Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej


BRAK ZAUFANIA DO UKRAIŃCÓW OCALIŁ NAS



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona4/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

BRAK ZAUFANIA DO UKRAIŃCÓW OCALIŁ NAS

Gdy nasz tatuś zobaczył tych dwóch, nawet nie czekał, aż mięso się ugotuje, ale kazał je załadować na wóz i powiedział krótko: „Uciekamy do miasta!”. Po tych słowach ja, Michalinka, Antonina, Leokadia i mamusia oraz wielu innych naszych sąsiadów drogą przez Teresin, udaliśmy się na główną drogę, prowadzącą do Włodzimierza Wołyńskiego. Nikt nas nie zatrzymywał, a w okolicach wsi Włodzimierzówka wyszliśmy na główną drogę i spokojnie dojechaliśmy do miasta. Kiedy już dojeżdżaliśmy do miasta spotkałam Stanisławę Roch lat około 60, która właśnie wracała z jedną kobietą z miasta. Gdy zobaczyła Helenę Rusiecką z d. Roch powiedziała tak: „Helka co ty robisz, opamiętaj się, gdzie ty dzieci wiedziesz? Tam nie ma gdzie mieszkać, nie ma nawet wody!”. A tatuś jej odpowiedział tak: „Ty opamiętaj się! Rzeka płynie.”. Tak rozstaliśmy się i pojechaliśmy dalej do miasta. Tam spotkaliśmy jeszcze Halinkę i zamieszkaliśmy w magazynie w piekarni w pobliżu koszar na ulicy Kowelskiej.

Po kilku dniach nasz brat Leonard przyszedł do domu i powiedział tak: „Helka matka jest tu w mieście.”. Poszli po nią i przyprowadzili do nas, ale ciotka moja Amelia Roch, była z nami tylko trzy lub cztery dni, po czym powiedziała nam wszystkim: „Ludzie wracają do domów i ja też chcę wrócić na Zastawie. Ja nic Ukraińcom nie zrobiła, tyle lat z nimi żyła i będę dalej żyła.”. Mój brat Leonard namawiał ją gorąco, aby porzuciła ten pomysł, bo obawiał się o jej i dzieci życie. Ale Amelia zdenerwowała się i powiedziała do niego ostro: „Ty się do moich dzieci nie wtrącaj. Masz swoje dzieci, to je wychowuj.”. I dodała zdecydowanie: „Tadzik idziemy do domu!”. Wiem o tym bowiem byłam osobiście przy tej rozmowie i słyszałam wszystko. Tadeusz Roch miał wtedy około 21 lat i nie miał ochoty wracać do Kohylna, ale usłuchał się matki i wraz z młodszą siostrą Zosią, która miała około 14 lat, wszyscy wrócili do swego domu na Zastawie. Czy ktoś jeszcze wtedy z nimi wrócił, tego już nie wiem.

W tym czasie wiele rodzin polskich wracało do swoich domów, aby robić żniwa. Podobnie na kolonię Teresin wiele osób wróciło, tak że znowu było tam dużo ludzi, ale z naszej rodziny nikt nie wrócił. Tatuś nasz i my wszyscy nie chcieliśmy tam wracać, gdyż za grosz nie ufaliśmy Ukraińcom. I to nawet pomimo że wielu Ukraińców, nawet nam znajomych, namawiało nas na powrót do domu, mówili zwykle tak: „A to bujda, że was nasze Ukraińce mordują, my tyle lat przeżyli i dobrze było. A teraz te napady na Polaków, to pojedyńcze, osobiste porachunki. Wracajcie spokojnie do domu, będziemy dalej jako wspólnie żyć.”.

Ukraińcy podawali nawet Polakom ulotki, w których zachęcali do powrotu do rodzinnych chat, obiecywali przy tym jak zwykle spokojne życie na wsi. Wiem o tym dobrze od ludzi z Włodzimierza Wołyńskiego, którzy o tym sobie opowiadali. Przez dwa tygodnie od momentu powrotu wielu Polaków do swoich domów, było w całej okolicy wyjątkowo spokojnie, taka niesamowita cisza, jak to niekiedy bywa przed straszną nawałnicą. Polskie rodziny robiły wspólnie żniwa, ciężko pracując w skwarze słońca na polach. [13] [Kłamstwo w ustach zdziczałych, zupełnie zdegenerowanych banderowców, było rzeczą normalną. Propaganda ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu, osiągnęła szczyty diabolicznych wprost możliwości. Nie sposób pojąć dlaczego wielu Polaków, po tak bestialskich mordach, jak w Dominopolu, Porycku, Kisielinie, Chrynowie i w wielu innych miejscach, wciąż była skłonna wierzyć banderowskim ulotkom i zapewnieniom o ich dobrych, przyjaznych celach. Właśnie o tym można przeczytać w porażającym liście Bolesława Doleckiego ze Swojczowa do starszego brata Stefana Doleckiego, zamieszkałego w Warszawie. Relację zamieścił w swoich osobistych wspomnieniach, najmłodszy ich brat Zdzisław Dolecki, po wojnie zamieszkały w Gdańsku. Jest to zarazem niezwykle przejmujący opis ludobójstwa, dokonanego na ludności polskiej w Swojczowie w nocy z 30 na 31 sierpnia 1943 r.. Poza tym cała historia zesłania Zdzisława na Syberię oraz jego przeżycia w szeregach Armii Polskiej Gen. Władysława Andersa na Zachodzie, ze zdobywaniem Monte Cassino włącznie, aż po prześladowania w powojennej Polsce. Wspomnienia te (21 stron), opublikowane 05 maja 2013 r. można przeczytać na stronie: http://lubiehrubie.pl/region/wspomnienia-zdzislawa-doleckiego-ze-wsi-swojczow-na-wolyniu , Dod. autor opr. S. T. Roch].


LUDOBÓJSTWO NA KOLONII TERESIN

Jednego dnia udałam się do kościoła farnego p.w. świętych Joachima i Anny z moją siostrą Janiną na mszę świętą. Gdy przyszłyśmy rano, zobaczyłyśmy, że przy Ołtarzu głównym przy barierce klęczy młody mężczyzna w samej bieliźnie. Byłyśmy tym bardzo zaskoczone, ale chociaż był tyłem do nas wyglądał nam na Stanisława Krochmala z Teresina. Gdy on się tak modlił ks. Stanisław Kobyłecki udzielił błogosławieństwa kończącego mszę świętą, podszedł i poprosił go na zakrystię. Tam musieli o wszystkim na gorąco rozmawiać. My tymczasem już domyślałyśmy się, że znów był napad polską rodzinę, a może nawet pogrom na całej naszej kolonii i byłyśmy bardzo ciekawe, jak on zdołał uciec z rąk tych zbrodniarzy. Czekałyśmy więc cierpliwie na niego w kościele.

Po pewnym czasie, jakieś pół godziny, Stach wyszedł z zakrystii i wtedy miałyśmy okazję zobaczyć, jak bardzo jest zniszczony na twarzy. Nie ogolony, wychudły na twarzy, a oczy zapadły się głęboko, ogólnie wyglądał na bardzo zmęczonego. Znać było po prostu, że jest skrajnie wyczerpany. Kiedy nas zobaczył z początku nie poznał nas, był wyraźnie zdenerwowany i to my pierwsze musiałyśmy zacząć z nim rozmowę. Pytałyśmy go o ostatnie wydarzenia na Teresinie, jak ocalał z rzezi i co stało się z jego rodziną? Jego pierwsze słowa były bardzo wymowne: „To straszne! To straszne!”.

My jednak uprzejmie prosiłyśmy go, nalegałyśmy by powiedział, co się właściwie stało? I chociaż bardzo to przeżywał, powoli przyszedł do siebie i gdy razem opuściliśmy kościół, zaraz jeszcze przy świątyni, zaczął nam na gorąco opowiadać, co się wydarzyło w jego domu, a mówił tak: „Nad ranem przed wschodem słońca, Ukraińcy napadli na nasz dom. Złapali moją mamę i zaczęli bić na podwórzu. Ja i moja żona Teofila siedzieliśmy w piwnicy na polu, tak że wszystko dobrze widzieliśmy z ukrycia. Fila bardzo kochała moją mamę i nie mogła patrzeć, jak się nad nią znęcają, jak ją tak bezkarnie maltretują. Miała nadzieję, że ponieważ jest w ciąży, to jej Ukraińcy krzywdy jakowejś nie zrobią, więc odważnie wyszła ze schronu. Poszła do nich wprost bronić mamy, wstawić się za nią i prosić o jej ocalenie. Tymczasem Ukraińcy wcale z nią nie rozmawiali, ale od razu zaczęli i ją mordować. Na początek rozkrzyżowali i bestialsko, leżącej na ziemi, wbili jej w brzuch pal, powyżej dziecka. Następnie postanowili jeszcze trochę nią zakręcić i zaczęli obracać ją na tym palu, trzymając za ręce i nogi, zrobili z niej taki kierat. Po kilku nieludzkich obrotach, zostawili tak ciało żony i odeszli. Wszystko to widziałem na własne oczy z ukrycia. Matkę oczywiście też zamordowali. Kiedy ci zwyrodnialcy odeszli, ostrożnie podeszłem do najdroższych mi osób i byłem przerażony, gdy zobaczyłem, że te nienarodzone dzieciątko, jeszcze w niej żyło i bardzo się tłukło, bardzo się rzucało. (Staszek w tym momencie się rozpłakał i przez gorzkie łzy raz jeszcze dodał) To straszne. To straszne. Ja już nie chcę więcej o tym mówić, a dajcie wy mi spokój.”. Zapytałyśmy jeszcze tylko, co się stało z resztą jego rodziny, ale on już tylko krótko rzucił: „A ja nie wiem, chyba wybici, jak nie wrócą!”. Po tych słowach odszedł powoli i już więcej nigdy go nie widziałam. Nie wiem co się z nim potem stało, czy przeżył to piekło wojny i wyjechał do wolnej Polski. Natomiast ja i Janina wróciłyśmy do naszego miejsca zatrzymania.

Pamiętam że to była niedziela, po południu wraz z moją siostrą Michaliną, około godziny 16.00 wybrałyśmy się za miasto w okolice, gdzie był dom starców przed wojną. Tam lubiałyśmy spacerować czasami, tym razem spotkałyśmy Polaka, który był żołnierzem służącym w policji polskiej we wsi Chobułtowa. Miał na imię Zenon lat około 22 i przychodził do mojej siostry Michalinki. To on właśnie powiedział nam: „Dziś znaleźliśmy dwóch mężczyzn, którzy uciekli z kolonii Teresin, a którą ostatniej nocy napadli Ukraińcy. Wypytywaliśmy ich co się tam zdarzyło, a oni powiedzieli, że Ukraińcy urządzili rzeź Polaków.”. Zaraz potem rozstaliśmy się, a ja z siostrą szybko wróciłyśmy do naszego tymczasowego domu i zaraz wszystkich poinformowałyśmy o ostatnich, tragicznych wydarzeniach.
W I DZIEŃ PO RZEZI OCALENI NAPŁYWAJĄ DO MIASTA

W poniedziałek rano do naszego domu przy ul. Kowelskiej, ktoś z naszych przyprowadził mieszkankę Teresina Stanisławę Gdyra z d. Brzezicka lat ok. 35. Wraz z nią przyszła pani Krakowiak lat ok. 40 oraz dwoje jej dzieci: Krystyna lat około 10 i chłopiec lat około 6. Wszyscy płakali bardzo i prosili o pomoc dla mężczyzn i tych ludzi, którzy zostali wrzuceni do studni, a którzy może jeszcze żyją. W tej sytuacji nie było czasu do stracenia i ja poszłam z nimi do polskiej żandarmerii w mieście, która powstała pod niemieckim dowódźtwem. Sądziłam że im pomogę ponieważ miałam tam wielu znajomych żołnierzy. Najlepiej znałam Zdzisława Bieliniak lat 20, pochodził z kolonii polskiej Barbarówka. Dobrze znałam też Fabiana Kuszpit lat ok 21, który pochodził z Zastawia w Kohylnie bowiem wiele razy pasłam z nimi krowy na łąkach. Wielu innych poznałam, już w mieście podczas przelotnych rozmów na ulicach miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Kiedy prowadziłam Staszkę i Krakowiaczkę na ten posterunek one zaczęły więcej opowiadać, co tam się wydarzyło. Mówiła przede wszystkim pani Krakowiak, zagadnęłam ją bowiem tak: „Toż pani miała więcej dzieci!”. A ona na to, tak mi wyznała: „Bolek na Wólce u Ukraińców.”. Znałam Bolesława Krakowiak, był o wiele młodszy ode mnie, został oddany na służbę do Ukraińca. Chyba został zamordowany bowiem wszelki słuch o nim zaginął. A Krakowiaczka mówiła dalej: „Dwoje moich dzieci spało w domu, gdy Ukraińcy zaczęli mordować Teresin. Chciałam je budzić, ratować, ale nia miałam już czasu. Czułam, że zanim je pobudzę, to bandziory złapią nasz wszystkich i pobiją. Pomyślałam sobie, że moje biedne dzieci śpią, to nie będą tak strasznie cierpieć, gdy będą je zarzynać i zdecydowałam się je zostawić, a wziąłam, te które miałam właśnie pod ręką.”. Krakowiaczka miała za męża Władysława Krakowiak i miała z nim dwanaścioro dzieci, w tym: Jan, Stanisław, Zofia, Tadeusz, Józef, Bolesław, Wiktor, Krystyna, tych pamiętam. Mąż pani Krakowiak zmarł jeszcze przed II wojną światową.

Pani Krakowiak była już zatem wdową i było jej b. ciężko wyżywić i wychować, tak wiele dzieci. Po temu szukała wsparcia i zapewne także związała się w latach wojny z żołnierzem sowieckim, który służył w koszarach w lesie kohyleńskim. Miała z nim nawet jeszcze jedno dziecko, to był chłopczyk lat ok 3, on także został zamordowany przez zbrodniarzy ukraińskich.

Byłam w tamtym czasie ciekawska i z wieloma ludźmi rozmawiałam, pytając zawsze o to, co się w ich stronach wydarzyło. To było niesamowite, ale w tamtych dniach powstała między nami wielka solidarność, ludzie byli braterscy, chętnie opowiadali sobie o swoich tragicznych przeżyciach, nawzajem współczuli sobie i tak jak mogli, nawzajem jeden drugiemu pomagali sobie. I ja również nie byłam inna, stąd miałam możliwość poznać wielu Polaków i usłyszeć o niejednej tragedii.

Tak więc poszliśmy do żandarmerii, zawołałam jednego chłopaka, a on Zdzicha Bieliniak, ten zaś nas wysłuchał i mówi tak: „To trochę potrwa, muszę znaleźć dowódcę i opowiedzieć mu wszystko. Ja was rozumiem i chciałbym pomóc, ale ja tu nie decyduję.”. Gdy on odszedł my cierpliwie czekaliśmy, ale to wszystko bardzo się wydłużyło. Kobiety płakały i jęczały: „Ale to długo, ale to długo.”. W końcu przyszedł jeden z żandarmów i powiedział: „Nie pojedziemy tam, bo mamy inne sygnały groźniejsze.”. Widać było, jak ciężko było mu nam to zakomunikować. Te kobiety były załamane, zaraz po wyjściu rozeszliśmy się i kiedy wróciłam do domu słyszałam wyraźnie mocną strzelaninę. Wracając spotkałam jeszcze starszego gościa i zaczęliśmy rozmawiać. Gdy dowiedział się, że idę od polskiej żandarmerii, powiedział do mnie tak: „A i tu nas wytłuką, o jak tam się biją w Iwaniczach. Spotkałem ludzi, którzy mi opowiadali, że jakiś cywil stamtąd uciekł i dał znać o napadzie Ukraińców na naszych chłopaków.”. Zaraz wróciłam do domu, ale nic nie powiedziałam o napadzie na Iwanicze ponieważ nie chciałam martwić naszej rodziny. Obawiałam się że mamusia będzie bardzo płakała za naszym bratem Leonardem, który tam właśnie służył, wraz z innymi pilnując porządku.


DWA DNI PO RZEZI

Następnego dnia we wtorek wyszłam z moją siostrą Michalinką na koniec ul. Kowelskiej i tam przed południem spotkałyśmy Polaka z Teresina o nazwisku Buczkowski. Wyglądał dość dobrze, ale był załamany i gdy rozpoznałyśmy go, zatrzymałyśmy go i zaczełyśmy wypytywać, co się wydarzyło w jego rodzinie podczas pogromu. A on odpowiedział tak: „Cała moja rodzina poszła i z sześciu osób, tylko ja jeden został. Ojej po co ja jeden został?”. To ja powiedziałam wtedy: „To niech pan idzie do nas.”. Ale on odpowiedział, że pójdzie do Buczkowskich, że to jego znajomi w mieście. I w tym momencie rozstaliśmy się, nie miałyśmy odwagi, już więcej go wypytywać, taki był cały roztrzęsiony.

Wróciłyśmy do domu i jak zwykle opowiedziałyśmy, kogo spotkałyśmy, a wtedy nasza siostra Janina opowiedziała, że do miasta przyszła także jej teściowa Topolanek wraz ze swoimi dziećmi. Ona tak jak wielu innych Polaków z Teresina, zdołała wcześniej uciec z całą swoją rodziną do miasta, ale potem uwierzyła w kłamliwą propagandę oraz w ukraińskie zapewnienia. A raz jeszcze wspomnę, że Ukraińcy dwoili się, a nawet troili, aby przekonać polskich uciekinierów, że już będzie spokojnie na wsi, że już nie będzie żadnych innych morderstw na Polakach. Zatem Topolankowa raz jeszcze dała wiary w te wieści i wróciła z miasta na naszą kolonię z całą swoją rodziną. Tym bardziej, że potwierdzała to jej córka Weronika, która miała kontakty z młodymi Ukraińcami, którzy przyjeżdżali konno na Teresin. Z relacji i zapewnień, w całej okolicy rzeczywiście było bardzo spokojnie, a banderowcy wciąż ogłaszają na lewo i prawo: „Niech ludzie śmiało pracują i nieczego się nie obawiają.”. I Józefa Topolankowa oraz wiele innych rodzin polskich, tak właśnie dało się namówić, by wrócić do swoich gospodarstw na żniwa. Janina powiedziała także: „Jeszcze z nimi nie rozmawiałam, ale potem pójdę do Warzechy i dowiem się dokładnie, co się w ich rodzinie dokładnie wydarzyło i jak przeżyli ten straszny napad.”. Zaraz przyszła też do domu bratowa Helena i powiedziała: „Trochę uciekają ludzie, podobnoż i Kukułki zdołali uciec.”.
TRZY DNI PO RZEZI

Trzeciego dnia, już rano w środę wstałam i znowu z siostrą Michaliną wybrałyśmy się na koniec ul. Kowelskiej. Liczyłyśmy na to, że znowu spotkamy kogoś uciekającego z Teresina. I rzeczywiście, spotkałyśmy małą dziewczynkę, która była bardzo zapłakana, cała rozmazana i widać że głodna. Zatrzymałyśmy ją bowiem poznałyśmy, że to Leokadia Buczkowska lat około 6. Zaraz zaczęłyśmy z nią rozmawiać, ale ona nas nie poznała i bardzo się bała. My natomiast bardzo się ucieszyłyśmy i postanowiłyśmy zabrać ją do jej tatusia. Kiedy już tam szłyśmy, mała Lodzia bardzo wystraszona, wciąż pytała nas, gdzie my teraz idziemy. Nie potrafiła zrozumieć, że jej tata wciąż żyje, płacząc powtarzała w kółko: „Ja nie mam taty, ja nie mam taty, puść mnie.”. My jednak zprowadziłyśmy ją do Buczkowskiego, a gdy jej ojciec zobaczył ją bardzo się ucieszył, ale nawet wtedy mała Lodzia nie rozpoznała swojego tatusia w tak wielkim szoku, było to małe dziecko.

Tak ich razem zostawiłyśmy i jeszcze przez jakiś czas kręciłyśmy się po mieście z nadzieją, że znów kogoś spotkamy i może jakoś pomożemy. I rzeczywiście spotykałyśmy różnych naszych znajomych, a ci mówili nam, że trochę ludzi z Teresina się wyratowało. Dowiedzieliśmy się dla przykładu, że do miasta przybyła rodzina Świstowskich. Potem wróciłyśmy do domu i pisałyśmy listy do Romka Rocha oraz do innych chłopaków, którzy także i z naszej kolonii, byli zabrani na przymusowe roboty do III Rzeszy Niemieckiej.
NA CZWARTY DZIEŃ PO RZEZI

W czwartek rano podobnie, jak i w poprzednie dni, zjadłyśmy śniadanie i razem z Michalinką, udałyśmy się na koniec ul. Kowelskiej. Tym razem przed południem spotkałyśmy panią Buczkowską, Polkę z Teresina. Była cała zapłakana i bardzo zniszczona, uderzało w niej ogromne przygnębienie. Dziś wydaje mi się, że trzeba by było cały miesiąc sprawiać drugiemu, poważne przykrości, żeby przywieźć człowieka do takiego stanu. Podeszłam do niej i objęłam ją za szyję, przytuliłam mocno z drżeniem i powiedziałam: „Pani Buczkowska.”. A ona nie poznała mnie i zapytała: „A kto to?”. Rzekłam: „Nie poznała pani? My do Olesi przychodziliśmy. Pani przecież nas, tak dobrze zna.”. Ale ona się do nas nie odzywała, tylko szła dalej milcząca za nami, a my ją prowadziłyśmy do jej męża i córeczki. Kiedy przyszłyśmy na miejsce, mąż ją od razu rozpoznał i zawołał na nią po imieniu, ale ona go nie rozpoznała, tak głęboki szok przeżyła, że była jakby wciąż nieprzytomna, jakby nieobecna. I tym razem my wyszłyśmy spiesznie.

Jeszcze przez jakiś czas chodziłyśmy po mieście, spotykałyśmy ludzi z okolic wsi Sielec. To była polska rodzina, trochę nam znajoma, ale nie pamiętam ich nazwiska. Pochodzili ze wsi Chmielówka. Widziałyśmy ich, ale nie rozmawiałyśmy z nimi, ponieważ gdzieś dalej pojechali furmanką, a my z Michalinką zaraz wróciłyśmy do naszego miejsca pobytu.

Tego samego, czwartego dnia, po pogromie na naszej kolonii Teresin, wyszłam na miasto jeszcze raz. Tym razem z bratową Helenką, która dowiedziała się dzisiaj od kogoś, że Janek Brzezicki przeżył pogrom, uciekł i jest w mieście na ul. Farnej. Helena bardzo chciała się z nim zobaczyć bowiem Jan Brzezicki, był jej szwagrem. Janek pochodził z Teresina, jego ojciec miał na imię Michał i również pochodził z Teresina. Janek wziął sobie za żonę Kazimierę Roch z Zastawia, córkę Władysława Roch i jego pierwszej żony Stanisławy.

Ślub Jana Brzezickiego i Kazimiery Roch odbył się około roku 1934 w kościele w Swojczowie. Młodzi zamieszkali w domu rodziców Jana na kolonii Teresin. Przez sześć lat nie mieli dzieci, aż w końcu w 1940 r. urodziło się pierwsze ich dziecko, córeczka Halinka, a w roku 1943 Kazimiera znów spodziewała się dziecka, była w stanie błogosławionym. Szczęśliwego rozwiązania spodziewano się właśnie we wrześniu. Jakżesz inaczej, tragicznie potoczyły się tymczasem losy ich rodziny.

Ponieważ Helena Rusiecka nie umiała czytać, poprosiła mnie o pomoc i poszłyśmy razem. I rzeczywiście w jednej z kamienic, przy ul. Farnej znaleźliśmy Janka. Był sam i płakał, mocno przeżywał tragedię swojej rodziny. Przywitałyśmy się i usiłowałyśmy mu współczuć. Helena zapytała: „Ty sam? A gdzie Kazia?”. A on dopiero po chwili, wydusił z siebie tak: „Stało się, ja sam, nie wiem, jak to się stało!”. I po chwili zaczął nam opowiadać, co zaszło w jego rodzinie, podczas napadu Ukraińców na kolonię Teresin, mówił zatem tak: „Tego ranka mnie i innych obudziło szczekanie psów oraz inne podejrzane głosy. Na naszej kolonii, coś się działo niedobrego. Powstawaliśmy wszyscy i wyraźnie zaniepokojeni nie wiedzieliśmy co robić, wahaliśmy się, czy zostać w domu, czy natychmiast uciekać. Wtedy zobaczyliśmy, że u naszych sąsiadów, u Kasperskiej Sabiny i u Bojków jakiś taki ruch, taka bieganina. Wtedy powiedziałem zdecydowanie: ‘Nie ma na co czekać, uciekamy. Prędzej! Prędzej!’. Wybiegliśmy za nasz dom do lasu (do lasu przez drogę było około 50 metrów). Przebiegłem zatem tę odległość, obejrzałem się za siebie, a żony już nie było. Nawet nie wiem, w którym momencie się od nas odłączyła, zacząłem jej szukać po krzakach. A wtedy moja rodzona siostra Eugenia powiedziała do mnie: ‘Patrz ona pod domem!’. I wtedy spojrzałem w kierunku naszego domu i zobaczyłem wielu Ukraińców na naszym podwórku. W tym momencie odruchowo upadłem na ziemię, gdyż bardzo się obawiałem, by nas rezuny nie wypatrzyły, ukrytych w tym lesie. Leżeliśmy w tych krzakach i nasłuchiwaliśmy, co się dzieje. Po chwili usłyszałem ja i inni, straszny krzyk mojej córeczki Halinki lat 3. Dziecko bardzo piszczało. Słychać też było jęki starszych osób. Nagle usłyszałem krzyk którejś z kobiet: ‘O Jezu!’. Ale głos ten był nieco stłumiony, tak że nie poznałem, czy to moja żona, czy matka krzyczała. W domu byli także moi rodzice, tatuś Michał i mamusia. W tej sytuacji, widząc co się dzieje, że mordują moją rodzinę, a nie widząc żadnych szans na pomoc, zaczeliśmy chyłkiem uciekać w głąb lasu, a potem kierowaliśmy się na Włodzimierz Wołyński. Tak dotarliśmy do miasta. Razem ze mną przez las uciekała moja siostra Eugenia, jej mąż Jan Gdyra oraz kilka innych osób.”. Tak jego świadectwo się zakończyło.

Widać było, jak Jan cierpiał i męczył się, gdy nam to wszystko opowiadał. Dlatego nie siedziałyśmy za długo, pożegnałyśmy się i wróciłyśmy do domu. Potem długo się z nim, już nie spotkałam. Dopiero po wojnie, latem 1946 r. pojechałam z bratową Heleną, by go raz odwiedzić. Mieszkał we wsi Ossa koło Hrubieszowa. Rozmawiałyśmy z nim, ale niechętnie wspominał tamte czasy, wciąż bardzo przeżywał to, co się stało na jego oczach, podobno nie mógł odżałować utraty swojej rodziny. Gdy potem jego towarzyszka życia, pokazywała nam swój ogród, właśnie wtedy powiedziała nam, te znaczące słowa: „Janek wciąż wspomina swoją pierwszą żonę, chodzi i często powtarza: ‘Moja pierwsza żona. Moja pierwsza żona.’”. Potem się roztaliśmy i już go więcej nie spotkałam.

W czwartek wieczorem spotkałam też swoją koleżankę Antoninę Wawrynowicz, która zamieszkała po ucieczce z Teresina również na ul. Kowelskiej. Właśnie ona powiedziała mi, że spotkała Lutkę, a ja od razu wiedziałam, że to chodzi o Lucynę Wesołowską, która mieszkała na Teresinie, ale już przy samym lesie blisko miejsca, gdzie Sowieci mieli swoje wille, całe piętrowe domy z drzewa. Tam właśnie były też cztery piętrowe studnie i właśnie do tej najbliżej położonej domu Wesołowskich, wrzucono pięciu mężczyzn, w tym Stanisława Gdyrę lat 31. O tym mówiła mi sama Staszka.

Na drugi dzień ja i Antosia poszłyśmy do tej Lutki, mieszkała w pożydowskim domu. Przywitałam się z nią i spytałam: „Jak to wy uciekli, a gdzie wasz tatuś?”. A ona odpowiedziała tak: „Durny był i zginął!”. I mówiła dalej: „Mój tatuś był na naszym podwórku, gdy nagle usłyszał wybuch granatu, zaraz tam pobiegł zobaczyć, co tam się stało i zginął.”. Słuchała tego mama Lutki i dodała: „Widziałam jak Walka złapali Ukraińcy przy studni, bez żadnych ceregieli wrzucili go tam także i zaraz był drugi wybuch granatu. Przestraszyłam się bardzo i zaraz z córką, uciekłyśmy w zboże, a potem przez błota i do miasta.”. Spotykałam się z nimi potem w mieście, a po wojnie gdy one zamieszkały w Hrubieszowie, jeszcze przez pewien czas się z nimi widziałam.
PIĄTY DZIEŃ PO RZEZI

W piątek po śniadaniu ja i moja bratowa Helena Rusiecka, poszłyśmy przed południem, odwiedzić rodzinę Buczkowskich. Zastaliśmy ich w domu, ucieszyli się, jak nas zobaczyli. My poprosiłśmy, aby nam opowiedzieli, co się tam na Teresinie wydarzyło. Zgodzili się i choć pani Buczkowska bardzo płakała, opowiedzieli nam, jak doszło do tej wielkiej tragedii oraz jak ona przebiegała. Zaczęła Buczkowska i wspominała tak: „Robiliśmy spokojnie żniwa, życie płynęło spokojnie i nikt nas nie zaczepiał. Nawet nikt nas specjalnie nie nachodził, tak było każdego dnia i nic, naprawdę nic nie zapowiadało, żeby w najbliższym czasie miało dojść do tak wielkiej i strasznej tragedii. W ostatni dzień przed rzezią na naszej kolonii, to jest w sobotę pracowaliśmy, jak dotychczas cały dzień, był to piękny, słoneczny dzień. Ponieważ tego dnia zakończyliśmy wszyscy żniwa, Ukraińcy urządzili na naszej kolonii, prawdziwą zabawę. Dziś możnaby powiedzieć, jakby takie dożynki z okazji zakończenia lokalnych żniw. Była orkiestra i tańce, a jakże. Poza tym każdy otrzymał po kawale mięsa z zarżniętej na tę okazję jałówki. Mniejsza rodzina otrzymywała 1 kg mięsa, a większa 2 kg mięsa.



Zabawa była w środku kolonii (chyba u Omańskich w domu) i trwała do późnych godzin wieczornych. Ja nie byłam na tej imprezie, ale chodziła tam nasza córka Aleksandra lat około 20, potem w domu opowiadała nam co tam było. Ponieważ nie bardzo lubiła takie imprezy, to dość wcześnie wróciła do domu, mimo wszystko nie mieliśmy do Ukraińców zaufania, a ja sama jakoś nie miałam dobrych przeczuć. Dlatego i tej nocy nie nocowaliśmy w domu, ale jak w poprzednie dni, kryliśmy się w swoich wybranych kryjówkach. Każdy miał jakiś swój kąt, gdzie się zwykle na noc chował. W domu została tylko moja teściowa Buczkowska lat około 70. Ja ukryłam się w stodole.” .

W tym momencie mała Lodzia zaczęła opowiadać, gdzie pochowały się dzieci, mówiła tak: „Moje siostry Eugenia i Aleksandra, tej nocy spały na małym stryszku (Adela Roch domyślała się w tym momencie, że tak jakby nad chlewnią lub kurnikiem). Ja byłam schowana, tuż obok za ścianką. Tam spałyśmy całą noc, gdy już było widno, usłyszałam jak moja siostra Olesia mówi tak: ‘Moją babcię biją Ukraińcy.’. A potem była już cisza. Olesia poszła na dół bronić babci, chyba Gienia też pomyślała, że we dwie to babcię szybciej obronią i też zeszła sama na dół przed dom. I wtedy dopiero usłyszałam straszne krzyki i piski na naszym podwórku.



Razem ze mną była ukryta Wiktoria Sobolewska i ona powiedziała do mnie: ‘Cicho! Cicho siedź!’. I ja pomimo tych strasznych pisków moich sióstr, siedziałam dalej cicho w ukryciu. Potem wszystko ucichło. Wikcia pobiegła do swojego domu zobaczyć, czy i tam jeszcze ktoś żyje, a ja nadal siedziałam w ukryciu. Potem wyszłam z domu i płacząc szukałam swoich z rodziny. Wołałam koło domu mamusię i tatę, ale nikt się nie odzywał. Potem chciałam kogokolwiek spotkać na naszej kolonii, ale nie było żywej duszy. A ja płacząc szłam drogą, aż wyszłam na pola i dalej szłam przed siebie, ponieważ kiedyś słyszałam od ludzi, że trzeba uciekać do miasta. Wiedząc że gdzieś to miasto musi być, tak szłam i go szukałam. Po drodze zmęczona usnęłam w zbożu, potem szłam dalej, aż doszłam do miasta.” [14] [W rzeczywistości, było trochę inaczej z tym dotarciem do miasta. Mała 10 letnia Lodzia po rzezi, została przygarnięta przez starszą Wiktorię Sobolewską i razem z nią oraz innymi osobami, dotarła szczęśliwie do miasta. Jest to dokładnie opisane we wspomnieniach pani Wiktorii Baumgart z d. Sobolewska z kolonii Teresin na Wołyniu oraz przez samą panią Leokadię Miedzianowską z d. Buczkowska. Oto adres tych wspomnień: http://wolyn.btx.pl/index.php/wolyn-wola-o-prawde/466-wspomnienia-wiktorii-baumgart-z-kolonii-teresin-pow-wodzimierz-woyski-na-woyniu.html . W pierwszych dniach po rzezi ludzie zwyczajnie bali się, nie ufali już nikomu i niektóre epizody, zwyczajnie ukrywali, by nie narażać swoich wybawicieli i dobroczyńców. Wspomnienia te (16 stron), są wprost bezcennym dokumentem o ludobójstwie, dokonanym przez ukraińskich chłopów z OUN - UPA na niewinnej ludności polskiej Teresina i w całej okolicy. Dod. autor op. S.T. Roch].

W tym momencie ja ją zapytałam: „A teraz Lodzia wiesz, kto ja jestem?”. A ona na to: „Ta co przychodziła do naszej Oleśki od Rusieckich.”. Ja w tym momencie zapytałam: „A jak pani Buczkowska, tyle dni głodna wytrzymała? Co pani jadła w tych dniach, czym się żywiła i gdzie?”. A ona odpowiedziała tak: „A ty myślisz, że chce się jeść, tylko wody mi się chciało pić.”. I opowiadała dalej tak: „Siedziałam w ukryciu cały dzień i całą noc, a potem wyszłam ze stodoły i poszłam za dom, ponieważ widziałam tam świeżą ziemię. Podeszłam tam bliżej i zobaczyłam, że leży tam dużo rąk. W tym momencie ogarnął mnie wielki żal myślałam, że tam wszyscy moi bliscy, zakopani leżą. Więc wyruszyłam piechotą do wsi Gnojno, gdzie był sztab ukraińskiej bandy. Przyszłam do Gnojna i od razu skierowałam się do Ukraińców, którzy tam stali i mówię do nich tak: ‘Jak wybiliście mi całą rodzinę, to i mnie zabijcie!’. A drugi Ukrainiec zobaczył mnie i pyta się: ‘A co ona chce?’. Na to ten co ze mną rozmawiał rzekł krótko: ‘Przyszła i chce, żeby ją zabić.’. A do mnie zaraz dodał: ‘Ty durnaja, kto was tam bijut? Wszystkie do miasta wtikajut. Idź tam do Środy, tam jeszcze oni jest.’.



W tej sytuacji postałam tam chwilę i widząc, że on się ze mnie śmieje, a mnie wcale nie rusza, poszłam więc z powrotem na naszą kolonię Teresin do sołtysa Środy. Gdy przyszłam na jego podwórko, zobaczyłam kilku uzbrojonych Ukraińców, jak tam sobie chadzali, przeszłam tuż obok nich, ale nie rozmawiałam z nimi, a oni o dziwo nie zaczepiali i mnie. Widząc, że nie ma tam innych ludzi, poszłam przez Karczunek na Włodzimierz Wołyński. Tak spokojnie doszłam do samego miasta przez nikogo nie czepiana, dopiero tu spotkałam was. To chyba wola Boża, tak mnie kierowała.”.

W tym czasie jej mąż przysłuchiwał się nam, a kiedy ona skończyła opowiadać rzekł: „Popatrz my byli w jednej stodole ukryci i o sobie nic nie wiedzieli.”. Po tych słowach Buczkowska zaczęła wspominać swojego syna Augustyna, którego Niemcy zabrali razem z Romkiem Rochem na roboty. Mówiła wtedy: „Może przynajmniej on przeżyje. Pan Bóg mnie pokarał, bo ja chciałam, żeby Gucio został w domu, a Oleśka i Gienia pojechały za niego.”. Podczas całego tego opowiadania płakała i co chwilę lamentowała. Widząc jak bardzo to przeżywa, pożegnałyśmy się z nimi i wróciłyśmy do naszego domu.


RAZ JESZCZE O ŚWIĘCENIU KOS NOŻY I SIEKIER

W pierwszej części wspomnień opowiadałam, jak świadkiem święcenia ostrych narzędzi przez popa w Kohylnie, była zupełnie nieświadomie i przypadkowo Jozefa Pieczonka z d. Roch. Okazuje się że takich upiornych zdarzeń na Wołyniu, było niestety znacznie więcej. Podobny przypadek miał miejsce we wsi Chmielówka, gdzie mieszkała nasza babcia Petronela Kalinowska. Opowiadała mi o tym moja cioteczna siostra Wanda Kalinowska, którą spotkałam we Włodzimierzu Wołyńskim, jeszcze przed wyjazdem do Polski mówiła tak: „Ja wyjechałam wcześniej z mojej wsi Chmielówka bowiem mój mąż Jan Kalinowski dowiedział się, że Ukraińcy planują go zamordować i wtedy po prostu uciekliśmy. Tymczasem męża siostra Felicja Białaniec została tam i gdy zaczął się pogrom, zdołała wydostać się z matni ryzunów wraz z trójką swoich dzieci. A uciekając do miasta, jeszcze we wsi w ogrodzie, znalazła ranne niemowlę i zabrała ze sobą. Mówiła także, że widziała wcześniej, jak pop prawosławny święcił ostre narzędzia w ich wsi, przy wodzie.”. W tym momencie podeszła do nas właśnie Felicja Białaniec i słysząc o czym rozmawiamy, potwierdziła mówiąc: „Tak tak ja widziałam to na własne oczy!”.

W mieście w tamtych dniach pełnych bólu i łez mówiło o tym wielu ludzi. Pamiętam, że powszechnie mówiło się, że popi prawosławni święcili przed rzezią wołyńską ostre narzędzia. I gdy potem rozpaliły się na Wołyniu czerwone nocy oraz rozpętało się banderowskie piekło, wielu ludzi sądziło, że to właśnie było święcenie kos, noży i siekier na rzeź Polaków. I choć nikt nie miał oczywistych dowodów, powszechne były takie domysły właściwie w każdym kresowym sercu.

Kilka dni wcześniej Felicja osobiście opowiadała mi tę dramatyczną historię bowiem spotkałam ją właśnie, gdy sponiewierana dotarła do miasta z wymordowanej Chmielówki. Gdy wjechała na nasze podwórko w mieście, zaraz ją wszyscy okrążyliśmy i wypytywaliśmy, co się u nich wydarzyło. A ona zaczęła tak nam opowiadać: „Rano wstałam i wyszłam na swoje podwórko i wtedy zobaczyłam, jak z sąsiedniej wsi ucieka w wielkiej trwodze wielu ludzi. Natychmiast domyśliłam się, że tam już banderowcy mordują niewinnych Polaków. Szybko wróciłam do domu, pobudziłam swoje dzieci, tak jak były i wrzuciłam z pościelą na wóz i od razu uciekałam, co koń wyskoczy do miasta. Po drodze zobaczyłam w jednym z ogrodów naszej już wsi ciało zabitej matki oraz malutkie dziecko, które stało przy matce i b. płakało. Zatrzymałam się i choć b. się bałam, dobiegłam do niego, było ranne w głowę czymś ostrym i krwawiło. Złapałam to dziecko i już razem uciekaliśmy do miasta.”. Felicja jeszcze przez jakiś czas mieszkała z dziećmi w mieście, a potem już nie wiem co się dalej z nimi stało. To biedne dziecko sierotę, zabrała jakaś miejscowa kobieta mówiąc: „A to ja wezmę to dziecko i zaniosę do szpitala.”. [15] [Jeśli takie rzeczy się działy pod słońcem nie można się dziwić, że opętani potem banderowcy, dokonywali wprost barbarzyńskich mordów, nawet na wiernych, zgromadzonych w kościołach i kaplicach, podczas trwającego nabożeństwa. Otóż wierne świadectwo z tych „bohaterskich zapustów”, spisał naoczny świadek ludobójstwa pan Zygmunt Abramowski, ministrant przy Ołtarzu i uczeń gimnazjum, wówczas 18 lat, b. mieszkaniec Chrynowa. Relacja ta została ujęta we wspomnieniach pani Wiesławy Danuty Nowackiej z d. Sadło z kolonii Bolesławówka na Wołyniu. Pani Wiesława jeszcze jako małe dziecko jest także naocznym świadkiem, do jakiego stopnia nienawiść banderowców do Polaków, Żydów, Rosjan, Ormian i innych mniejszości, zatruła skutecznie serca, nawet ludzi wysoko wykształconych, w tym lekarza z Włodzimierza Wołyńskiego. Wspomnienia te (7 stron), opublikowane 02 lipca 2012 r. na stronie ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego pod tytułem: „Masakra wiernych w kaplicy w Chrynowie”, są dostępne dla zainteresowanych, tą tematyką pod adresem: http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=121&pkid=126&nid=6383 , Dod. autor opr. S. T. Roch].


JAK STOLARUK HOWNO SPOD RZEŹNICKIEGO NOŻA WYPUŚCIŁ

Nadal mieszkałam wraz z moimi najbliższymi we Włodzimerzu Wołyńskim, ale już więcej nie spotkałam ludzi, którzy uciekli z Teresina, a którzy opowiadaliby mi osobiście swoje przeżycia. Tylko moja mamusia Zofia opowiedziała mi w pierwszych dniach po rzezi losy Heleny Brzezickiej, mówiła tak: „Helena Brzezicka tak jak inni na naszej kolonii ukrywała się po nocach przed Ukraińcami. Pomyślała sobie, że Ukrainiec Stolaruk jest kumotrem (ojcem chrzestnym) jej dziecka, to była dziewczynka (kilku miesięczne dziecko), to nie zrobi jej krzywdy i może nawet u niego będzie bezpiecznie. Dlatego zaczęła chodzić do niego na noc i tam się ukrywać. Chodziła tam cały tydzień. Jednej nocy znów przyszła się skryć na noc. Weszła do chaty, a jej niemowlę, dostało jakiś konwulsji, zaczęło się rzucać jej na rękach, miało tak mocne drgawki, aż nim całym rzucało, jak piłka do góry. Helena się przestraszyła, a Ukrainka, żona Stolaruka również przerażona zapytała: ‘Helka a było jemu kiedy tak?’. Na to Brzezicka: ‘Nie! Ja nie wiem, co się z nią dzieje.’.



Wtedy jakby jej się oczy otworzyły i zobaczyła, że Stolaruk ostrzy taki duży nóż. I nic się ani słowem nie odzywa, nawet na nią nie patrzy, tylko ten nóż dalej ostrzy. Helena tak wspominała te chwile: ‘Coś mnie tknęło i ogarnęło mnie straszne przeczucie, że chce mnie i dziecko dziś zamordować. Położyłam dziecko na stole, a ono dalej się rzucało. Ja już dłużej nie czekałam, ale rzuciłam się mu do nóg i zaczęłam bardzo go prosić, błagać tymi słowami: - Stolaruk, Stolaruk, co ty chcesz z nami zrobić, daruj nam życie, toż to twoja chrześnica!’. - A on ani słowem się do mnie nie odezwał, tylko robił dalej swoje. To ja nie rezygnuję i całuję go po nogach i rękach. On mnie odepchnął i znów słowa nie powiedział. W tym momencie podeszła do męża Stolarukowa i powiedziała krótko: - w doma nie! – Wtedy ja zrozumiałam, co mnie tu ma spotkać. Byłam już niemal pewna, że chcą nas tu dziś zarżnąć. To Stolaruk i tym razem nic nie powiedział.

Ledwie ona odeszła, a przyszedł syn Stolaruka lat około 23, który w tym czasie był już od pewnego czasu w ukraińskiej bandzie w lesie. Wszedł do domu, a Stolaruk nawet z nim nie rozmawiał tylko od razu: – o Wołodka – . A jego syn od razu opowiedział znacząco – nie budu – i wyszedł z domu. A ja cały czas klęczałam, koło niego, wcale nie wstawałam, wtedy on w końcu rzekł do mnie: - Helka zabieraj to howno i żebym ja cię tu więcej nie baczył! - . Wtedy złapałam swoje niemowle i wyszłam prędko z domu na podwórze, chwilę się zatrzymałam, a potem poszłam przed siebie.’.

Helena opowiadała także, że poszła przez bagna i dalej przed siebie, aż znaleźli ją chłopcy z polskiej policji, która stała we wsi ukraińskiej Chobułtowa. Oni to udzielili jej pomocy i skierowali ją do miasta Włodzimierz Wołyński. Tam z kolei spotkała swoją rodzinę, swoją mamę o nazwisku Siuch oraz swojego męża Józefa Brzezickiego. Matka zaopiekowała się dzieckiem, a ona została odprowadzona do szpitala bowiem była na skraju wyczerpania psychicznego. Tam jednak odzyskała swoje siły i choć jeszcze przez parę miesięcy, dochodziła do pełnego zdrowia, to jednak było z nią coraz lepiej.”.

Rodzina Siuchów była polska i pochodziła ze Swojczowa. Nie wiem co się potem z nimi wszystkimi stało, w każdym razie przeżyli wojnę i wyjechali do Polski, podobno zamieszkali gdzieś w Hrubieszowskiem. Historię tę znam od mojej mamusi Zofii, która osobiście rozmawiała z mamą Helki, zaraz jeszcze we Włodzimierzu Wołyńskim. W kontekście powyższego warto wspomnieć i to, że gdy jeszcze mieszkaliśmy na Teresinie, dowiedziałam się od naszych sąsiadów, iż razu pewnego właśnie Stolaruk miał wyznać: „Mobilizacja, mój poszedł do lasu.”. Naturalnie każdy kto słyszał te słowa, już wiedział, gdzie poszedł i do jakiej armii. Nie trzeba było się więcej pytać.


DZIELNA ŻONA GAJOWEGO STEFANOWICZA

Jeszcze we Włodzimierzu Wołyńskim, już było około miesiąc po pogromie na kolonii Teresin, spotkałam panią Stefanowicz. To była Polka z Teresina, żona gajowego Alberta Stefanowicza, mieszkali na naszej kolonii. Zapytałam ją gdzie się urodziło jej malutkie dziecko, a ona zaczęła opowiadać losy tego noworodka. Mówiła tak: „Dziecko urodziło się, tuż przed pogromem. Kiedy usłyszeliśmy, że Ukraińcy napadli na Teresin i już mordują ludzi, szybko naradziliśmy się w domu co robić. I wtedy mój mąż powiedział tak: ‘To maleństwo trzeba zlikwidować bowiem podczas ucieczki, zdradzi płaczem nas wszystkich i zginiemy wtedy wszyscy.’. Ale ja stanowczo się sprzeciwiłam, mówiąc: ‘W żadnym wypadku, to moje dziecko. Najwyżej i ja zginę razem z nim! Wy idźcie przodem, a ja będę szła za wami.’. I tak się stało. Szłam za nimi i nawet kilka razy się przewróciłam, bo było ciemno, gdy jednak szczęśliwie dotarłam do miasta, okazało się że dziecko jest całe i zdrowe. Zatem pomimo tych upadków, nic mu się nie stało, mało tego przez całą drogę nie płakało i dopiero w mieście zaczęło trochę płakać.”.


LOSY RODZINY BOJKO

Gdy już mieszkałam z moim mężem Romanem we wsi Pasterka, gm. Radków, poszłam raz na spacer z dziećmi do wsi Karłów, gdzie była ładna reustauracja. Przyjeżdżało tam wiele wycieczek. Przypadkowo spotkałam Jana Bojko z Teresina, syna Mikołaja i Marii z d. Szwarc. Ucieszyliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać, wspominając tamte życie na Wołyniu. Mówiąc o tamtej tragedii, powiedziałam tak: „Ja nie ufam chłopom, bo jak to może być, że oni nie pilnują żony i dzieci, tylko myślą o sobie!”. A on sądził chyba, że ja to mówię odnośnie Antoniego Bojko, jego rodzonego brata, który ocalał podczas rzezi na Teresinie. Przy czym żona Antoniego, miała na imię Maria z d. Janiszewska lat ok. 30 oraz dwoje jego dzieci: chłopczyk lat ok 4 i dziewczynka lat ok 2, wszyscy zostali zamordowani przez ukraińskich siepaczy w swoim domu na Teresinie. Zatem Jan powiedział od razu tak: „Nie trzeba tak myśleć, bo Antoni w ostatniej chwili wyskoczył oknem z domu.”.

Wiedziałam o śmierci Marysi Bojko i jej dzieci już wcześniej, około tydzień po pogromie spotkałam gdsieś we Włodzimierzu Wołyńskim moją koleżankę Helenę Bojko, rodzoną siostrę Jana i Antoniego. Zapytałam ją z ciekawością: „Kto z waszej rodziny się uratował?”. Ona odpowiedziała mi wtedy tak: „Wszystkie nasze przeżyli i nawet Antoś uciekł, tylko moją bratową Marysię i jej dzieci zamordowano oraz naszego ojca Mikołaja lat ok. 60.”. Ponieważ na nią właśnie ktoś czekał, umówiłyśmy się później i tak się roztałyśmy. Jeszcze wiele razy się z nią widziałam w mieście, ale do tamtego tematu, już więcej nie wrcałyśmy.

Rodzina Bojków wojnę przeżyła i wyjechała do Polski. Najstarsza z rodzeństwa Wiktoria, zamieszkała z mężem Mieczysławem Zielińskim w Kałowie u podnórza Gór Stołowych. Helena zaś zamieszkała w Karłowie, ale już pomarła i jest pochowana na cmentarzu w Radkowie.


PRZEZ LUFĘ PATRZYŁAM SZWABOWI PROSTO W OCZY

Od końca sierpnia Niemcy dość często zabierali mnie, siostrę Halinkę oraz Janinę Dubiel do kopania okopów dla wojska niemieckiego. Niemcy chodzili po domach i spisywali, wyznaczając ile osób ma z danej rodziny iść do roboty. Kopaliśmy w różnych miejscach, głównie wokół miasta Włodzimerz Wołyński. Jednego razu za Jankę, pojechała moja bratowa Helena. Kiedy skończyłyśmy już kopać i właściwie był już fajrant, stałam z dziewczynami nad okopem, a właśnie przechodził obok niemiecki żołnierz. Nie wiem dlaczego, ale chyba dla żartów Niemiec pchnął mnie do dołu, tak że wpadłam, ale na szczęście nic mi się nie stało. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale pomyślałam sobie: „Jak ty możesz mnie pchnąć, to ja mogę ciebie.”. I wyszłam z okopu i niespodziewanie pchnęłam Niemca do dołu, a ten się nieco poturbował. Wściekł się na mnie, wyskoczył z okopu i strasznie się wydarł: „Ty polska świnio!”. I już chciał mnie na miejscu zastrzelić, już mi nawet przyłożył broń do głowy, ale ja jakoś się nie bałam i stojąc prosto, patrzyłam przez lufę karabinu w jego oczy.

W tym czasie Halinka i bratowa Helena niemal z pałaczem błagały go, aby darował mi życie, aby mnie nie zabijał. Czyściły mu przy tym gorliwie rękawy, dmuchając żeby nie było nawet najmniejszego kurzu. Na szczęście dla mnie Szwab dał się w końcu uprosić i udobruchać i coś tam sobie pod nosem markocząc, odszedł dalej. A my zaraz wróciłyśmy do domu, pamiętam że prosiłam siostry, by nic nie mówiły naszej mamie. O tego dnia już nie chodziłam więcej na okopy, tylko rozpoczęłam pracę w niemieckich koszarach. Byłam tam jako pomoc kuchenna. Tak pracowłam prawie 3,5 miesiąca. [16] [Niemal cała polska młodzież, ocalała z ukraińskich rzezi, zmuszana była przez hitlerowców do darmowej, niewolniczej pracy w mieście Włodzimierz Wołyński i w ogóle na Kresach. Był to jedyny właściwie sposób na uniknięcie wywiezienia na ciężkie roboty do III Rzeszy. Piszą o tym w swoich wspomnieniach Czesław Albingier oraz jego rodzona, starsza siostra Wacława Roch z d. Albingier ze wsi Sierakówka na Wołyniu. Relacja ta zawiera także wiele cennych informacji o mordach banderowców na Polakach w pow. Włodzimierz Wołyński oraz o polskiej partyzantce na Bielinie. Znajdziemy w niej także informacje na temat, powojennych losów Bolesława Roch ps. „Jaworski”, żołnierza 27 Wołyńskiej DP AK. Wspomnienia te (17 stron), opublikowane 20 maja 2011 r., dostępne są na stronie: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/167-wspomnienia-wacawy-roch-i-czesawa-albingiera-ze-wsi-sierakowka-w-pow-wodzimierz-woyski-na-woy.html , Dod.autor opr. S. T. Roch].
SAMOOBRONA W CHOBUŁTOWEJ

Ziemia Swojczowska wydała wielu walecznych i oddanych żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK. Na Bielinie w polskiej partyzantce służył mój szwagier Antoni Szczepański, który miał za żonę Antoninę Rusiecką. Antoś razem z nami uciekł z Teresina, a zaraz po przybyciu do miasta, dowiedział się od wielu, że Niemcy robią właśnie nabór do polskiej policji, która miała chronić także polską ludność przed ukraińskimi bandami rezunów. Ponieważ Niemcy dawali broń, postanowił w ten sposób bronić swojej rodziny oraz innych rodzin polskich. Wraz z nim zgłosili się do tej policji także: Eugeniusz Bortnowski, Stefan Bojko, nasz brat rodzony Leonard Rusiecki i Bolesław Kukułka, wszyscy z kolonii Teresin. Antka przydzielili na placówkę do ukraińskiej wsi Chobułtowa i stał tam na służbie, gdzieś do późnej jesieni, może nawet do listopada 1943 r..

Często chodziłam z moją siostrą Michaliną na placówkę do Chobułtowej, czsami to nawet co drugi dzień. Nie było co robić w mieście, a tam było tylko ok 3 km, zatem kiedy to było tylko możliwe, to dziarsko szłyśmy i zbierałyśmy w drodze orzechy. Były tam takie laski, po wyrąbanym lesie. Przy naszych chłopakach, czułyśmy się bezpiecznie. Jednego razu do Chobułtowej wybrał się ze mną mój tatuś Jan i Helena. Tego dnia Antek zapowiedział, że będzie wyprawa po żywność do wsi Mikulicze. To była wioska polsko – ukraińska, ale Polaków już tam nie było. Było to dość daleko, ale nie baliśmy się gdyż z nami było 12 chłopaków pod bronią i przewodził Niemiec, poza tym wielu cywilów również miało ze sobą broń. Gdy dojeżdżaliśmy już do wsi, Ukraińcy już byli ostrzeżeni i całą wielką gromadą wiali do lasu, aż się za nimi kurzyło. I gdy nasza policja weszła do wsi, oddała kilka strzałów na postrach, ale z Ukraińców już nie było nikogo. A tak szybko uciekali, że nawet krowy zostawili na pastwisku, ale tych nie dało się wziąć, gdyż były za rzeką. Teraz każdy brał z domów wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia, brali także ciuchy i ogólnie wszystko, co przedstawiało jakąś wartość. Wszyscy łupili jak trza, a każdy myślał, że oto nie obce, ale swoje bierze.

Jeszcze niemal, jak wczoraj, każdy z tych biednych ludzi, uciekał z duszą na ramieniu z własnych chat w jednej koszulinie. Teraz wreszcie mieli szansę wziąć swoje i wszyscy, jak jeden mąż brali ile tylko mogli zmieścić na fury. Również i ja wpadłam do piwnicy jednego z domów, bo właśnie tam uciekł mi kogut i wtedy zobaczyłam tam Ukraińca, lat około 30, który przestraszył się, ale szybko złapał tego koguta i podał mi. Widać chciał się ukryć przed Polakami i abym go nie wydała, podał mi koguta. Ale mi to nie było wcale w głowie, wzięłam koguta i wróciłam do swoich. Jeszcze trochę żeśmy tam nałupili, a potem wszyscy powsiadali na furmanki i tak obładowani zdobyczą, wróciliśmy do wsi Chobułtowa.

Tymczasem nasz tatuś potajemnie oddalił się i zamiast oddać dużą część na placówkę, lasem wrócił do miasta. Dzięki temu przez następne dni, było co jeść i w końcu nie byliśmy już głodni. Zabraliśmy wtedy dużą jałówkę, dwie świnie po 80 kilo, dużo kur, fasolę powiązaną w snopki i kapustę.
SAMOOBRONA NA CEGIELNI

Ale najwięcej razy jeździłam na wypady z bratem Leonardem Rusieckim z Cegielni, do której było z miasta tylko 3 km. Cegielnia była wciąż używana, wyrabiano w niej cegłę, a przy niej stało kilka domków i właśnie w jednym z nich, była placówka chłopców z polskiej policji. Było tam około 15 chłopaków pod bronią i prócz tego, było też wielu cywilów, którzy się do nich dołączyli. Był tam z nimi jeden Niemiec, a Leonarko był zastępcą komendanta. Oni także często organizowali wypady w teren, aby ratować zagrożonych ludzi oraz w poszukiwaniu niezbędnej żywności. Właśnie z nimi jeździłam i ja, zresztą niemal każda moja siostra, była na takim wypadzie. Byliśmy na takich wypadach w kolonii Barbarówka, we wsi Kohylno, we wsi Ludmiłpol i w trzech Marcelówkach. Wszędzie braliśmy, co się nadawało do jedzenia i ubrania. [17] [Pewne b. ważne fakty z życia chłopaków z samoobrony na Cegielni, podał w swoich osobistych wspomnieniach (18 stron), uczestnik tej samoobrony, pan Bolesław Sawa z kolonii Ludmiłpol na Wołyniu. Praca ta jest także spontaniczną relacją z ludobójstwa, dokonanego przez rezunów na polskich mieszkańcach Ludmiłpola bowiem pan Sawa jest naocznym świadkiem, tych strasznych wydarzeń. Jest to także piękny przykład miłości córki Krystyny do swego ojca i matki, pragnącej zachować pamięć o ich przeżyciach dla potomnych, przykład zdrowego patriotyzmu. Wspomnienia pana Bolesława mogą być wzorem, doskonałym przykładem dla każdego, kto pragnie spisać jeszcze własne przeżycia z Kresów, czy losy kogoś z najbliższej rodziny, lub nawet bliskiego znajomego. Oto adres pod którym można przeczytać, opublikowane 15 września 2013 r. wspomnienia: http://lubiehrubie.pl/region/wspomnienia-boleslawa-sawa-z-kolonii-ludmilpol-w-pow-wlodzimierz-wolynski-na-wolyniu , Dod. autor opr. S. T. Roch].

Raz jeden wybraliśmy się do Barbarówki i chcieliśmy jechać do Kohylna, ale przed samą wsią ktoś wjechał końmi na minę i jemu konie i wóz rozerwało, a on sam został trafiony odłamkiem w głowę. W drodze powrotnej do szpitala, ten woźnica niestety zmarł. W tej sytuacji Niemcy wycofali się, a nasza policja i ludzie, łupili co się dało z ogrodów Barbarówki. I wtedy ktoś zaczął strzelać do nas z Kohylna. Ponieważ było od nas około 2 km, to strzelali niecelnie, ale prości ludzie i tak wpadli w panikę i zaczęli się pośpiesznie cofać. Po paru dniach, a było to około 10 września 1943 r., nasza policja znów wybrała się do Kohylna, przeszła przez całą wieś, ale nikogo już tam nie było. Wszyscy Ukraińcy uciekli, zabierając ze sobą wszystko co się dało, tak że zostały tylko puste domy. Ja sama doszłam aż do prawosławnej cerkwi. Stała na wzgórzu i była otoczona lipami, była drewniana.

Tymczasem nasz tatuś Jan zatrzymał się na Zastawiu, bo most był zerwany i nie mógł przejechać do Kohylna. Most był tam zbudowany ponieważ, gdy staw wylewał, to nadmiar wody, był odprowadzany rowem na łąki, które w ten sposób nawadniano. Ponieważ w Kohylnie nic nie było, wróciłyśmy z siostrą Michalinką na Zastawie. Domy rodziny Rochów jeszcze stały całe i nie były jeszcze naruszone. Ja sama weszłam do domu Amelki Roch, wdowy po Władysławie Roch. Wszystko było porozrzucane, a na posadźce dużo pierza z poduszek i dużo słomy. Na ziemi tuż przy progu leżał święty Obrazek. Michalinka zabrała go ze sobą i dała Helence Rusieckiej z d. Roch, jako pamiatkę z jej rodzinnego domu. Ona wzięła ten Obrazek ze sobą, pamiętam że jeszcze w Horodle go miała, to był chyba św. Antoni. Zaraz też wyszłyśmy z siostrą z tego domu bowiem jakiś taki lęk mnie ogarnął, chociaż nigdzie nie widziałam ciał ludzkich, ani nawet śladów krwi. Zaraz udałam się do drugiego domu Grzegorza Rocha, który stał ledwie 20 m dalej. Tam było już schludnie, ten dom o dziwo nie był jeszcze splądrowany. Natomiast dom Antoniego i Anny Roch, gdzie mieszkali Bolesław i Anastazja, stał trochę dalej, ale ja tam nie zachodziłam, bo się bałam. Zaraz wsiedliśmy na wóz z tatusiem i pojechaliśmy na pole, uzbieraliśmy samego żyta, co stało w kopkach i tak obładowani wróciliśmy do miasta Włodzimierza Wołyńskiego na ul. Kowelską.


POGROM NA ZASTAWIU

Jednego dnia do naszego domu przyszedł pod wieczór Tadeusz Roch i był b. załamany, gdy wszedł do magazynu, w którym mieszkaliśmy, powiedział od razu: „Helenka mama z Zosią zamordowane!”. Usiadł i zaczął opowiadać, co się w ostatnich godzinach wydarzyło, mówił tak: „Nasza mamusia spała z Zosią w naszej stodole, (stała na rogu domu, tylko około 5 m). Ja z Mietkiem Roch, tej nocy, jak zawsze spaliśmy na wysepce, która była prawie na środku stawu. (to było około 20 m od domu tylko bowiem staw, dochodził prawie do samej stodoły) Nad ranem, już się zrobiło jasno, usłyszałem jakieś krzyki i piski, dochodzące ze strony naszych domów, ale nie sądziłem, że to na naszym podwórku, więc leżeliśmy z Mietkiem i nasłuchiwaliśmy uważnie, co będzie się dalej działo i po chwili zrobiła się cisza. Zaraz jednak usłyszałem głos naszej mamy Amelii, która prosiła kogoś, widać znajomego, dość głośno i wyraźnie tymi słowami: ‘Co wy ze mną zrobicie, przecież my tyle żyli razem i nie zrobili sobie krzywdy.’. I zaraz już słabszym, jakby zmienionym głosem dodała: ‘Nie było między nami krzywdy, tyle co za paznokciami brudu!’. I po tych słowach nastąpiła głęboka cisza i już nic nie słyszeliśmy, a baliśmy się wyjść z ukrycia, żeby nas Ukraińcy nie wypatrzyli i jeszcze długie godziny siedzieliśmy na wysepce w trzcinach. Gdy już długo było cicho i spokojnie i nie było widać żadnego ruchu poszliśmy ostrożnie do domu, ale tam już nikogo nie było, tylko wszystko było porozrzucane, pióra z pościeli i dużo słomy z łóżek oraz szmat na podłodze. Zobaczyliśmy to i ponieważ nikogo nie mogliśmy znaleźć żywego, zaraz przedostaliśmy się do miasta Włodzimierz Wołyński. A teraz jestem tu u was.”.

Pamiętam b. dokładnie, że Tadeusz przyszedł do nas na wieczór, już w niedzielę, tego samego dnia, co mordowali mieszkańców Teresina, jak się potem okazało. Bowiem ja już wiedziałam od Zenka, że bili Teresin, ale jeszcze nie mówiłam, że o tym wiem. Tadek długo u nas nie był, ale jeszcze tego samego wieczoru, gdzieś się udał, ale nie mówił gdzie idzie. W tym czasie nie było wiadomo też, gdzie się podział Mietek Roch. Tego samego wieczoru była jeszcze narada, co dalej robić, ale ja i siostra musiałyśmy się chować na noc przed łapanką. Gdzieś po dwóch tygodniach dowiedzieliśmy się, że Tadek i Mietek poszli do polskiej policji. [18] [W 2003 r. pierwszą osobą, która w ogóle zgodziła się złożyć pisemne świadectwo o życiu rodziny Roch na Zastawiu w Kohylnie, był Roman Szymanek syn Wacława i Michaliny Szymanek z d. Roch. Było to zarazem pierwsze pisemne świadectwo o ludobójstwie, dokonanym na naszej rodzinie przez ukraińskich nacjonalistów w roku 1943. Zatem trudno było Romkowi, który w tamtych tragicznych dniach wojny, miał zaledwie 10 lat, uniknąć pewnych błędów w pamięci, co do wszystkich zdarzeń, jednak jego osobiste świadectwo nie będzie mu zapomniane w duchu wdsięczności w naszej rodzinie nigdy. Wspomnienia te (14 stron), opublikowane 02 maja 2011 r. na stronie: „Wołyń woła o prawdę”, dostępne w internecie można przeczytać pod adresem: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/156-wspomnienia-romana-szymanka-ze-wsi-kohylno-w-pow-wodzimierz-woyski-na-woyniu-1939-1944.html Dod. autor opr. S. T. Roch].
SAMOOBRONA W POPÓWCE I W NOWOSIÓŁKACH

Mietek Roch stał we wsi Popówka, tam był ich ośrodek samoobrony i tam służył od września 1943 r., aż do czasu kiedy uciekli z bronią na Bielin do polskiej partyzantki. W tej placówce polskiej, u Mietka ja nie byłam jednak nigdy, tak że nic więcej nie mogę powiedzieć. Z kolei Tadeusz Roch służąc w polskiej samoobronie, został skierowany do mieszanej wsi polsko – ukraińskiej Nowosiółki, gdzie jego oddział stacjonował w dużym majątku poza wsią. Do rzeki Bug było już tylko kilka km. Polskich żołnierzy na tej placówce, było około 15 i jeden Niemiec, byli dobrze uzbrojeni. Raz wybrałyśmy się tam z moją bratową Heleną, aby ich odwiedzić, dojechałyśmy bezpiecznie. Wizyta nasza jednak była dość krótka bowiem Tadeusz rozmawiał przede wszystkim z siostrą Heleną, a mnie raczej unikał, jakby się mnie trochę wstydził. Zaraz zatem wróciłyśmy do miasta, pojechałyśmy raz jeszcze tam za jakieś dwa tygodnie, znowu w niedzielę, a właśnie miał wyznaczoną wartę, więc też b. krótko rozmawialiśmy. To był ten ostatni raz, jak widziałam Tadeusza żywego.


SAMOOBRONA W LESIE PATYDNIA

Potem Niemcy przenieśli Antoniego Szczepańskiego do lasów Piatydni i tam też mieli swoją bazę samoobrony. O ile dobrze sobie przypominam, było to w grudniu 1943 r., jakby tuż przed świętami Bożego Narodzenia. To było tylko około 5 km od miasta Włodzimierza Wołyńskiego. W tej bazie samoobrony ja nie byłam ani razu, ale jeździł tam mój tatuś Jan, przynajmniej dwa razy. Raz jeden pojechała z nim także nasza siostra Michalinka i gdy byli już w bazie w nocy, baza samoobrony została zaatakowana przez ukraińskich rezunów. Zażarta walka trwała przez całą noc i nawet przez cały następny dzień bowiem Ukraińcy zawzieli się, by zdobyć placówkę i wszystkich wymordować. Tatuś opowiadał nam później, że na początku wydawało się, iż Ukraińcy obchodzą ich z każdej strony, jakby chcieli zastraszyć broniących się na placówce. Widząc jednak twardy opór Polaków, próbowali za wszelką cenę zdobyć ten punkt oporu, atakując wściekle raz po raz. I może w końcu daliby i radę, mordując niehybnie wszystkich, gdyby nie pomoc jaka nadeszła z miasta. Gdy Ukraińcy zobaczyli zbliżającą się odsiecz, szybko wycofali się i placówka została uratowana. Tatuś Jan i Antek opowiadali także, że dużo Ukraińców poległo w tej bitwie, gdyż Ukraińcy strzelali przeważnie do ukrytych celów, niejako na oślep, a chłopcy z samoobrony mieli ich nacierających, jak na patelni. Polacy mając po prostu dużo lepsze pole widzenia, strzelali gęsto do wybranych celów, stąd straty po stronie rezunów, były poważne.



Tym razem Boża Opatrzność i męstwo obrońców ochroniły ludzi przed kolejną straszną rzezią, a było tam wtedy dużo cywilów. Polscy żołnierze na tych placówkach mieli bowiem broń i mieli realne możliwości zdobycia w terenie żywności, dlatego rodziny czepiały się tych placówek, bo tam była żywność. Niemiec żywności nie dawał, trzeba było sobie prowiant zdobyć, ale za to dawał dużo amunicji. O ile dobrze pamiętam, to święta Bożego Narodzenia, chłopcy spędzili jeszcze na placówce w lesie, ale zaraz po świętach dostali rozkaz, aby rozbroić Niemca, który był komendantem i z pełnym uzbrojeniem zbiec do głównej bazy polskich partyzantów na Bielinie. I tak się stało. W każdym razie już na Nowy Rok, cała placówka licząca 15 chłopaków, w tym Antoni Szczepański, wszyscy byli się z bronią na Bielinie.



1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna