Władysław Dowbor



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona5/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Doba globalizacji
Ludzkość ogrania popłoch - nie ulegają mu, rzecz jasna, kraje dominujące, a już tym bardziej wielkie przedsiębiorstwa amerykańskie, w których panuje niesłychanie prostackie postrzeganie maksymalizacji zysku, a etyka stosunków międzynarodowych sprowadza się do maksymy, która - choć głoszona tylko w sferze prywatnej - jest tam w bardzo szerokim użyciu: we’re the best, fuck the rest.

Tymczasem reszta istnieje - dziś stanowi cztery piąte ogółu ludzkości. Zaproszono mnie na konsultacje do Afryki Południowej, która wyłania się powoli z mroków nocy, w jakich nie pogrążyły jej „zacofane i niewykształcone” populacje kolorowe, lecz bogaci, chwalący się dyplomami biali. To ważny fakt. Jesteśmy tak zaślepieni respektem dla umiejętności technicznych, że zapominamy o zasadach, którym umiejętności te powinny służyć. Na przywróceniu tego wymiaru rzeczy wbrew potężnym, władającym milionami dolarów eksploatatorom złota i diamentów, rozmaitym De Beerom i innym handlarzom cudzymi bogactwami i cudzą pracą, polega wielkość Nelsona Mandeli. Żadne umiejętności niczemu nie służą, gdy niemądre są cele.

Dziś Afryka Południowa stara się odzyskać zdolność rządzenia i podołania dwóm wielkim trendom - wewnętrznemu, polegającemu na przejściu od apartheidu do demokracji, i zewnętrznemu, wynikającemu z globalizacji gospodarki. Jak odbudować wewnętrzne pakty społeczne, gdy wszystkie priorytety związane są z wiarygodnością zewnętrzną, z zaufaniem, jakimi kraj cieszy się na zewnątrz? Niełatwo powiedzieć ludności, że ma czekać. 13 proc. białych rodzin zagarnia 54 proc. dochodu - podobnie jak w Brazylii, gdzie 10 proc. najbogatszych rodzin zagarnia 51 proc. dochodu.

Dylemat nie jest skomplikowany. Lud domaga się elementarnych warunków społecznych i gospodarczych, zatrudnienia, możliwości przetrwania. Koncerny wielonarodowe, które decydują o wiarygodności kraju, wymagają „powagi”, to znaczy poszanowania zysków, koncentracji bogactwa, swobody eksportu kapitałów. Jeśli nie gwarantujemy im wszelkich przywilejów, irytują się i wynoszą gdzie indziej, pogrążając kraj w kryzysie walutowym. Jeśli gwarantujemy im przywileje, koncentrują dochód i pogłębiają kryzys polityczny i społeczny. Jeśli z jednej strony nasze narzędzie rozwoju w postaci wielkiej korporacji jest szkodliwe, a z drugiej bezużyteczne, trzeba po prostu zastanowić się, do jakiego stopnia powinna ona być takim narzędziem. Prostacki pomysł przyciągania kapitałów po to, aby rozwinąć kraj czy region, nie zdaje egzaminu. Główna dynamika powinna być wewnętrzna i zgodna z bezpośrednimi interesami samej ludności.

Afryka Południowa z dochodem na głowę ludności rzędu 3 tysięcy dolarów jest bezsprzecznie najbogatszym krajem regionu. Z 41 milionami mieszkańców i liczącym 1,2 miliona kilometrów kwadratowych obszarem jest z punktu widzenia wszelkich kryteriów międzynarodowych wielkim krajem. Skupia 40 proc. światowych rezerw złota, 88 proc. platyny, 83 proc. manganu, chromu i wanadu, a także zajmuje drugie czy trzecie miejsce na świecie pod względem obfitości złóż węgla, diamentów, azbestu, niklu, fluoru, tytanu, uranu i cynku. Na ten kraj przypada 50 proc. energii elektrycznej wytwarzanej na kontynencie i 45 proc. dróg asfaltowych. Jego ciężar ekonomiczny jest więc w regionie ogromny. Czy nie zapewnia to powodzenia w negocjacjach międzynarodowych?

Afryka Południowa, chroniona w ciągu dziesięcioleci przez apartheid, stworzyła duży, dość podobny do Brazylii przemysł, ale jego wydajność była stosunkowo niska i opierał się on na niezwykle niskich płacach. Dziś, gdy musi stawić czoło tanim wyrobom azjatyckim i spłacić dług społeczny ludności kolorowej, która jest zmęczona oczekiwaniem i domaga się wyższych płac i osłon socjalnych, świat gospodarczy Afryki Południowej odkrywa, że nie wystarcza, aby tort był coraz większy. Problem zaostrza dynamika rozwoju wsi - uprawia się tam tylko 12 proc. ziemi, a wielkie majątki białych żyją z ogromnych dotacji i ich żywotność jest zagrożona.

Kraj unika magicznego modelu prywatyzacji. Zgodnie z Białą Księgą poświęconą reformie służb publicznych, a opublikowaną przez kancelarię prezydenta, „rząd jest w pełni świadomy, że w niektórych krajach [prywatyzacja] przynosi ujemne skutki, powodując spadek jakości usług, pogorszenie się warunków zatrudnienia urzędników, narastające bezrobocie i marginalizację grup najsłabszych, a w szczególności kobiet i dzieci. Dlatego ruch na rzecz odchudzonych i efektywnych pod względem kosztów służb publicznych nie będzie oparty na prywatyzacji, lecz na tworzeniu rzeczywiście partnerskich stosunków między rządem, pracą, przedsiębiorstwami i społeczeństwem obywatelskim i na wysokim poziomie zaangażowania społeczności w świadczenie usług”.

Taka dynamika przejawia się wyraźnie w funkcjonowaniu głównego forum negocjacji konsensu w kraju - w Narodowej Radzie Rozwoju Gospodarczego i Pracy (NEDLAC). W radzie tej zasiadają przedstawiciele ruchu związkowego, przedsiębiorczości, finansów, ruchu społeczności lokalnych i dyskutują o konkretnych rozwiązaniach kluczowych problemów kraju. Po osiągnięciu porozumienia i uzyskaniu od tych, którzy realnie poruszają machinę społeczno-gospodarczą kraju, formalnych zobowiązań, przekazuje się je do parlamentu, który uchwala odpowiednie ustawy.

Zamiast więc robić politykę za pośrednictwem osób trzecich, decyzje - przynajmniej do pewnego stopnia - podejmują sami zainteresowani, a politycy, których rola polega na pracy ustawodawczej, uchwalają ustawy. Taką koncepcję przyjęły też władze wszystkich prowincji i gmin. Jest to filozofia rządzenia, w której przezwyciężono tradycyjną huśtawkę między prywatyzacją a etatyzacją, nadal będącą w centrum dyskusji w innych krajach, a zamiast niej szuka się elastycznych i partycypacyjnych mechanizmów negocjacji na rozmaitych szczeblach administracji publicznej. Rząd faktycznie wzbogaca tkankę kontroli społeczeństwa obywatelskiego nad państwem i samym życiem gospodarczym, przezwyciężając absurdalną alternatywę: albo kontrola przez monopole publiczne, albo przez kartele prywatne.

Sukces? Na tym polu nie ma gwarancji, a rzeczą w rzeczywistości najważniejszą - także dla zrozumienia dynamik w Brazylii - jest uświadomienie sobie, jak niezwykle wąski margines manewru pozostaje krajom rozwijającym się, które od wewnątrz podlegają presjom wyzutych ze wszystkiego, lecz coraz bardziej świadomych populacji, zaś na zewnątrz - zaleceniom tzw. międzynarodowej społeczności finansowej. W swoim czasie Wenezuela eksplodowała z powodu presji ludowej. Meksyk załamał się z powodu niezadowolenia społeczności finansowej, która wycofała kapitały i doprowadziła kraj do bankructwa. Brazylia stawia na położenie kresu inflacji, co oznacza ogromny postęp dla ludności, która płaciła za nią najwyższą cenę, i zyskuje na czasie, zwiększając zadłużenie zagraniczne i wewnętrzne. Inne kraje po prostu dryfują, jak to ma miejsce w przypadku większości krajów Afryki subsaharyjskiej, lub - jak wiele krajów islamskich - szukają schronienia w petryfikacji religijnej.

Ogólnie rzecz biorąc, wkraczamy w nowe tysiąclecie, nie posiadając ani jednego poważnego mechanizmu wsparcia rozwoju świata ubogiego, czyli czterech piątych ludzkości. Szykujące się tragedie są oczywiste.

Rzeczą niesłychaną jest stopień, w jakim udało się zamknąć Brazylię na to, co dzieje się na świecie. Dramatyczne zmiany w Afryce Południowej, mające ogromne znaczenie dla przyszłości świata rozwijającego się, po prostu są nieobecne w mediach - chyba że chodzi o stosunki osobiste łączące Mandelę i Winnie. Dla nich to jest ważne.

Każdy kraj to inny przypadek. Poproszono mnie o wyrażenie opinii na temat przeobrażeń struktury władzy w Mongolii. Nie łatwo tam dotrzeć. Z Brazylii leci się do Johannesburga w Afryce Południowej, stamtąd przez cały dzień do Bangkoku w odległej Tajlandii, dalej do Hongkongu na południu Chin, a wreszcie do Pekinu. Następny samolot leci w głąb Chin, przelatuje nad Wielkim Murem i po kilku godzinach w oknie samolotu pojawiają się wielkie równiny pustyni Gobi, a na widnokręgu doskonale czyste powietrze, jakiego nie znamy już na Zachodzie, i rozległe stepy, a na nich jurty, tak charakterystyczne dla Mongolii od zamierzchłych czasów.

Do głowy przychodzą nam nieuchronnie stereotypy w rodzaju Czyngis-chana i budzących postrach jeźdźców, którzy podbili jedno z największych w dziejach świata imperiów. W miarę jak samolot schodzi do lądowania i widać wyraźnie stada owiec i koni, długie i płaskie doliny rzek, ma się wrażenie, że od tamtych czasów kraj niewiele się zmienił, co potwierdzają prastare świątynie wznoszące się nad Ułan Bator.

Jakże możliwe było przetrwanie tak czystej przestrzeni i takiego ogromu pól bez drutów kolczastych ani znaków własności, zagubionych między niekończącymi się stepami Syberii na północy i strasznymi pustyniami zachodnich Chin? Jak to możliwe, że niespełna dwuipółmilionowy naród, wciśnięty między dwie takie potęgami wojskowe, gospodarcze i kulturalne, jak Rosja i Chiny, przetrwał w stanie nietkniętym ze swoim językiem, kulturą, niepowtarzalnymi dziś na świecie obyczajami?

Od niedawna Mongolia ma obieralny rząd i chce zdecentralizować swój system zarządzania, otworzyć się na świat i wprowadzić mechanizmy rynkowe. Ogarnia mnie poczucie surrealizmu - aż tutaj dotarł zachodni formularz, uproszczenie, które przeobraża ludzkie ideały w poliwalentną receptę. Co wyjdzie z połączenia tego końca świata i jego tradycji ze spekulacyjnymi systemami globalnego kasyna?

Ułan Bator odzwierciedla cały ten surrealizm. Przed uproszczeniami Zachodu stolica Mongolii została poddana uproszczeniom Związku Radzieckiego. Na olbrzymich placach w śródmieściu wznoszą się gigantyczne budynki - masywne repliki rosyjskich budowli biurokratycznych w ociężałym i szarym stylu kontrastującym z przepiękną architekturą tradycyjnych świątyń o wyszukanych barwach i delikatnych kształtach. Zaraz obok pojawiają się nowe budynki, które symbolizują wejście Mongolii w dobę globalizacji - ogromne i tak przytłaczające, jak budowle biurokratyczne, konstrukcje sieci hoteli zachodnich i wieże z dziesiątkami pięter. Wydało mi się od razu oczywiste, że arogancja rosyjskiego komunizmu i globalnego kapitalizmu jest identyczna - jeden i drugi chciał wycisnąć na wszystkim swoje piętno, ani jeden, ani drugi nie miał zamiaru przystosować się do tradycji, uszanować kultury czy choćby wpisać się w niezwykłe piękno naturalne kraju.

W hotelach hałaśliwe szarańcze wielonarodowe z krótko ostrzyżonymi włosami i dyplomatkami menedżerów szukają na tej nowej granicy zysków - Mongolia jest bogata w złoto, wolfram, cynk, molibden, srebro, a także cenne drewna. Ludzie, którzy tam rządzą, coraz bardziej przerażeni rytmem wydarzeń i najazdem przedsiębiorstw zagranicznych, tłumaczą, że swoboda komercjalizacji miejscowych produktów oznacza, iż kraj jest wolny, a więc demokratyczny i nowoczesny. Amerykanie negocjują złoto, Koreańczycy instalują nowoczesne systemy telekomunikacji, Japończycy prezentują luksusowe samochody. Gros ludności żyjącej w skromnych mieszkaniach z innej epoki lub otaczających miasto jurtach to widzowie. Targana - podobnie jak większość z nas na całym świecie - mieszanymi uczuciami trwogi i fascynacji odgrywa ona niepewnymi gestami przypisane jej role w widowisku, którego sensu nie rozumie.

Jaki sens ma globalizowanie Mongolii? Wielcy spekulanci światowi połkną ją z frytkami. Lasy rosnące nad kryształowo czystymi rzekami zamienią się w wykałaczki. Będą do nabycia w naszych supermarketach z napisem: Made in Mongolia. Dzieci przestaną marznąć podczas stepowych kawalkadach. Będą szczęśliwe, siedząc w domu przed telewizorem i oglądając Starsky’ego i Hutcha lub - jeśli Brazylia odniesie sukces, podpisując porozumienie z Turnerem i Murdochem – telenowelę Kamienna dżungla. Historycy mongolscy będą zaś komentować, że dużo łatwiej było stawić czoło Chinom i Rosji.

Kanada to naprawdę inny wymiar. Bezsprzecznie podlega presji obsesyjnej konsumpcji sąsiedniego kraju. Gdy w latach sześćdziesiątych moja matka odwiedziła Kanadę, poszła na mszę do polskiego kościoła w Toronto. Podczas kazania ksiądz poprosił, żeby wszyscy pomodlili się za biednych rodaków cierpiących w Polsce pod jarzmem komunizmu. Jak zwykle, matka zachowała się nieodpowiednio - przerwała kazanie i wyjaśniła, że w swoim kościele w Warszawie poprosi wiernych, aby pomodlili się za Polaków w Kanadzie, którzy żyją tak, jakby życie sprowadzało się do wędrówki przez supermarket.

W rzeczywistości jednak Kanada zachowuje odrębną i nader interesującą osobowość. Globalizacja napotyka tam silnie ukształtowane społeczności i wolę narodową, która nie pozwala jej pochłonąć kraju. Może się wydawać, że to drobiazgi. W supermarkecie w Toronto odkryłem salę pełną książek. Dowiedziałem się, że to oddział biblioteki miejskiej. Logika jest prosta: ten, kto robi zakupy, korzysta z okazji i pożycza na cały tydzień książkę, a zwraca poprzednią. Z mikroekonomicznego, księgowego punktu widzenia nie ulega wątpliwości, że supermarket wolałby wystawić w tej sali kosmetyki. Natomiast z punktu widzenia jakości życia i kondycji obywatelskiej dostęp do tych książek, możliwość przeglądania ich razem z dziećmi i rozbudzania zainteresowań kulturalnych z pewnością podnosi wydajność społeczną.

Istota takiego podejścia polega na tym, że nie chodzi o wybór między supermarketem a książką, między interesem ekonomicznym a interesem społecznym, lecz o ich powiązanie. W wielu krajach powiązanie tych interesów włączono już do bieżących praktyk zarządzania społeczeństwem pod takimi nazwami, jak partnership (partnerstwo), empowerment (uwłasnowolnienie), governance (zdolność do zarządzania), accountability (rozliczalność).

Paulo Maluf6 anulował w São Paulo program utylizacji odpadów, bo nie był on ekonomicznie interesujący. Takie rozumowanie jest słuszne z mikroekonomicznego punktu widzenia i służy za pożywkę rozumowaniu jego kolegi Roberto Camposa - koszty domowego recyklingu odpadów są wyższe niż wartość sprzedaży poddanego recyklingowi produktu. Tymczasem odkąd w Kanadzie upowszechniła się postawa - czy kultura - unikania marnotrawstwa, stwierdzono, że odpady organiczne, które pozostają po takim recyklingu, są niewielkie. Władze miejskie Toronto wystawiają na nie standardowe, hermetyczne pojemniki metalowe. Ponieważ jest ich niewiele i są zamknięte, a więc nie wydają niemiłych zapachów, okazało się, że zamiast wywozić je codziennie, można to robić raz w tygodniu. Oznacza to oczywiście dramatyczną obniżkę kosztów oczyszczania miasta. Tak oto, zmiana kulturowa i odpowiednia zmiana sposobu organizacji danej działalności gospodarczej pociąga za sobą wielką poprawę wydajności społecznej.

Nie ma w tym nic tajemniczego. Przedsiębiorstwo prywatne może prowadzić działalność polegającą na wyrobie produktu, który daje się sprzedać - np. butów. Gdy chodzi natomiast o takie rozproszone interesy społeczeństwa, jak czysta rzeka, ładne miasto, zielona przestrzeń, na której mogą bawić się dzieci, więź szkoły z dzielnicą, bogactwo życia w rzekach i morzach, nie ma przedsiębiorstwa, które mogłoby nam to „sprzedać”, chyba że ogrodzi okolicę i będzie zarządzało monstrualnymi kondominiami - gettami bogactwa, w których szykują się nowe dramaty. Z ekonomicznego punktu widzenia to potężna dynamika - chodzi o redukcję dostępności dóbr wolnych, o redukcję ich podaży celem przeobrażenia tych dóbr w produkty sprzedawalne. Bez względu na to, czy chodzi o wodę, ryby w morzu lub plaże, mechanizm jest ten sam - polega na redukcji podaży, która pozwala podnieść wartość. Jest to w najściślejszym tego słowa znaczeniu antygospodarka.

Silna obecność interesu publicznego i społeczeństwa obywatelskiego ma na tym polu zasadnicze znaczenie. Łatwo powiedzieć, że chodzi o bogate społeczeństwa, w których istnieje sprzyjająca tego rodzaju działalności kultura i przestrzeń. Można jednak odwrócić takie rozumowanie. Społeczeństwo kanadyjskie jest dużo mniej zamożne niż amerykańskie, a mimo to jakość życia jest w nim dużo wyższa. Patrząc pod innym kątem, można zadać sobie pytanie, czy dlatego Kanadzie udaje się realizować takie inicjatywy, że jest bogata, czy dlatego stała się bogata, że wybrała bardziej wydajne społecznie rozwiązania? Człowieka ogarnia zdumienie, gdy uświadamia sobie, do jakiego stopnia kultura zdrowego rozsądku ekonomicznego i społecznego, którą moglibyśmy nazwać kapitałem społecznym, stwarza na zasadzie reakcji łańcuchowej oszczędności i racjonalności - wieczorami i podczas weekendów szkoły udostępniają miejscowej społeczności swoje obiekty sportowe, co zwiększa dostępną infrastrukturę rekreacyjną i sprzyja poprawie stanu zdrowia, ograniczeniu spożycia narkotyków itd. Dostępność rekreacji jest ograniczona np. przez tak absurdalne zjawisko, jak budowa przez bogate rodziny własnych basenów, które prawie cały czas stoją puste - dużo kosztują, a ich wydajność jest bliska zeru.

Nie chodzi o mnożenie przykładów tendencji, która w skali międzynarodowej stała się już oczywista. Chodzi o to, że z punktu widzenia poprawy zarządzania w sferze społecznej postęp niekoniecznie oznacza np. przeznaczanie w budżecie większych zasobów na edukację. Oznacza również uwzględnienie w decyzjach podejmowanych przez przedsiębiorców, ministerstwa, społeczności lokalne i poszczególne osoby rozmaitych wymiarów i wpływów, jakie każde działanie może mieć w dziedzinie jakości życia. To, co społeczne, to nie tylko dziedzina obejmująca takie sektory, jak służba zdrowia, edukacja, gospodarka mieszkaniowa, rekreacja, kultura, informacja, sport, ale również wymiar wszelkich innych działań, sposób prowadzenia działalności przemysłowej, myślenia o rozwoju miast, traktowania rzek, organizowania handlu.

W Brazylii pierwszym, ale widocznym krokiem w tej dziedzinie było porozumienie firmy Carrefour z rządem stanowym Rio Grande do Sul – celem uniknięcia wzrostu bezrobocia Carrefour przydzielił część swojej powierzchni drobnym kupcom i po części zaopatruje się bezpośrednio u drobnych producentów rolnych. Tak postępujący przedsiębiorcy nikomu nie robią łaski - to zdrowy rozsądek każe wiązać cele gospodarcze, ekologiczne i społeczne. Przedsiębiorstwo zyskuje sympatię i renomę, polityk staje się znany, społeczeństwo zyskuje miejsca pracy i rozszerza się działalność gospodarcza. Tracą ewentualni ideolodzy zaślepieni obsesją czystych modeli.

Mikroekonomiczne pojęcie wydajności może dowieść swojej wyższości tylko wtedy, gdy wyodrębnia zysk poszczególnych jednostek produkcyjnych z całokształtu czynników zewnętrznych - ze spowodowanych przez nią skutków społecznych. Wraz z każdym kolejnym parkiem zamkniętym po to, aby można było zbudować supermarket lub stworzyć parking, wzrastają zyski osiągane przez przedsiębiorców, ale rośnie szkoda wyrządzona pod względem gospodarczym, ponieważ powoduje to ponoszenie przez społeczeństwo dodatkowych kosztów, nie mówiąc już o stratach, jakie ponosi jakość życia.

Skupiona na natychmiastowym zysku przedsiębiorstwa opcja liberalna nie tylko jest społecznie niesprawiedliwa - jest też idiotyczna z ekonomicznego punktu widzenia To normalne, że spłoszone przez tempo zmian, przerażone bezrobociem, zatrwożone przemocą społeczeństwo szuka prostych rozwiązań. W tym znaczeniu wielka symplifikacja ideologiczna liberalizmu stanowi ekstremizm ideologiczny symetryczny w stosunku do tego, jaki stanowiły wielkie symplifikacje lewicy etatystycznej. Pod ciężarem dziedzictwa skrajności XX wieku musimy nauczyć się budowania bardziej kompleksowych systemów, w których kluczowe słowo to nie wybór, lecz powiązanie.
Nauka, doświadczenie życiowe, sumienie
Te wszystkie relacje o tym, co przeżyte, wiążą ze sobą idee, wartości i uczucia, które niczym części orientalnej mozaiki konstruują stopniowo pewien światopogląd. Wszyscy jesteśmy rezultatem składania się małych, zróżnicowanych cząstek w całość; każdy składający się na szerszy obraz kamyk ma swoją odmienną od pozostałych wartość, ale żądnego z nich nie sposób odłączyć od innych.

Rozbicie tej jedności stanowi prawdopodobnie najefektywniejsze i najbardziej tragiczne dziedzictwo świata anglosaskiego. David Korten dobrze ujął ten dylemat w swojej książce Świat po korporacjach: „Gdy nowoczesna korporacja łączy potęgę nowoczesnej technologii i wielkiej masy kapitału, łączy jednocześnie naukowca, którego poczucie odpowiedzialności moralnej ogranicza się do zapewniania rozwoju obiektywnej wiedzy instrumentalnej, i dyrektora korporacji, którego poczucie odpowiedzialności moralnej sprowadza się do maksymalizacji zysków. Rezultatem jest system, w którym władza i umiejętności techniczne są oderwane od odpowiedzialności moralnej, wartości instrumentalne i finansowe tratują wartości życia, a to, co praktyczne i lukratywne, ma pierwszeństwo w stosunku do tego, co żywotne i odpowiedzialne.”

Przedsiębiorstwu przyznaje się osobowość prawną, jakby była to prawdziwa, mająca pragnienia i prawa osoba, ale stawia się przed nim tylko jeden cel - przynoszenie zysków, ponieważ na tym polega efektywność i kompetencja, a więc i wartość moralna. W takim podejściu, które nie wytrzymuje wymogu ujęcia całościowego, mamy do czynienia z procesem magicznym i dużą dozą szarlatanerii. Sztucznie oddziela się w nim technikę od etyki - w tym, co robi przedsiębiorstwo, nie będzie żadnych ograniczeń, o ile przyniesie zyski, ani nie będzie żadnych ograniczeń w tym, co robią jego funkcjonariusze, bo ci wykonują jedynie instrukcje przedsiębiorstwa. To fantastyczne oddzielenie działalności gospodarczej i odpowiedzialności moralnej pozwala dziś np. sprzedawać przedsiębiorstwu broń na całej kuli ziemskiej i uzasadniać to tym, że produkuje po prostu dobre mechanizmy, które przypadkiem miotają pociskami, a instytucji finansowej - unicestwić oszczędności zgromadzone w jakimś kraju i wyjaśniać, że broni jedynie interesów swoich klientów, a więc wykonuje swoje obowiązki.

Oczywiście, w razie gdyby dany kraj nie był dostatecznie świadomy swoich potrzeb w dziedzinie uzbrojenia, przekonają go tym odpowiednio wysokie łapówki. W przypadku zaś finansów, jeśli fale są zbyt spokojne i nie pozwalają na przyspieszone i lukratywne przypływy pieniędzy, zawsze można sobie dopomóc małą destabilizacją. Etyka korporacyjna kieruje się głęboką filozofią bariery w grze w piłkę nożną - nie należy wysuwać się za bardzo do przodu, lecz być w jednej linii z pozostałymi graczami z własnej drużyny. Pozwala to z kolei wysuwać najwyższej rangi argument - wszyscy tak robią. Etyka ulega rozproszeniu, rozwodnieniu w ogromie tego, co toleruje się społecznie, a coś toleruje się, ponieważ jest to powszechne w określonym środowisku społecznym. Natomiast kogoś, kto troszczy się o bezpieczeństwo, solidarność, środowisko naturalne, prezentuje się jako idealistę, marzyciela nie znającego reguł realnego świata. W dominujących mediach, które emitują takie przesłanie, codziennie oglądamy lub czytamy wywiady z menedżerami i politykami, którzy patrzą na nas oczyma głębokich znawców realnie istniejącego społeczeństwa i za każdym razem proponują nam większą dawkę bandytyzmu.

Jak daleko można przesunąć barierę? Powstało nawet pojęcie, które wytycza granicę - plausible deniability. Innymi słowy, przedsiębiorstwo dopóty może robić machlojki, dopóki jest wiarygodne, gdy temu zaprzecza. Budujący jest widok anielskiego oblicza grupy graczy znajdujących się o trzy metry od piłki i patrzących na sędziego niczym niewinne panienki, które nie wiedzą, o co chodzi. Różnica między piłką nożną a gospodarką polega jednak na tym, że może np. chodzić o lekarstwo, którego zawyżona cena sprawia, iż miliony osób nie mają do niego dostępu. Niewinność nie istnieje - wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje.

W pierwszej części tej książeczki zgromadziłem przeżycia i doświadczenia życiowe, wskazując, jak wpływały one na poszukiwanie odpowiedzi przy użyciu instrumentów naukowych i jak jedno i drugie, doświadczenie życiowe i nauka, przeobrażały się w wartości, poczucie winy lub odpowiedzialności, uczucie zadowolenia lub oburzenia. Jako profesorowie nie jesteśmy tylko matematykami czy geografami - jesteśmy istotami ludzkimi ze wszystkimi ich zaletami i wadami.

W drugiej części podejmę się rzeczy jeszcze bardziej ryzykownej - spróbuję bardziej systematycznie uporządkować światopogląd, który wyłania się z tej mieszanki pracy naukowej, oburzenia moralnego i nagromadzonych przeżyć. Rzecz nie w tym, że tendencje są jasne. W tej fazie historycznej dramatycznych przeobrażeń wspólnym mianownikiem jest prawdopodobnie krucha podstawa wszelkich prognoz. Mimo wszystko warto zarysować ujawniające się makrotendencje i postarać się o rozróżnienie we mgle kształtu nowego świata, który budujemy.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna