W ojczyźnie ma się przeszłość I przyszłość. W obczyźnie tylko teraźniejszość” – literackie rozważania o Polsce. Autor



Pobieranie 155.37 Kb.
Strona1/4
Data08.05.2016
Rozmiar155.37 Kb.
  1   2   3   4
W ojczyźnie ma się przeszłość i przyszłość. W obczyźnie tylko teraźniejszość” – literackie rozważania o Polsce.

Autor:

Dominika Zagórska

Klasa IIb

Ul. Aleje Planu 6-letniego 35/46

85-806 Bydgoszcz

Szkoła:

Liceum Ogólnokształcące nr. V im. Leona Kruczkowskiego



Nauczyciel prowadzący:

Prof. Róża Krutnik

Dziś znów padało.

Ludzie prędko przemierzali ulice, rozpryskując butami tworzące się na chodnikach kałuże. Spieszyli się, spoglądając co parę sekund na zegarki, by z większym zaangażowaniem zacząć przepychać się przez tłum, zaciskając palce na styropianowych kubkach z kawą. Chyba tylko on nie zasłaniał się przed deszczem parasolem czy chociażby, w razie nieposiadania tego pierwszego, teczką – nie uważał, by trochę wody mogło mu specjalnie zaszkodzić. Lubił niepogodę,, chłodne kropelki koiły, piekącą po goleniu, skórę twarzy, na którą nie zdążył nanieść żadnego balsamu. Kolejny raz zaspał, a świadczyć o tym mogły choćby ciemne obwódki pod oczami, ukazujące jak mało regeneracyjnego snu zaznał. Wymiętą koszulę skrywała dopasowana, czarna marynarka, krawata nie mógł znaleźć w stercie ciuchów, które już dawno powinien był ułożyć do odpowiednich szafek.

Powinien…

Skrzywił się, gdy czyjś łokieć wbił mu się pod żebra, spychając go niemal w witrynę sklepową. Subtelność nie należała do charakterystycznych cech pracowników korporacji, zwłaszcza o tak wczesnej porze, gdy większość z nich nie była jeszcze do końca rozbudzona. Doprawdy, poranek w tym mieście mógł skończyć się poważnym ubytkiem na zdrowiu, jeśli nie potrafiło się stawić czoła grupie zmierzających do metra Amerykanów. Tym razem jednak, zbyt zmęczony, by nawet narzekać, pozwolił zepchnąć się wraz z innymi do tunelu, przecierając wycieńczone brakiem odpoczynku oczy. Optyk od jakiegoś czasu groził mu okularami, jednak mężczyzna nie mógł brać sobie do serca zaleceń – jego pracą było ciągłe wpatrywanie się w kolejne cyferki, wyświetlające się na ekranie monitora.


Dwadzieścia minut w podziemnych liniach zleciało mu szybko, co pewnie miało coś wspólnego z przyśnięciem na stojąco, bo ledwie pozwolił sobie na leniwe przymknięcie powiek, a już głos z głośnika budził go, powtarzając mechanicznie nazwę przystanku, na którym powinien wysiąść. Wzdychając ciężko, wyszedł na zewnątrz, z niezadowoleniem zdając sobie sprawę, że deszcz przestał padać, a zza chmur co jakiś czas nieśmiało ukazywało się słońce, obdarowując kwitnące drzewa i kwiaty ciepłymi, wiosennymi promieniami. Przygładził rozwichrzoną, czarną czuprynę – źródło ciągłych walk z użyciem nożyczek lub żelu – zatrzymując się przez przejściem dla pieszych i przyglądając samochodom. Jakże przykro było mu patrzeć na auta, gdy sam musiał korzystać z komunikacji miejskiej po tym, jak jego rzęch, jak raczyli nazywać go znajomi, odmówił posłuszeństwa i zrobił sobie urlop u mechanika. Z tego co usłyszał- do wymiany było parę rzeczy, których nazwy nie potrafił nawet zapamiętać, więc zaufał tym, którzy się na tym znali, i zostawił swój cenny samochód pod ich bacznym okiem. To właśnie z tego powodu musiał wcześniej wychodzić z domu, przystanek metra znajdował się parę przecznic od firmy, gdzie pracował, więc przymusowo urządzał sobie długie spacery, zahaczając o piekarnię i kiosk, a w drodze powrotnej o sklep spożywczy. Niemal przywykł do biletów, choć wciąż niechętnie pokonywał te olbrzymie, wyłącznie w jego mniemaniu, odległości, po których czuł wielką chęć, by wygodnie usiąść w fotelu. Był okropnym leniem, co skutkowało nie najlepszą kondycją, a także szukaniem znanych wszystkim „dróg na skróty”. Szkoda tylko, że w przypadku jego niezawodnej orientacji w terenie zazwyczaj po paru godzinach okazywało się, że trafił z powrotem na miejsce startu.

Wyszedł z piekarni, ściskając w dłoni papierową torebkę z jakimiś bułkami, które miał zamiar pochłonąć w czasie przerwy, zwłaszcza że śniadania także nie zdążył zjeść, a ciężko było ślęczeć nad dokumentami o pustym żołądku.



Gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt ,

Już dziś wyruszaj ze mną tam ,

Zobaczysz jak, przywita pięknie nas

Warszawski dzień.

Zatrzymał się, zdziwiony głosem, jaki wyłapały uszy spośród hałasu samochodów i rozmów. Rozejrzał się, by jego spojrzenie ostatecznie zatrzymało się na czyimś oknie na pierwszym piętrze budynku, pod którym znajdowała się kwiaciarnia. To właśnie stamtąd dochodziła do niego muzyka Niemena, poznał od samego początku, choć nie miał okazji słyszeć jej blisko siedem lat. Utkwił w tym oknie wzrok, przesuwając się nieco na bok chodnika, póki nie doszły go ostatnie nuty i uśmiechnął się delikatnie, rozmyślając nad wspomnieniami, jakie przywołał ten głos, dziwnie bliski mu w tej chwili, gdy przebywał tak daleko od rodzinnego domu. Zabawne, jak rzadko myślał o własnym mieście, nie miał na to czasu, zajęty korporacją i całym tym wyścigiem szczurów, który popychał go do robienia rzeczy, jakich zwykle by nie zrobił. Takie były prawa w tym biznesie, dostosował się już dawno i, jak sądził, stało się mu obojętne to, do czego musi się posunąć, by wspiąć się wyżej na szczeblach drabiny. Z otępienia wyrwał go klakson jakiegoś wściekłego taksówkarza, który bluzgał na smukłą blondynkę, przebiegającą na czerwonym świetle przez pasy. Zignorowawszy to, zerknął przelotnie na zegarek i jęknął zaraz, zrywając się do biegu.

Nie trzeba mówić, jak trudno było mu złapać oddech, gdy wpadł przez szklane drzwi i w ostatniej chwili wsunął się do zamykającej się już windy, gdzie powitało go rozbawione spojrzenie koleżanki zza sąsiedniego biurka, niskiej i szalenie zadziornej Ellie.

- Spóźniłeś się, Brzozowski? – zapytała zaczepnie, jak zwykle wymawiając jego nazwisko w typowy dla obcokrajowców sposób. „Brozozowski”, mówili, zbywając go machnięciem ręki, gdy starał się ich poprawić. Już współczuł wszystkim Polakom o nazwisku Brzęczyszczykiewicz, musieli mieć za granicą ciężkie życie. Pokiwał przecząco głową, nie chcąc wdawać się w szczegóły i oparł się plecami o ściankę windy, czekając, aż otworzą się przed nim wrota do królestwa pracy i monotonii.

Przeszło godzinę spędził, wstukując bezmyślnie tekst do komputera, nim zdał sobie sprawę, że nuci pod nosem piosenkę zasłyszaną rano. Nie chciała opuścić jego umysłu, zaczepiła się uparcie jego myśli i nie pozwalała o sobie zapomnieć, wraz z melodią wywlekając na wierzch skrawki obrazów dotyczących jego dzieciństwa. Wtedy jeszcze mieszkał w kraju, w którym się urodził, w mieście, które znał jak własną kieszeń i uważał za największe na świecie. Jakież to było dziecinnie naiwne, gdy sądził, że Bydgoszcz jest centrum całego wszechświata, nie miał wtedy jednak pojęcia o innych, znacznie większych miastach, w jednym z nich przyszło mu nawet teraz żyć, z czego nie był zadowolony.

Nie był?


Sam postanowił, że kupi tutaj mieszkanie, nikt nie zmuszał go do wyjazdu, więc nie rozumiał czemu ta wiedza, że rano musi wstać i pójść do pracy, wywoływała w nim taki niesmak. Osiągnął dość dużo, miał szanse na kolejny awans, a jednak czuł, że to wszystko nie wypełnia pustki, jaką w sobie nosił.

- Za bardzo się nad tym roztrząsasz. – fuknął sam do siebie, kręcąc głową, jakby z nadzieją, że dzięki temu opuszczą ją wszystkie myśli. Nie przyniosło to pożądanych rezultatów, ale zwróciło uwagę jednego z pracowników, bo po chwili mężczyzna poczuł na swoim ramieniu masywną dłoń i usłyszał zduszony śmiech.

- Wybacz, że przeszkadzam ci w tej, jak widzę, bardzo ważnej rozmowie. – oznajmił wysoki blondyn, uśmiechając się, jak to miał w zwyczaju, całą twarzą, co było najzabawniejszą rzeczą, jaką Adam kiedykolwiek widział. Rzadko zdarzało się, by ktoś promieniował szczęściem z taką siłą rażenia jak Sean, normalni ludzie nie okazywali tego aż tak bardzo, wiedząc, że nie jest to zbyt przychylnie odbierane. Nic tak nie irytowało jak widok szczęśliwego człowieka, od razu miało się ochotę w jakiś sposób zburzyć ten doskonały humor, taką też chęć odczuł Adam, czego nie dał po sobie poznać, odwzajemniając uśmiech.

- Lepiej mów o co ci chodzi, o’Conner, bo inaczej poczujesz prawdziwie europejski gniew na własnej skórze. – odparł, wertując kartki i składając je w równe stosiki, które następnie umieszczał w plastikowych pojemnikach. To nie była może jakoś wyczerpująca fizycznie praca, ale po paru godzinach widział przed oczami kolorowe plamki, które nijak nie chciały zniknąć, nawet gdy przymykał powieki. W dodatku widok, rozciągający się za oknem, wcale nie pozwalał na odrobinę wytchnienia, wolałby widzieć za szybą jakiś park niż kolejne wieżowce, po których kręciła się masa równie zapracowanych jak on ludzi.

- Czy mi zawsze musi o coś chodzić? Martwię się o ciebie, tak źle wyglądasz! – nie uwierzyłby w te słowa, nawet gdyby Sean oszczędził przy tym dramatycznych gestów i teatralnego chwycenia się za pierś, na tyle jednak delikatnie, by nie pognieść swojego garnituru. Przewrócił oczami, by zaraz potem rozmasować skronie i spojrzeć na kolegę kątem oka.

- Myślałeś kiedyś, żeby stąd wyjechać? – wypalił, jeszcze nim zdołał się zastanowić, czy w ogóle jest sens o to pytać. Pokręcił szybko głową, wysuwając na powrót klawiaturę i mamrocząc pod nosem coś w stylu „Zapomnij”. Blondyn jednak nie miał zamiaru zapominać i przysunął sobie krzesło, rozsiadając się wygodnie i biorąc do ręki długopis, którym zaczął pstrykać, jakby na złość wszystkim pracującym. Należał do tego typu ludzi, którym niebywałą radość sprawiało irytowanie innych, okazywał jednak później tak wielką, choć jedynie pozorną, skruchę, że nikt nie potrafił długo chować do niego urazy.

- Stąd? Masz na myśli miasto?

- Kraj. – sprecyzował cicho Adam, uderzając palcami w klawisze na klawiaturze. Wykrzywił twarz w grymasie oburzenia, gdy usłyszał głośne siorbanie zza ścianki i, jak się okazało, nie tylko on zwrócił na to uwagę, bo Sean podniósł się i opuścił miejsce jego pracy, odwiedzając zapewne uciążliwego sąsiada.

- Nie chcesz tego pić, wierz mi. – usłyszał tylko czarnowłosy i po chwili śmiechem skomentował widok powracającego mężczyzny, ściskającego w dłoni kubek w niebieskie misie, którego zawartość wylał do najbliższego śmietnika. Zaraz po tym rozległ się stukot obcasów i mała, przysadzista kobiecina znalazła się tuż obok wyższego od niej o jakieś dwie głowy blondyna, z głośnym prychnięciem odebrała mu kubek, by odwrócić się na pięcie i zapewne wrócić do siebie.

- Wracając do rozmowy, nie. – odparł Sean, wzruszając ramionami, jakby sytuacja sprzed chwili zupełnie się nie zdarzyła. Ponownie przysiadł na niewygodnym krześle i oparł się o ściankę, poprawiając krawat. – Nie chciałbym wyjechać nigdy z Ameryki. To piękny kraj, gdzie mieszka społeczeństwo złożone z wielu kultur, mających swoje tradycje i obyczaje. Nie mam powodu, by gdziekolwiek się wybierać, tu skupia się wszystko co najlepsze.

Na koniec uśmiechnął się jeszcze przekonująco, zupełnie tak jak w czasie obrad, gdy kończył omawiać statystyki i skrzyżował dłonie, przyjmując pozę inteligenta.

- Czemu o to pytasz? – zadał jeszcze pytanie, wbijając w Adama spojrzenie świdrujących, ciemnych oczu i dając tym samym jasno do zrozumienia, że nie oczekuje jednozdaniowej odpowiedzi, ale najlepiej całego wywodu, uwzględniającego przyczyny, powiązania z jakimiś zdarzeniami z dzieciństwa i krótkiego streszczenia całego życia, z naciskiem na pierwszy dzień w przedszkolu i studniówkę. Zawsze chciał wiedzieć o wszystkim, tłumacząc się przy tym, że nie jest w stanie pomóc, o ile nie zna całej sytuacji. Prawda zapewne była taka, że po prostu bawiło go wysłuchiwanie cudzych problemów, ale Adam nie chciał mu tego wytykać - naprawdę uważał go za dobrego kumpla. Chyba tylko dlatego dokładnie streścił mu zdarzenie z poranka, nucąc nawet pod koniec kawałek utworu Niemena, jaki zasłyszał, i stwierdził, że piosenka nie chce się od niego odczepić.

- Wydaje mi się… a raczej pewien jestem, że to po prostu zwykła nostalgia cię chwyciła. – ocenił rzeczowo blondyn, wciąż obracając w palcach długopis, który ostatecznie wylądował w jego kieszeni. Brzozowski przetrawił w myślach tę diagnozę, ale ostatecznie bez słowa wrócił do pracy, nie wiedząc, jak zareagować na taką informację. Czy naprawdę tęsknił za krajem? Faktycznie, od dawna nie miał żadnego kontaktu ze starymi znajomymi, nie rozmawiał z nikim po polsku od lat, zadowalając się krótką pogadanką przed lustrem, dla sprawdzenia, czy wciąż w ogóle pamięta, jak się używa ojczystego języka.

Uciekł stamtąd. Przed siedmioma laty wsiadł do samolotu, by już nie widzieć własnej ojczyzny, w której, jak sam sądził, nie mógł niczego osiągnąć. Wyleciał za pieniędzmi i możliwościami, jak to czyniło wielu w jego wieku. Po zadomowieniu się w całkiem nowej rzeczywistości nie żałował nawet przez chwilę, że opuścił ten biedny, lichy kraik, w którym nie mógł się rozwijać. Teraz nie był już taki pewny, czy to był dobry wybór. Osiągnął wszystko, co chciał, miał to, o czym dawniej marzył. Duże mieszkanie, dobrą pracę, było go nawet stać na kupienie całkiem nowego, wyposażonego w różne gadżety samochodu, ale przywiązanie do starego auta było tak silne, że nie potrafił zebrać się, by zostawić go na pewne złomowanie. Jaki zatem miał teraz cel, budząc się o świcie i parząc kawę w automacie? Jaki był powód, dla którego wstawał z łóżka, potykając się o rzucone na podłogę spodnie?

Wychodząc wcześniej niż zwykle, bo zaledwie późnym popołudniem, wciąż zaprzątał sobie głowę tymi myślami, nie zwracając uwagi na pożegnania i przyjazne uśmiechy, jakie kierowano w jego stronę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby mieli na niego haka, wykorzystaliby go od razu, byleby przejąć wysokie stanowisko i pensję, bez względu na to, czy łączyły ich jakieś więzi. Na to nie było tu miejsca, mogło się zgrywać sympatycznego i miłego, ale doświadczenie pozwoliło mu łatwo rozgryzać tych, którzy tylko czyhali na jego potknięcie. Wesoło odmówił propozycji podrzucenia go do domu, choć Sean, siedząc w swoim sportowym jaguarze, wyraźnie był zawiedziony, nie mogąc ponownie wychwalić pod niebiosa pozytywnych stron posiadania dobrze działającego auta. Już parę razy, niby to przypadkiem, zabrał go do salonu samochodowego, ale Adam był uparty.
Skierował się teraz drogą inną niż zwykle, skręcając ku uliczce pełnej barów i restauracji z najróżniejszymi kuchniami. Można było znaleźć tu sushi, typowe potrawy tureckie, prawdziwie włoską pizzę i, co najważniejsze – miał nadzieję znaleźć bar z bigosem i pyzami. Kręcił się parę minut, nim odkrył pożądany szyld i menu, na którym widniała informacja o podawanych tu doskonałych polskich daniach. Wszedł do środka, niemal pochłaniając wzrokiem cały wystrój i… zawiódł się wielce, widząc, że wszystko wygląda zupełnie tak jak w barach szybkiej obsługi. Nie było tu tego klimatu, którego oczekiwał, usiadł jednak przy jednym ze stolików, wierząc, że jedzenie przywróci mu wiarę w to miejsce. Nie czekał zbyt długo, co kazało mu przypuszczać, że pierogi były odgrzewane, zaś wszystko przyniosła mu ładna Azjatka. Trudząc się piekielnie, po chwili życzyła mu łamanym angielskim smacznego. Podziękował jej, chwytając za widelec i przez moment wisiał z nim nad jedną z klusek, która wydawała się być tak zmarnowana, że aż szkoda było mu ją ruszać. Zmusił się jednak i wbił go w rozmiękłe ciasto, aby wsunąć do ust.

Z pewnością nie tego się spodziewał.

Miał ochotę zjeść pierogi, to zaś, co mu podano, nie zasługiwało na to miano, co zaakcentował, odsuwając od siebie talerz i zmuszając się do przełknięcia zawartości ust. Przebiegł go straszny dreszcz, popił więc wszystko herbatą, by pustą szklankę odstawić na stół. Zaraz potem wygrzebał z kieszeni parę banknotów, wstał i czym prędzej opuścił restaurację. Nie miał nawet ochoty szukać innej, tak złe odczucie wywołała w nim ta jedna, biedna kluska. Pamiętał jeszcze, że gdy był dzieckiem i jadał u babci pierogi, miały dużo bardziej wyrazisty smak, którego, mimo upływu lat, nie był w stanie zapomnieć. Zresztą, wszystko, co robiła jego babcia, było znacznie smaczniejsze, nieważne, czy chodziło o żurek, czy o zwykłe sadzone jajka.

Przeszedł przez ulicę, rozglądając się uważnie na boki i ruszył deptakiem przed siebie, bowiem postanowił dzisiejszego dnia urządzić sobie mały spacer. Nie odczuwał zbyt dotkliwie głodu, chłód także nie dawał się we znaki, tak jak parę dni temu, co tylko pokazywało, że zima ustępuje coraz bardziej wiośnie, która przechodząc przez miasto powodowała rozkwitanie drzew i kwiatów. Już wkrótce wszystko miało kwitnąć i się rodzić, wywołując u niektórych ludzi wspaniałą depresję. A przynajmniej u niego , bo ilekroć na dobre rozkręcał się nowy rok, z którym nadchodziły zawsze jakieś zmiany, ogarniało go uczucie niepokoju, a pozbywał się tego stanu niemal do samego lata. Mogło być tak i tym razem, co tłumaczyłoby jego nagły sentyment do Niemena i dziwną tęsknotę za Polską.

Była więc nadzieja, że w najbliższym czasie wszystko wróci do normy.

Już po powrocie do domu zagonił myśli w odpowiedniejszą, według niego, stronę, siadając przed telewizorem i skacząc po kanałach z wiadomościami, dopóki nie trafił na jeden ze swoich ulubionych horrorów. Co prawda, mógł już nawet podkładać głos za aktorów, tak dobrze znał ich role, ale i tak z przyjemnością śledził poczynania bohaterów na ekranie, nie szczędząc sobie wybuchów śmiechów, gdy ci wpadali w kolejne pułapki. Filmy tego typu nie przerażały go, odkąd stracił całą dziecięcą wyobraźnię, zastępując ją zimnymi kalkulacjami i zdrowym rozsądkiem. Wiedział, że wszystko jest fikcją, nie było więc powodów, dla których miałby bać się stworzonego w komputerze potwora, nie mógł też nawet udawać, że poruszy go widok hektolitrów sztucznej krwi, wypełniającej niemal cały pierwszy plan. Kicz, tylko takie słowo przychodziło mu w tej chwili na myśl.

Kolejne dni upływały w błogim spokoju i schematyczności, pozbawione nagłych ataków wspomnień, czy refleksji na temat obecnej sytuacji życiowej. Dzięki temu nabrał pewności, że odczuwał tylko pozorną tęsknotę, wynikającą zapewne z jego niedospania. Każdego ranka pokonywał tę samą trasę, mijając kwiaciarnię z oknem, z którego jednak nie popłynęła ku niemu ponownie znana melodia. Oszukiwał sam siebie, mówiąc, że nie chciałby ponownie usłyszeć Czesława, śpiewającego o swojej Warszawie, pięknej stolicy, w której Adam był zaledwie raz i to jako mały chłopiec.

- Adam, masz dzisiaj czas? To bardzo, bardzo, bardzo ważne! – zaczepiła go przy automacie z batonikami Mary, opierając dłonie o kolana, by zaczerpnąć oddechu. Widocznie od jakiegoś czasu za nim biegła, ale spieszył się, więc mógł nie usłyszeć jej wołania. Wyprostowała się, odgarniając złociste loki z twarzy i wygładzając przylegającą do ciała czarną spódnicę. Wrzucił parę monet do maszyny i nacisnął guzik, nachylił się, gdy batonik spadł na dół.

- Co się dzieje? – zapytał spokojnie, nie wysilając się nawet na udawane zainteresowanie. Już po samym, wielokrotnym zresztą powtórzeniu słowa „bardzo” odkrył, że ma do czynienia z jakąś drobnostką, rozerwał więc opakowanie czekoladki, czekając aż Mary uspokoi się na tyle ,by zebrać myśli w logiczną wypowiedź.. Jeżeli chodziło o dramatyczność, to biła na głowę Seana, więc z całą pewnością tytuł Drama Queen nie był specjalnie przesadzony. W dodatku, jej niezdrowy entuzjazm mógł się jeszcze komuś udzielić, a to było na tyle niebezpieczne, że zdegradowano ją do roli głównej asystentki dyrektora marketingu, gdzie mogła spokojnie puszczać wodze fantazji. Zresztą wybujała wyobraźnia pomagała jej też w tworzeniu coraz to bardziej absurdalnych usprawiedliwień spóźnień do pracy.

- Wybieram się dziś na pchli targ, ale Caroline nie może iść ze mną, bo jej synek ma jakiś tam konkurs, a ja bardzo nie chcę iść sama, więc pomyślałam, że mógłbyś pójść ze mną. Wspominałeś kiedyś, że lubisz kupować jakieś stare rzeczy. Będzie fajnie! – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu, patrząc na niego w sposób tak błagalny, że wyglądała jak cocker spaniel. Podrapał się po głowie, zastanawiając się przez chwilę, kto był na tyle podły, by zdradzić go, że dziś kończył wcześniej i faktycznie nie miał co robić, ale westchnął w końcu i wzruszył niby to nonszalancko ramionami, wyrzucając papierek do śmietnika.

- No dobra, mogę iść. – stwierdził, już sekundę później żałując podjętej decyzji, gdy kobieta, w akcie euforii, rzuciła mu się na szyję, piszcząc tak głośno, że zwróciła uwagę paru osób. Wszystko byłoby fajnie i miło, ale Mary od dwóch lat miała narzeczonego i nie chciał sobie wyobrażać, co by było, gdyby ten napakowany mężczyzna uznał, że czarnowłosy podrywa jego dziewczynę. Wizja szpitala była chyba jedną z najlżejszych. Chrząknął, speszony, a Mary odsunęła się do tyłu, rumieniąc i przepraszając go za ten wybuch radości. Oznajmiła też, że zaczeka na niego na parkingu i pojadą jej samochodem, bo słyszała, że rzęch – nawet ona użyła tej potwornej obelgi, dotyczącej jego samochodu! – jest w warsztacie. Nie pozostawało mu więc nic, jak usiąść znów za biurkiem i wrócić do pracy, chociaż nie zdążył nawet wypełnić dwóch linijek w programie, gdy obok niego pojawił się Sean, jak zwykle robiący wszystko, by wymigać się od roboty.

- Chyba wybrałeś sobie zły obiekt westchnień, Romeo, więc przystopuj. – rzucił zamiast powitania, co oznaczało, że był świadkiem niedawnej sytuacji lub usłyszał od kogoś innego, co było bardziej realne, bo plotki tutaj roznosiły się z prędkością ponadświetlną. Pozwolił sobie na przewrócenie oczami, nim przeniósł spojrzenie na blondyna, poprawiającego w odbiciu szyby doskonale ułożone loczki.

- Ona tylko poprosiła, żebym poszedł z nią na pchli targ. – obronił się Adam, co jednak nie udało mu się w takim stopniu ,w jakim powinno, bo Sean natychmiast wyciągnął przeciwko niemu najlepszy argument, jaki miał.

- Przecież ty nie lubisz takich rzeczy.

I tutaj go miał. Faktycznie, Brzozowski raczej nie przepadał za włóczeniem się po straganach, gdzie wyłożone były same bezwartościowe przedmioty, niemające nawet najmniejszej wartości, bowiem dlatego właśnie się je sprzedawało. Raz popełnił błąd, kupując zestaw garnków – jak się okazało - dość nieszczelnych, bowiem woda przeciekała dnem, co mimo wszystko nieznacznie utrudniało korzystanie z nich na co dzień. Pokiwał głową na boki, burcząc pod nosem jakieś niejasne wyjaśnienie powodu, dla którego się zgodził, na co blondyn zaśmiał się tylko szyderczo, wytykając go palcem.

- Cokolwiek powiesz, może być użyte przeciwko tobie. – stwierdził wesoło, by zaraz potem zacząć obracać się na krześle wokół własnej osi. Nic więcej nie powiedział, bo chwilę później zaglądnęła do nich Ellie, kiwając głową na powitanie Brzozowskiemu.

- o’Conner, wracaj do pracy, nikt ci nie płaci za przeszkadzanie innym. – zagrzmiała złowrogo nieznoszącym sprzeciwu głosem, mrużąc jasne oczy. Sean podniósł się, wpychając dłonie do kieszeni spodni i wyszedł zaraz za kobietą, a choć Adam nie skupił się za bardzo na ich słowach, to wydawało mu się, że się o coś spierają. W zasadzie lubił niektórych, z pracujących tutaj, ludzi. Choć nie wszyscy zyskali jego sympatię, to jednak mała grupka, wyróżniająca się nieprzeciętnymi cechami, zasłużyła na jego uznanie, które można było wyczuć już w zwykłym powitaniu. Do tego grona zaliczał się Sean, wykształcony, a jednak na tyle beztroski, że nie było po nim widać tej całej wiedzy, jaką mieściła jego głowa. Z kolei nie bardzo przepadał za Ellie, „małym kapownikiem”, który latał do szefa ze skargą z każdym najdrobniejszym przewinieniem. Niczym dziecko, nie potrafiła samemu rozwiązywać problemów, obarczając nimi innych – nie było więc szans, by mógł się z nią kiedykolwiek zaprzyjaźnić, bo nie przepadał za niesamodzielnością.

Wychodząc na parking, opatulił się szczelniej szalikiem, psiocząc pod nosem na paskudny, mroźny wiatr, który zmusił go do ponownego ubrania płaszcza. Od razu dostrzegł machającą do niego Mary i zbliżył się do niej szybko. Wsiadł do jej srebrnego volkswagena passata, następnego szpanerskiego auta, niemającego za grosz duszy jak ten jego. Rozsiadając się wygodnie, włączyła ogrzewanie i ruszyła zaraz do tyłu, nim zdążył zapiąć pasy, z tego powodu omal nie uderzył głową w deskę rozdzielczą. W ostatniej zresztą chwili zasłonił czoło dłońmi, kobieta zahamowała i zaraz zwróciła się do niego, nie kryjąc paniki:

  1   2   3   4


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna