Władysław Dowbor



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona3/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Czas walki

W Paryżu zbierała się grupa studentów i profesorów brazylijskich. Finansowałem swoje studia, pracując w nocnych pociągach międzynarodowych, toteż korzystając z przejazdów przez Paryż uczęszczałem na te zebrania. W wyborze walki zbrojnej nie było nic zagadkowego - wisiał w powietrzu, bo wszyscy dobrze znali wietnamski ruch oporu, rewolucję kubańską, partyzantkę w Angoli, Mozambiku, Gwinei Bissau... To była po prostu jedna z możliwych opcji. Ze względu na młody wiek i niedostatek kultury politycznej nie uważałem się za człowieka zdolnego do decydowania o wielkich sprawach, więc gdy do kraju wezwały mnie dużo bardziej doświadczone osoby, z którymi wcześniej obcowałem w Paryżu, spakowałem walizki i wyjechałem do Brazylii.

W dwa miesiące później zostałem aresztowany. Byłem terrorystą i komunistą. Odkryłem, że policja polityczna szukała mnie od zamachu stanu - uczyłem się rosyjskiego w instytucie Brazylia-ZSRR w Recife, co stanowiło wystarczający dowód mojej działalności wywrotowej. Listy osób, które uczyły się tego języka, publikowano w gazetach, aby udowodnić, że Brazylii groził najazd wrogich sił. Nie wystarczyło wyjaśnienie, że mam zamiłowanie do języków obcych i że w tym samym czasie uczyłem się angielskiego w Instytucie Roosevelta, a także włoskiego w Kole Włoskim. Kiedy powieszono mnie na „papuzim drążku”4, zaaplikowano elektrowstrząsy i zwichnięto żebro, dałem za wygraną. Wymyśliłem, że na wiadukcie Santa Efigênia odbierałem ze skrytki w murku rozkazy terrorystyczne. Rzuciłem się przez balustradę, ale sznur, którym miałem związane ręce, zaczepił się o nią i zawisłem w powietrzu. Znów były elektrowstrząsy.

Na trzecim piętrze budynku, w którym mieścił się wówczas Stanowy Wydział Dochodzeń Kryminalnych (DEIC), przewijały się postaci iście folklorystyczne. W mojej celi pewien młody człowiek, który wsadził dwie kule w głowę właściciela samochodu, nie mógł zrozumieć, dlaczego osoba, której przykłada się do głowy trzydziestkę ósemkę, może nie okazać posłuszeństwa. Był oburzony. W sąsiedniej celi siedziała młoda dziewczyna. Od czasu do czasu zjawiał się u niej policjant, kazał się jej opierać o kratę, obmacywał ją i wykorzystywał seksualnie. Niektórzy usprawiedliwiali go – mówili, że to kurwa. Ten policjant należał do sił porządkowych, które w ciągu trzech minut od mojego aresztowania podzieliły się moim zegarkiem, pieniędzmi i butami.

Przedstawiono mnie całej ekipie dyżurnej. Jeden z policjantów wyjaśnił mi, że gdy zatrzymają bandytę i gdy pozna go cała ekipa, puszczają go wolno, z zaleceniem, aby w zawsze miał przy sobie pieniądze na wypadek, gdyby natknął się na któregoś z jej członków. Jeśli nie będzie miał pieniędzy, wróci do DEIC, gdzie będą czekały go elektrowstrząsy i przez całą noc będzie wisiał na „papuzim drążku”. Bandyta zaczyna więc dla nich pracować, z amatora staje się zawodowcem i uzyskuje zgodny z nową funkcją tytuł: staje się osobnikiem poskromionym. Od tego czasu system ten z pewnością się zmodernizował. To część cudu gospodarczego.

Po tygodniu byłem wolny. Działo się to przed wydaniem Aktu Instytucjonalnego nr 55 i inne organy nie wiedziały o moim aresztowaniu, a komisarz dostał od moich towarzyszy solidną łapówkę. Tym razem była to już walka na całego. Tortury uzasadniały walkę zbrojną; z kolei policjanci i wojskowi uzasadniali tortury tym, że walczymy z bronią w ręku. Gdy dochodzi do ostrej polaryzacji, winna jest zawsze druga strona. Odkryłem ogrom machiny, na którą składali się m.in. policjanci, adwokaci, dziennikarze, księgowi - to oni zapewniają funkcjonowanie systemu korupcji i przemocy możnych. Są to szczury piwniczne każdego systemu ucisku.

Walka była dramatycznie nierówna. Rzecz nie w tym, że z naszej strony działały małe grupy studentów. W tym czasie siedziało w więzieniach ponad dziesięć tysięcy osób, a dziesięć tysięcy osób gotowych ryzykować życie, aby coś zmienić, to ogromna siła. Ludność chowa się widząc, że sytuacja jest niebezpieczna. To naturalne. Któż nie przeżywa tej nieustającej sprzeczności między chęcią zapewnienia sobie wygodnego życia a szokiem wywołanym widokiem biednego dziecka na ulicy? Oba te uczucia są uprawnione. Nie chodzi o to, aby wybierać, lecz o to, aby zorganizować takie społeczeństwo, w którym jest dla wszystkich miejsce.

W następnych latach broniliśmy się jeszcze bardziej energicznie, bo w obliczu represji musieliśmy zdobywać środki do walki, ratować ludzi, którym podczas przesłuchań groziła śmierć, zapewnić ochronę siatkom solidarności. Cała machina medialna była oczywiście w rękach aparatu represji i wielkich grup gospodarczych, które go popierały. Później media usprawiedliwiły swoje ówczesne postępowanie cenzurą, której rzekomo podlegały. Dziś, po trzydziestu latach, warto zapoznać się z wyznaniem Mino Carty, jednego z niewielu, którzy powiedzieli w tej sprawie prawdę: „Wielka prasa to hańba dla Brazylii. Broniła zamachu stanu w 1964 r. i «zamachu w zamachu», który miał miejsce w 1968 r. [chodzi o Akt Instytucjonalny nr 5]. Z wyjątkiem Estadão wielka prasa nigdy nie była cenzurowana. Ani Folha, ani O Globo, ani Jornal do Brasil. Estadão ocenzurowano po prostu dlatego, że wśród uczestników zamachu wystąpiły rozbieżności, a nie dlatego, że był przeciwny zamachowi. (...) Główną cechą tej elity brazylijskiej jest poczucie wyższości i tchórzostwo, nie mówiąc już o ignorancji i pysze.”

Tym, co zdecydowało ostatecznie o układzie sił, była zdolność reżimu do stworzenia nowej klasy średniej, która miała dostęp do uniwersytetów, własnych mieszkań i dopiero co stworzonego rynku kapitałowego. Był rok 1969 - rok cudu gospodarczego. Od zamachu stanu do wzniecenia walki zbrojnej upłynęły cztery lata i oburzenie przeobraziło się w słabo zorganizowaną akcję ludową. W ciągu czterech lat koncentracja bogactwa zapewniła systemowi nową logikę i przez pewien czas spowodowała spory wzrost gospodarczy, który radykalnie zredukował bazę polityczną ruchu. Reszta to był długi i bohaterski opór. Zostałem przywódcą, ale nie było to moją zasługą, bo w miarę jak jedni towarzysze padali, inni musieli ich zastępować.

Nigdy nie uważałem, że ta walka była niepotrzebna. W kilka lat później, już na wygnaniu, odnalazła mnie grupa młodych Brazylijczyków, którzy powiedzieli mi, jak wielkie znaczenie miało dla nich w tych „ołowianych latach” to, że byli tacy, którzy się nie ugięli, lecz walczyli i umierali. Pewien dziennikarz zapytał mnie kiedyś, czy wyrażam skruchę, „bo się nie udało” - nie zdobyliśmy władzy. Uważam, że nie chodzi o cele, o walkę o władzę, lecz o sprawę, która każe się przeciwstawiać. Frantz Fanon dobrze scharakteryzował tego, kogo nazwał „człowiekiem zbuntowanym”. Dla niego są rzeczy, których po prostu się nie akceptuje. To kwestia godności, a nie rezultatów.

Uwięziono mnie po raz drugi i wymieniono na ambasadora zachodnioniemieckiego, którego uprowadzili partyzanci, i tak oto pewnego dnia o świcie w czerwcu 1970 r. wylądowałem z grupą czterdziestu więźniów politycznych, którzy w ten sam co ja sposób wyszli na wolność, na lotnisku Dar El Bejda w Algierze. Przyleciałem tak, jak wyszedłem z więzienia - bez butów, bez dokumentów, z oparzeniami od elektrowstrząsów, które sfilmowało wiele ekip telewizyjnych z całego świata. Tego samego dnia do Algieru przyleciał z wizytą oficjalną król Arabii Saudyjskiej Fajsal. W miejscowym dzienniku El Moudjahid ukazały się dwa nagłówki - jeden o przyjeździe czterdziestu byłych więźniów brazylijskich, drugi o przyjeździe króla. Lud, jak to lud, podsumował sprawę krótko: przylecieli Ali Baba i czterdziestu rozbójników.

W Algierze ludność, mając za sobą długie lata walki z okupantem francuskim, przyjęła nas z ogromną, żywiołową serdecznością. Taksówkarze wozili nas za darmo. Algierskie rodziny przyjmowały nas w prywatnych domach. Tylko nieliczne kogoś nie straciły lub nie miały wśród swoich bliskich kogoś, kto był torturowany. To tu zrodziła się technika łącząca „papuzi drążek” z elektrowstrząsami. Ci ludzie całkowicie się z nami utożsamiali. Okoliczności mają decydujący wpływ na kształtowanie się takich, a nie innych wartości. Tam nikomu nie przychodziło do głowy nazywać nas terrorystami czy błądzącymi studentami. Przedstawiciele ruchu wyzwolenia Angoli wyjaśniali nam swoje formy walki, Wietkong sugerował nam strategię, ruch palestyński informował o swoich dramatach, Czarne Pantery ze Stanów Zjednoczonych chciały dowiedzieć się czegoś o ruchu czarnych w Brazylii, działacz Afrykańskiego Kongresu Narodowego Johnny Makatini dyskutował z nami o sposobach odbicia Mandeli z więzienia. W sytuacji, gdy trzy czwarte bogactwa światowego znajdowało się w rękach grupy krajów bogatych, a pośród dramatycznych bojów narody ubogie usiłowały zerwać okowy kolonializmu i niedorozwoju, walka nie była ekstremizmem, lecz kwestią przyzwoitości. Wola zmiany wydawała się powszechna.

Potrzeba zmiany była też dość oczywista. Co robiła Portugalia, najbiedniejszy kraj Europy, na innych kontynentach, na których starała się utrzymać kontrolę nad dziesięć razy większymi od siebie krajami? Co robili Amerykanie w Wietnamie? Jak organizacje międzynarodowe i bogate kraje mogły z czystym sumieniem popierać najkrwawsze dyktatury, które zaliczały do reżimów „zaprzyjaźnionych”? Jak u schyłku XX wieku można usprawiedliwiać handel bronią i nazywać biznesem rozbudowę środków zniszczenia ludzkości? Jak można było przedstawiać system jednopartyjny na Kubie jako dyktaturę, a system jednopartyjny w Meksyku jako demokrację, nie mówiąc już o dziesiątkach innych dyktatur popieranych przez kraje bogate? Jakim prawem przedsiębiorstwa wielonarodowe finansowały zamachy stanu? Istniało oczywiście cudowne usprawiedliwienie tego wszystkiego - niebezpieczeństwo komunistyczne.

Było dla mnie jasne, że jedno barbarzyństwo nie może usprawiedliwiać innego – już sam, tak często wysuwany w krajach komunistycznych, argument, że cel uświęca środki, był barbarzyński. W Brazylii biskup Geraldo Proença Sigaud usprawiedliwiał tortury, mówiąc, że „zeznań nie wydziera się z pomocą słodyczy”. Dyktatura narzuciła swoją konstytucję nie konsultując się ze społeczeństwem, a pewien prawnik skwitował sprawę, stwierdzając, że „rewolucja stwarza swoją własną praworządność”. CIA finansowała swoje operacje, handlując kokainą i heroiną i tłumaczyła, że musi mieć tajne fundusze. Prawda jest taka, że są środki, które wynaturzają cele.

Teraz, na wygnaniu w Algierii, w centrum naszych dylematów była z jednej strony jasna, wywołująca nasze oburzenie świadomość przerażającej logiki tego, co się dzieje na świecie, a z drugiej poczucie, że tylko w ograniczonym stopniu jesteśmy w stanie go zmienić. Rozumieliśmy zarazem, że mnóstwo osób walczących o postęp społeczny, do których my się zaliczaliśmy, wnosi decydujący wkład w ten postęp. Mimo chwilowych porażek tacy ludzie, jak Martin Luther King, Carlos Marighella, Patrice Lumumba, Salvador Allende, Amilcar Cabral czy Mahatma Gandhi, nie zginęli na próżno – takim jak oni zawdzięczamy zniesienie niewolnictwa, prawa dla czarnych w Stanach Zjednoczonych, koniec kolonializmu, równouprawnienie kobiet, organizację pracowników. Tym, co zamykało się przed nami, nie były walka i przyświecające jej cele, lecz wiodąca - jak mniemaliśmy - do postępu społecznego droga na skróty w rodzaju fast tracks, która pozwoliłaby nam osiągnąć cele polityczne bez budowy odpowiednich fundamentów w sferze kultury społecznej i politycznej.

Zaczynał się rok 1972. Na zgromadzeniu w Santiago de Chile, na którym dokonaliśmy bilansu, zaproponowałem rozwiązać organizację, abyśmy do walki z dyktaturą mogli wnieść inny, a zarazem szerszy wkład. Moją propozycję odrzucono, choć między jej zwolennikami i przeciwnikami istniała równowaga sił. Było dla mnie jasne, że podczas głosowania wielu z nas kierowało się bardziej emocjami niż rozumem, a przede wszystkim poczuciem winy, że oto jesteśmy bezpieczni za granicą, kiedy inni umierają w Brazylii. Nie potępiam takiej postawy, ponieważ nikt nie kieruje się samym tylko rozumem. Dla ukształtowania moich poglądów było jednak ważne zrozumienie tego, że grupa polityczna - później okazało się, że podobnie jest z grupami religijnymi, a nawet naukowymi - może stworzyć rodzaj rzeczywistości wirtualnej i mówić o świecie w swoim własnym języku.

Walka trwała. Paulina, która przyjechała do mnie do Algierii, została wysłana do Recife, aby ratować zagrożonych towarzyszy. Zginęła razem z nimi. Włączyła się do walki, gdy ja już się z niej wycofywałem; oddaliliśmy się od siebie - nie ze względów uczuciowych, lecz z powodu szaleństwa i napięcia tamtego czasu.
Polska
Byłem Polakiem, ale nie urodziłem się w Polsce ani jej nie znałem. Kraj ten bardzo mnie pociągał - tym bardziej, że zawsze uważałem, iż należy pogodzić się z przeszłością i poznać swoje korzenie. Po latach podziemia i wykorzenienia społecznego odczuwałem przemożną potrzebę normalności, przyjrzenia się rzeczywistości z pozycji zwykłego obywatela. Była też we mnie ogromna ciekawość organizacji politycznej i gospodarczej realnie istniejącego socjalizmu.

Jeśli chodzi o normalność, to stopniowo odbudowałem swój świat. Znów byłem z matką, którą odnalazłem w Polsce jako żwawą i jak zawsze skłonną do kontestacji staruszkę. Uważała histerię konsumpcyjną w krajach bogatych za zjawisko patologiczne i twierdziła, że optymalny jest komunizm, bo strzeże Polskę przed postępem gospodarczym. Władze, słysząc to, uśmiechały się zakłopotane. Odnalazłem też swojego brata Mariusza, który przyjechał do Polski na studia na politechnice, ożenił się z Polką i w końcu tu osiadł.

Wziąłem ślub z Fatimą, córką Paula i Elzy Freire, którzy też byli uchodźcami. Z powodu ich kolejnych wygnań moja żona była tak jak ja zagubioną w przestrzeni istotą, ale posiadała niezwykłą zdolność chodzenia po ziemi. Znalazłem w niej swoją kotwicę.

Fátima należała do poprzedniego pokolenia emigrantów. Paulo Freire, który odważył się uczyć swoich ziomków z Północnego Wschodu czytać i pisać, co stanowiło wówczas wystarczający dowód silnych skłonności komunistycznych, trafił do więzienia, a następnie musiał wyemigrować. Dla Fatimy wyjazd z Brazylii w 1964 r. oznaczał porzucenie w wieku lat piętnastu grona przyjaciół, dalszej rodziny, przelotnych miłostek (określenie typowe dla człowieka żonatego), szkoły. W Chile Paulo Freire pomógł opracować programy nauczania dorosłych i natychmiast zaproszono go do Harvardu na wykłady. Następnie - ciągle jako uchodźca nie mający nawet brazylijskiego paszportu - wyjechał do Genewy, gdzie pracował w Światowej Radzie Kościołów. Udzielał też wielu rządom pomocy w tworzeniu programów walki z analfabetyzmem. Fátima towarzyszyła mu, podobnie jak reszta rodziny. W każdym kraju trzeba było odbudować przyjaźnie, życie towarzyskie i wiele już razy zniszczone życie uczuciowe. To niełatwe.

Ludzie zagubieni się rozpoznają. My rozpoznaliśmy się żywiołowo i natychmiast postanowiliśmy być razem.

Władze polskie dały mi paszport - pod warunkiem, że nie wykorzystam go w celach wywrotowych. Przyznały mi też stypendium, do którego dorabiałem, ucząc języków w rozmaitych instytutach. Kalejdoskop znów się kręcił - ponownie studiowałem, starając się zrozumieć procesy społeczne i odbudować swój światopogląd. W Lozannie studiowałem ekonomię neoklasyczną. Teraz, studiując myśl ekonomiczną Oskara Langego, Kaleckiego i innych, patrzyłem inaczej na świat. Mówiłem po polsku, toteż nie było mi trudno.

Odbyłem wyższy kurs planowania narodowego, na który uczęszczali Polacy, Afrykańczycy i studenci z innych stron świata i dyskutowali o systemach organizacji gospodarczej. Wiele mówiło się tam o szczególnych warunkach rozwoju przy nieograniczonej podaży siły roboczej, o wyborze technologii wiodących lub alternatywnych, o doświadczeniach Polski, Indii czy krajów arabskich. Podstawę teoretyczną stanowiły prace Kaleckiego. Ponieważ studiowałem już ekonomię neoklasyczną, duże wrażenie zrobiło na mnie to, że obie wizje są bardziej komplementarne aniżeli wzajemnie sprzeczne. Czymś innym jest bowiem regulacja koniunktury i krótkofalowego rozwoju dojrzałej gospodarki w krajach rozwiniętych, a czymś innym - kształtowanie opcji długofalowych w gospodarce, która dopiero się tworzy.

Czytałem ponownie klasyków - okazało się, że Adam Smith jest o wiele bardziej postępowy niż wynikałoby to z karykatury, jaką czyni z niego liberalizm, podobnie jak Marks jest o wiele ostrożniejszy w formułowaniu alternatyw niż wynikałoby to z tego, co głosił komunizm. Nie chodziło o to, że „w praktyce teoria nie działa”. Planista Paweł Sulmicki mawiał: „Nie ma nic bardziej praktycznego od dobrej teorii”. Moje ponowne lektury wynikały z niejasnego poczucia, że same podstawy teoretyczne są dość śliskie. Poszukiwaliśmy nowych sformułowań - wbrew establishmentowi akademickiemu, starającemu się stanowczo ograniczyć wszystko, co mogłoby wstrząsnąć naszymi paradygmatami. Przypominało to czasy panowania władców chrześcijańskich - wolno było wówczas głosić, co się chciało, ale pod warunkiem, że były to idee arystotelesowskie. Tego rodzaju trudność występuje do dziś - jeśli ktoś nie zgadza się z autorytetami, które początkowo zapewniały wiarygodność ideologiczną, wygląda to na zdradę. Zarówno na lewicy, jak i na prawicy rezultatem jest niestrudzona repetycja coraz bardziej surrealistycznych sloganów, podczas gdy rzeczywistość wymaga nowego podejścia.

Zdumiało mnie bogactwo zbiorów bibliotecznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Znalazłem tam wszystkie prace Celso Furtado, Caio Prado Júniora, Roberto Simonsena i wiele dawnych dzieł - np. prace Antonila. W wiele lat później na Papieskim Uniwersytecie Katolickim w São Paulo spotkałem Orlando Valverde i powiedziałem mu, jaką przyjemność sprawiła mi możliwość czytania jego dzieł w Warszawie. Poruszony zwrócił się do swojej żony: „Słuchaj, oni czytają tam książki brazylijskie. Kiedy takie otwarcie nastąpi na naszych uniwersytetach?”

Postanowiłem zająć się systematycznie historią gospodarczą Brazylii, poznać fakty. Efektem tego była moja praca doktorska, Formowanie się kapitalizmu zależnego w Brazylii. Ma ona zasadniczo metodologiczny charakter – porządkuje badane i analizowane przez klasyków fakty, ale odniesienie teoretyczne znajduje w teoriach Samira Amina, Christiana Palloix, Andre Gunder Franka i koncepcjach autorów latynoamerykańskich związanych z teorią zależności. Praca ta ukazała się później w Polsce, Francji, Portugalii i Brazylii. Krótko mówiąc, zrozumiałem, że należy unikać wielkich uproszczeń, które czynią z Brazylii albo biedną i bierną ofiarę imperializmu, albo samodzielnego giganta. Złożona interakcja gospodarki krajów słabo rozwiniętych z gospodarką krajów panującymi to centralny problem teoretyczny. Dziś, w obliczu procesów globalizacji, których doświadczamy, problematyka podporządkowanego położenia w systemie światowym ponownie staje się niezwykle aktualna.

Wyglądało na to, że pewne kłopoty nigdy się nie skończą. Ambasada Brazylii nie chciała wydać Fatimie paszportu, bez którego nie mogła ona wyjechać z Polski choćby po to, aby odwiedzić rodzinę w Genewie. Jednocześnie ambasada ta informowała rząd polski, że Fátima nie jest uchodźcą i że dostanie paszport, ale załatwienie sprawy musi potrwać i należy zachować cierpliwość. Gdy minęło dwa i pół roku, a Fátima ciągle nie miała paszportu, rząd polski przekonał się, że w praktyce jest ona uchodźcą politycznym, a ponieważ byliśmy małżeństwem i urodził nam się w Warszawie syn Aleksander, przyznano jej obywatelstwo polskie. Znów byliśmy obywatelami. Ja zaś jako doktor ekonomii nie byłem już wywrotowcem, lecz osobą o postępowych poglądach.

Trzy spędzone w Polsce lata były niesłychanie bogate - zarówno ze względu na studia teoretyczne, które odbyłem w tym kraju, i badania nad historią gospodarczą Brazylii, które mogłem przeprowadzić, jak ze względu na możliwość praktycznego poznania ogromnych zatorów biurokratycznych, jakie cechowały istniejącą tu wersję socjalizmu. Zarazem jednak odkryłem w Polsce mnóstwo niesłychanie interesujących rozwiązań. Kółka rolnicze, które w bardzo zdecentralizowanych i elastycznych formach zapewniały drobnym rolnikom kredyty, pomoc techniczną, pierwotną komercjalizację, możliwość korzystania z magazynów i wynajmu maszyn, okazały się funkcjonalne, ponieważ zarządzali nimi sami chłopi, i niezwykle sprzyjały wzrostowi produktywności, co zadawało kłam wszelkim odmianom teorii stawiających na ekonomię (czy efekt) skali – na korzyści osiągane przez zwiększenie skali produkcji. Natomiast etatyzacja rolnictwa miała katastrofalne skutki.

Gdy urodził się nam syn, odwiedziła nas pielęgniarka, aby w pierwszych dniach pomóc niedoświadczonym rodzicom - ileż to przyszłych wydatków na leczenie można zaoszczędzić dzięki takiemu prostemu rozwiązaniu! Na każdym osiedlu istniały przychodnie zajmujące się profilaktyką i oddzielone od przychodni dla chorych. Pozwalało to wykrywać zawczasu najrozmaitsze problemy zdrowotne i unikać zakażeń. Celem zapobieżenia nadmiernej urbanizacji upowszechniało się instalowanie ośrodków kulturalnych i naukowych w miastach prowincjonalnych, co nazywano „deruralizacją wsi” - zmniejszył się dzięki temu exodus do wielkich miast i ulegało zrównoważeniu przestrzenne zagospodarowanie kraju. Stało się dla mnie jasne, że istnieją niezliczone, funkcjonalne rozwiązania alternatywne zarówno wobec scentralizowanego biurokratyzmu, jak i wobec dzikiego liberalizmu. Chodziło jednak o to, aby pomyśleć o warunkach instytucjonalnych, które byłyby w stanie wykorzystać takie rozwiązania. Stwierdziłem też, że technokratyczna władza administratorów przedsiębiorstw państwowych może być równie rozległa, jak władza technokratyczna w przedsiębiorstwach prywatnych - własność środków produkcji nie musi już być sprawą zasadniczą.

Równie ważne było dla mnie śledzenie debaty o zmianie podziału administracyjnego kraju, która to zmiana pozwoliła w 1973 r. na połączenie licznych gmin w większe jednostki. Ta pozornie drugorzędna, czysto administracyjna reforma, decentralizując życie polityczne, zmieniła radykalnie układy sił. Podczas gdy poprzednio maleńkie gminy musiały zabiegać w odpowiednim ministerstwie o zakup karetki pogotowia czy zatrudnienie policjanta, teraz, dużo większe, zaczynały lokalnie rozwiązywać swoje problemy. Tak oto zamiast dotychczasowego - rozbitego na poszczególne branże i zbiurokratyzowanego - trybu podejmowania decyzji, powstawała możliwość podejmowania ich z większym udziałem zainteresowanych obywateli - i to w scalony, o wiele elastyczniejszy i efektywniejszy sposób. Władza uległa radykalnemu spłaszczeniu, co później stworzyło rozległą przestrzeń dla ruchu na rzecz demokratyzacji.

W sferze teoretycznej zrozumiałem ważną rzecz: Marks obstawał przy uspołecznieniu środków produkcji jako sposobie przeobrażenia stosunków politycznych, które miałoby pozwolić na budowę społeczeństwa bezklasowego. Chodziło o przeobrażenie stosunków produkcji (bazy), która pozwoliłaby na przeobrażenia polityczne (w nadbudowie), sprzyjające tworzeniu społeczeństwa demokratycznego. W takim społeczeństwie byłoby mniej ucisku państwowego, ponieważ państwo nie zapewniałoby panowania jednej klasy nad inną. Społeczeństwa tzw. realnego socjalizmu ze Związkiem Radzieckim na czele dokonały przeobrażeń gospodarczych, ale nie przeprowadziły odpowiednich przeobrażeń politycznych. Sowiety (po rosyjsku rady) istniały tylko na papierze. Uspołecznienie gospodarki bez uspołecznienia polityki nie ma sensu. Byłby to kapitalizm państwowy, który pozostawiałby przywileje, zmieniając jedynie sposoby dostępu do nich.

W każdym razie zaczynałem sobie uświadamiać, że problemu nie należy stawiać w kategoriach alternatyw komunizm/kapitalizm, prywatyzacja/upaństwowienie, państwo minimalne/państwo maksymalne, lecz szukać takich powiązań, które pozwoliłyby zapewnić zarówno dynamizm gospodarczy, jak i postęp społeczny. W rzeczywistości żaden ustrój nie odpowiadał na to prozaiczne, a jednocześnie ogromne wyzwanie - w pełni aktualne i dziś, na początku nowego tysiąclecia.


Kurs na Południe
W 1975 r., gdy w Portugalii upadła dyktatura faszystowska, szukano tam kadr, które zreformowałyby nauczanie rozpaczliwie zacofanej ekonomii. Przyjąłem zaproszenie uniwersytetu w Coimbrze. Poza ekonomią rozwoju miałem nauczać finansów publicznych na wydziale prawa. Ostatnim kierownikiem tej katedry był niejaki Francisco Salazar. Zająłem jego miejsce i starałem się wypełniać swoje obowiązki najlepiej jak potrafiłem. Na wydziale prawa panował nadal niesamowity formalizm. Asystentowi, którego mi przydzielono, pokazałem kilka książek i zasugerowałem, aby je przeczytał, a następnie porozmawiamy. „Porozmawiamy, panie doktorze? Przyjdę pana przesłuchać.” Dzielny kandydat na doktora patrzył na mnie tak zadowolony z tego, co powiedział, jakby zniósł jajko. Niezwykłe są drogi, jakimi może chodzić nasza potrzeba dowartościowania. Przypomniałem sobie sympatyczną radę mojego ojca: „Nigdy nie trać poczucia śmieszności - umiej śmiać się z samego siebie”.

Mieszkamy na planecie, na której niszczy się podstawowe zasoby, z błahych powodów corocznie umiera dziesięć milionów dzieci, trzy miliardy ludzi żyją za niecałe dwa dolary dziennie, toczy się około pięćdziesięciu wojen, a osoba wykształcona, która miała przywilej ukończenia dobrych studiów i zaszła wysoko, uważa, że najważniejsze to pysznić się jak paw swoim własnym znaczeniem.

Nie rzucam pierwszy kamieniem. Wszyscy jesteśmy podatni na przypływy pychy. Mamy jednak obowiązek zachowywać świadomość i poczucie rzeczywistości. To niełatwe, gdy każda reklama telewizyjna, każdy afisz uliczny, każde przesłanie, którymi jesteśmy codziennie bombardowani, oferuje nam obrazy sukcesu, wyższości, pychy męskiej lub damskiej. Po latach pewien student, którego zapytałem o opinię w jakiejś sprawie, odpowiedział mi pompatycznie: „My w ESSO uważamy, że...”. Smutne to zapożyczenie władzy - tym smutniejsze, im bardziej dowartościowuje kogoś, kto nie ma jej wiele i nie pozwala, aby wartość człowieka wynikała po prostu z tego, że jest istotą ludzką. Wrócimy do tej sprawy, bo mowa jest o epidemii, która szerzy się na kuli ziemskiej w miarę, jak coraz bardziej dominujące i wszechobecne stają się środki masowego przekazu.

Miałem dwóch wielkich przyjaciół - byli kolejno ministrami gospodarki nowego reżimu: Mario Murteirę i Francisco Pereirę de Moura. W toku szerokich dyskusji o podjętym wówczas procesie etatyzacji i poszukiwań alternatyw w dziedzinie zarządzania nabrałem przekonania, że minął czas prostych rozwiązań. Stwierdziliśmy to pod koniec rządu Allende w Chile: co daje uspołecznienie własności przedsiębiorstw, gdy tak czy inaczej muszą one działać zgodnie z logiką zależności międzynarodowej? Przedsiębiorstwo upaństwowione w Chile musiało utrzymać umowy zaopatrzeniowe ze Stanami Zjednoczonymi, rynki w Azji itd. Przedsiębiorstwo nie jest niezależną jednostką, lecz ogniwem systemu. Kto zaś jest w systemie, ten musi podlegać jego regułom. Z kolei reguły są bardzo ścisłe, jak mogły się o tym przekonać liczne rządy postępowe, które skończyły na prowadzeniu polityki konserwatywnej.

W ciągu nieco ponad roku losy Portugalii zostały przesądzone. Główna opcja polegała na wejściu do Unii Europejskiej (wówczas Wspólnego Rynku) i ta opcja miała zdeterminować wszystko pozostałe. Ubogi krewny nie będzie oczywiście dyktował reguł. Portugalczycy skakali z radości: będziemy mieli domy typu maison z oknami typu fenêtre. Wybrano Mario Soaresa, na tyle wiarygodnego dla lewicy, że mógł realizować program centroprawicowy. Później na lewicy go krytykowano, ale o sprawach zasadniczych decydowały stosunki zewnętrzne, toteż ktoś inny poszedłby prawdopodobnie tą samą drogą. Już wówczas było jasne, że to, jakie miejsce dany kraj zajmuje w gospodarce globalnej, ma większe znaczenie niż to, jaka jest jego opcja wewnętrzna. Wachlarz takich opcji, pozwalających danemu krajowi wybrać „swoją” drogę, stawał się coraz węższy.

W Algierii wszyscy byliśmy uchodźcami, partyzantami z różnych części świata. Po upadku kolonializmu portugalskiego dawni przyjaciele z Algierii stali się ministrami, ambasadorami. Zaprzyjaźnioną i politycznie godną zaufania osobę z doktoratem uzyskanym w wyższej szkole planowania i statystyki witano w nowych krajach niepodległych z otwartymi ramionami. Złożyłem w Luandzie wizytę ministrowi planowania Angoli, ale w końcu przyjąłem zaproszenie Vasco Cabrala do Gwinei Bissau. Zapytałem go, ile będę zarabiał, bo jako uchodźca byłem goły jak święty turecki. Powiedział, że więcej od niego, co znaczyło, że bardzo mało. Spędziłem w Afryce cztery lata, odkrywając inne kultury, inne wartości, nieznane mi dotychczas bogactwo stosunków międzyludzkich.

W Luandzie zrobiły na mnie wrażenie bardzo wyraźne ograniczenia rządu scentralizowanego. Wszyscy najbardziej liczące się w rządzie ludzie spędzali czas na nieustannej bieganinie, starając się rozwiązać niezliczone problemy, i na niemal permanentnych zebraniach. Tyle że na zebraniach z samymi sobą. Większość ludności dryfowała, czekając, że ktoś coś zrobi. Ponieważ nie wezwano jej do udziału w zarządzaniu, nie czuła się za nic odpowiedzialna. Zaiste, robi wrażenie widok rządu, który niewątpliwie ma dobre intencje, ale z powodu braku zdecentralizowanych struktur administracji publicznej kręci się w kółko i popada w coraz większą izolację.

Nie chodzi o to, aby kogoś obwiniać za taki stan rzeczy. Dekolonizacja zbiegała się z nasileniem zimnej wojny. Na Zachodzie dążenia niepodległościowe uznano za uzasadnione, ale jakakolwiek próba przeprowadzenia reform społecznych spotykała się natychmiast z oskarżeniem o komunizm. Tak oto afrykańskie ruchy wyzwoleńcze dochodziły do władzy nie mając możliwości dokonania reform, które legitymizowałyby je w oczach ludności. Jeśli chciały zaspokoić ogromne aspiracje społeczne w dziedzinie edukacji, ochrony zdrowia, zatrudnienia, redystrybucji dochodu, musiały zmobilizować ludność, rozbudować machinę państwową, zidentyfikować i ograniczyć ciągle obecne interesy kolonialne, a w takich działaniach Zachód zawsze upatrywał rękę Moskwy. Tych, którzy występowali z politycznymi propozycjami efektywnej, połączonej z przeobrażeniami społecznymi dekolonizacji, systematycznie mordowano. Jakby mało było ogromnej nędzy odziedziczonej po kolonializmie, Angola i Mozambik musiały stawić czoło wojnom i sabotażom, które Zachód narzucił im za pośrednictwem Południowej Afryki. Tak zaprzepaszczono olbrzymią okazję przystąpienia do reform społecznych - a można było ich dokonać dzięki mobilizującym wysiłkom, którym sprzyjało uzyskanie niepodległości. Afryka, która niewiele miała wspólnego z zimną wojną, stała się jej pierwszą ofiarą.

Gwinea Bissau obrała kurs umiarkowany. Zostałem technicznym koordynatorem ministerstwa planowania. Vasco Cabral, wówczas minister planowania, a później wiceprezydent, udzielał mi wszelkiego możliwego poparcia, z którym nie wiedziałem, co zrobić. Nagle musiałem odrzucić wszystkie makroekonomiczne modele matematyczne, których nauczyłem się w ciągu wielu lat, i szukać takich propozycji, które można by zrealizować. Gdy Bank Światowy wystąpił z propozycjami w sferze polityki oświatowej, zaleciłem ich odrzucenie, ponieważ lepiej byłoby skoncentrować inwestycje na rozwoju infrastruktury i zachować większa swobodę na polu oświaty. Minister powiedział, że to nie stanowi dla niego problemu, ale muszę opracować przekonujące uzasadnienie, bo to znaczy, że zbudujemy mniej szkół. Z ideologią w jednej ręce i modelami technicznymi w drugiej okazałem się słabo przygotowany do zajmowania się realnie istniejącą gospodarką. Zarządzanie gospodarką tylko częściowo jest zajęciem ekonomicznym.

Były to cztery pasjonujące lata; każda trafna decyzja przynosiła olbrzymią radość, gdy widziało się, jak coś konkretnego zaczyna działać. Koordynowałem prace techniczne nad pierwszym narodowym planem rozwoju, ucząc się krzyżowania systemów kredytowych z polityką regionalną, wiązania ze sobą polityk branżowych, liczenia się z oporami politycznymi, interesami i próżnością osobistą - z wieloma elementami, bez których nie da się zrealizować żadna, choćby jak najlepiej uzasadniona od strony technicznej, propozycja. Gospodarka to krew społeczeństwa i wszystko ma na nią wpływ. Nie ma matematyki, która może zastąpić zdrowy rozsądek, rozległe horyzonty kulturalne, zdolność pojmowania i słuchania i nieustannego uczenia się.

Mówiłem wieloma językami, miałem solidny doktorat, dobre stosunki polityczne, co prawda jedynie na lewicy, i nie stroniłem od bardzo biednych regionów. Abdulrahim Farah, zastępca sekretarza generalnego ONZ, któremu pomagałem przygotować sprawozdania dla Kurta Waldheima, zaproponował mi, abym na miejsce angielskiego ekonomisty Jamesa Iletta, który odchodził na emeryturę, objął w Nowym Jorku stanowisko ekonomisty w gabinecie sekretarza generalnego. Vasco poprosił jednak, aby został - i zostałem. Prawdopodobnie stałbym się dobrym biurokratą na wysokim szczeblu, ale na pewno zabiłoby to we mnie upodobanie do mojej pracy. Zawarliśmy kompromis - Vasco zrobił mnie kierownikiem programu planowania ONZ w Bissau. Robiłem to samo, co poprzednio, tyle że za pensję międzynarodową. Gdy odwiedziłem Abdulrahima Faraha w Nowym Jorku, w siedzibie Narodów Zjednoczonych, przedstawił mnie swoim przyjaciołom: oto osoba, która odmówiła pracy z nami, ponieważ ma zobowiązania w Bissau. Uśmiechając się z respektem, dali mi do zrozumienia, że uważają mnie za dziwaka.

Pensja też była dziwna. Moje funkcje pozostały takie same, miałem też te same, co poprzednio dyplomy, a tymczasem wzrosła ona dziesięciokrotnie. Przedtem płacono mi jako technikowi krajowemu, a teraz jako ekspertowi międzynarodowemu. Nazywa się to rynkiem pracy. W rzeczywistości są to różne i zasadniczo odgrodzone od siebie podsystemy płacowe, oparte na mocnych schematach korporacyjnych. Okazało się, że rynek pracy to fikcja. Jaka logika rynku sprawia, że w Brazylii profesor zarabia tyle, ile zarabia?

Po czterech latach straciłem w dużej mierze wątrobę z powodu żółtaczki i słuch z powodu zażywania chlorochiny, którą brałem walcząc, z atakami malarii, oraz kilku przyjaciół - tych z powodu zamachu stanu. Uznałem, że dałem z siebie, co mogłem i przyjąłem inne stanowisko w Nowym Jorku - zostałem doradcą do spraw specjalnych problemów politycznych; w rzeczywistości chodziło o kraje krytycznie ubogie. Był rok 1980 i właśnie władzę w USA objął Reagan, który stałym przedstawicielem tego państwa w ONZ mianował Jane Kirkpatrick, fanatyczkę z książkową erudycją i o niskiej kulturze. Wylądowałem na lotnisku im. Johna Kennedy’ego z paszportem ONZ, wizą amerykańską i formalnym zaproszeniem Kurta Waldheima. Nie pozwolono mi wjechać. Spędziłem trzy dni w mało znanym i zastrzeżonym, ale ogromnym holu na lotnisku, do którego trafiają nieokreślone przypadki. Nie pozwolono mi zadzwonić do ONZ ani wsiąść do samolotu odlatującego do Portugalii, skąd przyleciałem. Okazało się, że ówczesny ambasador Brazylii w ONZ, dziś odpowiadający przed sądem za przemyt dolarów, przekazał Jane Kirkpatrick opasłą teczkę na mój temat, twierdząc ni mniej, ni więcej, tylko że jestem mordercą i że moje dyplomy są sfałszowane. O tym, co zawierały zmontowane przez wywiad brazylijski i wręczone jej akta, lepiej nie mówić.

Po trzech dniach pozwolono mi na odlot do Europy. Przy wyjściu mogłem zobaczyć się z Fatimą, która w związku z moim nowym stanowiskiem przeniosła się już do Nowego Jorku i dopiero co urodziła naszego drugiego syna, André. Zamieniliśmy kilka słów i w asyście dwóch strażników przekazałem jej w reklamówce tę część sprawozdania Kurta Waldheima na Zgromadzenie Ogólne, którą przypadło mi opracować i którą ona przekazała następnego dnia zastępcy sekretarza generalnego. W parę dni później, gdy byłem już w Europie, Kanadyjczyk i zastępca sekretarza generalnego Gordon Goundrey tłumaczył mi przez telefon: zupełnie nie rozumiemy, co się dzieje, Kirkpatrick grozi wszystkim, mówi, że obetną fundusze, że Narody Zjednoczone to jaskinia wywrotowców. Bardzo nam przykro...

Poszedłem za radą Paula Freire, który sugerował, że czas wrócić do Brazylii. Fátima przyleciała z Nowego Jorku, a ja z Europy i zamieszkaliśmy w São Paulo, w apartamencie Paula koło Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego. Wytoczyłem Narodom Zjednoczonym proces administracyjny, który wygrałem - stwierdzono, że oskarżenia są fałszywe i że zostanę przywrócony na stanowisko. Ten sam Gordon Goundrey poinformował mnie przez telefon, że postawiono nieformalny warunek: mam nie zabiegać w ONZ o żadne stanowisko, które wymagałoby wjazdu do Stanów Zjednoczonych, bo to pociągałoby za sobą konieczność wystąpienia o wizę, a już wiadomo, jakie powoduje to kłopoty.

Warto uświadomić sobie wymiar tej sprawy. Gdy po wojnie Stany Zjednoczone poprosiły, aby Narody Zjednoczone zainstalowały się w Nowym Jorku, zobowiązały się respektować prawo ONZ do przyjmowania w swojej siedzibie każdego, kogo zapragnie. Natomiast w praktyce zmuszają każdego urzędnika ONZ, a nawet ministra przybywającego na Zgromadzenie Ogólne, do poddania się tym samym procedurom, jakim podlega jakikolwiek kandydat do wjazdu do Stanów Zjednoczonych. Tak wygląda układ sił i Narody Zjednoczone ulegają mu, choć z prawnego punktu widzenia „porozumienie w sprawie siedziby” z czasów, gdy powstawały, gwarantuje im niezależność. Racja silniejszego jest rzeczywiście silniejsza.

Aspekt etyczny jest równie znamienny. Gdy pod szyldem USAID, UNESCO czy innej agencji pomocy na rzecz rozwoju ktoś pracuje dla wywiadu wojskowego Stanów Zjednoczonych, demoralizuje się tysiące osób, które na całym świecie prowadzą bardzo ważną działalność humanitarną, a stają się podejrzane. Dziś nie wątpię, że Stany Zjednoczone znały nazistowską przeszłość Kurta Waldheima i miały go w garści. W ten sposób tworzą się oparte na cynizmie stosunki międzynarodowe i marnotrawi się owoce cierpliwej pracy, którą na rzecz solidarności międzynarodowej prowadzi tylu pracowników społecznych.

Jeśli o mnie chodzi, uznałem, że w ramach organizacji międzynarodowej nauczyłem się już wszystkiego, czego mogłem się nauczyć, podziękowałem za propozycję i podjąłem pracę na Papieskim Uniwersytecie Katolickim (PUC) w São Paulo. Kalejdoskop znów się kręcił.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna