Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona1/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9
07. 10. 2014 Watford, Londyn

Uroczystość Matki Bożej Różańcowej

Sławomir Tomasz Roch

rycerzniebieski@wp.pl
„[...] I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu. Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat. Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny, ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. [...]”. Adela Roch z d. Rusiecka


WSPOMNIENIA ADELI ROCH

Z D. RUSIECKA Z KOLONII TERESIN W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1935 - 1947
Nazywam się Adela Roch, mam 87 lat, mieszkam we wsi Gajów 9, gmina Radków, powiat Nowa Ruda, woj. Dolnośląskie. Urodziłam się 07 maja 1927 r. we wsi Swojczów, gm. Werba, pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu. Mój tatuś nazywał się Jan Rusiecki, jego rodziców nie pamiętam. Moja mamusia miała na imię Zofia z d. Kalinowska, jej mama miała na imię Petronela, a imienia dziadzia nie pamiętam. Miałam zaledwie 3 latka kiedy rodzice opuścili Swojczów i przenieśli się do nowej kolonii Teresin. Tam nasz tatuś wybudował nowy dom, ale na początku spaliśmy w stodole przez całe lato. Dopiero na zimę wprowadziliśmy się do nowego, pięknego, drewnianego i dużego domu. Duży pokój nie był jeszcze wykończony, chociaż byłam malutka pamiętam to doskonale.

W rodzinie było nas sześć sióstr: Leokadia, Antonina, Michalina i Halinka i dwóch braci: Leonard i Stanisław. Rodzice dbali o to, abyśmy byli najedzeni i nie marzli. Trzeba było od najmłodszych lat pomagać w gospodarstwie. Ja pasłam gęsi, a potem krowy. Zimą wyplataliśmy koszyki. Miałam dużo starsze rodzeństwo, to musiałam pilnować ich dzieci. W 1939 roku w marcu poszłam na trzy miesiące do szkoły, żeby nauczyć się czytać i pisać. Razem ze mną chodziła do szkoły Kazia Świstowska i jej kuzyn, Tońka Wawrynowicz, innych nie pamiętam. W tym roku w czerwcu byłam u I Komunii Św. a w sierpniu poszłam do Sakramentu Bierzmowania. Ksiądz tak zarządził w obliczu zbliżającej się groźby wojny.

We wrześniu 1939 roku przyszli do nas „ruskie”. Przez zimę siedziałam w domu wyplatając koszyki pod piecem, a także z konieczności, bo nie wystarczyło dla wszystkich butów. We wrześniu 1940 roku Rosjanie ponownie otworzyli w Teresinie szkołę, ale uczyli nas po rusku. Nie umiałam dobrze wymawiać i dzieci się ze mnie śmiały. Nie chciałam chodzić do takiej szkoły i nikt mnie do tego nie zmuszał. Ukończyłam dwa razy pierwszą klasę, raz po polsku, a drugi raz po rusku. Nauczyłam się czytać i pisać, a liczenie opanowałam podczas sprzedaży jaj. Liczyłam szybko i bezbłędnie. Do kościoła w Swojczowie było 5 km i uczęszczałam do niego tylko podczas wielkich świąt kościelnych. Chodziliśmy latem pieszo, ale zimą często brak ciepłej odzieży, uniemożliwiał mi uczestnictwo we Mszy św. Od czternastego roku życia musiałam już pracować, najczęściej była to praca w polu. A potem przyszło to najgorsze...

Póki co moje dzieciństwo było wesołe i beztroskie w naszej kolonii, było bowiem dużo dzieci, niemal w każdym domu, było pięcioro, sześcioro, ośmioro dzieciaków. Dlatego było się z kim bawić i niekiedy robiliśmy, taki harmider, jak trza. Najczęściej lubiliśmy się bawić w naszym ogródku. Tam były dwie ławeczki i tam schodziło się wiele dzieci, a do moich starszych braci i sióstr wiele młodzieży. Do lasu chodziłam rzadko ponieważ z naszego domu, przynajmniej 1 km do lasu kohyleńskiego. Tylko niekiedy chodziłam z Halinką do lasu wolańskiego, było to około 3 km, aby przyciągnąć klocki. Miałam już wtedy około 11 lat. W naszej kolonii nie było właściwie Ukraińców, to była duża kolonia polska, mieszkało tu tylko dwóch Ukraińców: z rodziny Środa i Stolaruk oraz jeden Żyd o nazwisku Herszko i naturalnie jego rodzina.


OPIEKA I MIŁOŚĆ NIEPOKALANEJ

Dla Królestwa Niebieskiego narodziałam się w kościele pw. Narodzenia NMP w Swojczowie. Moim ojcem chrzestnym był Polak o nazwisku Kubiak, był komendantem policji w Swojczowie. Mamą chrzestną była zaś Helena Wawrynowicz, moja ciotka z Teresina. Gdy byłam mała rodzice zabierali mnie do naszego kościoła w niedzielę i na większe święta, a jak już byłam większa sama chodziłam na nauki przed I Komunią świętą. Moja pierwsza Komunia św. wypadła w Swojczowie w czerwcu 1939 r., zatem tylko na dwa miesiące przed straszną II wojną światową, a już 05 września 1939 r. otrzymaliśmy tam wielki dar Sakramentu Bierzmowania.

Pamiętam że Sakramentu udzielił nam nasz proboszcz ks Franciszek Jaworski z upoważnienia ks Bp dr Adolfa Szelążka z Łucka. Było nas dużo dzieci i gości też było b. dużo może dlatego, że wojna się zaczęła i ludzie od razu więcej zaczęli wołać do Boga. Chociaż w naszej parafii i przed wojną, był b. pobożny lud choć ubogi, ale wierzył w Boga i do kościoła chodził. Lubiłam się modlić, a sympatia ta ogromna i chęć szczera, nawet radość płynąca z modlitwy, były w naszych stronach b. powszechne. Dziś w początkach 21 wieku, coraz częściej powtarza się, że do kościoła chodzą ludzie w podeszłym wieku. I rzeczywiście trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy się jest w kościele, to większość stanowią babcie i dziadkowie, a naszej młodzieży, to jak na lekarstwo. Nieraz z troską myślę o moich wnukach, o mojej rodzinie i o naszym narodzie, gdzie to nasze, nowe pokolenie zaprowadzi nas w przyszłości. Czy aby nie daj Boże nie okryje naszego narodu, jakowąś straszną hańbą w oczach narodów świata, bo przecież Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy i z siebie szydzić nie pozwoli. Niestety u naszych sąsiadów Czechów, tuż za miedzą chyba jest jeszcze gorzej, tam właściwie to już prawie nikt nie chodzi do kościoła, dosłownie pojedyńcze osoby.

Tymczasem u nas na Wołyniu i w Swojczowie także kościoły w niedzielę były pełne, niemal pękały mury. Wszyscy chcieli się modlić, radośnie śpiewali, a każde spotkanie w kościele wyglądało, jak prawdziwe święto dziś. Urodziwe dziewuchy potrafiły zasuwać na bosaka po pięć km na nabożeństwo i nikt się tego ubóstwa nie wstydził, nie było też przypadków wyszydzania młodzieży z tego powodu. Po prostu leciało się do kościoła i to było powszechne w tamtym czasie i było to wspaniałe. Po temu prawdziwym okazuje się w moim życiu stare, ludowe przysłowie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, bowiem w moim wieku złotym b. kocham modlitwę, jest mi prawdziwie ucieczką od trosk wieku tego. Modlitwa sprawia mi codziennie wiele radości, a serce moje przepełnia nadzieja, która umacnia wiarę, że może być w mojej rodzinie, parafii i w Polsce jeszcze kiedyś, taka miłość i wiara, jaka była w Swojczowie, jaka była tam w naszych sercach do Matki Bożej Swojczowskiej. [1] [Całościowe i piękne spojrzenie na życie mieszkańców Swojczowa i okolic, zawdzięczamy pani Petroneli Władyga z d. Rusieckiej. Przenikanie się kultur, beztroskie dzieciństwo, szczęście wielodzietnej rodziny, rozmodlone grupy wiernych, patriotyczne wychowanie dzieci i młodzieży w lokalnej szkole oraz wojskowe tradycje II Rzeczypospolitej Polskiej, to wszystko znajdziemy na kartach tychże wspomnień. Najcenniejsze są jednak wierne ralacje z czasów demonicznej II wojny światowej, obrazujące narastającą z wolna wśród Ukrainców, nienawiść do Żydów i Polaków oraz do innych mniejszości. Poraża podłość i zakłamnie ukraińskich nacjonalistów, względem swoich polskich sąsiadów. Wstrząsający jest opis lipcowej zagłady starej, polskiej wsi Dominopola, a w końcu i samego Swojczowa. A pomimo to ponad tą bezduszną czeluścią okrucieństwa i rozlanego szeroko zła, rozbłyska z całą mocą światło Niepokalnej Maryi. Historia ta została dokładnie opisana w b. bogatych i cennych wspomnieniach pani Petroneli Władyga z d. Rusiecka ze wsi Swojczów na Wołyniu (68 stron), opublikowanych 02 maja 2012 r. na stronie o Wołyniu, oto adres: http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/411-wspomnienia-petroneli-wadyga.html , Dodane przez autora opracowania S. T. Roch].

Jako mała dziewczynka lubiłam szczególnie majowe nabożeństwa, kiedy śpiewaliśmy litanię do Matki Bożej. W naszym Teresinie nabożeństwo majowe, śpiewane było codziennie w domu starej panny Marceliny Wawrynowicz. Tam był ładny ołtarzyk i figurka Matki Bożej Niepokalanej. Przychodziło dużo ludzi, a litanię zawsze śpiewał Mieczysław Kisielewicz, który miał mocny i piękny głos. Czasami śpiewaliśmy majówkę w środku kolonii przed figurą Matki Bożej, która stała tuż obok domu rodziny Terleckich. Dwa razy w tygodniu wraz z Michalinką oraz Eugeniuszem Bortnowskim przez Teresin do naszego kościoła, chodziły też Rochy z Zastawia. I czasami na majówkę szedł z nami Tadeusz Roch oraz Bolesław Roch, przeważnie w soboty. Na majówkach widywałam także Mariana Rocha z żoną Anną i dziećmi.

Nabożeństwo czerwcowe na naszej kolonii, było odprawiane, ale cieszyło się mniejszym zainteresowaniem. O ile pamiętam wtedy właśnie w czerwcu, wypadały sianokosy oraz liczne prace w ogrodach, ludzie zatem zaczynali ciężko pracować i już nie było tyle czasu na modlitwę. Miło wspominam także pokutne nabożeństwo Gorzkich Żali. Nasi ludzie spotykali się u kogoś w domu, przeważnie młodzi i wspólnie śpiewali wszystkie trzy części. Osobiście b. lubiłam tę formę modlitwy i Gorzkie Żale śpiewam niekiedy, po dziś dzień. Bywa i tak że mi się dłuży i nawet wyczekuję nowego okresu postu, by sobie w tym klimacie znów pośpiewać.


ODPUST W SWOJCZOWIE

Nasz kościół był duży i murowany, piękny. Bardzo mnie zawsze ujmowało, że stał na takim wzgórku, a do koścoła wprost wchodziło się przez dużą bramę. W kościele były organy oraz śpiewał pięknie nasz rodzimy, parafialny chór. Niemal każda uroczystość w Swojczowie, gromadziła prawdziwe tłumy wiernych, a podniosła atmosfera sprawiała, że nogi same niosły do naszego Sanktuarium Matki Bożej Przeczystej. Jednak największą uroczystością w roku był oczywiście Odpust, który trwał trzy dni i przypadał 08 września na Narodzenie NMP zwany również potocznie Matki Bożej Siewnej. W tym dniu niektórzy szli nawet kilkanaście km drogi, choć byli i tacy, którzy na wozach przybywali nawet z bardziej odległych miejscowości. Poza tym Swojczów był celem wielu pieszych pielgrzymek, które przybywały pieszo do tronu naszej Matki i Królowej Swojczowskiej. Osobiście widziałam przychodzące pielgrzymki ze wsi Sielec, Łokacze i Horodło.

Bardzo lubiłam Odpusty, gdyż jako dziecko mogłam pobiegać pomiędzy straganami, gdzie zawsze było b. dużo przeróżnych zabawek, w tym lalek i kolorowych wiatraczków. A słodycze były takie kuszące, że aż chciało się zjeść i choć miałam na to ubogie fundusze, ale zawsze coś się tam kupiło. Jarmark przy kościele, był w tych dniach naprawdę wielki, dzieci biegały i piszczały, starsi rozmawiali żywo i śmiali się. Wszyscy byli pięknie poubierani, czysto i odświętnie, a radość gościła na każdej twarzy. W kościele modlili się ludzie, a msza święta była na dworze przy tzw. letnim Ołtarzu. Ludzie modlili się gorąco i szczerze. Dookoła kościoła, był jakby wysoki mur z zadaszeniem, tam stały konfesjonały i klęczniki i tam ludzie się spowiadali. Po końcowym błogosławieństwie, była jak zawsze uroczysta procesja dookoła naszej świątyni, w której brałam udział. Podczas tej procesji noszone były nasze sztandary kościelne. [2] [Piękne świadectwo o życiu wiernych w parafii Narodzenia NMP w Swojczowie, pozostawił pan Antoni Sienkiewicz z kolonii Piński Most na Wołyniu. Jako ministrant przy Ołtarzu i młodzieniec miał wiele okazji, by przeżywać wraz z innymi nie tylko rozmodlone i barwne odpusty swojczowskie, ale także wszelkie inne religijne uroczystości. Jest tu opis polskiej szkoły i bogatych tradycji kulturowych mieszkańców Ziemi Swojczowskiej. Jest to zarazem mocne, osobiste świadectwo ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej w roku 1943 we wsi Dominopol i na kolonii Piński Most oraz w całej okolicy przez zdegenerowanych banderowców z Wołczaka i Świnarzyńskiego lasu. Występują także relacje innych naocznych świadków, tych krwawych zapustów. Wspomnienia te (17 stron), dostępne na wielu stronach w internecie można przeczytać także na stronie naszych braci Czechów wołyńskich, pod tym adresem: http://www.scvp.eu/downloads/roch/SIENKIEWICZ%20ANTONI.pdf , Dodane przez autora opracowania S. T. Roch].
NA WOŁYNIU ŚPIEWALI WSZYSCY

Właściwie każde święta w Swojczowie miały b. radosny i naprawdę szczególny charakter. A w naszym domu najmilej wspominam święta Bożego Narodzenia bowiem tatuś przynosił z lasu dużą choinkę, która mocno pachniała świeżym lasem. I chociaż nie mieliśmy kolorowych bombek, to radości było co nie miara, przy strojeniu drzewka. Robiliśmy bowiem różne ozdoby z kolorowego papieru oraz wieszaliśmy dużo różnych ciastek.



W mojej rodzinie była przepiękna tradycja śpiewania wspólnie kolęd przy choince. Tatuś Jan wieczorami wyciągał kantyczkę i zaczynał pięknie śpiewać. Śpiewaliśmy z nim wszyscy, mamusia Zofia, ja i moje siostry, nawet nasi goście chętnie z nami siadali i wspólnie śpiewaliśmy. Lubiliśmy kolędować, podobnież wszyscy nasi sąsiedzi z Teresina, nasi parafianie i cały chyba Wołyń. Tradycją były także wizyty kolędników z gwiazdą i szopką. Nas najbardziej cieszyły przebrania kolędników, były takie różne i fikuśne. Ja pamiętam janioła z takimi dużymi skrzydłami, diabła z b. długim ogonem, a na końcu jeszcze zakrzywionym, króla co chodził w ornacie i śmierć co to dzierżyła kosę. To byli zwykle chłopcy z naszej kolonii, przeważnie Mieczysław Zieliński i Tadeusz Kasperski. Nawet nasz tatuś Jan miał swoją dużą szopkę, a w niej św. Rodzinę, Pastuszków i Trzech Króli. Stawiał ją na wóz i podjeżdżał pod domy i razem z innymi niósł szopę pod dom gospodarza, a jak było miejsce, to i do domu, a potem śpiewali gromko kolędy, aż się chaty trzęsły. Ja sama nigdy nie chodziłam kolędować, gdyż było przyjęte, że kolędują wyłącznie mężczyźni.

Na Wołyniu śpiewali chyba wszyscy i przy każdej możliwej okazji, a śpiewali przy tym pięknie i z sercem, taki to był po prostu śpiewny, wołyński naród. Śpiewano wdzięcznie na Teresinie i kochano śpiewać u Rochów na Zastawiu w Kohylnie. Do nas na Teresin najczęściej przychodziła Zosia Roch ze swoją mamą Amelią, zatrzymywały się na przeciw naszego domu, u bratowej Heleny. I Helenka i Zosia pięknie potrafiły śpiewać, lubiłam i ja z nimi śpiewać, choć nie miałam tak ładnego głosu jak one miały. Ulubione piosenki Zosi to: „Podolanka”, „W sadzie liście padają” i „Przez Kohylno wieś”.
Podolanka

I Na Podolu leży kamień, Podolanka siedzi na nim



Przyszedł do niej Podoleniec, daj mi droga, daj mi wieniec.

Ja bym Tobie wieniec dała, żebym brata się nie bała.

Utruj. Utruj brata swego, będziesz miała mnie młodego

Jak ja nie wiem kiedy umrę, tak ja nie wiem, co mam bratu dać.

II Idź do sadu wiśniowego, znaleźć węża zjadliwego



Pokraj jego na drobniuśko i ugotuj na słodziuśko

Gdy przyjdzie brat z Myślina, podaj siostro bratu wina

A brat pije z konia leci, siostro, siostro dbaj o moje dzieci.

Gdybym ja o dzieci dbała, to bym trutki nie dawała.
III Pisze liścik do miłego, już utrułam brata swego

I miły jej odpisuje:

Jak utrułaś brata swego, to utrujesz mnie miłego.
Przez Kohylno wieś

I Przez Kohylno wieś jest ścieżeczka jest



Wydeptała ją Kasieńka, jak nosiła jeść

Jak jeść nosiła, to Boga prosiła

Dopomóż mi mocny Boże, bym Twoją była. X2
II Kiedy lata przyszły chłopca poznała

Tak się dziewcze zakochała, że serce mu dała.

On zazdrosny był i tego nie krył

Rzucił Kasię swe kochanie, w swoim świecie żył.
III Chodzi i puka, swego szczęścia szuka

Kiedy już je spotkać może z oczu płynie łza

Bo mu Kasia w sercu z miłością została

I to szczęście, niepojęte na czas zatrzymała.
IV Tak skruszony rzekł, co ja robić mam?

Wrócę ja do swej dzieweczki i jej radość dam.

Wrócił chłopiec blady do kochanej stóp

Proszę Kasiu weź różyczkę i coś ze mną zrób.
V Gdy miłego widzi serce jej się kraje

Ale jemu zbiedzonemu, poznać się daje

I tak rzecze srodze, ku jego przestrodze

Zraniłeś mi serce draniu, to i teraz odejdź.
VI Ty będziesz moja, a ja będę Twój

Tylko proszę Cię Kasieńko z innymi nie stój

A ja będę stała i rozmawiała

Bo od Ciebie mój Jasieńku słówka nie miałam.
VII I Jaś chodził do stóp Królowej, w Swojczowie

I tam Boga prosił, za dziewczyny duszę

Tam klęczał i tam wołał

Daj mi proszę Matko Kasię, niech moją zostanie.
AMELKA I ZOSIA ZOSTAŁY MI W SERCU

Jeszcze jako mała dziewczynka chodziłam niekiedy z moją bratową Heleną Rusiecką z d. Roch do wsi Kohylno na Zastawie. Tam mieszkała duża rodzina Rochów i też było dużo dzieci i młodzieży. Mama bratowej miała na imię Amelia Roch, była osobą szczerą i otwartą. Nie lubiła plotkować, ale jeśli trzeba było, to mówiła wprost. Poza tym była pracowita i gospodarna. Wyszła wcześnie za mąż mając zaledwie lat 17 i to niecałe. Władek Roch miał już dwoje dzieci: Helenkę i Kazimierę, opiekowała się nimi jak prawdziwa matka i była dla nich b. dobra. Sama miała jeszcze troje własnych dzieci: Romana, Tadeusza i Zosię, przy czym mąż jej zmarł, jak miała zaledwie 28 lat. Od tej pory była młodą wdową i sama musiała sobie radzić. Z tego co mi wiadomo, radziła sobie b. dobrze i choć była uboga, obie przybrane córki, zdołała wychować i wydać za mąż. Lubiłam chodzić do niej na Zastawie i widziałam, jak Amelia ciężko pracowała. Uderzało mnie, że choć w jej domu ubogo, to jednak zawsze było czysto, schludnie i zawsze przyjmowała b. gościnnie.

Uśmiechnięta, była po prostu dobra, choć na zewnątrz wydawała się być sroga. Myślę, że to samo życie nauczyło ją być, tak mocną i stanowczą. Zawsze ją żałowałam bowiem po ludzku rzecz biorąc, to ona na tym świecie nic nie użyła. Bratowa Helenka opowiadziała mi raz pewne zdarzenie, mówiła tak: „Moja mama Amelia, była już wysoko w ciąży, ale mimo wszystko udała się w pole, by scinać sierpem zboże. Pole to było oddalone około 1km od domu na Zastawiu. Gdy tam sama pracowała, przyszedł na nią czas i rozpoczął się poród. Nawet nie próbowała wracać do domu, tylko tam urodziła swego pierwszego syna Romana. Załatwiła sama co trzeba na miejscu. Jak już było po wszystkim, małego synka zawinęła w fartuch, który miała przy sobie i położyła na miedzy. A potem jak gdyby nigdy nic poszła z powrotem do ciężkiej roboty, żniwiarskiej w polu. Użnęła już nawet trzy kolejne snopki zboża, gdy polną drogą nadjechał znajomy Ukrainiec i posłyszał płacz dziecka na miedzy. Schodzi z woza patrzy, a to mały Romek, leży ledwo w fartuchu na miedzy. Pyta się zatem zmieszany Amelii, co to za dziecko, a ona do niego spokojnie, że właśnie go niedawno urodziła. To on do niej: ‘Durnaja Amelka szo ty robisz? Dawaj ja cię zawiozę do domu.’. A ona mu na to: ‘Jedź, Jedź! A kto to za mnie tu zrobi.’. Ponieważ jednak ten Ukrainiec się uparł, że jej tu bez pomocy, ot tak nie zostawi, musiała wsiąść z nim na wóz z dzieckiem i tak szczęśliwie wrócili, cali i zdrowi do domu.”.

Ogarnia mnie żal i współczucie, że nawet pod koniec jej, tak trudnego, wymagającego wielkich poświęceń życia, nacjonaliści ukraińscy zadali jej śmierć męczeńską. Tym bardziej, że ona im tak ufała, była tak głęboko przekonana, że jej i jej dzieciom nic złego nie uczynią.


I WACUŚ CO BEZ PARDONU OBJEŻDŻAŁ KONIA

Zaprzyjaźniłam się z Zosią Roch ponieważ była tylko rok młodsza i była wesołą dziewczynką, serdeczną kleżanką. Z Zosią najczęściej chodziłyśmy na łąki nad duży staw i tam zrywałyśmy kwiaty, najbardziej lubiłyśmy żółte kaczeńce i stokrotki. Pletłyśmy wdzięczne wianuszki i tak przyozdobione chodziłyśmy sobie w nich. Niekiedy przychodziła do nas Janina Roch, córka Grzegorza, była troszkę starsza ode mnie i mówiła: „Zrób mi wianuszek, a będę Cię bardziej lubiała.”. To była drobna i bardzo spokojna dziewczynka i właściwie lubiłam ją. Słyszałam od innych, że była niepełnosprawna umysłowo, ale chociaż widziałam ją wiele razy nie zauważyłam nic dziwnego, dlatego nie wiem dlaczego, tak o niej wtedy mówili. Nawet mi się skarżyła: „Zaproś mnie do siebie, bo mnie nie puszczają!”. Brat Leonarko wspominał mi, że w tym stawie, były drobne rybki, na moście widziałam dwóch chłopaków młodych z wędkami, dwóch innych łaziło z siatką po wodzie. Często z Zosią bawiłyśmy się z małą Czesławą Rusiecką, córką Heleny. Kilka razy spotkałam też Zosię Szymanek, która przychodziła z Kohylna, gdzie mieszkała, ale jakoś nie miałyśmy wspólnego języka.

Poznałam też Wacka i Marysię, to były bliźniaki, dzieci Grzegorza i Staszki Roch. Do dziś pamiętam, jak Wacuś lubił podejść konia starego, pasącego się na łące, a robił to tak: na początek zachodził od go od tyłu, następnie po ogonie wdrapywał się na konia, zaraz przechodził po jego grzbiecie i frywolnie zjeżdżał na dół po jego głowie. A koń o dziwo, ani go nie kopnął, ani nie wierzgnął, nie próbował zrzucić, a tym bardziej nie ugryzł, tylko wcale się nim nie przejmował i skubał sobie spokojnie trawę, jak gdyby Wacka wcale tam nie było, jak gdyby był powietrzem. [3] [Opis wołyńskiego gospodarstwa, praca w polu oraz uprawy rolne, a nawet dokładny opis produkcji konopi i lnu, możemy poznać poprzez lekturę osobistych wspomnień pani Ludwiki Podskarbi z d. Szewczuk z kolonii Mohylno na Wołyniu. Znajdziemy tam także opisy zdrowej pobożności kresowej, tradycji minionych, pięknego dzieciństwa, pośród wielodzietnych rodzin i zielonych sadów owocowych. A były to czasy, gdy pilność i zaradność, były w cenie. Niestety sowiecka opupacja, hitlerowska machina wojenna i banderowskie ludobójstwo, zniszczyły to wszystko do gołej ziemi. Przeczytamy tam także o trwodze nocnej ucieczki, gdy płonęły polskie wsie i kolonie, upokorzeniach, chorobach i głodzie, o niewolniczej pracy dla okupantów, o goryczy wieloletniej tułaczki i wszędobylskiej biedzie rodzin kresowych. To wszystko i jeszcze więcej, opisała z wielkim sercem pani Ludwika Podskarbi, po wojnie zamieszkała w Darłowie na Pomorzu. Do końca nie mogła pogodzić się z przemilczaniem, ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej w kolonii Mohylno na Wołyniu i na Kresach. Pisała zatem mocno i bez owijania w bawełnę, ale przy tym z wielką klasą. Wspomnienia te (29 stron), opublikowane na stronie Stowarzyszenia Pamięć i Nadzieja w Chełmie są dostępne dla pod adresem: http://www.pamiec-nadzieja.org.pl/pin1/articles.php?article_id=33 Dod. autor opr. S. T. Roch].

Jako mała dziewczynka mając 10 lat, zaczęłam paść gęsi na Karczunku, tam właśnie był duży staw i gęsi miały wodę. Najczęściej chodziłam tam z siostrą Halinką, było tam też wiele innych dzieci z naszej kolonii. Raz spotkałam starszego pana, jak siedział na wysokim pniaku i ostrzył nóż. Długo tak siedział i nic go więcej nie interesowało. Za to ja i Halinka przestraszyłyśmy się, pobiegłyśmy do naszego domu i powiedziałyśmy do naszego tatusia Jana: „Tato my nie będziemy tam paść gęsi, bo tam głupi chłop siedzi.”. A nasz tatuś poszedł i zdziwił się kiedy zobaczył, że to Michał Roch z Zastawia. Mówi zatem do niego: „Michał co ty dzieci straszysz?”. A on ze śmiechem: „Ani ja się do nich odzywał, ani ja na nich patrzył. Siedzę tu i jedynie krowy swoje pilnuję.”. Śmiechu było z tego, co nie miara.

Co ciekawe nawet na pastwisku nie spotykałam ukraińskich dzieci, po temu w dzieciństwie nie spotykałam się z żadnymi przykładami napaści na Polaków. Nie pamiętam nawet jednego przykładu antyukraińskich zachowań u naszych dzieci, czy nawet u naszych starszych. Czegoś takiego po prostu nie było.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna