Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej


REZUREKCJA W SWOJCZOWIE POD LUFĄ BANDEROWCÓW



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona3/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

REZUREKCJA W SWOJCZOWIE POD LUFĄ BANDEROWCÓW

W niedzielę raniutko, już robiło się na dworze widno, nasz tatuś nas pobudził i pojechaliśmy na rezurekcję do Swojczowa. W domu została tylko Halinka i Janina z 3-letnią Marysią. Dzień był mglisty i była mżawka. W kościele było raczej mało ludzi, ale odprawiało się pięknie. Ja stałam w środkowej części kościoła za filarem. Podczas nabożeństwa, gdzieś w połowie do kościoła weszli Ukraińcy z bronią na ramieniu, a za pasem mieli granaty. Mineli mnie i podeszli pod Ołtarz. Ksiądź Franciszek gdy ich zobaczył zmieszał się, zatrzymał modlitwę, ale po chwili jak gdyby nigdy nic, zaczął modlitwę i odprawiał dalej. Tymczasem Ukraińcy postali tam chwilkę, zawrócili z powrotem i wyszli ze świątni. Było ich tylko dwóch, w każdym razie widziałam tylko dwóch, ale muszę przyznać, że nie patrzyłam co się dzieje za mną więc możliwe że było ich więcej. Ukraińcy jeszcze widać chcieli zachowywać pozory, gdyż w kościele zachowali się spokojnie. Po nabożeństwie i po końcowym błogosławieństwie nie było już procesji dookoła świątyni. Zatem zaraz wróciliśmy do domu i świętowaliśmy, były to już jednak inne święta. Smutniejsze niż w poprzednich latach, odczuwało się narastający strach przed Ukraińcami. Atmosfera była już wprost pogrzebowa. Na dodatek Niemcy przyszli do wsi kupić jajka, a ludzie zrobili z tego groźną łapankę, tak że trafiłam do dziury w oborze. Tam przesiedziałam z siostrą Michaliną prawie cały I dzień Świąt. [8] [Bardzo dokładny i cenny opis z tamtych dni i w ogóle z ludobójstwa na kolonii Teresin i na całym Wołyniu, zawdzięczamy pani Janinie Topolanek z d. Rusiecka, która jest starszą siostrą Adeli Roch. Wspomnienia te (45 stron), niezwykle bogate we wszelkie informacje, są prawdziwą kopalnią wiedzy o tamtych czasach, ludziach i o tamtych tragicznych wydarzeniach. Znajdziemy tam opis swojczowskich odpustów parafialnych, lokalnych tradycji, niezmąconej niczym młodości na kolonii Teresin. Jest tam także wiele cennych informacji odnośnie rodziny Roch w Kohylnie na Zastawiu. Opublikowane na wielu stronach w internecie w tym 26 marca 2011 r. pod adresem: http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/100-wspomnienia-janiny-topolanek.html , są dostępne dla każdego badacza i dla wielu poszukujących śladów o swoich przodkach na Ziemi Swojczowskiej. Dod. autor opr. S. T. Roch].


KRWAWE PORACHUNKI

Na trzeci dzień do naszych sąsiadów przyjechali uzbrojeni Ukraińcy i wypytywali się o Władysława Ożgę, a ponieważ go nie zastali, wstąpili do nas, ale ojciec ich odprawił, mówiąc że nie wie gdzie on przebywa. Tymczasem Władek siedział właśnie w naszym domu. Poza tym już w pierwsze dni po świętach, znów pojawiły się łuny ognia na niebie. I znać było widać wyraźnie, że paliły się domy, domyślaliśmy się tylko, że to się palą polskie gospodarstwa. Zaraz po świętach nasza rodzina i większość mieszkańców Teresina, już powszechnie rozmawiało o tym, że Ukraińcy mordują skrytobójczo Polaków. Tłumaczyliśmy sobie pamiętam, że to porachunki sąsiedzkie.



W pierwszych dniach maja gruchnęła wiadomość, że rodzina polska Wilów, mieszkająca na skraju wsi Chobułtowa, została napadnięta i bestialsko zamordowana przez Ukraińców. Kazimierz Zymon opowiedział mi po wojnie w naszej wsi Gajów, że Wil to była jego bliska rodzina, że mianowicie żona Wila była z Rudnickich. Właściwie to nie wiem już dziś, czy on się nazywał Wil, czy Rudnicki, a Wil to było takie potoczne przezwisko. W każdym razie tak o nim mówili wszyscy w naszej kolonii. Wiem o tym bowiem na miejsce tej tragedii, chodził osobiście nasz rodzony brat Leonard i oglądał uważnie to miejsce. Zastał tam matkę, której córka właśnie od wczoraj zaczęła w tej nieszczęsnej rodzinie pracę. Zachowywała się jak oszalała, krzyczała i darła włosy, nie mogła odżałować dziecka, tym bardziej że sama namawiała córkę, by się udała do Wilów, jeszcze w sobotę. Leonard próbował jakoś jej pomóc, ulżyć, coś w tej sytuacji zaradzić. Poszedł zatem do piwnicy i otworzył drzwi, a gdy zobaczył pełno krwi i trupów, przekonał się że to prawda. Matka zaś krzyczała w rozpaczy: „Ja! To ja ją zabiłam. Ona nie chciała iść w sobotę, ale ja ją namówiłam, aby jednak poszła. Ja tego nie przeżyję!”. Tymczasem dom się już dopalał. Leonard odprowadził tę kobietę do jej rodziny, aby się nią zaopiekowała, wrócił do domu i wszystko nam opowiedział. Gdy nasz tatuś Jan to usłyszał, powiedział tak: „A on był zadziorny, miał porachunki z Ukraińcami, nam to nie grozi.”. [9] [Niestety jak b. w swych nadziejach, przypuszczeniach, zacny pan Jan Rusiecki się pomylił, pokazała dosłownie najbliższa przyszłość. Później co prawda pan Jan zmienił zdanie, ale na działanie, było już za późno i pozostała, już tylko ucieczka. Niestety poskie nadzieje składane w dawnych wiekach w Rusinach, a w ostatnich czasach w Ukraińcach, często i trzeba to powiedzieć, nawet wykrzyczeć, co niektórym do ucha, zbyt często, kończyły się niezwykle krwawymi pogromami, a czterokrotnie: 1648, 1652, 1768 i 1943 r. nawet okrutnym ludobójstwem. Ginęły wtedy całe lokalne społeczności i niewinne rodziny. O goryczy z ostatniego ludobójstwa, pisze w swoich krótkich, ale treściwych wspomnieniach pani Leokadia Pawłowicz z d. Gaczyńska z kolonii Mohylno na Wołyniu. Wspomnienia te (3 strony), opublikowane 03 czerwca 2012 r. na stronie pana Ryszarda Antolaka „Kresy”, można przeczytać pod adresem: http://antolak-kresy.blogspot.co.uk/2012/06/wspomnienia-pani-leokadii-pawlowicz-ze.html#!/2012/06/wspomnienia-pani-leokadii-pawlowicz-ze.html , Dod autor opr. S. T. Roch].
BLEF BANDEROWCÓW

W krótkim czasie po mordzie na Wilu i jego rodzinie, w maju 1943 r. na naszą kolonię przyjechało trzech Ukraińców z bronią i czterech młodych Polaków bez broni. W tym dwóch braci z okolic Pińskiego Mostu, na jednego mówili potocznie: „cyćko” Omańskich. Na Teresinie mieszkała ich ciotka Maria Omańska i to ona właśnie namówiła swoją córkę Zofię lat 16, aby zrobiła bilety z zaproszeniem dla naszej młodzieży na wspólną potańcówkę. Jej młody brat Franciszek przyniósł zaproszenie także dla mnie. Do mojej siostry Michaliny przyjechał w tym czasie narzeczony Eugeniusz Bortnowski i wspólnie udaliśmy się na zabawę do Marii Omańskiej. Było tam raczej mało młodzieży. Mieczysław Buczko przygrywał na skrzypcach, a inni tańczyli. Ja też tańczyłam z Janem Bojko z Mikołajpola, ale jakoś od początku nie było między nami przyjaznej atmosfery. Ci goście nie budzili w nas większego zaufania i nie bardzo mogliśmy się dogadać. W pewnym momencie Omańska postawiła wódkę i gdy Ukraińcy się napili i mieli już trochę w czubie, to zaczęli śpiewać swoje ulubione piosenki. Oczywiście nie obeszło się i bez tej, którą już nie raz mogłam osobiście usłyszeć, choćby i na naszej kolonii, oto jej słowa: „Smert Żydam i moskiewskiej komunie......(tu było b. znaczące pomrukiwanie ‘yhymm’, które miało zwyczajnie oznaczać Lachów)”, ale tego oczywiście, już na takiej imprezie nie śpiewali. Po czym jeden z Ukraińców powiedział do drugiego znacząco: „Ty Waśka nie zaczynaj, jak nie umiesz tych słów.”. Po tych słowach jeden z tych Ukraińców wyszedł na środek pokoju, zakręcił się dookoła i powiedział do nas na głos: „Jak bym ja chciał, to bym tu na środku najlepszą dziewczynę wykorzystał seksualnie wobec wszystkich!”. Jak on tylko to powiedział, to ja i inne dziewczyny przestraszyłyśmy się i zaraz po cichu uciekłyśmy do naszych domów. Natomiast tych chłopaków, już więcej nie widziałam. [10] [Degeneracja młodych banderowców na Wołyniu, sięgała samego dna piekła. Kłamstwo i skrytobójcze mordy, dokonywane na wiosnę 1943 r., miały oczyścić teren z młodych ludzi, którzy jeszcze mogliby ewentualnie stawić opór w dniach, zbliżającego się wielkimi krokami lipcowego i sierpniowego ludobójstwa. Od wiosny nasi chłopcy zapadali się pod ziemię, pisze wprost pani Leokadia Michaluk z d. Południewska z kolonii Jesionówka na Wołyniu. Dalej wiernie opisuje tragedię Dominopola oraz ucieczkę własnej rodziny z rodzinnego domu, a w końcu i samą rzeź ryzunów na kolonii Jesionówka. Jak wszyscy Kresowianie, miała zaznać goryczy tułaczki. Po wojnie pani Leokadia osiadła wraz z mężem Edwardem we wsi Gdeszyn na Zamojszczyźnie, lecz nigdy nie porzuciła w pamięci, tych wszystkich, którzy na Wołyniu, pozostali już na wieczną wartę. Kiedy w lipcu 1992 r. powstało w Zamościu Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu w latach 1939 - 1945, natychmiast, jak wielu innych Wołyniaków, nawiązała kontakty. Szczególnie mocno przeżywała poświęcenie krzyża w Swojczowie, w miejscu zburzonej w sierpniu 1943 r. przez Ukraińców świątyni, którą tak bardzo kochała. Wspomnienia te (17 stron), dostępne są dla zainteresowanych pod adresem: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/leokadia.htm . Dod. autor opr S. T. Roch].

Życie toczyło się nadal tak samo, co wieczór chowałam się z Michaliną do naszej dziury bowiem w nocy przychodzili Ukraińcy z Niemcami i zabierali naszą młodzież na roboty do III Rzeszy. Właściwie można się było ich spodziewać w każdej chwili, gdyż sołtysem wsi, był już wtedy Ukrainiec o nazwisku Środa. Władysław Bortnowski Polak, był jego zastepcą. Właśnie to Władek wraz z ukraińskimi policjantami przychodzili przeważnie do polskich domów. Ponieważ jego syn Eugeniusz zalecał się do naszej Michalinki, ostrzegał nas którego dnia mają przyjść do nas i tak udało nam się umknąć, zabrania na te roboty przymusowe.


OFIARY BYŁY MASAKROWANE PRZEZ SPRAWCÓW

Około 20 czerwca do naszego domu przyszły dwie dziewczynki Janina lat ok 10 i Sabina lat ok 7, zapłakane opowiedziały naszemu tatusiowi co się stało w ich domu. Mówiły razem zgodnie tak: W nocy do naszego domu przyjechali wozem uzbrojeni Ukraińcy i nakazali naszemu tacie Władysławowi Nowaczyńskiemu, aby wskazał im drogę, ale zaraz potem zabrali go dalej ze sobą. My chciałyśmy jechać z tatusiem, ale Ukraińcy b. wyraźnie nakazali nam: ‘Kładźcie się spać, tatuś zaraz wróci.’. My jednak nie poszłyśmy spać, ale w ukryciu pobiegłyśmy za wozem. Kiedy tak szłyśmy, usłyszałyśmy, że Ukraińcy biją naszego tatusia, a on zaczął strasznie krzyczeć. Nagle usłyszeliśmy także głos naszej macochy, która była Ukrainką: ‘Ty myślał, że tobie to ujdzie na sucho? To masz za pierwszą żonę, a to za drugą żonę!’.



W tym czasie słychać już było tylko ciche mamrotanie i jęki, znać było, że zatkali mu czymś usta, albo był już nieprzytomny, bo całkiem przestał krzyczeć. Nagle ktoś strzelił z pistoletu, b. się przestraszyłyśmy i po prostu uciekłyśmy zaraz do domu. Czekałyśmy całą noc do ranka w domu, a gdy się rozwidniło poszłyśmy znów poszukać tatusia. Gdy byłyśmy już pod lasem pod krzakiem znalazłyśmy uszy, a pod drugim krzakiem palce, pod trzecim język tatusia, a dalej pod czwartym leżało już całe ciało bardzo zmasakrowane. Widać było że ciągneli go po ziemi, bo była tam krew, możliwe że sam przez dwa, trzy metry się czołgał, aż skonał przy krzaczku róży. W dłoniach mocno ściskał ziemię, widać było że z piekielnego bólu. Od razu przybiegłyśmy na waszą kolonię do was, aby zawiadomić naszą rodzinę, co sie u nas we Władysławówce wydarzyło.”.

Pragnę wyjaśnić, że Władek nie był rzeczywiście dobrym mężem dla swojej pierwszej żony Anieli z d. Liśkiewicz, zdarzało się bowiem, że potrafił nawet ją dotkliwie pobić. Raz nawet uciekła biedna do naszego domu, jeszcze w Swojczowie. Ponieważ jednak Władek prosił ją, wróciła się do niego, ale chyba nadal była mocno bita, choć już się do tego nie przyznawała, tak przynajmniej ludzie w okolicy między sobą powiadali. W końcu chyba odbił biednej nerkę i Aniela mocno zachorowała, a Władek odwiózł ją do szpitala. Tam jednak nie mogli jej już pomóc, umierała. Przed śmiercią wyspowiadała się, a kiedy westchnęła ku wszystkim: „Ja już umieram....”. Jej siostra Helena Wawrynowicz powiedziała: „Anielciu nie szkoda ci umierać, dzieci zostawiać, męża?!”. Wtedy chora odpowiedziała: „Oj szkoda, szkoda mi dzieci, a on żeby ze skóry przed śmiercią oblazł!”. Na to Helena załamała ręce, a potem chciała delikatnie położyć dłoń na jej buzi i mówiła do siostry: „Anielciu toż ty dopiero po spowiedzi, po komunii świętej!”. I wtedy Anielka jeszcze rzekła: „Jeden Pan Bóg wie i mnie to wybaczy!”. Zaraz zaczęła słabnąć, mrużyć oczy, ciężko oddychać i po paru minutach skonała na ich oczach. Męża Władka przy jej konaniu nie było, a do szpitala we Włodzimierzu Wołyńskim wcale nie przyjechał. Dopilnował jednak pogrzebu i Aniela Nowaczyńska z d. Liśkiewicz spoczęła na cmentarzu w Swojczowie. To wydarzyło się już za pierwszej okupacji sowieckiej.

Władek chciał się potem ożenić raz jeszcze, tym razem z Wiktorią Bojko z kolonii Teresin, ale powiedziała mu wprost: „Zamordowałeś swoją żonę, a teraz chcesz mnie załatwić. Trzeba było swoją żonę szanować! Daj mi spokój!”. Wiem to od niej samej bowiem kiedy spotkała ją moja siostra Antonina, opowiedziała jej to osobiście, a ja podsłuchałam. Władek po pewnym czasie znalazł jednak chętną Ukrainkę i znów się ożenił. Dopiero po jego tragicznej śmierci, dowiedzieliśmy się od jego dzieci, które osierocił, że nawet pierwsze doświadczenie nie nauczyło go rozumu i wojował także z drugą żoną. Dzieci mówiły tak: „Nasza druga mama, była dla nas dobra, ale z naszym tatusiem zgodzić się nie mogła i od nas uciekła.”. [11] [Mord na Władysławie Nowaczyńskim odnotował w swoich wspomnieniach także Zdzisław Schab, mieszkaniec polskiej kolonii Władysławówka. Relacja państwa Zdzisława i jego żony Reginy Schab z d. Kaliniak jest porażającym wprost świadectwem, masakry ludności polskiej we Władysławówce i w okolicy, dokonanej przez zdziczałych Ukraińców. Jest b. cennym dokumentem naocznych świadków tamtych wydarzeń. Można w niej znaleźć także b. ważne informacje, odnośnie ekshumacji i przeniesienia po wojnie na pobliski cmentarz, ciał pomordowanych z rodziny Schab i z drugiej rodziny Nowaczyńskich. Znajdziemy w niej także wiele cennych informacji, odnośnie losów dużej, polskiej rodziny Kaliniak oraz opisy banderowskich mordów na kolonii Ewin i w okolicach Swojczowa. Wspomnienia te (20 stron), opublikowane są dostępne dla czytelników na stronie: http://www.stankiewicze.com/ludobojstwo/zr_schab.html , Dod. autor opr. S. T. Roch].

Pogrzeb Władysława Nowaczyńskiego był w poniedziałek, nasz tatuś Jan pojechał, mamusia i bratowa Helena, żona Leonarda. Tatuś zostawił konie i wóz na podwórzu swojego stryja Karola Rusieckiego, to był rodzony brat naszego dziadzia, którego imienia, już dziś nie pamiętam. Wiem tylko, że dziadzio zmarł, jak nasz tatuś Jan miał około 15 lat, babcia żyła dłużej. Z pierwszym mężem Rusieckim miała dwoje dzieci: Józefę i Jana, a gdy wyszła za mąż po raz drugi za Liśkiewicza, urodziła jeszcze dwie dziewczynki: Anielę i Helenę.


INNE ZNAKI ZBLIŻAJĄCEGO SIĘ POGROMU

Tatuś zostawił konie u Karola i był w kościele, a potem udali się na cmentarz. Gdy uroczystość się skończyła, a tatuś wracał po konie i wóz, wtedy na drodze spotkali go Ukraińcy i koniecznie chcieli zabrać go ze sobą na „poszpant” do lasu świnarzyńskiego. Tatuś zaczął ich bardzo prosić, że tam kobiety na cmentarzu na niego czekają i to jeszcze z małymi dziećmi. Jeden z tych Ukraińców wyjął zeszyt i zapytał ojca: „Czy ty jesteś Leonard Rusiecki?”. Tatuś odpowiedział, że to jest jego syn. Wtedy Ukrainiec rzekł tak: „My wiemy, że Leonard przed wojną, był w wojsku sierżantem i na pewno ma swoją broń.”. Tatuś odpowiedział, że rzeczywiście tak jest, ale broni w domu nie ma. Zapowiedzieli więc wtedy, że przyjadą do domu i sprawdzą to osobiście. Po tych słowach puścili go i tatuś zaraz wrócił do domu. Zaraz powiadomił syna, że Ukraińcy pytają się o niego i powiedział wprost: „Musisz się ukrywać, bo jak przyjadą to cię zabiorą i zabiją! Na to się zanosi.”. A brat odpowiedział ojcu tak: „Ja jeden zginę, a wy będziecie żyć spokojnie i chować moje dzieci.”. Po chwili brat się uparł i postanowił, że trzeba koniecznie zebrać siano złożone, już w kopki na łąkach żydowskich niedaleko Teresina.

Pojechaliśmy więc na te łąki, tam pracując spotkaliśmy Stanisławę, Polkę z kolonii Władysławówka, która właśnie uciekała z domu do miasta. Miała ze sobą tylko lekki bagaż, taki tłumok. Powiedziała do nas tak: „Rusiecki ty jeszcze tu przy sianie pracujesz, tobie ono nie potrzebne, ludzie ledwie z duszą z domów uchodzą! Zapamiętaj moje słowa.”. To była Stanisława Rudnicka lat około 30, poszła dalej w kierunku Włodzimierz Wołyńskiego i nie wiem, co się później z nią stało. Mój brat Leonard powiedział jednak na te słowa: „Tato co będziesz ją słuchał, kto Staszki nie zna?”. Idalej pracowaliśmy ciężko, naładowaliśmy siana i wróciliśmy do domu.

Tej nocy po raz pierwszy jednak, już nikt nie nocował w naszym domu, ale wszyscy pochowaliśmy się w kryjówkach, baliśmy się by nas bandziory w nocy na śnie nie napadli i nie pomordowali. Następny dzień wtorek był bardzo piękny i słoneczny, tym razem Leonarko się uparł, że trzeba pojechać na nasze łąki, aż za Kohylno, aż pod Barbarówkę i tam również zebrać nasze siano. Tym razem pojechali oprócz mnie: tatuś Jan, brat Leonarko, bratowa Helena i Janina. Konie zostawiliśmy na Zastawiu na podwórku u Amelii Roch. W tym czasie na Zastawiu, było jeszcze spokojnie i wszyscy mieszkali w swoich domach, jeszcze nikt nie uciekł do miasta. Tatuś nie chciał zachodzić do domu, mówiąc: „A Amelka zaraz będzie szykować poczęstunek, a tam nie ma do czego.”.

W tej sytuacji poszliśmy od razu na naszą łąkę. Tatuś kupił ją wraz z kawałkiem karczunku od Żyda o nazwisku Kac, jeszcze przed wojną. Poszliśmy na łąki, złożyliśmy siano, a wracaliśmy piechotą przez ukraińską wieś Kohylno. Tam mieszkali prawie wyłącznie Ukraińcy, to była duża wieś, było około 150 numerów. Dom stał koło domu. W środku na górce, otoczona lipami stała cerkiew. Przed wojną żyliśmy z tamtymi ludźmi w zgodzie, niemal jak z braćmi. Jak wkroczyli Niemcy, to Ukraińcy zaczęli się zmieniać, zaczęli od nas stronić i z każdym dniem było niestety coraz gorzej. Właśnie przechodziliśmy obok dużego stawu, gdzie spotkaliśmy starego Ukraińca z synem, byli z Kohylna. Stary Ukrainiec chciał z nami porozmawiać, zapalić papierosa, ale jego syn go nie puszczał, a nawet krzyczał na niego, wyraźnie zły na niego z tego powodu. W końcu jednak stary podszedł do nas i zapytał tatusia o tytoń. Skręcili papierosa i zaczęli rozmawiać. Ukrainiec zapytał tak: „Ty Rusiecki do miasta nie uciekasz?”. A tatuś na to: „A co ja komu wyrządził, żebym zaraz musiał uciekać do miasta?”. Ten Ukrainiec wtedy powiedział: „Ja też na razie nie zamierzam uciekać, a może wiecie kto te żydowskie łąki pokosił?”. Tatuś mu odpowiedział, że w okolicy kosił kto mógł. Na to Ukrainiec tak powiedział: „To teresiu wszystko wykosił, ale wam to nie będzie już potrzebne.”. Przy czym to ostatnie zdanie powiedział, już sciszonym głosem, jakby się czegoś bał może nie chciał, aby usłyszał to jego syn. Jednak w tym momencie, gdy z nami rozmawiał nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi i do czego to przyłożyć. Chociaż nasz tatuś, już się domyślał i my już wyczuwaliśmy, że szykuje się coś niedobrego, coś strasznego.

Wracając z łąk droga do domu, wiodła przez Kohylno i chociaż przeszliśmy całą dużą wieś nie spotkaliśmy, nawet jednej osoby. Gdy już opuszczaliśmy Kohylno tatuś Jan powiedział do nas: „Jednak Had Hadem, już mają zaczepkę!”. Po tych słowach spokojnie wróciliśmy do domu na Teresin. Po pewnym czasie wozem przyjechał także brat Leonard oraz Tadeusz Roch, który przyprowadził konie na pastwisko, aby się pasły przez noc.
Z TYM DNIEM ROZPĘTAŁO SIĘ PIEKŁO

Od tego dnia nasz tatuś miał już złe przeczucia i nie ufał Ukraińcom, spodziewał się że napadną na nasze rodziny. Dlatego postanowił, że tej nocy nie będziemy nocować w naszym domu. Udał się też do naszych sąsiadów do Władysława Ożgi i Aleksandra Świstowskiego, aby zorganizować ucieczkę do lasu. Władek już od pewnego czasu, był poszukiwany przez Ukraińców, już kilka razy przychodzili po niego do jego domu. Przed wieczorem wszyscy załadowali się na wozy i wspólnie wyjechaliśmy do lasu na noc. To była bardzo straszna noc bowiem na początku padał mały deszcz, ale po pewnym czasie rozpętała się prawdziwa burza. Pioruny waliły mocno, jeden za drugim, aż chwilami było jasno, dzieci płakały, wszyscy przemokliśmy do suchej nitki, lecz nie wiedzieliśmy jeszcze, że z tą straszną nocą, na Ziemi Swojczowskiej, niejako symbolicznie rozpętało się najprawdziwsze piekło.

Nad ranem kiedy się uspokoiło, wróciliśmy na kolonię na nasze podwórko. Szybko spostrzegliśmy, że choć drzwi były zamknięte, ktoś wlazł do domu przez okno. Kiedy weszliśmy do środka wszystko było splądrowane i poprzewracane. Widać było gołym okiem, że ktoś szabrował w domu, czegoś szukał. Domyśliliśmy się że to byli Ukraińcy, tym bardziej że tak było w każdym domu polskim. Po wojnie dowiedziałam się od Jana Bojko, już w naszym domu w Pasterce na Ziemi Kłodzkiej, że tej nocy kiedy my byliśmy w lesie, on spał u sąsiada Świstowskiego na strychu na sianie. Tam znaleźli go Ukraińcy i zabrali ze sobą, tej samej nocy złapali jeszcze Stanisława Bojko, brata Jana i zawieźli ich aż do Smolarni. Tam nieoczekiwanie powiedzieli do nich: „Po co my was tu przywieźli, wracajcie do swoich rodzin i powiedźcie niech wszyscy wracają do swoich domów i pracują. Niech robią żniwa, włos im z głowy nie spadnie!”. Stanisław i Jan wrócili zaraz na naszą kolonię i opowiedzieli wszystko, co im się przytrafiło.
SKRYTOBÓJCZY MORD POD LASEM

Tatuś Jan jak zobaczył, co się stało w naszym domu i usłyszał o czym opowiadali także nasi sąsiedzi, powiedział tak: „Nie ma co dłużej czekać, uciekamy wszyscy do miasta!”. Tatuś zarżnął barana i kazał gotować mięso, mamusia doiła krowy, a ja wypędziłam gęsi do lasu na pastwisko. W pewnym momencie brat Leonarko zobaczył na polnej drodze dwóch mężczyzn, jak biegli tylko w samej bieliźnie od strony karczunku od strony lasu, który należał do Żyda Kaca. Zobaczył ich też Kazimierz Bortnowski i krzyknął: „Ukraińcy biegną z bronią!”, ale na szczęście tylko tak to wyglądało, bo ci dwaj podpierali się kijami. Zaraz jednak Bortnowski dodał: „Wiśniewski!”, przypuszczalnie rozpoznał jednego z tych Polaków. Leonarko czekał na nich, a gdy przybiegli do niego, powiedzieli tak: „Bierzcie dusze i uciekajcie, bo my z jamy wyleźli, spod trupów!”. Leonard przyjrzał im się i rzeczywiście jeden z nich, był bardzo zakrwawiony. Oni jednak zaraz pobiegli dalej, dopiero po chwili zatrzymali się już na kolonii i tam jeden z naszych sąsiadów o nazwisku Piotr Ratajczak, podał im tak potrzebne rzeczy.

Potem gdy siostra Leokadia uciekała wraz z innymi, spotkała Ratajczaka, a on mówił do niej tak: „Durna babo zastanów się, prowadzisz dzieci na nędzę, chcesz je głodem zamorzyć? Przed chwilą dwóch takich bandytów tu leciało, ja im dał spodnie.”. Nie wiem co się z nim później stało, ale jestem niemal pewna, że został zamordowany bowiem od tej pory nikt, już o nim więcej nie słyszał. Zanim uciekliśmy nasza mamusia spotkała jeszcze jednego uciekiniera, obok naszej obory, on również bardzo potrzebował naszej pomocy i mamusia dała mu spodnie taty. Już w mieście we Włodzimeirzu Wołyńskim brat Leonard opowiadał przy mnie losy tych dwóch, których spotkaliśmy na Teresinie, mówił tak: „Ukraińcy około 50 chłopaków wywieźli pod las i kazali im wykopać duży dół, a potem kazali im się rozbierać. Następnie wzięli spośród nich pierwszą grupę, ustawili w szeregu i z broni rozstrzelali, gdy tych pierwszych już zabili, przyprowadzili drugą grupę, tak samo ustawili w szereg i w tej drugiej grupie, było właśnie tych dwóch, oni udali że nie żyją, że też są zastrzeleni, choć nawet nie zostali trafieni. Po nich Ukraińcy roztrzelali jeszcze jedną taką grupę młodych Polaków, a ich trupy przykryły, tych którzy wciąż żyli. Gdy się trochę uspokoiło, zdołali wyjść spod tej kupy trupów i uciekli.”. [12] [Całkiem możliwe że jest to właśnie koniec polskiego oddziału partyzanckiego, kwaterującego we wsi Dominopol, dowodzonego przez podoficera, nauczyciela ze Swojczowa Stanisława Dąbrowskiego. Odział zorganizowany kilka miesięcy wcześniej za zgodą banderowców w nocy z 10 na 11 lipca, zanim doszło do rzezi mieszkańców Dominopola, został podstępnie wyprowadzony pod las i wszyscy młodzi ludzie zostali zastrzeleni. Koronnym świadkiem zagłady Dominopola, dużej i starej wsi polskiej jest Bronisław Nieczyporowski ps. „Krępy”, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK, a wcześniej partyzant wymordowanego oddziału Stanisława Dąbrowskiego z Dominopla. Z rzezi kolegów młody, krępy Bronisław zdołał, wyratować się dosłownie cudem. Jego osobista relacja o tych wydarzeniach, została uwieczniona we wspomnieniach państwa Czesława i Heleny Życzko z d. Furtak z kolonii Kisielówka w pow. Horochów na Wołyniu. Praca ta jest zarazem pięknym źródłem o życiu mieszkańców parafii Narodzenia NMP w Swojczowie oraz znakomitym dokumentem o ludobójstwie banderowców, dokonanym na ludności polskiej w koloniach Kisielówka, Czesnówka i w całej okolicy. Wspomnienia te (41 stron), dostępne są na wielu stronach w tym na stronie naszych braci Czechów: http://www.scvp.eu/downloads/%C5%BBYCZKO%20CZESLAW%20I%20HELENA.pdf , Dod. autor opr. S. T. Roch].




1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna