom­niałem już, że można je znaleźć w wielu książkach. Zamiarem moim jest notować tu to, czego one jeszcze nie zawierają, mianowicie istotne doświadczenia przeciętnego człowieka, który sam chciał poznać, czym jest obecność Wielkiego Mędrca i czym jest Jego oddziały­wanie. Czytałem tyle opisów uczniów klasyfikujących zręcznie właściwości i nauki swych mistrzów, że mogłem - przynajmniej w teorii – poznać, czego można się spodziewać w obecności Jednego z nich. Wszelkie jednak teorie, wszelka nabyta wiedza rozpadają się w proch w obecności doskonałego człowieka. Stają się one tak zbędne, jak zbędny jest skomplikowany, zachodni ubiór z kołnierzykiem i krawatem w bezlitosnym żarze tej części Indii.

Wśród wielu uczniów Maharishiego rozproszonych po całym świe­cie, Hindusi są na pewno najliczniejsi. Jest to zrozumiałe. Przez tyle lat byli oni bliżej Światła; korzystali z najlepszej sposobności stykania się z Mędrcem i zrozumienia Jego nauk. Wielu spomię­dzy nich posunęło się naprzód w rozwoju. Niektórzy doznali wznio­słych i ważnych przeżyć. Ale ci nasi bracia - indyjscy Jogini, nie lubią mówić o swoich najwyższych wzlotach, a jeszcze mniej o nich pisać. Wolą natomiast opowiadać o drogach, które prowadzą lu­dzi do tych mistycznych przeżyć. Zarówno w Indiach jak i gdzie indziej, jest dużo książek tego rodzaju. Mają oni zapewne swe słuszne powody do zajmowania takiego stanowiska. Przede wszystkim mnie­mają, iż wszystko to, co by sami mogli powiedzieć, zostało już po­wiedziane przez Mistrza i że nikt tego lepiej niż On wypowiedzieć nie zdoła. Poza tym Hindusi żywią bezgraniczne zaufanie do postano­wień Najwyższego. Wierzą święcie, iż to On ponosi pełną odpowiedzialność za swoje stworzenie. Mając taki pogląd nie czują potrzeby pracowania nad postępem i doskonaleniem świata. Inaczej postępuje człowiek Zachodu, który czuje wrodzoną potrzebę dzielenia się z innymi swymi własnymi odkryciami i doświadczeniami, jeśli mniema, że mogą one im dać jakąś korzyść. Dlatego właśnie piszę tę książkę.

Sądzę, że punkty widzenia zarówno Hindusów jak i ludzi Zachód są do pewnego stopnia słuszne. Zadania ich i „misje” są jednak różne.

Rozdział II
Obcowanie z mędrcami, którzy urzeczywistnili Prawdę, niweczy więzy materialne. Gdy więzy te zostały usunięte, wówczas zostaną również zniszczone więzy duchowe. Ci, u których zniszczone zostały więzy myślenia, stają się jednym z TYM, co jest zawsze niezmienne. Osiągają oni wyzwolenie jeszcze za życia. Dlatego szukaj możności obcowania z mędrcami.”

z „Ewangelii Maharishiego”


Inne tłumaczenie tego samego:
Związek z mędrcami, którzy urzeczywistnili Prawdę, przerywa więzy materialne. Po ich zniszczeniu, skłonności mentalne, które są wynikiem minionej karmy i współczesnej ułudy, zostaną usunięte. Pokój, w którym przebywają ci, którzy nie są już niczym związani, jest TYM, co trwa wiecznie niezmienne i nieruchome. Jest to Jivan Mukti, czyli Wyzwolenie tu i teraz. Poszukuj zatem towarzystwa tych wyzwolonych istot.”
Maharishi porzucił ten świat na sześć miesięcy po moim wyjeździe z Indii. Ostatnie prawie Jego słowa brzmiały:
Mówią, że umieram. Lecz ja będą tu nadal, bardziej żywy niż kiedykolwiek. Dokąd zresztą miałbym pójść?”.
Wielu jego uczniów mieszkających o tysiące mil od aśramy, wiedziało o Jego śmierci już tego samego dnia. Gdyby porównać – na podstawie pewnej wiadomości - godzinę tę z czasem, w którym wiadomość ta została w tajemniczy sposób podana, można by powiedzieć, że zastała „wysłana” na kilka godzin przed oddaniem przez Maharishiego ostatniego tchnienia.

Dopiero po tygodniu nadeszły listy z Indii. Żaden prawdziwy uczeń Mistrza nie oddał się ni smutkowi ni rozpaczy. Uczniowie zarówno w aśramie jak i za oceanem odczuwali sercem nadal tę samą atmosferę jaśniejącej fali Pokoju i Światła.


Świat, ze swymi fizycznymi zjawiskami jest dla naszego prawdziwego „JA” tym, czym jest sen dla czuwającego, lub czym jest cień. Czyż troszczy się on o przelotne sny ostatniej nocy lub o cień, który rzuca jego ciało?”
Żadnej z religii świata nie udało się uduchowić ludzkości i uszczęśliwić jej. Lecz każda z nich dała wielu poszczególnym jed­nostkom Wyzwolenie, zwane w zwykłym języku Zbawieniem.”

słowa Maharishiego


Z wypowiedzi sławnego filozofa hinduskiego Śri Aurobindo:

Duchową siłę każdego świętego i mędrca wyczuwają najsilniejsi i najbardziej bezpośrednio jego współcześni. Z upływem lat, to co było objawieniem, staje się martwym dogmatem. Jeśli ludzie ogła­szają świętego świętym i budują mu świątynię, zamykają go w swych ciasnych murach, w których duch jego się dusi i zatraca cechy si­ły ożywiającej i dającej natchnienie. Zwolennicy jego, z pokoleń następujących po sobie, wiodą spór o każde słowo przypisywane mis­trzowi. Walczą o „prawdziwość tekstów”. Czynią wszystko, z wyjąt­kiem tego co jest jedynie ważne, a czego uczył wielki mędrzec, mianowicie aby „stać się do niego podobnym”.


Nie wszystkie jednak ziarna padają na kamienisty grunt. Niektóre dają bogaty plon. W tym leży nadzieja błądzącej ludzkości. Ży­cie takiego człowieka jak Maharishi jest istotnym tej prawdy dowodem. Mędrcy są meteorami, które lotem swym rozświetlają najciemniejsze noce.

Ci, którzy w tym błysku zdołają ujrzeć ścieżkę, będą odtąd wiedzieli, dokąd ona prowadzi.



Rozdział III
Pierwsze spotkanie
Skoro tylko przybyłem do siedziby Maharishiego zwanej „Ramanaśram” i naprzeciw świątyni wyskoczyłem z dwukółki, zostałem natychmiast, pomimo późnej godziny, a w myśl zwyczajów panujących w aśramie, zaprowadzony przed oblicze Maharishiego.

Siedział On w dużym holu, przy jednej z jego ścian, prawdopodo­bnie kończąc jedzenie. Grupa ludzi - wszystko Hindusi - siedziała rzędami na podłodze między słupami holu. Przyprowadzono mnie w po­bliże Maharishiego, na odległość około 3 - 4 metrów od Niego, a mój to­warzysz powiedział Mu kilka słów, z których zrozumiałem jedynie nazwę kraju, z którego pochodzę. Święty uniósł głowę, spojrzał na mnie i uczynił ręką gest zapraszający mnie abym podszedł bliżej. Słodycz i spokój tego tak prostego a pełnego godności gestu chwyciły mnie za serce i od razu wyczułem, że stoję w obliczu wielkiego człowieka. Jego sposób bycia był tak normalny, że przybysz nie od­czuwał ani zdziwienia, ani onieśmielenia, zaś krytyczne nastawienie i ciekawość, rozpraszały się. Nie byłem przeto zdolny poczynić spostrzeżeń czy porównań, chociaż może podświadomie żywiłem ten zamiar, gdy wyobrażałem sobie przed przybyciem do aśramy to pierwsze spotkanie. Obraz mędrca utkwił mi w pamięci już w pierwszej chwili, bez żadnej oceny, podobnie jak obraz rzucony na czułą kliszę. Ponieważ jednak bez słów niczego przekazać nie można, spróbuję opisać jego wygląd.

Maharishi widziany moimi oczami był to szczupły, siwy, bardzo uprzejmy starszy mężczyzna. Barwa Jego skóry przypominała barwę starej kości słoniowej. Ruchy Jego były swobodne, spokojne. Łagodne oblicze wyrażało naturalny stan wewnętrznej koncentracji nie opartej na wysiłku woli. Powinienem raczej powiedzieć, że osiągnął stopień, na którym wszelki wysiłek woli staje się już zbyteczny dla przezwyciężenia jakiejś trudności, lub osiągnięcia danego celu, z tego prostego powodu, że wszystko już zostało osiągnięte.

Było to pierwsze objawienie tego niewidzialnego promieniowania, którego świadkiem byłem co dzień, podczas następnych miesięcy. Właśnie gdy to piszę, dziwię się jakim sposobem nie zapomniałem najmniejszego szczegółu dotyczącego Maharishiego; mogę go wywołać w umyśle, jak obraz na ukrytej światłoczułej kliszy, o której istnieniu nie miałem pojęcia.

Podano mi na liściu banana skromną, indyjską wieczerzę: nieco ryżu, warzyw i owoców. Gdy skończyłem jedzenie, Maharishi już odszedł.

Skoro tylko znalazłem się w małej chatce, którą w obrębie aśramy dla mnie przygotowano, a która składała się z jednej jedynej izby, zapadłem natychmiast w sen, byłem bowiem bardzo znużony całodzienną podróżą.



Rozdział IV
Życie w aśramie Maharishiego
Następny dzień przeznaczyłem na zapoznanie się z rozkładem dnia w aśramie – z godzinami medytacji w obecności Mędrca, posiłków w jadalni itd.

Zmuszony też byłem zabezpieczać przed mrówkami żywność, którą ze sobą przywiozłem. Znalazły one bowiem natychmiast drogę do mego cukru i biszkoptów i gromadziły się dookoła puszek z miodem, mimo iż były one hermetycznie zamknięte. Poza tym musiałem się zaopatrzyć w wodę z pobliskiej studni.

Skromny tryb życia w aśramie ułatwia koncentrację i wnikanie w siebie według nauk Mistrza. Sama atmosfera naładowana myślami tak wielu ludzi poszukujących swego „Ja”, kieruje w głąb i sprzyja wewnętrznym poszukiwaniom. Niewidoczny, jednak silny wpływ świętej góry Arunaczala ma również swój udział w wytwarzaniu tej osobliwej atmosfery; o tym jednak opowiem później.

O godzinie 7 rano głośne uderzenie gongu zwoływało nas na śniadanie. Gdy znalazłem się w jadalni, Maharishi właśnie wchodził do niej po kilku schodkach, które tam prowadziły. Podtrzymywało Go kilku Hindusów, którzy mu stale usługiwali. Tu, w pełnym świetle dnia spostrzegłem po raz pierwszy, że stan jego zdrowia był istotnie niepewny. Chodził z trudem, stawy bowiem i kolana były zaatakowane przez chroniczny reumatyzm. Lewe ramię i łokieć były obandażowane z powodu złośliwego wrzoda (raka), który zaczął się rozwijać około 6 miesięcy temu i mimo dwóch operacji nie zaprzestawał swej pustoszącej działalności, by w końcu, w rok później spowodować śmierć Maharshiego. Czasami chwiała Mu się lekko głowa, co podkreślało jeszcze powagę tego schorzenia; całe Jego ciało niegdyś duże i silne, było teraz pochylone i słabe.

Mahariszi po wejściu na salę zajął miejsce pod ścianą naprzeciw wejścia. Siedział sam. Przed nim leżały na podłodze liście bananowe rozłożone tu dla innych stołowników. Zająłem miejsce po Jego prawej stronie w odległości około 3 metrów od Niego i zachowałem je podczas całego mego pobytu w aśramie.

Mędrzec jedząc posługiwał się palcami, w myśl ogólnie przyjętych w Indiach zwyczajów. Ruchy jego wydawały się automatyczne. Widziałem, że znał On dobrze swe otoczenie i że reagował w zwykły, normalny sposób na wszelkie przejawy zewnętrznego świata, wyczuwałem jednak jako pewnik, że jego istotne „JA” nie ma nic wspólnego z funkcjami i czynnościami Jego widzialnego przedstawiciela. Po pewnym czasie zrozumiałem, że zgodnie z Jego własnymi naukami, ta fizyczna płaszczyzna życia była dla Niego jakby snem. Zrozumiałem również, że nie mógłbym nigdy poznać Rzeczywistości, gdybym nie potrafił sam zrealizować tego stanu w stosunku do świata zewnętrznego.

Uchwycenie tej prawdy jest pierwszym istotnym krokiem do uwolnienia się z więzów myślenia. Podczas naszego życia, umysł rodzi wciąż mnóstwo bezużytecznych myśli. Jeden z europejskich uczniów Mędrca zauważył słusznie:
Nasz umysł tworzy sam sobie swoje problemy, a potem usiłuje je rozwiązać, jednak nigdy nie osiągnie ostatecznego rozwiązania, ponieważ nie istnieje ono w obrębie ograniczonego zakresu jego działania.”
W aśramie podawano trzy wspólne posiłki: śniadanie, czyli obiad około godziny 11.30 przed południem, kolacja o godzinie 7 po południu. O godzinie 3.30 po południu podawano także herbatę dla gości aśramy i dla osób okolicznościowo ją odwiedzających. Można było otrzymać herbatę, kawę lub na specjalne życzenie - jak w moim przypadku mleko. Potrawy bywały dobrze przyrządzone, niektóre jednak jarzyny i pasztety zawierały tak dużo korzeni, że bywały za ostre dla europejskiego podniebienia. Wnet jednak odkryłem, że te ostre dania pasowały do tutejszego tropikalnego klimatu i nabierałem z nielicznymi wyjątkami wszystkie piekące curry (przyprawy korzenne) i sosy, aczkolwiek muszę przyznać, że usługujący nam bramini przestali podawać mi najostrzejsze potrawy, gdy tylko zauważali, co pozostaje na moim liściu bananowym.

Maharishi jadł bardzo mało. Przy końcu obiadu, gdy roznoszono maślankę, robił zwykle okrągły wał z ryżu, pozostawiając w środku nieco miejsca na płyn. Zatrzymywał usługującego bramina jednym gestem, gdy już miał dość. Nie pozostawiał na swoim liściu ani jednego ziarenka ryżu. Było to uważane za obowiązek przez każdego znawcę obyczajów hinduskich, które kierują każdym krokiem jednostki na fizycznej płaszczyźnie życia. Z początku nie mogłem zrozumieć tego pozornego poddawania się zewnętrznym zwyczajom u Wielkiego Mędrca, dla którego cały świat jest złudą umysłu i pięciu zmysłów - jego sług. Później jednak, gdy moje własne myślenie w obecności Maharishiego stawało się coraz spokojniejsze, coraz zdolniejsze do wydawania słusznych sądów i gdy wszystkie horyzonty myślowe stawały się jaśniejsze, wątpliwość ta zniknęła jak wiele innych.

Podczas pierwszych tygodni mego pobytu w aśramie, Maharishi spędzał całe dnie z wyjątkiem godzin snu i jedzenia, pod małym, bambusowym daszkiem w pobliżu biblioteki, naprzeciw jadalni. Siedział na wielkim kamiennym łożu pokrytym matami, wełnianymi kocami i kilku poduszkami.

Skoro tylko spostrzegłem to kamienne łoże, przyszła mi do głowy myśl, która według starego europejskiego obyczaju musi osądzać wszystkie zjawiska, że reumatyzm Maharishiego powstał i rozwinął się na skutek wieloletniego siedzenia na kamieniu. Nie mogłem pojąć, że to, co może być słuszne w zimniejszych krajach, nie musi być takim w Indii. Później bowiem, w czasie moich nocnych wędrówek po górze Arunaczala odkryłem, że duże głazy na których siadywałem, były jeszcze ciepłe nawet kilka godzin po zachodzie słońca i nie ostygały przez całą noc.

Naprzeciw Maharishiego siedzieli na betonowej podłodze Jego uczniowie i odwiedzający; na poranne i wieczorne medytacje przychodzili z jaskiń Arunaczali niektórzy Sadhu, uczniowie Mistrza. Co dzień śpiewano Wedy, a przed kolacją święte hymny, często takie, które Maharishi sam w swojej młodości ułożył. Co dwa tygodnie jeden ze stałych mieszkańców aśramy, uczony bramin, śpiewał bardzo piękny hymn. Jak się dowiedziałem, opiewał on chwałę „Pana świata” Śpiew był pełen melodyjnych dźwięków, a zakończenia słów których oczywiście nie mogłem zrozumieć, utkwiły w mej pamięci, jak tyle innych zjawisk w tym przybytku pokoju.

Odkryłem później, że wśród niepokoju życia światowego, samo wspomnienie tej melodii, jej dźwięk słyszany wewnętrznie, budził bezpośrednio harmonię w mej świadomości. Przypominałem sobie wtedy słowa Maharishiego: „ROZMYŚLAJ NA TEMAT TWEGO RZECZYWISTEGO „JA”!”, i rozumiałem ich konieczność.

Trwało to pewien czas, zanim przyzwyczaiłem się do rytmu życia w aśramie i zanim potrafiłem zbliżyć się wewnętrznie do Maharishiego. Z początku musiałem walczyć z intelektualną nieufnością, ze skłonnością doszukiwania się błędów w życiu ludzi, którzy otaczali Mędrca. Po prostu marnowałem bezcenny czas, walcząc daremnie z wiatrakami mego umysłu. Patrzyłem na Maharishiego z ciasnej twierdzy „ja”, mojej małej osobowości. Zrozumiałem, że nie wolno mi tak czynić, że muszę wyjść z mojego małego „ja” na szerszą drogę i że tylko wówczas zdobędę oświecenie.

Przeszedłem przez próbę dobrze znaną psychologom okultystycznym. Umysł może przemyśleć i zbadać wzniosłe sprawy, może nawet tworzyć dzieła, w których pod inspiracją Mistrza dobrze odzwierciedlają się duchowe idee. Lecz gdy zbliża się prawdziwe, istotne doświadczenie, gdy trzeba przeżyć to, co było tak zręcznie wyrażone, ach, wtedy zjawia się rysa, rozbrzmiewa fałszywa nuta.

Z czasem jednak promieniowanie Mędrca budowało swe niewidzialne dzieło. Zrazu pragnąłem rozmawiać z Nim, lecz płytkość tego, co usiłowałem wypowiedzieć, odbierała mi wszelką odwagę. W końcu intuicja wskazała odpowiednią drogę:
Milczenie jest najpotężniejszą formą nauczania, które mistrz przekazuje uczniowi. Nie ma takich słów, które mogłyby wyrazić najważniejsze rzeczy, najgłębsze prawdy”.

z wypowiedzi Maharishiego


Począłem w napięciu wsłuchiwać się w milczenie, które otaczało Mistrza. Zrozumiałem, jaki wysoki stopień koncentracji, innymi słowy - kontroli ruchu myśli potrzebny jest, aby móc otworzyć wrota ducha na przyjęcie subtelnych wibracji, które Maharishi nieustannie promieniował i które prowadziły ludzi do wysokiego wtajemniczenia. Stopniowo zrozumiałem również, że moje poprzednie ćwiczenia nie należały do najlepszych i że miały okazać się teraz niewystarczające. Stwierdzenie, że wszystkie moje przednie metody trzeba zrewidować i zmienić było dość przygnębiające.

Pojąłem, że suma wiedzy, którą mogę tu znaleźć i przyswoić sobie, zależy od mojej własnej postawy; że sam ponoszę odpowiedzialność za uchwycenie i należyte wykorzystanie tej jedynej, niepowtarzalnej okazji: przebywania u stóp Mistrza. Innymi słowy, że ilość Światła, które przeniknie do mojej istoty, zależy bezpośrednio od rozwarcia bram mojej świadomości.

Niełatwo było w praktyce porzucić wszystkie swoje egocentryczne poglądy, skrystalizowane formy mniemań, porównania i przesądy. Niektóre z tych form wiary uważałem sam za niezachwiane, a teraz musiałem stwierdzić, że nie wytrzymują one ogniowej próby obecności człowieka, który urzeczywistnił Prawdę. Porównania, zwłaszcza z kilkoma mistrzami przeszłości, stały się powodem wielu chwil wewnętrznej walki. Jaka więc - pytałem siebie - jest rola Buddy, Chrystusa i innych wielkich mistrzów, którzy wskazali ludzkości tak cudowne ścieżki prowadzące do osiągnięcia zbawienia? Czyż mamy już nie być wyznawcami Tych, którzy dali nam tak bezsporne znaki swej boskości? Czyż nie powinniśmy iść nadal śladem Ich świętych stóp?

Miałem jeszcze dużo innych wątpliwości i wahań, ale nie sądzę aby było pożyteczne przytaczanie wszystkich tych błędnych mniemań. Odpowiedź na moje wątpliwości przyszła - jak wszystko w tym niezwykłym miejscu - całkiem nieoczekiwanie i prosto. Opowiadano mi, że gdy kiedyś pewne europejskie małżeństwo wyznania rzymsko-katolickiego, siedziało u stóp Maharishiego i prawdopodobnie pod czarem nieporównanej świętości i wzniosłości atmosfery wyrażało swoje uczucia w formie modlitwy tradycyjnie im bliskiej, Mędrzec zauważył po pewnej chwili: „Oni mają innego mistrza. Modlą się do Niego. Ale to wszystko jedno. Istnieje tylko JEDEN”.

Zanim przybyłem do aśramy, czytałem już wiele o Maharishim. Wiedziałem, że widzi On treść wewnętrzną każdego człowieka, który się do Niego zbliża, jakkolwiek nigdy tego nie okazuje i nigdy o tym nie mówi. Nie zdziwił mnie więc ten wypadek. Miałem również doświadczyć na sobie tej niezwykłej siły Mistrza. Było to potrzebne, albowiem bez całkowitego zaufania do mistrza, bez wiary, że Jego świadomość ze świadomością ucznia są tak samo jednym jak z Absolutem, nie jest możliwe urzeczywistnienie samopoznania.

Gdy się przebywa w Jego pobliżu tydzień za tygodniem, pęka i rozpada się skorupa odrębnej indywidualności. Czuję to zawsze, ilekroć jestem u Niego. Najważniejszy punkt zwrotny w moim własnym życiu nastąpił tego dnia, gdy Maharishi, zgodnie z decyzją „władz naczelnych” aśramy (jego brata i sztabu, który zarządzał zewnętrznymi interesami aśramy) przeprowadził się do holu nowo wybudowanej świątyni. Świątynię w stylu czysto hinduskim wzniesiono w miejscu, gdzie w roku 1922 zmarła matka Maharishiego. Krążyła pogłoska, że Maharishi najpierw nie życzył sobie tej przeprowadzki, mówiąc, że czuje się zupełnie dobrze pod małym bambusowym daszkiem. Gdy jednak jego brat, naczelny zarządca aśramy i kilku ludzi ze sztabu rzucili się przed Świętym na ziemię prosząc o przyzwolenie, odpowiedział, że jest obojętne gdzie się przebywa i spełnił ich prośbę.

Duże, w granicie kute łoże, wymoszczone haftowanymi indyjskimi dywanami, czekało na Mędrca w holu świątyni, która miała być ostatnim miejscem Jego ziemskiego pobytu.

Świątynia wybudowana jest z szarego, pięknie obrobionego marmuru, w starym, tradycyjnym hinduskim stylu z szczęśliwie dobranymi dodatkami pewnej nowoczesnej wygody. Ze swymi wysmukłymi kolumnami pośrodku, skromną ilością rzeźb i ornamentów, dużymi oknami i wielka ilością wejść, z nowoczesnymi elektrycznymi wentylatorami i silnymi fosforyzującymi lampami, świątynia robi bardzo miłe wrażenie. Blisko łoża Maharishiego stała półka na książki, mały stolik i zegar, a przed nim naczynie na kadzidło, w którym przez cały dzień żarzyły się laseczki indyjskiego kadzidła, rozsiewające swą miłą woń po całym holu.

Około południa uroczyście wprowadzono Maharishiego do holu świątyni. Nie byłem przy tym obecny, ponieważ wyszedłem natychmiast po rannej medytacji. Gdy powróciłem po południu, musiałem znaleźć dla siebie miejsce w tym nowym budynku i wybrałem je naprzeciw Maharishiego, przy następnej kolumnie, skąd mogłem zawsze spoglądać w Jego oczy.

Hol był podzielony na dwie części. Po prawej stronie siedzieli mężczyźni, po lewej kobiety. Mała ruchoma bariera naprzeciw łoża Mędrca wskazywała wielbicielom i odwiedzającym granicę dozwolonego zbliżania się.

Maharishi siedział jak zwykle ze skrzyżowanymi nogami w pozie medytacyjnej, wsparty o kilka poduszek, z głową lekko pochyloną w stronę ramienia. Można było zauważyć, że poprzednie ceremonie zmęczyły jego słabe fizyczne ciało. Jego słabość trochę mnie zaniepokoiła, o ile w ogóle w Jego obecności można było się niepokoić. Później przyzwyczaiłem się do tego. Stopniowo zacząłem mniejszą wagę przywiązywać do „widzialnej” strony rzeczy i dlatego mniej się o nie troszczyłem i niepokoiłem.

Około godziny 5 po południu zaczynała się recytacja Wed, trwająca 45 minut. Po niej Maharishi przeglądał listy, które nadchodziły ze wszystkich stron świata, rzucał szybkie spojrzenia na gazety, potem sekretarz aśramy - wykształcony Hindus z długą, siwą brodą, z opaską na biodrach i białym płótnem na plecach jako jedynym odzieniem - przynosił stos przygotowanych listów - odpowiedzi na korespondencję z poprzedniego dnia. Maharishi przeglądał je wszystkie starannie i wkładał z powrotem do przygotowanych kopert. Czasem robił kilka uwag, ale zdarzało się to rzadko; takie listy zabierał sekretarz w celu dokonania poprawek w myśl otrzymanych wskazówek.

Wreszcie dobiegały końca wszelkie prace dnia a ich miejsce zajmowały cisza i spokój.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna