Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej


TO TYLKO JAKIŚ CZERWONY SŁUP NA NIEBIE



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona2/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

TO TYLKO JAKIŚ CZERWONY SŁUP NA NIEBIE

Przed wybuchem II wojny światowej, chodziłam przez trzy miesiące do I klasy, a potem miałam rok czasu przerwy. Po tym czasie zakwalifikowali mnie od razu do klasy II i uczyłam się jeszcze przez około rok czasu, ale to była już wojna i czas okupacji. Jako beztroskie dziecko właściwie nic nie wiedziałam, że ma wybuchnąć wojna, choć niektóre zdarzenia mogły takie myśli sugerować. Dla przykładu latem 1939 roku, zapewne było to już po Wielkanocy nasz tatuś wszedł do naszego domu i powiedział głośno jakiś przejęty: „Chodźcie, zobaczcie chłopaki, że Włodzimierz Wołyński się pali!”. Było to już późnym wieczorem i na dworze było ciemno. W naszym domu był wtedy Zdzisław Wawrynowicz, Stefan Bojko i Eugeniusz Bortnowski. Na podwórze wyszedł wtedy sam Zdzisław i oglądał niebo nad miastem Włodzimierzem. Zaraz przyszedł z powrotem do domu i powiedział do nas wszystkich: „E pan Rusiecki coś bajdurzy, to nie Włodzimierz się pali, tylko jakiś czerowny słup na niebie!”. I znowu zaczęli grać w karty.

Rano następnego dnia na nasze podwórko przyszła nasza ciocia Helena Wawrynowicz oraz nasz sąsiad Władysław Ożga. Ciocia pytała się tatusia tak: „Jasiek ty widział, co wczoraj było na niebie?”. A tatuś zaraz odpowiedział: „Widział! Widział!”. Ciotka więc dopowiedziała: „No to się posuwało z zachodu na wschód”. A Władek Ożga, który się przysłuchiwał powiedział na to: „No tak to się przesunęło z tego miejsca w te!”. I ręką pokazał, jak mi sie wydaje z zachodu na południe. A ciotka za nim jeszcze dodała: „A to coś niedobrego, bo to takie krwawe było!”. Ale nasz tatuś tego nie komentował, tylko zabrał Władka i gdzieś się udali, a ciocia Hela poszła do naszej mamusi. Wiem o tym dobrze, bo sama byłam świadkiem tego wszystkiego, widziałam te rzeczy i słyszałam te rozmowy. Lecz sama się tym nie zajmowałam, jakoś mało mnie to interesowało, innych chyba też i więcej ta sprawa, już w rozmowach nie wracała. [4] [W zamyśle Bożej Opatrzności znaki na wołyńskim niebie, miały jednak ogromne znaczenie, lecz o tym i w tamtym czasie nie mogli wiedzieć mieszkańcy kolonii Teresin. Niezwykle bogatą relację o tych znakach, zawdzięczamy pani Kazimierze Kowalczyk z d. Czerwieniec, byłej mieszkance kolonii Karczunek Wołyński na Wołyniu. Wspomnienia te (11 stron) są zarazem mocnym dokumentem o ludobójstwie, dokonanym na ludności polskiej przez OUN-UPA w miasteczku Uściług nad Bugiem i w okolicach. Są także pewne informacje na temat polskiej samoobrony, placówki AK, która stacjonowała w pobliżu i która przyszła z pomocą. Informacje przekazał po wojnie pan Józef Szewc, partyzant, uczestnik tej bitwy. Opublikowane 07 września 2013 r. na stronie Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność, dostępne pod adresem:http://www.solidarnosc.org.pl/oswiata/attachments/1644_KOWALCZYK%20KAZIMIERA.pdf , Dodane przez autora opracowania: S. T. Roch]

Tuż przed wojną w wojsku służył nasz brat Stanisław, był skoszarowany we Włodzimierzu Wołyńskim. Jego uroczysta przysięga miała być 01 września 1939 r., ale nieoczekiwanie tauś Jan dostał zaproszenie, już na 25 sierpnia i udał się naturalnie na tę uroczystość. Gdy wrócił powiedział do nas wszystkich w domu: „Coś szykuje się chyba na wojnę!”. Coś tam jeszcze z mamusią szeptali, ale ja już nie słyszałam tylko patrzyłam, czy tatuś ma jakieś prezenty z miasta dla nas.


WRZEŚNIOWE DNI KLĘSKI

Zaraz od 01 września 1939 r. nasza rodzina, była dobrze poinformowana o wojnie. Mieszkał bowiem na Teresinie pewien inwalida wojenny o nazwisku Świstowski, który posiadał własne radio, a spodziewając się że będą, u niego w domu robić przeszukania, oddał je na przechowanie do brata Leonarda. Tak oto b. dobrze byliśmy poinformowani, co dzieje się na froncie. Nasz brat również walczył na froncie, brał udział w zaciętych walkach nad rzeką Bzurą. Tam został ranny i dostał się do niewoli niemieckiej. Przebywał w niej, aż do końca wojny, aż do wyzwolenia jego obozu jenieckiego przez wojska sowieckie.

Tymczasem do wojska zabrali także najstarszego brata Leonarda, który trafił ze swoim oddziałem, gdzieś w okolice Łucka na Wołyniu. Kiedy jednak 17 września Sowieci zdradziecko przekroczyli granicę wschodnią II Rzeczypospolitej Polskiej, to jego oddział został rozwiązany i każdy żołnierz na własną rękę wracał do swego domu. Brat po drodze napotkał grupy Ukraińców, takie luźne bandy, które wysługiwały się Sowietom i rozbrajały polskich żołnierzy, wracających z frontu. Kiedy brat wrócił szczęśliwie do domu, to opowiadał nam wtedy, że i jego tak zatrzymano i wypytywano się skąd wraca.

W naszej okolicy wrześniowe dni klęski, przebiegły b. spokojnie i właściwie nic się dziwnego nie działo. Gdzieś około 18 września zobaczyłam pierwszych żołnierzy sowieckich i wyglądali raczej b. marnie. Jeden z nich częstował mnie nawet cukierkami, ale ja nie chciałam, bo były brudne.


SOWIECKI RAJ OBIECANY

Od pierwszych do ostatnich dni okupacji sowieckiej, było u nas cicho i spokojnie. Sowieci o dziwo okazali się dobrymi, życzliwymi ludźmi, a to co mnie w nich urzekło, to to że byli naprawdę otwarci i szczerzy. W lesie kohyleńskim urządzili potężne koszary dla b. dużej liczby wojska. W naszym domu mieszkało dwóch lejtnantów i u nas się stołowali. Ukraińcy w tym czasie, też zachowywali się b. spokojnie i nie pamiętam, aby były z nimi w tym czasie, jakiekolwiek problemy. Nikt w tym czasie nie wzbraniał, chodzić ludziom do kościoła, a w pokoju w którym spali Sowieci, nawet nie musieliśmy, zdejmować świętych obrazów ze ścian.

Ojciec Jan miał w tym czasie, jeden nieprzyjemny zgrzyt z Żydem na targu we Włodzimierzu Wołyńskim. Pojechał tam bowiem miał drzewo do sprzedania, lecz kiedy zobaczył go pewien Żyd, powiedział do tatusia bez pardonu: „Uciekaj stąd i nie stawaj mi tu! Wy już w worku, tylko was zawiązać!”. I nasz tatuś zmuszony był z drzewem wyjechać z ul. Farnej na inną ulicę i dopiero tam spokojnie sprzedał wszystko.

Już w pierwszą zimę od stycznia 1940 r., zaczęło się wywożenie polskich, pojedyńczych rodzin na straszną Syberię. Na początek zabrali naszego stryja Stanisława Rusieckiego i całą jego rodzinę ze Swojczowa. Sowieci przyszli po nich w nocy i mieli tylko 15 minut na zabranie, najbardziej potrzebnych rzeczy ze sobą. Kiedy po latach wrócili znowu do Polski, to osiedli w Hrubieszowie i wszystko nam ze szczegółami opowiadali. Byłam w jego domu wiele razy, gdyż przyjaźniłam się z jego córkami z Antoniną i jeszcze z jej dwiema siostrami. One wszystkie po wielu dramtycznych przejściach, zdołały wrócić z mroźnej Syberii. Właśnie wtedy stryj Stanisław opowiadał nam wszystkim, jak to było w sowieckim raju obiecanym i na sowieckich, darmowych wczasach. Staszek mówił zatem tak: „Przyszli do nas nocą, było już około północy. To było czterech żołnierzy NKWD i dali nam tylko 15 minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Właściwie nic ze sobą nie zabraliśmy. Dzieci nam płakały, a żona ledwie dwa miesiące wcześniej, urodziła bliźniaczki: Zosię i Kazimierę. Zabrali nas wszystkich i wsadzili na furmankę. Potem zawieźli nas do Włodzimierza Wołyńskiego, a tam na torach stały, już wagony bydlęce i właśnie do jednego z nich zapakowali i nas wszystkich. Było tam już dużo ludzi i było b. zimno, gdyż wagony były drewniane i nie były ogrzewane. A to przecież środek zimy, był styczeń i b. duże mrozy. Nawet nie było okien, tylko dziury zakratowane. Razem z nami jechał jeden enkawudzista, którego zmieniano na każdą dobę. Zimno było strasznie, a ten pociąg stawał na każdej stacji i stał tak niekiedy, dość długo. Przy tym wszystkim nie wolno nam było patrzeć do okna.



Tak jechaliśmy dwa tygodnie, byliśmy już b. umęczeni. W końcu wysadzili nas w Nowosybirsku. Tam trzymali nas w barakach przez dwa miesiące, pracowałem przy drzewie. Następnie zawieźli nas dalej w tajgę. To już był obóz dla takich jak my za drutami. Tam już naprawdę nie dało się żyć bowiem nie było co jeść, a ludzi było dużo i to z różnych narodów. Ciężko pracowałem w lesie, ścinaliśmy drzewo, dostawałem za to chleba, ale i tego nie starczało dla nas wszystkich. Sytuacja z dnia na dzień stwała się, coraz trudniejsza i brakowało mi zwyczajnie sił, by temu sprostać. Nie miałem już w sobie siły, by to wszystko unieść i wtedy zaczęła nachodzić mnie myśl, by ze sobą skończyć, by popełnić samobójstwo.

Wiele się nad tym nie zastanawiałem, tylko czując się załamany, po skończonej pracy jednego dnia, udałem się do lasu z taką myślą, że się dziś powieszę. Gdy już byłem w lesie i szukałem odpowiedniego drzewa, zobaczyłem na przeciwko piękną, dużą łanię. Nie uciekała, ale stała spokojnie. Zbliżyłem się do niej wolno i widzę, że ma duże, piękne wymię. Tak sobie pomyślałem: ‘Boże żebyś ty moim dzieciom, dała trochę mleka!’. I rzeczywiście łania, jak zaczarowana nadal stała w miejscu i dała mi się podejść. Wydoiłem ją spokojnie, sam się mleka napiłem i jeszcze zaniosłem swoim dzieciom w swojej skurzanej czapce. Następnego dnia znowu poszedłem w to miejsce, a łania znów tam stała. Tym razem miałem jednak ze sobą garnuszek i nadoiłem dużo mleka, tak że moje dzieci trochę się nim wzmocniły, a mnie samemu wróciła chęć do życia. Już nie myślałem więcej o tym, aby popełnić samobójstwo. Tak chodziłem przez cały tydzień do lasu po mleko, a łania zawsze była w tym samym miejscu. Po tych dniach, tak dla nas szczęśliwych, po prostu znikła i już nigdy więcej, z pomocą się nam nie pokazała. Do mnie jednak w tym czasie dotarło, co też ja bym właściwie uczynił, gdybym się tamtego dnia powiesił, jak wielką szkodę wyrządziłbym swojej, utrudzonej małżonce i naszym dzieciom. Zostaliby oto sami, by dalej zmagać się z tą potworną biedą, głodem i strasznymi mrozami. Bardzo żałowałem, żem taką piekielną myśl, ku sobie dopuścił.

W tym obozie było wielu pobożnych ludzi, chętnie modliliśmy się wszyscy razem, nawet zrobiliśmy sobie kapliczkę ze śniegu i tam wspólnie modliliśmy się przed naszą Figurką ze śniegu. Kiedy nie mieliśmy znów co jeść, to ja i moja żona i dzieci nasze zbieraliśmy korzenie i parzyliśmy liście. Dla przykładu po liście lipy trzeba było chodzić nawet 10 km, ugotowane były gorzkie, ale moja żona Antosia robiła z nich placki. Dzieci ich nie chciały i płakały, ale my starsi jedliśmy i to nawet z myślą, aby tylko przeżyć na tej nieludzkiej ziemi.

Tak było do 22 czerwca 1941 r. do momentu kiedy Hitler napadł na ZSRR bowiem już kilka dni później, dali wszystkim dość dużo prowiantu i nasza sytuacja uległa gwałtownej poprawie. Przynajmniej było teraz co jeść, a poza tym nic się nie zmieniło. Nadal trzymali nas za drutami pod strażą i co dzień gonili nas do ciężkiej, niewolniczej pracy. Około 30 km dalej pracował mój syn, który potem trafił do Armii Polskiej Gen. Władysława Andersa na zachodzie. Inni nasi chłopcy trafili potem z kolei do I Armii WP Gen. Zygmunta Berlinga i Wandy Wasilewskiej. Tuż przed naszym wyzwoleniem z obozu, zmarła jedna z naszych bliźniaczek, ale wszyscy pozostali zdołali przeżyć, tę wprost niewiarygodną gehennę polskich rodzin kresowych. Ja i moja rodzina, jak tylko Sowieci zdołali pokonać III Rzeszę, wróciliśmy do Polski, naturalnie za zgodą władz sowieckich i osiedliśmy w Hrubieszowie. Wróciliśmy szczęśliwie do domu.”.

Niestety stryj Stanisław żył jeszcze tylko około pół roku i zaraz pomarł, tak mocno był schorowany, a właściwie to wycieńczony sowieckimi wczasami. Jego dzieci do dziś żyją ze swoimi rodzinami we wsi Czerniczyn k. Hrubieszowa. [5] [Cała historia zesłania na Syberię rodziny Stanisława Rusieckiego, jego żony Stefani z d. Antoniuk oraz ich dzieci z kolonii Czesnówka, została pięknie opisana przez ich córkę Jadwigę Grusiewicz z d. Rusiecka, która po wojnie osiadła w Mrągowie na Mazurach. Można tam znaleźć także pewne informacje na temat mordów we wsi Twerdynie oraz w polskiej kolonii Ossa. Wspomnienia te (8 stron), opublikowane 14 października 2012 r. są dostępne pod adresem: http://radio.radiopomost.com/ze-swiata/772-wspomnienia-jadwigi-grusiewicz-z-kolonii-czesnowka-na-wolyniu , Dod. autor opr. S. T. Roch]

Słyszałam także od ludzi z naszej kolonii i nie tylko, że Sowieci wywieźli na Syberię wiele innych polskich rodzin, ale już dziś nie pamiętam tych ludzi z imienia i nazwiska. Wiem natomiast, że NKWD planowała wywiezienie, całej naszej kolonii Teresin na Syberię. Była już nawet wyznaczona data, a nawet dzień kiedy miało się to dokonać, to miało być 23 lub 25 czerwca 1941 r.. Lista wszystkich mieszkańców kolonii Teresin, była już u Ukraińca, sołtysa sąsiedniej ukraińskiej wsi Kohylno.

Gdy na Wołyń wkroczyli Niemcy, mój brat Leonard jakimś sposobem zdobył, te papiery od sołtysa z Kohylna i cały ten plan wywózki nas wszystkich. Cała nasza rodzina i ja także oraz wszyscy mieszkańcy naszej kolonii, mogliśmy osobiście oglądać te papiery i zbrodnicze plany Sowietów. Pamiętam że to był papier kancelaryjny, na którym był rozrysowany, dokładny plan wkroczenia do naszej kolonii, jednocześnie z dwóch stron, a cała kolonia miała być w tym czasie szczelnie otoczona, tak by nikt nie zdołał uciec. Był tam też dołączony spis wszystkich mieszkańców polskiego Teresina. Na szczęście nie zdążyli bowiem 22 czerwca 1941 r. na ZSRR, uderzył z całą mocą Hitler, odsuwając w czasie zagładę naszej kolonii o jakieś dwa lata, jak się miało wkrótce okazać.


NIEMIEC ŻELAZNĄ PIĘŚCIĄ ZAGARNIA KRESY

Nic nie zapowiadało, że ma wybuchnąć wojna, ale dosłownie nic. Jednej nocy do naszego domu przybiegł żołnierz z lasu, zastukał do okna i krzyknął przerażony: „Tawarisz Lejtnant balszaja trwocha! Wojna!”. Sowieci zaraz pobiegli do lasu, gdzie stało ich wojsko i już więcej ich u nas nie było. Zaraz za nimi pobiegła żona, ale nawet ona już ich tam nie zastała, tylko sama warta jeszcze tam stała. Wróciła więc do nas i tak powiedziała: „Tych naszych żołnierzy, co to nad Bugiem na granicy stali, już Niemcy wzięli do niewoli, a nasi poszli na front.”. Spakowały się zatem te dwie żony i odjechały samochodem na wschód. Jedna z nich jeszcze wróciła do nas i przez jakiś czas ukrywała się u nas, a potem wyjechała w październiku na wschód.

Widziałam jak Niemcy jechali koło Tartaku kohyleńskiego, wojsko piękne, czyściutkie i zmotoryzowane. Pili wodę na Teresinie i pojechali dalej. Nie słyszałam, aby ktoś ich witał kwiatami, lub żeby budował dla nich bramę powitalną. Zaraz na początku hitlerowcy ogłosili nabór do policji i wielu Ukraińców zgłosiło się na ochotnika. Hitlerowcy dali im broń i z tą chwilą, to Ukraińcy strzegli porządku w naszych okolicach, jak się potem miało okazać, stało się to jedną z najważnjeszych przyczyn ludobójstwa na Żydach i Polakach na Kresach.

W tych dniach Niemcy ogrodzili Tartak kohyleński i napędzili tam sowieckich jeńców. Codziennie też wyganiali ich pieszo do majątku do wsi Elizabetpol. To był duży majątek i ci jeńcy sowieccy, tam cały dzień ciężko pracowali, a ukraińscy policjanci ich pilnowali. Zdarzało się, że gonili tych jeńców przez nasz Teresin, oczywiście był to widok straszny. Było tych jeńców około 100, a samych pilnujących Ukraińców z bronią około 15. Nie mogę powiedzieć, by była tych jeńców wieksza liczba, a już na pewno kilkuset. Nic nie słyszałam o jakimś zbiorowym buncie w tym obozie jenieckim, ale doszło do mnie, że kilku z tych jeńców zdołało uciec podziemnym tunelem przez kotłownię. Niemcy szukali ich potem z psami, po całej naszej kolonii Teresin i w całej okolicy. Zaraz po tej ucieczce Niemcy zlikwidowali ten obóz jeniecki na Tartaku, ale nic nam nie wiadomo, co stało się z tymi jeńcami. hitlerowcy gdzieś ich zabrali i gdzieś ich zgładzili zapewne. Z tym dniem na naszej kolonii i w całej okolicy, był względny spokój.


DEMON NIENAWIŚCI ROZWIERA SWĄ PASZCZĘ

Już w marcu 1942 r. miejscowi Ukraińcy na własną rękę, zebrali wszystkich Żydów z Tartaku kohyleńskiego i pogonili pieszo do Włodzimierza Wołyńskiego. Tymczasem to nie był jeszcze właściwy czas holocaustu i hitlerowcy naszych kohyleńskich Żydów, odesłali z powrotem i Żydzi mieszkali jeszcze na Tartaku do czerwca 1942 r.. Latem hitlerowcy gonili tych Żydów do niewolniczej pracy w tym samym majątku we wsi Elizabetpol, w którym wcześniej pracowali jeńcy sowieccy. A gdy prace zostały właściwie zakończone, już na jesień wszystkich Żydów zabrano do miasta. Hitlerowcy zaczęli masowo zwozić Żydów do Getta we Włodzimierzu Wołyńskim.

Wiem o tym dobrze ponieważ ja oraz wielu innych Polaków i Ukraińców również byliśmy w tym majątku, ale pracowaliśmy w innych grupach, niż tamci Żydzi. I gdy Żydów już pomordowano, my pracowaliśmy aż do marca 1943 r., kiedy to skończyliśmy omłoty. Była to ciężka praca, niewolnicza bowiem nikt nam za tą pracę nie płacił. Jednak byliśmy zapisani i musieliśmy tam chodzić przymusowo. Ukraińcy zachowywali się podczas tych prac spokojnie i nie robli nam żadnych przykrości, nawet żyliśmy b. zgodnie.

W tym samym czasie trwały wywózki polskiej młodzieży do niewolniczej pracy w III Rzeszy Niemieckiej. Roman Roch i wielu innych młodych chłopaków z Teresina i z okolic zabrano już w czerwcu 1942 r., wśród nich byli: Józef Czamara, Tadeusz Krochmal, Zdzisław Kukułka, Jan i Stanisław Krakowiak. Co jakiś czas na naszej kolonii głośno było, że znowu kogoś dopadli i wywieźli.



Gdzieś od wykopków od października 1942 r. zauważyłam ja i inni Polacy, że Ukraińcy zaczynają od nas wyraźnie stronić i coraz częściej, przebywają tylko we własnym gronie. Co ciekawe zupełnie nagle przestali z nami rozmawiać w języku polskim, który doskonale znali, ale jedynie w języku ukraińskim, a i to było już raczej rzadkością. Z tą chwilą gołym okiem było, już widać rozdzwięk między nami, podział na Polaków i Ukraińców. Już byli dla nas niekoleżeńscy, ale jeszcze nie posuwali się do czynienia przykrości i napadów. W rezultacie jeszcze tej zimy było u nas spokojnie, ale już po Wielkim Poście w roku 1943, osobiście widziałam jadących dwoma wozami Ukraińców, traktem tuż obok naszej kolonii i słyszłam jak śpiewali: „Nie zabudem tego świta. Bude konec Żydam, Lacham i Moskiewskiej Komunie. Znajesz Sasza!”. Oni chyba jechali do Gnojna i było to już późnym wieczorem, ale noc była jasna.

Mój mąż Roman Roch opowiadał mi, że także osobiście spotkał się ze śpiewaniem przez Ukraińców, wrogich piosenek na Polaków we wsi Kohylno i to już w maju w roku 1942. Był właśnie na okolicznościowej zabawie u Ukraińców, z których wielu było jego bliskimi kolegami. Niektórzy z nich, jak popili sobie dobrze wódki, to zaczęli głośno śpiewać wrogie piosenki właśnie na Polaków. Romek jak to osobiście usłyszał, to się zasmucił i był b. zaskoczony. Tymczasem jeden z jego bliższych kolegów, Ukrainiec rzekł do niego: „Ej Romek idź do domu. Oni się popili. Nie słuchaj durnych.”. I mąż opowiadał, że wrócił na Zastawie, ale od tej pory, już tam nie chodził i raczej stronił od Ukraińców z Kohylna. Niedługo później zabrali go na roboty do Niemiec, skąd wrócił dopiero po klęsce III Rzeszy.

Józefa Pieczonka z d. Roch mieszkała ze swoim mężem Eugeniuszem i trójką dzieci: Danusią, Eugeniuszem i Marianem na Tartaku kohyleńskim. Razu pewnego wybrałam się wraz z moim tatusiem Janem oraz z bratem Leonardem po białą glinę, a miejsce to było b. blisko domu Pieczonków. Działo się to zaraz po ukraińskich świętach Wielkiej Nocy. Tam spotkaliśmy Józię, która właśnie stała przy drodze i zaczęła z nami rozmowę. Mówiła tak: „Ciekawe dlaczego to Ukraińce święcili kosy zamiast ciasta?”. I zaraz dodała: „Szłam z Kohylna od mojej rodziny na Zastawiu i zobaczyłam, że Ukraińcy święcą ostre narzędzia w tym kosy, e tam i siekiery i noże. Wszystko tam było w tym koszu, zamiast ciasta. To była Wielka Sobota ukraińska i oni święcili to przy dużym stawie od strony Kohylna, ale ja się nawet nie zatrzymywałam, tylko zdziwiona poszłam dalej. Narzędzia święcił pop ukraiński, który był wśród Ukraińców.”. Ale mój brat Leonard to zbagatelizował i powiedział tylko: „Oj Józia, Józia! Ciebie to zawsze coś się trzyma!”. I my pojechaliśmy wozem dalej, zostawiając ja samą z tymi pytaniami. [6] [Tymczasem sytuacja była już niezwykle groźna i był to ostatni moment, by się obudzić i podjąć zdecydowane działania. Potwierdza to wielu innych świadków naocznych. Wierny i bogaty opis życia wielodzietnej, polskiej rodziny Karbowiaków w zacisznej leśniczówce Budki Kohyleńskie oraz polskich rodzin w całej okolicy, zawdzięczamy pani Helenie Wójtowicz z d. Karbowiak, żołnierzowi 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Dama”. Jest to zarazem dokument o ludobójstwie dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów na kolonii Teresin i w całej okolicy. Szczególnie ważne są opisy narastającej wśród Ukraińców w Kohylnie nienawiści do swoich sąsiadów Polaków, jeszcze na wiele lat przed rzezią. Na uwagę zasługują także wspomnienia pani Heleny z czasów walk w partyzance, jaki i po wojnie, gdy b. czynnie brała udział w przeróżnych wydarzeniach, organizowanych przez, byłych żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK. Te piękne, osobiste wspomnienia z Wołynia (26 stron), opublikowane 13 czerwca 2011 r. od kilku lat można przeczytać na stronie: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/251-wspomnienia-heleny-wojtowicz-z-d-karbowiak-z-osady-budki-kohyleskie-w-pow-wodzimierz.html , Dod. autor opr. S. T. Roch].
CZERWONE ŁUNY NA WOŁYŃSKIM NIEBIE

W Wielki Czwartek 1943 r. przed naszym domem na trawniku, zeszło się trochę naszych sąsiadów w tym Helena Wawrynowicz i Władysław Ożga oraz nasza rodzina. Siedzieliśmy. Siedzieliśmy wszyscy na ziemi i rozmawialiśmy, o tych pożarach, które dzisiaj w nocy, tak bardzo były widoczne na choryzoncie. Wszyscy byli bardzo zaniepokojeni i pytali zwyczajnie, co to ma niby znaczyć i co się właściwie w tych okolicznych wsiach wydarzyło. Do tej pory bowiem, takie pożary zdarzały się tylko w pojedyńczych gospodarstwach, a ostatniej nocy paliły się niemal całe wsie i to z wielu stron. Ponieważ jednak wciąż nie wiedzieliśmy, co się dzieje tatuś namawiał swoją rodzoną siostrę Helenę Wawrynowicz, aby pojechała do Polaka Kędzierskiego ze wsi Mikołajpol, który jeździł niekiedy do młyna w Dominopolu. Miał nadzieję, że tam więcej wiedzą, co to za łuny ognia od strony Świnarzyna. Zaraz też mamusia nasza, taka zrezygnowana powiedziała do nas: „Nie mam chęci nic robić i nie będę nic piekła!”. A wtedy Halinka powiedziała tak: „Niech mamusia piecze, jak Wy nie przeżyjecie, to ja przeżyję i wszystko pozjadam!”. Tak to spotkanie dobiegło końca i wróciliśmy do domu.

Po południu mamusia poszła z ciotką Helenką do Kędzierskiego, ale on także nic właściwie nie wiedział, mówił: „Nic nie wiem, bo most na Turii spalony, do młyna mnie nie puścili. Dobrego nic się tam nie dzieje, tyle wam powiem.”. [7] [Dokładny i wierny opis życia we wsi Dominopol oraz w parafii Narodzenia NMP w Swojczowie, można doczytać we wspomnieniach Kazimierza i Antoniny Sidorowicz z d. Turowska. Wspomnienia tego pobożnego, b. poczciwego, kresowego małżeństwa (22 strony), zawierają także liczne świadectwa innych naocznych świadków ludobójstwa, które miało tam miejsce w Krwawą Niedzielę 11 lipca 1943 r.. Poza tym można tam znaleźć także wiele cennych informacji o życiu rodziny Roch w Kohylnie na Zastawiu oraz o dramtycznych losach polskich rodzin w sąsiedniej wsi Smolarnia. Wspomnienia te opublikowane 11 maja 2011 r., dostępne są dla zainteresowanych na stronie: http://btx.home.pl/kresy/menu-serwisu/wspomnienia/11-wspomnienia-kazimierza-i-antoniny-sidorowicz- , Dod. autor opr. S. T. Roch].

To była już połowa kwietnia i było bardzo ciepło. Póki co trwały porządne przygotowania do Świąt Wielkanocnych. A podobnych dziwaczności na niebie nie było ani w piątek, ani w sobotę, ani podczas samych Świąt, takich pożarów już nie było. W Kohylnie miało miejsce jednak niezwykle ważne zdarzenie, które nam Polakom na długo pozostało w pamięci. Otóż Ukraińcy przed Wielkanocą święcą nad wodą ciasto, to ich taki stary zwyczaj religijny. W roku rzezi w Kohylnie razem z ciastem, pop poświęcił im również noże i siekiery. Jakaś kobieta powiedziała o tym Leonardowi Rusieckiemu, ale jej nie uwierzył. Później potwierdziły to inne osoby. Wiadomość ta okazała z czasem prawdziwa, także przez nieludzkie ludobójstwo jakiego ukraińscy nacjonaliści, dopuścili się na niewinnej ludności polskiej na Ziemi Swojczowskiej i na całym Wołyniu. Istnieje tu niestety silny związek przyczynowo-skutkowy, który pozwala nam przypuszczać, że owe poświęcone noże i siekiery, były potem używane podczas demonicznych pogromów na ludności polskiej.





1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna