Władysław Dowbor



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona6/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

CZĘŚĆ II - MOZAIKA PRZYSZŁOŚCI
Nic tak nie pomaga gospodarce jak dobry rząd.

J.K. Galbraith


Nowe dynamiki, inne pojęcia
Są takie chwile, w których niezliczone oblicza rzeczywistości i odziedziczone teorie naprawdę do siebie nie pasują. Nigdy nie było takiej jak dziś polaryzacji między krajami panującymi i zależnymi, tak absurdalnej manipulacji finansowej czy handlowej, a tymczasem oskarżanie imperializmu już nas nie zadowala. Wszędzie - nawet w krajach rozwiniętych - stwierdzamy pogłębianie się przepaści dzielącej bogatych i biednych, lecz wydaje się, że tradycyjne pojęcia związane z walką klas stają się nierealne. Mówimy dotychczas o kapitalizmie i burżuazji, lecz w coraz liczniejszych studiach - od sprawozdań UNCTAD po przykłady przytaczane przez konserwatywne środowiska naukowe - wskazuje się na fakt, że nie tylko pracownicy, ale również naprawę produktywni, tworzący dla społeczeństwa realne wartości przedsiębiorcy są w coraz większym stopniu grabieni za pośrednictwem zglobalizowanych dynamik finansowych. Tradycyjne pojęcia stają się do pewnego stopnia śliskie - nie czujemy, aby były one obciążone rzeczywistością, nie rozświetlają już jej rzucane przez te pojęcia snopy światła.

Tak więc w tym samym czasie, w którym nabierają na sile powody do troski i wysuwania oskarżeń, narzędzia analizy okazują się coraz bardziej niewystarczające. Nie należy jednak opuszczać rąk, lecz przemyśleć na nowo pojęcia, które powinny ułatwiać nam zrozumienie nowej dynamiki. Jest to tym pilniejsze zadanie, że miliony ludzi na całym świecie organizują się na nowe sposoby, które mają coraz mniej wspólnego czy to z tradycyjną koncepcją etatystyczną, czy z dziedzictwami liberalizmu.

Dla mnie pożytecznym punktem wyjścia było zorganizowanie wielkich osi zachodzących zmian. Zmiany te, znajdujące w szczególności odzwierciedlenie w rewolucji technologicznej, globalizacji, dramatycznej polaryzacji światowej między bogatymi a biednymi, powszechnej urbanizacji kuli ziemskiej i przeobrażeniach stosunków i organizacji pracy, rzucają nam nowe wyzwania.

Każda z tych tendencji wnosi swoje sprzeczności. Technologie szybko się rozwijają, podczas gdy odpowiednie instytucje - powoli i jest to mieszanka wybuchowa, ponieważ nie potrafimy posługiwać się odpowiedzialnie technologiami, którymi dysponujemy i które wywierają wpływ na całą ludzkość. Gospodarka globalizuje się, podczas gdy systemy rządzenia zachowują charakter narodowy, co powoduje ogólny spadek rządności. Dystans między biednymi a bogatymi narasta dramatycznie, podczas gdy planeta zbliża do siebie przeciwstawne bieguny społeczeństwa, a urbanizacja je łączy, wskutek czego ich naładowane sprzecznościami, niebezpieczeństwami i powszechną przemocą współżycie staje się coraz bardziej nieznośne. Sama urbanizacja spowodowała dyslokację przestrzeni zarządzania naszą codziennością na poziom lokalny, podczas gdy systemy rządzenia nadal działają zgodnie ze scentralizowaną logiką z pierwszej połowy XX wieku. Wreszcie ten sam system, który promuje nowoczesność techniczną, generuje wykluczenia społeczne i przeobraża większość ludzkości w biernych widzów, coraz bardziej znużonych nowymi technologiami, które stwarzają nowe zagrożenia, podczas gdy znika z pola widzenia rozwiązanie najbardziej elementarnych problemów.

Wniosek, jaki wyciągamy z tych pięciu kontradyktoryjnych osi, brzmi: ludzkość powinna czym prędzej „ukrócić cugle” swojego rozwoju i wyposażyć się w narzędzia pozwalające na efektywne skapitalizowanie postępów nauki – same w sobie są pozytywne – na rzecz bardziej ludzkiego rozwoju.

Odczuwa się powszechne zmęczenie ideologicznymi „choinkami świątecznymi”, które obiecują nam z jednej strony spokój społeczny dzięki upaństwowieniu i planowaniu, a z drugiej rozkwit dzięki prywatyzacji i „niewidzialnej ręce”. To pierwsze przyniosło olbrzymie zatory biurokratyczne, a drugie doprowadziła do najbardziej dramatycznego w dziejach ludzkości spiętrzenia niesprawiedliwości społecznych i nieustannego poczucia niepewności. Nie ma tu zwycięzców ani zwyciężonych, ponieważ traci na tym cała ludzkość. Chodzi o znalezienie takich form zarządzania w sferze społecznej, które pozwoliłyby nam efektywnie stawić czoło tym problemom.

Spojrzenie chłodnym okiem na formy, w jakich organizujemy się i rządzimy, skłania nas do zachowania skromności. Ani w Brazylii, ani w Chinach, podobnie jak w Rosji czy w Stanach Zjednoczonych, nie ma zbyt wielu powodów do świętowania. Jestem przekonany, że nie jest to doprawdy czas pewników, lecz pytań, otwarcia, tolerancji, zrozumienia. Żywotne znaczenie ma też otwarcie kanałów łączności między rozmaitymi naukami społecznymi, rozmaitymi instytucjami, rozmaitymi zorganizowanymi aktorami społecznymi. Mówiąc po marksistowsku, bazy przeobrażają się w zawrotnym tempie, natomiast pozostajemy zapóźnieni w sferze nadbudów.

Gdybyśmy powiedzieli, że w głowie mamy mętlik, byłoby to prawdą i nieprawdą. Rozwiązania są dziś niewątpliwie bardziej złożone, ale celem jest coraz wyraźniej społeczeństwo bardziej ludzkie i solidarne, w mniejszym stopniu grabiące skąpe bogactwa naturalne planety, podobnie jak w mniejszym stopniu skupione na powszechnym ogłupianiu, które kobiety skłania do wypychania się silikonem, a mężczyzn - do pozowania na ważniaków o wyglądzie menedżerów. Minimum realizmu każe nam zachować skromność - może uda nam się ograniczyć liczbę dzieci, które głodują na świecie, lub zapewnić naszym dzieciom godziwe środowisko społeczne w postaci rodziny i społeczności lokalnej.

Michael Behe, wspaniały autor Czarnej skrzynki Darwina, wypowiada się z umiarem: „My, istoty ludzkie, mamy skłonność do dość egzaltowanych opinii o samych sobie”. Skromność nie jest, doprawdy, naszą mocną stroną. Ponadto, jako jednostki, skłonni jesteśmy hołdować przekonaniu, że znamy verace via - prostą drogę, której inni z uporem nie chcą rozpoznać, bo powoduje nimi zła wola albo ignorancja.

Najważniejsze to znać drogę. Pozwala to z ufnością patrzeć w przyszłość i podążać nią, nie widząc potrzeby poświęceń. Ufność tę podkopują głębokie przeobrażenia, które wywołują w nas w popłoch. Niektórzy w obliczu niepewności chwytają się kurczowo prawd wieczystych. Inni głośniej niż zwykle wykrzykują dawne hasła w nadziei, że będzie je lepiej słychać. Nie unikniemy jednak konieczności przemyślenia możliwych dróg.

Jedna verace via polegała na gospodarkach narodowych, nastawionych na produkcję przemysłową, kierowanych przez burżuazję, która wyczerpała swoją rolę dziejową i powinna była ustąpić miejsca nowej klasie pracującej, ta zaś powinna była przejąć ster, uspołeczniając środki produkcji. Przeobrażenia miały dokonać się pod kontrolą państwa. Rzut oka na tę wersje diritta via wywołuje w nas to samo uczucie, jakiego doznajemy oglądając stare, pożółkłe zdjęcia w albumie rodzinnym. Chłodne porównanie ze światem, w którym żyjemy, pozwala zdać sobie sprawę ze skali zmiany parametrów. Gospodarkę narodową pochłania przestrzeń globalna, przemysł wytraca codziennie swój ciężar gatunkowy w obliczu nowych osi działalności gospodarczej, burżuazję w tradycyjnym znaczeniu właścicieli środków produkcji zastępują racjonalni i bezwzględni technokraci, a nawet spekulanci całkowicie oderwani od prozaicznych realiów, w jakich żyją producenci i konsumenci. Klasa pracująca stała się światem niezwykle zróżnicowanym w ramach nowej złożoności społecznej, a tradycyjne, uproszczone pojęcia coraz bardziej opierają się jej poznaniu. Uspołecznienie stosunków produkcji zmieniło sens, państwo zaś szuka nowych funkcji jako element wiążący, a nie substytut, sił społecznych. Należy stwierdzić, że zmiana jest jakościowa i wziąć to w całej rozciągłości pod uwagę, zarysowując nowe wizje teoretyczne.

Inna verace via polegała na specjalizacji każdego narodu w tej dziedzinie produkcji, w której miał on korzyści komparatywne, i na swobodnym przepływie decyzji mikroekonomicznych, kierujących się zwykłym interesem osobistym. O jakich korzyściach komparatywnych może być mowa, gdy na trzy i pół miliarda mieszkańców krajów o niskim dochodzie przypada PKB w wysokości biliona dolarów, podczas gdy na kraje bogate, które zamieszkuje niespełna 15 proc. ludzkości, przypada PKB w wysokości siedemnastu bilionów, co stanowi 78 proc. światowego PKB? Korzyści komparatywne mogłyby istnieć tylko wtedy, gdyby władza polityczna i gospodarcza aktorów była choćby minimalnie porównywalna. Względne korzyści, osiągane przez określone kraje, selektywnie pochłaniają megafirmy ponadnarodowe, które rozkładają przestrzennie swoje procesy produkcji w taki sposób, że procesy pracochłonne przypadają na kraje azjatyckie, w których płaci się za godzinę grosze, podczas gdy procesy wymagające dużych nakładów pracy inżynierów przypadają na Rosję, gdzie specjalistów na dobrym poziomie technicznym można mieć za kilkaset dolarów miesięcznie - itd. Po to, żeby naród miał określone korzyści komparatywne, narody muszą stanowić przestrzenie gospodarcze.

Logika mikroekonomiczna nie idzie dużo dalej. Idea była taka, że piekarz ma interes w wypieku smacznego i taniego chleba dobrej jakości, ponieważ w ten sposób może dużo zarobić, a troska piekarza o samego siebie zapewni wszystkim obfitość chleba. Tak zrodził się utylitaryzm, który stał się w końcu jedyną realnie istniejącą filozofią tzw. liberalizmu. Punkt widzenia piekarza i wiara w automatyczne rozładowanie napięć makroekonomicznych, wynikających z milionów decyzji mikroekonomicznych, stają się śmieszne na planecie, na której panoszą się gigantyczne koncerny ponadnarodowe, potężne sieci handlu bronią, światowe monopole medialne, następuje przyspieszona destrukcja życia w morzach i globalny efekt cieplarniany, padają kwaśne deszcze, szerzy się zglobalizowana spekulacja finansowa, nielegalny handel narkotykami i organami ludzkimi, prostytucja dziecięca i wiele innych przejawów procesu ekonomicznego, nad którym tracimy kontrolę. Realnie istniejący kapitalizm globalny to nowość i pojęcia potrzebne do jego analizy są jeszcze w powijakach. Stosowanie do niego starych pojęć Smitha czy Ricarda świadczy o wierze we władzę magiczną złożonej dziś i zróżnicowanej rzeczywistości, którą co prawda nazywa się rynkiem, ale jest to nadużycie i też stawia nas w sytuacji ludzi oglądających pożółkłe zdjęcia.

Trudność, z jaką przychodzi nam przemyślenie universum społecznego z nowej perspektywy, nie zaskakuje. Po pierwsze dlatego, że z historycznego punktu widzenia zmiany były szybkie, a nawet zawrotne, ale następowały stopniowo - nie było chwil przełomowych. W rezultacie „rozciągaliśmy” do pewnego stopnia nasze pojęcia, starając się pokryć nimi za każdym razem odmienne realia. Lumpenproletariat zastąpiono pojęciem wykluczenia społecznego, proletariat zastąpiono ogólniejszym pojęciem klas pracujących itd. Nazywanie rynkiem systemu władzy około pięciuset przedsiębiorstw ponadnarodowych, w których transakcje przeprowadzane wewnątrz samych przedsiębiorstw stanowią dziś 35 proc. handlu światowego, jest nie do utrzymania i prowadzi do tak dziwacznych wybiegów pojęciowych, jak stworzenie pojęcia managed market. Gdy rośnie dziecko, można mu przedłużyć rękawy koszuli. Nadchodzi jednak taka chwila, w której trzeba znaleźć dla niego inną koszulę.

Nasza trudność wynika też z tego, że dążenia do sprawiedliwego i solidarnego społeczeństwa w ramach szerokiej wolności indywidualnej są ciągle przemożne, ale wahamy się sięgnąć po nowe narzędzia zarządzania w sferze społecznej, podczas gdy stare, choć nie odpowiadają naszym potrzebom odnowy, stanowią na dobre czy na złe racjonalne okopy w oporze wobec stopniowo utwierdzającego się barbarzyństwa ekonomicznego. Chwytamy się uproszczonych rozwiązań z innych czasów - jedni etatyzacji, inni rynku - powodowani bardziej wolą oporu wobec zachodzących przeobrażeń i lękiem przed nimi, niż wiarą w ich skuteczność.

Opór jest rzeczą naturalną - nikt normalnie wyposażony w etykę i zdrowy rozsądek nie patrzy spokojnie na ten nowy świat. Niepokój nie jest tylko udziałem lewicy. Rzeczywiście produktywny przedsiębiorca - a nie kontroler globalnych kasyn - może wierzyć, że broni swobody inicjatywy, ale zamknięcie lub wykupienie każdego kolejnego przedsiębiorstwa przez jakiegoś instytucjonalnego inwestora sprawia, że ma on coraz więcej wątpliwości. Gdy zaś porównuje swoje okupione realnym wysiłkiem i ryzykiem zyski z fortunami, jakie robią spekulanci z pomocą cudzych pieniędzy, a nawet korzystając z wynagrodzenia, które z płaconych przezeń podatków zapewnia im rząd, zaczyna już stawiać pod znakiem zapytania samą logikę systemu.

Nasz żołądek sprzyja jeszcze polaryzacjom emocjonalnym, jakie powodował wielki, charakterystyczny dla XX wieku, pojedynek między przedsiębiorstwem a państwem. W naszych głowach uświadamiamy sobie jednak stopniowo, że należy na nowo przemyśleć nasz punkt widzenia. To już nie prosta polaryzacja lewica-prawica dochodzi do głosu w trosce tak dobrze wyrażonej na łamach Le Monde Diplomatique przez Ignacio Ramoneta: „W ciągu przyszłej dekady na kuli ziemskiej decydującą rolę odegrają prawdopodobnie dwie przeciwstawne dynamiki. Z jednej strony dynamika wielkich przedsiębiorstw zglobalizowanych, kierujących się interesami finansowymi i wykorzystujących technonaukę wyłącznie w duchu pogoni za zyskiem. Z drugiej dążenie do etyki, odpowiedzialności i sprawiedliwszego rozwoju, biorącego pod uwagę bez wątpienia żywotne dla przyszłych losów ludzkości wymogi środowiska naturalnego”. Rozwój społeczny, ekologia, etyka, centralna rola kultury - oto pojęcia rozkwitające bezładnie, lecz nieubłaganie na gruncie tej nowej problematyki rozwoju ludzkości. To nie tylko głosy lewicy zmiotły z powierzchni Europy większość rządów konserwatywnych. Na tym niezwykle bezładnym i groźnym świecie wyłania się poszukiwanie bardziej ludzkiego społeczeństwa, nowych kierunków rozwoju, które nie należą już do tej czy innej klasy.

Proces analizy, z jakim mamy do czynienia, jest złożony, ponieważ rzeczywistość rozwija się w niesamowitym tempie i codziennie pojawiają się nowe wyzwania. Droga jest niepewna - grożą na niej liczne tąpnięcia. Trzeba ją jednak przebyć, gdyż nasze tradycyjne, niemożliwe do zdobycia bunkry intelektualne, które stawały się tym bardziej komfortowe, im bardziej umacnialiśmy je prawdami ostatecznymi, już nie wytrzymują naporu realiów. Wojna zmieniła kurs - lub, jak mówi Octávio Ianni, polityka zmieniła miejsce.

Nie chodzi tu jednak o roztrząsanie jakiejś makroteorii alternatywnej, lecz o wyłożenie na stół kilku nowych kart, którymi będziemy musieli grać. Bez wątpienia chodzi o trzecią drogę, tylko że w tej mierze, w jakiej pojęcie trzeciej drogi zakłada, że były jedynie dwie, ulega ono mistyfikacji. W rzeczywistości świat podąża innymi drogami, nie troszcząc się zbytnio o sidła uproszczonych pojęć, w jakie usiłował go schwytać wiek XX. Dziś jest trzecia droga, jutro będzie czwarta. Dobra polityka stanowi permanentny proces konsultacji demokratycznej i buduje zawsze nowe realia, a nie punkt docelowy.

Gdyby w ekonomii istniał katechizm, byłoby łatwiej, choć prawdę mówiąc, nigdy nie zrozumiałem katechizmu, gdy zagłębiałem się w nim w dzieciństwie. Sugeruję czytelnikowi, by rzucił okiem na te notatki, nie upatrując w nich uproszczonych reguł, lecz punkty odniesienia. Doprawdy, nie są one zbyt skomplikowane i stanowią część pola działania nas wszystkich.


Od wielkiego zegara do społeczeństwa złożonego
Oczekiwanie na geniusza teoretycznego, który zrobi z rzeczami porządek, to jedno, natomiast zadanie sobie pytania, czy istnieje jakiś porządek rzeczy - to coś innego. Czy - innymi słowy - rzeczywiście istnieje globalnie zrozumiały mechanizm, czy też stanowimy plątaninę interesów, które krzyżują się i będą się krzyżować w chaotyczny i nieprzewidywalny sposób? W rzeczywistości, poczynając od określonej liczby zmiennych i dynamik, przewidywalność staje się ograniczona. Kiedyś zapytano mnie, dokąd moim zdaniem zmierza Nikaragua. Jako doradca rządu w dziedzinie planowania powinienem mieć w tej sprawie jakiś pogląd. W rzeczywistości problem nie polega na tym, by mieć informacje i adekwatną teorię interpretacji, lecz na tym, że ilość zmiennych, obejmujących w tym przypadku wszystko - od korupcji „kontry” po koniunktury wyborcze w Stanach Zjednoczonych i konflikty wewnętrzne w łonie oligarchii nikaraguańskich, nie mówiąc już o możliwości erupcji wulkanicznych - zmuszają nas do radykalnej skromności w sferze analiz i do poszukiwania naukowej poręki, że jesteśmy w stanie zrozumieć i ogarnąć sytuacje, jakie powstają. Nie chodzi o dekretowanie nieprzewidywalności rzeczy i wzdychanie z powodu niemocy naukowej. Chodzi o przekonanie, że w tej epoce przeobrażeń potrzeba nam wstrząsu w postaci skromności interpretacyjnej. Zarazem minimum realizmu i informacji o tym, co dzieje się na świecie, przekonuje nas, że w obliczu coraz potężniejszych technologii, jakimi się posługujemy, budowanie spójnych kierunków staje się kwestią przetrwania.
Od wielkiej wizji do realistycznych alternatyw
Ta skromność nie oznacza bezczynności, lecz zmianę podejścia. Rzec można, że nie chodzi o to, aby zdefiniować idealne społeczeństwo, dobrą utopię i walczyć o przestrzeń polityczną, na której można je zbudować. Jak mówi Ximena de la Barra, ludzkość nie zatrzyma się w pewnej chwili, aby przyjąć nowy system, który będzie nam odpowiadał. Coraz częściej poszukujemy takich ewidentnie użytecznych działań, jak dystrybucja dochodu, poprawa oświaty i inne inicjatywy zgodne ze względnie oczywistymi wartościami godności i jakości życia. Z drugiej strony, w miarę jak identyfikujemy tendencje krytyczne tego świata - globalny efekt cieplarniany, zniszczenie mórz, wykluczenie najsłabszych środowisk społecznych - staramy się stwarzać tendencje, który by im przeciwdziałały. Tak oto rozwija się pewien rodzaj pragmatyzmu działania politycznego. Wokół takiego np. celu, jak zapewnienie, aby każde dziecko było dobrze odżywione, miało buty i miejsce w szkole, można zmobilizować i zorganizować wielu ludzi. Niekoniecznie jest to podejście minimalistyczne. Przeciwnie - stwarza ono możliwości działania dla każdego obywatela, poprzez inicjatywy indywidualne, grupowe, sąsiedzkie czy podejmowane przez stowarzyszenia dążące do tak zwanego dobra publicznego. Ujawniając zaś opory wobec zmiany, sprawia, że opcje polityczne i przekształcenia strukturalne stają się jaśniejsze. Jest to niewystarczający, lecz konieczny warunek prowadzenia szerszej polityki. Chodzi o odzyskanie obywatelskiego wymiaru polityki, siły codzienności zwykłego obywatela, o przezwyciężenie zmęczenia, które często ogarnia ludzi oczekujących na wielką utopię, idealną partię polityczną, wybitnego przywódcę lub na powstanie tak zwanych warunków obiektywnych.
Powiązanie celów gospodarczych, społecznych i ekologicznych
Z drugiej strony skupianie się na wzroście gospodarczym i oczekiwanie, że reszta z tego wyniknie za pośrednictwem magicznego procesu trickling down, nie jest realistyczne i zalicza się do utopii równowag naturalnych - liberalnej wersji złudzeń społecznych. Rozsądnie konsensualne staje się natomiast pojęcie dobra publicznego. Z efektywności gospodarczej nie wynika naturalnie sprawiedliwość społeczna ani poszanowanie środowiska. Podobnie skupianie się jedynie na sprawiedliwości społecznej bez zapewnienia zasobów gospodarczych na inwestycje społeczne ma niewielki sens. Jest zarazem oczywiste, że ani działania społeczne, ani działalność gospodarcza nie będą miały żadnego sensu, jeśli nadal będziemy niszczyć planetę. Cel ogólny streszcza się więc w następującej dość prostej formule, którą znajdujemy dziś w tekstach Narodów Zjednoczonych - potrzebujemy takiego rozwoju, który jest ekonomicznie możliwy do zrealizowania i społecznie sprawiedliwy oraz przestrzega wymogów ochrony środowiska. Osiągnięcie jednego z tych celów bez osiągnięcia pozostałych nie rozwiązuje problemu. Nie wystarczy też powiedzieć, że dany system jest mniejszym złem niż inne - bo czy wypadnięcie z piętnastego piętra jest mniejszym złem niż z dwudziestego?
Powiązanie państwa, przedsiębiorstw i społeczeństwa obywatelskiego
Powiązanie celów ekonomicznych, społecznych i ekologicznych nie nastąpi za sprawą cudu, z dobrej woli przedsiębiorstw skupionych dziś na pogoni za zyskiem za wszelką cenę lub w wyniku cudownego odzyskania przez państwo zdolności do działania czy wreszcie z woli stosunkowo słabych organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Samo wtargnięcie zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego na arenę polityczną niewątpliwie zawdzięczamy coraz powszechniejszemu odczuciu, że ani makrostruktury władzy państwowej, ani makrostruktury władzy prywatnej nie odpowiadają na podstawowe potrzeby społeczeństwa w dziedzinie zapewnienia jakości życia, poszanowania środowiska, tworzenia klimatu bezpieczeństwa, zachowania przestrzeni indywidualnej i zbiorowej wolności i twórczości. Zgodnie z eleganckim sformułowaniem Clausa Offe, ci, którzy chcą całej władzy dla państwa, dość już nawojowali się z tymi, którzy chcą powszechnej prywatyzacji z nieograniczoną władzą przedsiębiorstw i tymi, którzy pragną, aby zapanowało wypełnione alternatywnymi społecznościami i technologiami small is beautiful. Pierwsze przyniosło nam zatory komunizmu, drugie tragedie społeczne liberalizmu - i polityczną podstawę alternatywy komunistycznej - a trzecie byłoby optymalne, gdyby nie prowadziło nas do tyrańskiego trybalizmu i tak czy inaczej stanowi konieczny, lecz wcale nie wystarczający czynnik politycznych równowag społeczeństwa. Kluczowym słowem jest tu oczywiście powiązanie rozmaitych narzędzi zmiany. Jesteśmy skazani na rozsądnie zrównoważone powiązanie władz państwowych, przedsiębiorstw prywatnych i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, a pogląd, że rozwiązanie może przynieść polityka polegająca czy to na prywatyzacji, czy na etatyzmie, jest dziś nie do utrzymania.
Cele społeczne i prawa demokratyczne: od zasiłku do uczestnictwa
Nie wystarczy osiągnięcie tak określonych celów społecznych - należy osiągnąć je w sposób demokratyczny. Innymi słowy, powiązanie działań państwa, przedsiębiorstw i społeczeństwa obywatelskiego wokół wielkich celów nie polega na wyborze efektywności technicznej. Pozostawiając na boku wizję skończonej utopii i wybierając nieustanną budowę i przebudowę celów społecznych, wybieramy demokratyczne środki podejmowania decyzji jako centralny element konstrukcji celów. Nie wystarczy, aby jakieś przedsiębiorstwo czy państwo zrobiło coś dobrego dla ludności. Chodzi o to, aby zrozumieć, że prawo do budowy własnej drogi, a nie tylko uzyskiwania rzeczy użytecznych z łaski czy to państwa, czy przedsiębiorstwa, jest jednym z naszych praw podstawowych. Żaden aktor polityczny czy gospodarczy nie ma prawa nic mi narzucać pod pozorem, że to dla mojego dobra; ma dostarczyć narzędzia instytucjonalne, które pozwolą mi poinformować się, wyrazić opinię i uczestniczyć w procesie decyzyjnym. W rzeczywistości obecne sposoby podejmowania decyzji przez państwo i megafirmy prywatne są niezwykle do siebie podobne - jedne i drugie czynią z obywatela biernego i manipulowanego poddanego. Oś kondycji obywatelskiej to zasadnicza kwestia obecnych przeobrażeń.
Kontrola przedsiębiorców: od władzy rozproszonej do władzy zhierarchizowanej
Czas, w którym żyjemy, cechuje niesamowita dominacja interesów megafirm, które Amerykanie określają po prostu i jakże wymownie mianem big business. Stanowi on jedyną ukształtowaną w skali światowej siłę, zagarnął w dużej mierze mechanizmy decyzyjne państw narodowych, kontroluje finansowe środki reprezentacji bogactwa ludzkości i za pośrednictwem monopolu, jaki sprawuje w systemach przekazu, skonstruował pozytywny wizerunek samego siebie. Nim pojawiła się megafirma światowa, mnogość przedsiębiorstw produkcyjnych do pewnego stopnia rozpraszała władzę i sprawiała, że przeważający wpływ sektora prywatnego na decyzje polityczne społeczeństwa pozwalał zachować pewną demokrację. Dziś niektórzy megaaktorzy ekonomiczni - Gatesowie, Bertelsmannowie, Murdochowie, Turnerowie, Sorosowie i inni - żeglują po świecie niczym władcy kuli ziemskiej i tworzą coś, co w ślad za Leonem Pomerem można nazwać ponadnarodową grupą społeczną, wobec której zwykłym śmiertelnikom pozostają mierne prawa obywatelskie, wielka niemoc i zniechęcenie polityczne lub po prostu - jak to jest w przypadku około trzech i pół miliarda nędzarzy stanowiących dwie trzecie ludności planety - wykluczenie społeczne. Ta zorganizowana i powiązana władza megaprzedsiębiorców usiłuje prezentować się jako zwyczajny sługa rynku - tzw. siły rynkowe występują jako siły anonimowe, a więc demokratyczne, bo podporządkowujące sobie wszystkich. W rzeczywistości mamy do czynienia z megawładzą polityczną, która w gospodarce globalnej wywołuje dramatyczną nierównowagę, nikomu nie zdając z niczego sprawy, a następnie prezentuje się jako nikt - jako rynek. Wszelka próba ograniczenia jej ekscesów stanowi oczywiście zamach na rynek. W powiązaniu państwa, przedsiębiorstw i społeczeństwa obywatelskiego istnieje dziś wyraźnie segment, który zupełnie destabilizuje równowagę procesu rozwoju społecznego. Megafirmy stroją się w prawomocność rynku, ale w rzeczywistości stanowią dziś potężne systemy powiązań medialnych, finansowych i politycznych.
Osłabienie państwa
W tych warunkach nie zaskakuje szybkie zużycie się tradycyjnych form polityki w oczach ludności. W Stanach Zjednoczonych prezydent jest wybierany przez niespełna jedną czwartą uprawnionych do głosowania, a oddane na siebie głosy uzyskuje w wielkiej mierze dzięki wielomilionowym dofinansowaniom przez przedsiębiorstwa prywatne - przez tzw. rynek. W tak mało wywrotowym czasopiśmie, jak Business Week, czytamy, że konserwatyści zawdzięczają Murdochowi utrzymanie się przez dwie dekady u władzy w Anglii. Czy Murdocha ktoś wybierał? Sam fakt, że procesy gospodarcze uległy w wielkiej mierze dyslokacji - że przemieściły się na arenę międzynarodową - w ramach tzw. globalizacji, w dużym stopniu skazuje państwo na niemoc w obliczu wielkich światowych ruchów spekulacji finansowej, koncentracji dochodu, zniszczenia środowiska. Co więcej, dla przetrwania rządu pochodzącego z wyborów zasadnicze znaczenie mają dobre stosunki z wielkimi grupami gospodarczymi. Musi więc grać zgodnie z regułami gry tych grup pod groźbą, że pozbawi się go inwestycji lub uczyni celem ataków spekulantów finansowych i wielkich światowych środków masowego przekazu. W wyniku jednej z niedawnych fuzji banków powstała grupa finansowa z kapitałem wynoszącym 700 miliardów dolarów. Dzienna wartość transferów spekulacyjnych przekracza 1,8 biliona dolarów. Roczna wartość produkcji dóbr i usług zaledwie połowy tuzina wielkich krajów świata przekracza bilion dolarów. Zgodnie z interesującym wyrażeniem Kurtzmana, dziś ogon merda psem. Tak oto państwo podlega kooptacji i traci zdolność do odgrywania roli przeciwwagi politycznej i równoważenia celów ekonomicznych, społecznych i ekologicznych. W euforii wywołanej upadkiem komunizmu wielkie korporacje rozpętały wielki ruch prywatyzacyjny obwiniając państwo o wszelkie możliwe zło. Taka tendencja jest postrzegana jako niebezpieczna dla całokształtu procesu reprodukcji społecznej już nie tylko przez lewicę, ale również przez coraz liczniejszych aktorów społecznych należących do szerszego spektrum politycznego. Wraz z szybką erozją rządności na całej kuli ziemskiej ryzykują już nie tylko wykluczeni.
Przeciwwaga społeczeństwa obywatelskiego
Zmianą o największym znaczeniu w koncepcji nowych kierunków jest być może zrozumienie roli zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego lub organizacji społeczeństwa obywatelskiego, jak Narody Zjednoczone nazywają dziś masę organizacji pozarządowych, organizacji o podłożu komunalnym itp. Ponieważ wiele osób odnosi się jeszcze do tych organizacji z niewiarą, warto przypomnieć, że w Stanach Zjednoczonych, gdzie nazywa się je non profit sector, zatrudniają 15 milionów osób; prawie 80 proc. Amerykanów należy do jakiegoś stowarzyszenia, a 100 milionów zadeklarowało, że w 1995 r. wykonało jakąś dobrowolną pracę. Ze ściśle ekonomicznego punktu widzenia mówimy o wkładzie do amerykańskiego PKB rzędu 800 miliardów dolarów tylko w tym sektorze, podczas gdy cały brazylijski PKB wynosi około 500 miliardów dolarów. Rząd amerykański wnosi roczny wkład w wysokości około 200 miliardów, zapewniając niezliczone działania społeczne oraz sprzyjając solidarności i spójności tkanki społecznej, a także wydajności. Ogólnie rzecz biorąc, sektor ten jest obecny i stosunkowo silny w krajach rozwiniętych, natomiast słaby w krajach ubogich, w których polityka sprowadza się do tradycyjnego duetu gabinetowego oligarchii prywatnej i oligarchii państwowej. Wraz z rozwojem nowych technologii, które ułatwiają powiązania społeczne, i postępami urbanizacji, która sprzyja organizacji lokalnej, poszerza się ogromnie przestrzeń modernizacji i demokratyzacji zarządzania w sferze politycznej, gospodarczej i społecznej, szczególnie za pośrednictwem lokalnych systemów partycypacyjnych. Dla naszej analizy zasadnicze znaczenie ma konstatacja, że niedostatki megafirm i obecnych form organizacji państwa z punktu widzenia zdolności do zaspokajania podstawowych potrzeb społeczeństwa coraz bardziej skłaniają samo społeczeństwo do zakasania rękawów i prowadzenia swoich działań nowymi drogami.
Od trójnogu państwowego do trójnogu społecznego
Prowadzenie dyskusji na płaszczyźnie powiązań sił społecznych oznacza postęp. W Brazylii przywykliśmy lokalizować dramat w stosunkach między trzema władzami - dyskutujemy o systemie prezydenckim (więcej egzekutywy), parlamentaryzmie (więcej legislatywy), a także o kontroli innych władz nad sądownictwem. Społeczeństwo obywatelskie wkracza tam zwykle drzwiami zarezerwowanymi dla partii politycznych, a zagubionej prawomocności politycznej poszukuje się w głosowaniu na szczeblu okręgów, w umoralnieniu finansowania kampanii wyborczych itd. Ponieważ to nie działa, zawsze można dowieść, że Brazylijczyk nie potrafi głosować. Jeśli chodzi o sektor prywatny, to kamufluje on swoją zorganizowaną władzę polityczną i występuje jedynie z (potężnymi, choć dyskretnymi) wkładami finansowymi w kampanie wyborcze, także pod postacią lobby - w tak uczony sposób nazywa się w Brazylii korupcję systemową. Trójnóg społeczny przenosi nas na inny poziom. Chodzi o formalne uznanie (realnej) władzy politycznej przedsiębiorstw i (koniecznej) władzy politycznej zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o odzyskanie przez państwo zdolności do organizowania i umacniania nowego paktu społecznego, jakiego wymaga kraj. Chodzi o wyprowadzenie wielkich firm z ministerstw, parlamentu i sądownictwa, o odprywatyzowanie państwa. Chodzi wreszcie o zdynamizowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego tak, aby mogło skutecznie spełniać swoją rolę w dziedzinie kontroli nad państwem, hamować lub kompensować nadużycia sektora prywatnego i odtworzyć choćby minimum kultury solidarności społecznej, bez której ani gospodarka, ani społeczeństwo nie byłyby zdolne do życia. Tym samym dyskusja przestaje być obsesyjnym sporem o to, czy lepsza jest władza w rękach oligarchii gospodarczych, czy w rękach oligarchii politycznych, i toczy się na gruncie stosunków między władzą gospodarczą, władzą polityczną i społeczeństwem obywatelskim.
Od społeczeństwa manipulowanego do społeczeństwa poinformowanego
Twierdzenie, że żyjemy w demokracji, jest niewątpliwie aktem dobrej woli. Ponieważ mieliśmy w naszych dziejach długie okresy dyktatur, reagujemy jak biedak, który w baraku musi trzymać kozę: gdy usuwa się kozę, ulga jest ogromna, tylko że biedak pozostaje biedakiem, a barak pozostaje barakiem. Po to, abyśmy przeszli od koziej polityki do polityki zorganizowanego postępu społecznego i zapewnili minimum równowagi między państwem, przedsiębiorstwami i społeczeństwem obywatelskim, społeczeństwo musi być należycie informowane. To z kolei wymaga demokratyzacji kontroli nad publicznymi środkami masowego przekazu - nad mediami. Dlatego wydaje się ważne, aby w szczególności siły demokratyczne, które skupiają się na alternatywach ekonomicznych, uznały fundamentalne znaczenie procesów kulturowych i komunikacyjnych. Tradycyjne filary władzy oligarchii - broń i zasoby ekonomiczne - stają się stosunkowo mniej ważne, gdy ten, kto kontroluje media, uzyskuje możliwość wejścia do każdego mieszkania, do każdej poczekalni i sypialni z nieustającym przesłaniem na temat tego, co powinniśmy myśleć o wszystkim i jak odnieść sukces, uganiając się za nim i dominując nad innymi. W ten na ogół zakamuflowany sposób ukierunkowuje się nastawienia i wartości ogromnej większości społeczeństwa, kształtując pewien rodzaj bezwładu umysłowego, który niczym ogromny i bezkształtny mięczak ciąży nad wszelką nową myślą, wszelkim odruchem życzliwości, wszelką odmienną opinią. Zaczynamy chcieć tego, czego chce się od nas. Od dyskusji o kontroli nad hutą i monopolami państwowymi dużo ważniejsza jest dyskusja, jak ograniczyć monopol na środki masowego przekazu. Nie chodzi oczywiście o upaństwowienie mediów i zastąpienie jednego monopolu innym. Chodzi o zapewnienie mnogości i bogactwa zróżnicowanych i zdecentralizowanych, sieciowych źródeł informacji, wśród których Internet wskazuje nam odnowione paradygmaty organizacji społecznej. Informacja, komunikacja oraz to, co umożliwia jedna i druga - przejrzystość - stanowią pierwszorzędne narzędzia obecności społeczeństwa obywatelskiego w procesie politycznym, zasadniczy czynnik ogólnej spójności. W swoim World Information Report 1997/98 UNESCO słusznie przypomina, że informacja stanowi jedno z podstawowych praw obywatela - również dlatego, że bez potrzebnej informacji obywatel nie może korzystać z innych praw - i że czynniki publiczne powinny zapewnić ją bezpłatnie.
Od filozofii piramidy do filozofii sieci
Nadal postrzegamy organizację społeczną jak piramidę, jako system odziedziczony po Watykanie i legionach rzymskich, w którym jeden rządzi dwoma, dwaj rządzą czterema itd., a narastającą złożoność kompensuje mnogość poziomów. Wiadomo, że poczynając od pewnej liczby poziomów hierarchicznych, szczyt piramidy zaczyna żyć złudzeniem, iż ktoś wykonuje to, co się postanawia, a u podstaw zaczyna się żyć złudzeniem, że ktoś kieruje racjonalnie tym procesem. W rzeczywistości nic nie działa. Sprawić, aby działała służba zdrowia, która jest jak naczynie włoskowate i musi dotrzeć do każdego obywatela w każdym punkcie kraju, gdy podlega scentralizowanemu kierownictwu z siedzibą w Brasilii i składa się z dziesiątków szczebli, z których każdy ma swoje zawiłości, to uczynić rzecz administracyjnie niemożliwą. Mamy taką oligarchię, jaką mamy, niekoniecznie dlatego, że lud nie umie głosować ani dlatego, że jesteśmy bardziej niż inni skorumpowani. Złożoność, tempo zmian i różnorodność sytuacji nowoczesnego społeczeństwa czynią nieżyciowym stary, rzymski czy pruski, układ pionowy. Hierarchia ze swoją mnogością poziomów i centralizacją decyzji wyklucza naturalnie podstawę. Pozbawiony kontroli dołów, to znaczy zainteresowanej decyzjami populacji, system funkcjonuje w sposób dosłownie nierządny. Z drugiej strony fakt, że populacja zurbanizowała się, tworząc powiązane, dające się zorganizować u podstaw społeczeństwa przestrzenie, sprzyja decentralizacji i radykalnej demokratyzacji sposobów, w jakich sobą zarządzamy. W innych czasach mogło to doprowadzić do dezintegracji szerszego systemu politycznego. Nowe sposoby informacji i komunikacji pozwalają dziś systemowi na decentralizację, na działanie sieciowe, na zastępowanie w dużym stopniu hierarchii dowodzenia przez koordynację poziomą. Chodzi o zmianę paradygmatu, która przeniknęła już do wielu dziedzin działalności przedsiębiorstw i stanowi roboczą filozofię wielu organizacji społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy stawia dopiero pierwsze kroki w naszym sposobie widzenia organizacji państwa.
Różnorodność rozwiązań instytucjonalnych
Społeczeństwo zorganizowane sieciowo i żyjące w środowisku bogatym w informację szuka elastycznej formy zawsze odnawialnych rozwiązań instytucjonalnych, unikając standardowego rozwiązania, które wtłacza rozmaite sytuacje w takie same ramy instytucjonalne. Chodzi o powiązanie rozmaitych rozwiązań organizacyjnych, a nie o wybór takiego czy innego radykalnego uproszczenia stosunków między państwem a przedsiębiorstwem. Jest rzeczą naturalną, że sektor działalności produkcyjnej opiera się na tak ważnym mechanizmie regulującym, jakim jest rynek, choć ważna jest kontrola nad działaniami produkcyjnymi, które dotyczą podlegających wyczerpaniu dóbr naturalnych, czy też dóbr z łatwością podlegających kartelizacji. Sektor infrastruktury - zwłaszcza energetyczny, wodny, transportowy - wymaga dużego udziału państwa, ponieważ wymaga wielkich inwestycji, które zwracają się po długim czasie i przynoszą rozproszone efekty gospodarcze, jak również planowania celem zapewnienia długofalowej spójności systemowej. Sektor społeczny - edukacja, służba zdrowia, kultura, komunikacja, sport i inne dziedziny - źle działa pod panowaniem tradycyjnej biurokracji państwowej, a jeszcze gorzej w warunkach komercjalizacji i biurokratyzacji prywatnej - aby się o tym przekonać, wystarczy przyjrzeć się katastrofie, jaka stanowią prywatne ubezpieczalnie zdrowotne, eksplozja medycyny leczniczej kosztem zapobiegawczej i inne, bezpośrednio godzące w jakość naszego życia, tendencje. Właściwego działania tego sektora nie może zapewnić ani biurokracja państwowa, ani prywatny zysk, lecz przemożna obecność zorganizowanej społeczności. Problem nie polega więc na zgodnym z opcjami ideologicznymi wyborze etatyzacji albo prywatyzacji, lecz na budowie odpowiednich powiązań między z jednej strony państwem, przedsiębiorstwami i społecznością, a z drugiej rozmaitymi poziomami władzy państwowej - władzą centralną, stanową i gminną. Do tego dochodzi fakt, że nie wystarczy sprywatyzować czy upaństwowić, ponieważ np. szpital może stanowić własność prywatną, być zarządzany przez działającą w społeczności lokalnej i nie nastawioną na zysk organizację, podlegać kontroli rady obywateli - wszystko w ramach regulacji przez państwo. Może też być szpitalem państwowym zarządzanym przez grupę prywatną pod kontrolą rady gminnej. Takie powiązania nie zawsze mieszczą się w naszych symplifikacjach ideologicznych, ale na pewno powinniśmy zmierzać w tym kierunku celem przywrócenia naszym wysiłkom użyteczności społecznej. Jeśli nowe technologie oferują nam jakiś nowy potencjał, to polega on właśnie na możliwości znacznie elastyczniejszego i przystosowanego do zróżnicowanych warunków zarządzania. Zmierzamy ku powiązaniu zróżnicowanych mechanizmów regulacji. Lansowana przez neoliberałów powszechna prywatyzacja jest tak samo ekstremistyczna, jak pokusa powszechnej etatyzacji, której ulegli komuniści. Dążenie do prywatyzacji jest zrozumiałe z powodu zysków, jakie przynosi, ale nie wytrzymuje krytyki nowoczesnej wizji społecznej.
Urbanizacja i przestrzenny wymiar celów społecznych
Jeśli rozwiązania są zróżnicowane, a rzeczywistość współczesna jest bardziej złożona i (z powodu samego tempa przeobrażeń, jakie przeżywamy) cechuje ją większa płynność, rozmaite inicjatywy muszą powiązać się na jakimś poziomie w taki sposób, aby sprzyjały temu, co nazwano jakością życia - w ostatniej instancji jest to cel wszystkich naszych wysiłków. Miasto, które - chcąc nie chcąc - stało się podstawową komórką struktury instytucjonalnej i naszego życia społecznego, wymaga, aby przypadła mu rola czynnika integrującego rozmaite inicjatywy - prywatne, państwowe czy podejmowane przez organizacje społeczeństwa obywatelskiego. Nie ma sensu zadrzewianie przez państwo ulic, upiększanie miasta i oczyszczanie rzek, gdy przemysł zatruwa środowisko odpadami chemicznymi, a firmy wykupujące grunty zajmują nadrzeczne łąki i wyrębują lasy na zboczach. Inicjatywy podejmowane przez instytucje, które dążą do zupełnie odmiennych celów, nie przyczynią się do synergicznej konstrukcji celów społecznych, jeśli nie będzie instytucji sprzyjających zbieżnościom i współdziałaniom. Przedsiębiorstwo prywatne w sferze produkcyjnej osiąga - choćby tylko na poziomie mikroekonomicznym - wysoką efektywność, bo jeśli nie jest efektywne, trzeba je zamknąć; do pewnego stopnia musi ono przystosować się do kontroli zewnętrznej, jaką jest sankcja zysku. Z kolei miasto musi dążyć do minimum efektywności, którą możemy nazwać produktywnością społeczną, aby np. uniknąć absurdu, którego ofiarą pada São Paulo, sparaliżowane przez nadmiar środków transportu. Osiągnięcie nowoczesności po to, aby jechać średnio z szybkością 14 kilometrów na godzinę samochodem kosztującym dziesiątki tysięcy dolarów i skonstruowanym tak, aby jeździć z szybkością ponad 150 kilometrów na godzinę, gdy wszystkim znane są odpowiednie rozwiązania techniczne takiego problemu, zmusza nas do przemyślenia sposobów zarządzania.

Odkładam na bok sprawę potworów o rozmiarach São Paulo, która jest odrębnym zagadnieniem. Rzecz w tym, że miasto stanowi podstawową jednostkę, w której gospodarka prywatna, polityka społeczna państwa na różnych poziomach lub społeczeństwa obywatelskiego, cele ekologiczne, siatki ratujące przed ubóstwem krytycznym, zintegrowana polityka zatrudnienia i inne cele mogą wiązać się ze sobą wokół sensownych propozycji. Coraz lepiej rozumiemy, że w miarę jak świat wchodzi na surrealistyczną orbitę zwaną gospodarką globalną, trzeba dobrze umocować kotwicę, którą mamy pod sobą - władzę lokalną.


Odpośredniczenie państwa
Afryka Południowa - kraj, w którym piętrzą się niesłychanie podobne do brazylijskich problemy gospodarcze i społeczne - przeprowadza interesujące doświadczenia. Ich dynamikę pokazuje wyraźnie działanie głównego w tym kraju forum negocjacji konsensu, o którym była już mowa - Narodowej Rady Rozwoju Gospodarczego i Pracy. Ove Pedersen pisze o „gospodarce negocjowanej” w systemie, jaki wyłania się w krajach skandynawskich: „system powszechnej kooperacji politycznej jest czymś więcej niż tylko narzędziem podejmowania decyzji i koordynacji zbiorowości policentrycznej oraz instytucji na różnych poziomach. W systemie tym jako całości można upatrywać wstępny warunek instytucjonalny istnienia gospodarki negocjowanej. Gospodarkę negocjowaną możemy więc zdefiniować jako narzędzie kształtowania takiego społeczeństwa, w którym alokację zasobów przeprowadza się zasadniczo za pośrednictwem powszechnego systemu kooperacji politycznej między niezależnymi ośrodkami podejmowania decyzji w państwie, w organizacjach i w instytucjach finansowych.”

W Brazylii podejmowano już takie próby w rodzaju izb branżowych; uzyskaliśmy również takie - zinstytucjonalizowane już - rezultaty, jak partycypacyjne tryby uchwalania budżetów w Porto Alegre i gdzie indziej. Opory, jakie one wzbudzają, są zrozumiałe ze względu na skład i zacofanie prywatnych i państwowych oligarchii brazylijskich. Mimo to wyłania się stopniowo nowa kultura polityczno-administracyjna; rodzi się nowa świadomość kondycji obywatelskiej i samej funkcji polityki, która prawdopodobnie będzie miała niewiele wspólnego z czystymi modelami podejścia etatystycznego i liberalnego. Nie chodzi o kolejne „zwycięstwo” jednych nad innymi, lecz o powstanie wypadkowej, która czerpie po trochu od jednych i drugich, ale tworzy coś nowego. Rzeczywistość jest zaś taka, że sektor wielkich przedsiębiorstw prywatnych, na skutek deklarowania po tylekroć swojego zwycięstwa w obliczu coraz bardziej chaotycznej pod względem gospodarczym, społecznym i ekologicznym sytuacji, ryzykuje, że nie biorąc udziału w budowie bardziej zrównoważonej polityki, jako pierwszy będzie miał kaca.


Od klas-zbawicieli do wizji aktorów społecznych i kondycji obywatelskiej
Wizja ta pociąga z kolei za sobą konieczność dokonania przeglądu pojęć, którymi posługujemy się definiując aktorów społecznych. Na naszym - krótkim czy długim - stuleciu wycisnęły piętno mesjanistyczne wizje klas-zbawicieli - burżuazji w wizji kapitalistycznej, proletariatu w wizji socjalistycznej. Ponieważ kondycja każdej klasy zależy od usytuowania w procesach produkcji, wszystko sprowadzało się do opozycji między tym, kto jest właścicielem fabryki, a tym, kto zapewnia w niej produkcję, tym, kto czerpie zysk, a tym, kto utrzymuje się z płacy. Centralna pozycja fabryki w procesach produkcji rozwiewa się niesłychanie szybko; z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem jej waga maleje tak, jak ongiś zmalała waga rolnictwa. Złożoność podsystemów ekonomicznych, jakie ukształtowały się w realnie istniejącej gospodarce, jest zaś taka, że mówienie o nich przy użyciu tego rodzaju makrokategorii, jak klasa, staje się nadmiernym uproszczeniem. Sposób usytuowania w procesach produkcji nie przestaje wywierać wpływu na postawy polityczne, ale nie ma tak zasadniczego znaczenia, jakie miał w przeszłości. Tradycyjne podziały klasowe krzyżują się dziś w sposób bardziej różnorodny i złożony z postawami wynikającymi z dość wąskich, korporacyjnych interesów zawodowych, korzeniami regionalnymi (przynależnością do dzielnicy, społeczności, miasta, mniejszości językowej lub innymi wpływami, związanymi już nie z przestrzenią pracy, ale z miejscem zamieszkania w ramach czegoś, co John Friedmann nazwał life space) i innymi elementami definicji ideologicznej. Rozmaite aspekty definicji ideologicznej krzyżują się ze sobą na rozmaite sposoby, toteż często czujemy się nieswojo i odczuwamy niedosyt, określając się jako lewica lub prawica. Z rozmachem wyłania się raz jeszcze pojęcie kondycji obywatelskiej, powiązanej ze zróżnicowanymi indywidualnie i społecznie przejawami powszechności praw człowieka.
My” i „oni”: nowe znaczenie profilu etycznego
Wspomniane wyżej nowe profile zmuszają nas naturalnie do dwuznacznego przedsięwzięcia - określenia grup, z którymi się utożsamiamy. Mówiąc o społeczeństwie, które będzie musiało rządzić się wiążąc bardziej niż dotychczas złożone krzyżówki usytuowania społecznego, zróżnicowanych aktorów społecznych i praw powszechnych, jesteśmy racjonalnie przekonani o nowej kompleksowości. Tymczasem otwierając gazetę lub widząc portret Fernando Collora7, uśmiech w stylu Antonio Carlosa Magalhãesa8 czy Paulo Malufa, wiemy doskonale, gdzie nie jesteśmy i z jakim światopoglądem się nie identyfikujemy. Świat znów staje się do pewnego stopnia prosty. Gdzie przebiega owa granica, która nie wynika ściśle z racjonalnego pojmowania różnic klasowych, lecz odpowiada intuicyjnej gestalt, które mówi nam, że wiemy, po której stronie jesteśmy? Wydaje mi się, że Jordi Borja dość jasno definiuje linię podziału: są tacy politycy, przedsiębiorcy, dziennikarze, przywódcy najrozmaitszych Kościołów, animatorzy programów telewizyjnych, prawnicy i inni aktorzy społeczni, których siła polityczna wynika z odwoływania się w sposób zorganizowany do tego, co napuszcza jednego człowieka na innego, a więc niepohamowanej konkurencji, rasizmu, sprawiedliwości wymierzanej jako zemsta, ksenofobii, męskiej supremacji, arogancji bogactwa, wyszydzania słabszych i okazywania im pogardy itd. Są też tacy politycy, którzy przypisują szczególną wartość temu, co w człowieku jest wielkoduszne i skupiają się w swoich dyskursach na solidarności, tolerancji, poszanowaniu i docenianiu różnic, sprawiedliwości społecznej. Prawdę mówiąc, na ogół pierwsza opcja, „granie” na tym, co w istocie ludzkiej jest najsłabsze, jest najłatwiejszym sposobem uprawiania polityki i integrowania sił społecznych. Ludzie mogą czuć się dowartościowani widząc, jak docenia się to, co jest w nich najciemniejsze. To polityka, gospodarka, komunikacja społeczna, kultura od strony żołądka. Nowe technologie - patrz sukces Edira Macedo, biskupa Powszechnego Kościoła Królestwa Bożego w Brazylii, Jean-Marie Le Pena we Francji, Newta Gingricha w USA, zdeklarowanego pronazisty Jörga Haidera w Austrii, samego Collora - sprawiają, że jest to niesłychanie groźne zjawisko.

To niezwykłe, że choć nasze zdolności umysłowe stają się coraz bardziej wyszukane, udaje nam się upraszczać swoje stanowiska polityczne. Cynik wychwala cynizm i wyjaśnia, że istota ludzka nic nie jest warta; w ten sposób powleka swoje bezwstydne poglądy lakierem szacowności filozoficznej. Idealista szuka istoty przyzwoitego człowieka i często popada w absolutne rozczarowanie. Prozaiczna rzeczywistość jest taka, że jedne formy organizacji społecznej potęgują pozytywne strony człowieka, a inne - co widzieliśmy za reżimów faszystowskich i dyktatur wojskowych - czynią z niego bestię i w niej szukają swojej siły politycznej.

Pewnego razu czytałem w Sunday Times artykuł pełen zgoła obłędnych kłamstw o pewnym kraju afrykańskim, który przypadkiem dobrze znam. Byłem przerażony, jak wiele osób, czytając go, popadało w ekstazę i powtarzało z satysfakcją tradycyjne „to jest to”, nie zwracając uwagi na najbardziej nawet oczywiste kłamstwa. Dobrym dziennikarzem czyni kogoś raczej utwierdzanie ludzi w przesądach niż przelewanie na papier problematycznych realiów. Istotne jest dla nas to, że linia podziału może mieć złożony przebieg, przechodzić przez związki zawodowe, partie, stowarzyszenia, redakcje gazet, a w każdym razie nie sprowadza się do tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę, na jedną i drugą klasę; nie wyczerpuje się w sposobie usytuowania w procesach produkcji. Zrozumienie tego podziału staje się tym ważniejsze, im bardziej takie zagadnienia, jak z jednej strony przetrwanie planety, a z drugiej prozaiczne uczucie szczęścia w życiu codziennym, wymagają nowej etyki społecznej. Ta z kolei nie będzie mogła zmaterializować się bez zbliżenia między aktorami społecznymi, którzy potrafią stać się jej podporą. Wynalezienie na nowo humanizmu społecznego, w którym dopatrywano się ongiś naznaczonego niemocą idealizmu, stanowi dziś potężną oś działania.

Przykładem tej tendencji może być opracowywany corocznie przez Narody Zjednoczone Raport o rozwoju społecznym - w przeciwieństwie do mającego dłuższą tradycję Raportu Banku Światowego o rozwoju świata - skupia się w nim uwagę na jakości życia. Ta sama tendencja znajduje wyraz w ruchu ekologicznym przedsiębiorców, w nowych pojęciach odpowiedzialności społecznej za działalność gospodarczą itd. Nikczemność skorumpowanych radnych São Paulo, którzy śmieją się bezczelnie ze swoich bandyckich wyczynów, może wywołać powszechną niechęć do polityki, ale może również przysporzyć świadomości, że instytucje, nad którymi społeczeństwo obywatelskie nie sprawuje kontroli, wyrodnieją - i skłonić do konstruktywnych poszukiwań bardziej demokratycznych form organizacji instytucjonalnej.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna