Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej


PARTYZACKA BAZA NA BIELINIE



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona5/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9
PARTYZACKA BAZA NA BIELINIE

W styczniu 1944 r. ja i moja siostra Antonina zauważyłyśmy, gdzie Niemcy trzymają amunicję. Potem udało nam się wynieść kilka paczek ok 25 sztuk amunicji, chciałyśmy to przenieść na Bielin do bazy polskich partyzantów. Gdy już opuszczałyśmy miasto o mało, a wpadłybyśmy w ręce niemieckiego wartownika. Naboje miałyśmy ukryte w płaszczach, gdy Niemiec zatrzymał nas na zwykłą kontrolę i gdy właśnie z nami rozmawiał, Jance wysunął się jeden dziesiątek pod nogi. Na szczęście Niemiec właśnie rozmawiał ze mną i stojąc tyłem do Janki nie mógł tego widzieć, udało nam się, ale tym razem także b. mało brakowało. Teraz spokojnie dotarłyśmy do pierwszej miejscowości, gdzie stali polscy partyzanci. To była kolonia Ułanówka, zatrzymaliśmy się w jednym z domów, kwaterował tam Stanisław Bojko, który też był w partyzantce. [19] [Cenny opis przygód na partyzanckim szlaku 27 Wołyńskiej DP AK, zawdzięczamy panu Janowi Feliksowi Jakubiak ps. „Klin”, zwiadowcy w konnym batalionie por. Franciszka Pukackiego ps. „Gzyms”. Pamiętnym dniem w jego życiu partyzanckim był dzień 16 stycznia 1944 r.. W tym dniu na polanie przy wsi Suszybaba, w zimowy słoneczny i mroźny dzień, stanął na białym śniegu Ołtarz Polowy. Na przeciw w czworoboku 300 nowych partyzantów, gotowych do złożenia przysięgi wojskowej. Wypowiadane słowa przysięgi wojskowej ścisnęły za gardło, a łzy z oczu popłynęły przy śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego: „Jeszcze Polska nie zginęła....”. Tego hymnu, którego nie można nam było śpiewać przez ostatnich kilka lat. W tej pięknej relacji znajdziemy także opis napadu banderowców na polską kolonię Ossa oraz inne polskie osiedla w okolicy. Przeżycia w obozie koncentracyjnym w Chełmie oraz na robotach przymusowych w Prusach Wschodnich. Wspomnienia te (12 stron) są dostępne na stronie: „Kresy Wschodnie Ludobójstwo”, pod adresem: http://darnokx.no-ip.org/~kresy/wspomnienia/2.html , Dod. autor opr. S. T. Roch].

Byłyśmy tam około trzech dni, gdy przyjechał nasz tatuś Jan oraz Antonina Szczepańska z dzieckiem, a reszta na razie została w mieście. Zajeliśmy jeden z domów na tej kolonii, stał pusty. Tam mieszkaliśmy tylko około tydzień czasu. Właśnie wtedy Ukraińcy zaatakowali naszą partyzancką bazę na Bielinie, było dość groźnie, gdyż z drugiej strony w tym samym czasie atakowali także Niemcy. Polacy zdołali odeprzeć jednak atak i tego dnia gnali uciekających Ukraińców, aż po rzekę Turię, następnie spokojnie wycofali się na pozycje wyjściowe. Podczas tych walk zginął jeden ze znanych polskich partyzantów z naszej kolonii Teresin, nazywał się Bolesław Kukułka.

Po tej walce, która zaczęła się z wieczora i trwała przez całą noc, a ucichła dopiero rano, wyszliśmy z piwnicy, a na kolonii już nikogo nie było, wyglądała jak opuszczona. W tej sytuacji i my powsiadaliśmy na wóz i wróciliśmy z tatusiem do miasta Włodzimierz Wołyński. Na tej kolonii byliśmy zatem od 20 do 26 stycznia 1944 r. bowiem zaraz po powrocie do miasta, szybko zorganizowaliśmy się i wyjechaliśmy całą rodziną za rzekę Bug na spokojniejszą, jak dotąd Zamojszczyznę. [20] [Pewne cenne informacje na temat polskiej bazy partyzanckiej na Bielinie, przekazała w swoich wspomnieniach pani Lucyna Schiesler z d. Różycka ps. „Róża”, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK. Jest to niezwykle dokładna i przejmująca relacja z zagłady Dominopola, Mikołajpola, Swojczowa oraz polskości w całej okolicy w ogóle. Zarazem żywe świadectwo pamięci pani Lucyny o ukochanych rodzicach i rodzeństwie, którzy na kolonii Mikołajpol na Wołyniu, pozostali już na wieczną wartę. Znaleźć tam można także list otwarty pana Płk Jana Niewińskiego, ostatniego, żyjącego dowódcy polskiej samoobrony w Rybczy na Wołyniu do Ks. Abp Józefa Michalika Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski w sprawie Deklaracji Kościołów z Polski i Ukrainy z dn. 26 sierpnia 2013 r. ws. zbrodni wołyńskiej. Wspomnienia te (33 strony), opublikowane 06 kwietnia 2014 r. są dostępne na stronie Ziemi Hrubieszowskiej pod adresem: http://lubiehrubie.pl/region/wspomnienia-lucyny-schiesler-z-d-rozycka-z-kolonii-mikolajpol-na-wolyniu , Dod. autor opr. S.T. Roch].


PODŁOŚĆ UKRAIŃSKICH NACJONALISTÓW

Z miasta wyjechało nas 12 furmanek i szczęśliwie dojechaliśmy, aż do Uściługa, gdzie byliśmy już około południa. Tam na przedmieściach zatrzymała nas ukraińska policja i sprawdzała nasze dokumenty. Młodych chłopaków i mężczyzn oddzielała i zabierała na swoją placówkę, która mieściła się w murowanym domu, tuż przy szosie. Co chwilę któryś był tam odprowadzany i dochodziły nas jęki, słyszeliśmy że są tam katowani. Wozy sprawdzało czterech z bronią, ale w środku musiało być ich więcej. Był tam też jeden Niemiec, albo dwóch. Razem odprowadzono tam ośmiu chłopaków, wśród nich był także Mieczysław Zieliński z Teresina.

Gdy tylko wrócił do nas zaraz pierwszej nocy w Uściługu, w tej kamienicy, w której nocowaliśmy, opowiadał nam jak ich tam ćwiczyli, mówił tak: „Niemiec siedział w pokoju i przyglądał się, jak Ukraińcy nas przesłuchują. Dwóch chłopaków tak pobili, tak skatowali, że już nie mogli ustać na nogach o własnych siłach. Przyszła kolej na mnie i Ukrainiec, najpierw bez żadnego słowa, jakby na przywitanie, żebm wiedział dobrze z kim rozmawiam, rąbnął mnie kolbą karabinową w plecy, dwa albo trzy razy i pyta się: ‘Czy ty byłeś na Bielinie?’. A ja zdołałem odpowiedzić, że nie. Wtedy on pyta mnie drugi raz: ‘Czy Ty słyszał strzały na Bielinie?’. A ja odpowiedziałem, że słyszałem ale nie wiedziałem właściwie skąd strzelają. A ten Ukrainiec wtedy do Niemca: ‘Ten Polak mówi, że był na Bielinie i teraz stamtąd ucieka za Bug’. Gdy to usłyszałem, zrozumiałem że ten drań po prostu podle kłamie i chce sprowadzić na nas nieszczęście, chce by Niemiec mścił się na nas. Dlatego zaraz powiedziałem po niemiecku do tego Niemca: ‘Czy ja mogę coś powiedzieć?’. Niemiec zgodził się, wtedy ja mówię tak: ‘On mnie zapytał, czy ja słyszałem strzały na Bielinie, a panu mówi, że ja byłem na Bielinie.’. Niemiec wściekł się na Ukraińca, a do nas wrzeszczał: ‘Raus! Wynosić się!’. Wtedy my zabraliśmy dwóch naszych ciężko pobitych chłopaków, których już właściwie trzeba było nieść, tak byli skatowni.”. [21] [Lecz opisanej powyżej podłości nie można w żadnym stopniu porównać do urządzanych alkoholowych libacji z b. radosnym świętowaniem ryzunów, zwykle od razu po zakończonej rzezi i zwykle w domach najbogatszych, bądź znaczących rodzin polskich. Naocznym świadkiem takich upiornych scen z piekła rodem jest pan Marian Sikorski z kolonii Ułanówka na Wołyniu. W jego relacji znajdziemy także opis ludobójstwa, dokonanego przez banderowców na ludności polskiej w kolonii Ułanówka i w okolicy. Wspomnienia te (10 stron), opublikowane 10 maja 2011 r. na stronie „Wołyń”, można przeczytać pod adresem: http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/166-wspomnienia-mariana-sikorskiego-z-kolonii-uanowka-w-pow-wodzimierz-woyski-na-woyniu-1939-194.html , Dod. autor opr. Sławomir Tomasz Roch].
LUDZIE GINĘLI NA TRZASKAJĄCYM MROZIE

Już spokojnie dojechaliśmy do rzeki, ale tam nie chcieli nas przepuścić bowiem już było za późno. Musieliśmy wszyscy czekać, aż do drugiego dnia do godz. 10.00. A mróz był straszliwy, ludzie marzli strasznie. Całą noc siedzieliśmy w rozwalające się ruderze, dzieci, bo starsi całą noc stali na mrozie i pilnowali tego, co nam jeszcze zostało z całego dorobku życia. Tam dało się jeszcze wytrzymać, ale gdy o 06.00 wjechaliśmy na most okazało się, że na drugim brzegu szlaban zamknięty. Tu dopiero mróz dał się nam we znaki, chwilami nie szło wytrzymać, tak że dwie osoby zamarzły na śmierć: niemowlę i staruszka lat około 80. Nawet ja już zamarzałam, czułam dziwne uczucie. Od pewnego momentu, pomimo trzaskającego mrozu, zaczęło mi się robić tak ciepło, tak dobrze, chciało mi się bardzo spać. Zauważył to mój tatuś Jan, a ponieważ właśnie otworzyli szlaban i zaczęli puszczać ludzi na drugą stronę, tatuś wziął mnie z Władysławem Karbowiakiem za ręce i kazali mi iść. Nie mogłam, ale mnie pociągnęli i tak mnie poprowadzili. W końcu poczułam, że mi strasznie zimno, powiedziałam o tym tatusiowi. Wtedy o mi rzekł: „To dobrze, to bardzo dobrze, idź tak dalej.”. Jeszcze trochę się przeszłam i już zrobiło mi się ciepło.

Jechaliśmy dalej całą kolumną. W pewnym momencie na drodze pojawił się Polak, chyba musiał być z Armii Krajowej (AK), który nam powiedział: „Gdzie wy idziecie? Za druty was gonią. Uciekajcie!”. A ojciec tłumaczył, że nie ma którędy, bo wszędzie zaspy śniegu i nie ma jak wozem przejechać. Widzi jednak, że ten człowiek skręcił w jakiś wąwóz i pojechał za nim. Tam niestety woźnica zniknął nam z oczu, a my i jeszcze dwie furmanki, w tym rodzina Władysława Bortnowskiego dojechaliśmy do polskiej wsi Rogalin. Tu jednak nie przyjęto nas wesoło. Wszystkie chłopy byli w lesie, a jakaś babcia krzyknęła w naszym kierunku: „Cholery na was nie ma, ażeby was tam wszystkich wybili, co do nogi.”. Naturalnie było to dla nas bardzo bolesne, ale nie było czasu tego roztrząsać. Nasza sytuacja była bardzo ciężka, zimno, trzaskający mróz, a my nikogo tu nie znaliśmy. Byliśmy już także głodni i bardzo zmęczeni ostatnimi doświadczeniami. I wtedy Opatrzność Boża, która nad nami czuwała, postawiła na naszej drodze innego Polaka z Rogalina, który powiedział: „Ludzie ja mam całą chatę zapchaną uciekinierami, ale mam jeszcze miejsce za piecem, tam można się ogrzać i trochę odpocząć.”. I Zabrał ze sobą czworo dzieci oraz moją chorą siostrę Antoninę Szczepańską. Antosia na dzień przed naszym wyjazdem urodziła niemowlę, ale już nie żyło i teraz była nie tylko obolała, ale także poważnie osłabiona.

A my pojechaliśmy dalej i właśnie wtedy spotkaliśmy znajomego Polaka ze wsi Ludmiłpol Juliusza Pic, który od pewnego czasu mieszkał w tej wsi, ale pod zmienionym nazwiskiem. On to poznał naszego brata Leonarka, który prosił go o pomoc, mówiąc: „Julek ratuj, bo ginę z dziećmi!”. A Juliusz na to: „Żebyś mnie tylko nie wydał, gdyż ja teraz nazwywam się Bis.”. Potem zabrał nas do swojej gospodyni, która co prawda niechętnie, ale w końcu nas przyjęła i zamieszkaliśmy tam na dwie noce. Brat w tym czasie udał się do sąsiedniej wsi, jakieś 5 km od Horodła, gdzie znalazł dla nas dom. Tam się przeniesliśmy i tam zamieszkaliśmy do lipca 1944 r., kiedy przyszedł do nas front. W tych niebezpiecznych dniach uciekliśmy do lasu, a gdy się uspokoiło wróciliśmy do Horodła.


TOBIE JESZCZE NIE CZAS TU WRACAĆ

W mieście zatrzymaliśmy się jednak tylko na kilka dni bowiem zaraz z tatusiem wróciliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego. Tatuś zamierzał wrócić na swoje gospodarstwo. W mieście spotkał Michała Rocha i jeszcze kilku chętnych, którzy chcieli wracać na swoje. I razem w dwunastu chłopa udali się do Swojczowa, tam niedaleko było nasze pole, a obok mieszkał Ukrainiec, którego ojciec dobrze znał. Rozmawiali dość przyjźnie i wtedy powiedział do ojca: „Rusiecki ja twoje zboże dwa lata już zbieram. Ja ci oddam co do ziarnka, ale tobie jeszcze nie czas tu wracać, bo nasze durnie jeszcze bardzo się jeżą.”. Zawrócili w tej sytuacji konie, pojechali wzdłóż Teresina i właśnie wtedy zajechali przed dom Ukraińca Stolaruka. Nie bardzo chciał z nami rozmawiać i wtedy podszedł z karabinem syn jego i pyta: „Ojciec co to za jedne? Czego oni tu przyjechali?”. Widząc, że zanosi się na bójkę, a może i na strzelaninę, odjechali z powrotem do Włodzimierza Wołyńskiego. Obawiali się poważnie, że ci dwaj zameldują w lesie o pobycie Polaków na Teresienie i banda zrobi na nich zasadzkę.

Wróciliśmy zatem do miasta, a tu powszechna mobilizacja do wojska. W tej sytuacji ja brat Leonard oraz jego rodzina, wyruszyliśmy ponownie przez rzekę Bug na Zamojszczyznę. Tu okazało się, że na rzece granica zamknięta. My jednak nie rezygnowaliśmy i jechaliśmy dalej wzdłóż rzeki ok 2 km. Tam gospodarz przeprawił nas tratwą na drugi brzeg, a koń poszedł po dnie. Reszta rodziny została w mieście, ale już za tydzień dołączyła do nas, tą samą drogą. Znów zamieszkaliśmy w Horodle i byliśmy tam do sierpnia 1946 r., a potem wyjechaliśmy do wsi Matcze, około 5 km od Horodła. Tam zamieszkaliśmy w domu, który odstąpiła nam Polka Marta Matecka. Tam mieszkałam do kwietnia 1947 r..
NA NOWEJ DRODZE ŻYCIA Z ROMANEM ROCH

Losy naszych międzywojennych roczników są różne i b. trudne bowiem gdy my cierpielieśmy, już tułaczkę na Ziemi Zamojskiej wielu wciąż przebywało na mroźnej Syberii, a wielu z tych którzy wyszli z Gen. Władysławem Andersem, musieli pozostać na zachodzie. Tymczasem Roman Roch kóry został wywieziony na przymusowe roboty do III Rzeszy, po wyzwoleniu tych ziem w 1945 r. przez Sowietów, trafił do poniemieckiej wsi Łężyce k. Karłowa na Donym Śląsku. Zajął tam sobie wygodny dom i przez krótki czas mieszkał tam od czerwca 1945 r. do lutego 1946 r., kiedy to dowiedział się, że jego siostra Helena Rusiecka z d. Roch jest w Horodle nad Bugiem, zostawił wszystko i przyjchał do niej.



Kiedy po czterech latach ujrzałam Romka, radości było co nie miara, mieliśmy sobie tyle do powiedzenia. Czasy były ciężkie, a my oboje nie mieliśmy właściwie nic, ale byliśmy młodzi, silni i mieliśmy siebie, wierzyliśmy w siebie. Wyszłam za mąż za Romana Roch, nasz ślub był w kościele w Horodle 06 grudnia 1946 r., była to piękna uroczystość i choć było mało gości, byłam b. szczęśliwa, gdyż teraz miałam, już swoją własną rodzinę. Na naszym weselu był Stanisław Roch z Zofią, była z pochodzenia Ukrainką oraz Mieczysław Roch z żoną Heleną oraz moja rodzina najbliższa. Przyjęcie weselne było w domu we wsi Matcze, który dostaliśmy od państwa, tam mieszkaliśmy jeszcze kilka miesięcy, aż do 01 kwietnia 1947 r., kiedy wyjechaliśmy do wsi Mieniany k. Hrubieszowa.

Z Mieczysławem Roch spotkałam się po raz pierwszy, już po wojnie w Horodle, kiedy wstąpił do naszego domu po Romka. Wracał właśnie z kościoła i zaprosił Romka do siebie do Kopyłowa. Następnym razem spotkaliśmy się, już na naszym weselu we wsi Matcze, parafia Horodło, było to krótko po ślubie Mietka z Heleną z d. Zabłocka. Nie minęło wiele czasu, a Mietek odwiedził nas we wsi Matcze ponownie. Siedząc tak przy stole mieliśmy teraz okazję, tak na spokojnie raz jeszcze powspominać to wszystko, co działo się na Wołyniu. Naturalnie Mietek zaczął opowiadać, co działo się podczas napadu rezunów na Zastawie, mówił tak: „Miałem dużą rodzinę, a teraz zostałem sam i nawet nie wiem, jak oni tam zginęli.”. Pomyślałam sobie: „Tadzik opowiadał , a ty nie wiesz?”. Ale już go o to nie pytałam.

Kiedy już przybyliśmy z Romkiem do wsi Mieniany, zabawiliśmy tam jedynie miesiąc czasu bowiem przyszli do naszego domu, jacyś dziwni ludzie, można powiedzieć jakby takie złodzieje – bandziory, którzy żyli widać z rozboju i nakazali nam do rana się wyprowadzić. Przy czym podpalili całą wioskę, tak że jedynie nasz dom się ostał, mieliśmy szczęście, że nas tam nie pozabijali. Romka mojego męża i jeszcze jednego chłopa, nieznacznie wtedy pobili. W tej dramatycznej sytuacji, wyjechaliśmy do Hrubieszowa i tam mieszkaliśmy w jakiejś pożydowskiej kamienicy, jeszcze przez miesiąc czasu.

Potem wróciliśmy z powrotem do wsi Mieniany i tam mieszkaliśmy w oborze wraz z siostrą Michalinką i jej mężem Edwardem Kisielewiczem oraz ich 1-rocznym synkiem Ryszardem. Tam w tej oborze w tych trudnych warunkach, urodziło się nam pierwsze dziecko Tadeusz. Wtenczas moja bratowa Helena, już wdowa, przyjęła nas do siebie. Jej mąż, a nasz brat Leonard zmarł 27 kwietnia 1945 r. w szpitalu w Zgorzelcu, gdy z odniesionej, poważnej rany, wdało się zakażenie. Został pochowany na ogromnym cmentarzu wojskowym w Zgorzelcu.

Po jakimś czasie na zaproszenie Mietka Rocha, pojechałam z Romkiem i naszym synem Tadzikiem oraz z bratową Heleną do Kopyłowa. Przyjął nas wtedy b. miło i pięknie ugościł. Trzeba to przyznać, że Mietek był człowiekiem b. rodzinnym i przyjaznym. Właśnie wtedy na tym przyjęciu, po kilku kieliszkach, gdy rozwinęły się trochę wszystkim języki, Mietek zaczął opowiadać, jak to było w partyzantce na Wołyniu. Mówił nam tak: „Romek ja z Twoim bratem Tadeuszem, trzymaliśmy się w partyzantce prawie do końca. Walczyliśmy w szeregach 27 Wołyńskiej DP AK, braliśmy razem udział w wielu potyczkach z Niemcami i Ukraińcami. Na wiosnę 1944 r. mocno natarli na nas Niemcy, sytuacja stała się trudna i niebezpieczna. Niedaleko byli już Sowieci. Nasze dowództwo podjęło decyzję o przebijaniu się do Ruskich. Zatem rozgorzała walka, a my rzuciliśmy się przez bagnistą rzekę Prypeć, a gdy już część z naszych przeprawiła się na drugi brzeg do Ruskich, wtedy oni nieoczekiwanie otworzyli do nas ogień. Kilku naszych chłopaków zginęło od pierwszych sowieckich salw. Właśnie wtedy został lekko ranny Tadeusz. Wiem o tym bo powiedział do mnie: ‘Wiesz że ja ranny!’, ale nie mówił gdzie dostał. Zaraz obaj wskoczyliśmy do rzeki z zamiarem przepłynięcia na drugi brzeg, pomimo ognia ze strony Sowietów. W tym czasie padł rozkaz: ‘Wycofujemy się!’ i ja się wróciłem, ale Tadek w tej rzece zniknął mi z oczu. Jeszcze na niego czekałem, ale już się więcej nie pojawił i musiałem wracać do oddziału. Od tej pory słuch wszelki po nim zaginął. Tadek zginął, jak wielu naszych kolegów na Prypeci.”. Pod dachem bratowej Heleny mieszkaliśmy do września 1949 r., ale potem musieliśmy przenieść się w inne miejsce.
W GÓRACH STOŁOWYCH NA ZIEMI KŁODZKIEJ

Szczęśliwie moja starsza siostra Janina, poinformowała nas, że w Kotlinie Kłodzkiej na Ziemiach Odzyskanych jest dla nas dom, gdzie moglibyśmy zamieszkać. Razem z mężem Romanem zdecydowaliśmy, że tam pojedziemy. I tak oto zamieszkaliśmy we wsi Pasterka w gm. Radków w pięknych Górach Stołowych. To był opuszczony dom poniemiecki, b. piękny, murowany, siedem pokojów, ale brakowało zajęcia, gdyż ziemia tu nie rodzi. Romek podjął pracę w lesie. Może byśmy tam i zostali gdyby nie to, że jesienią roku 1954 z gm. Radków, przyjechali urzędnicy partyjni i namawiali ludzi, aby przystąpili do kołchozu. Niestety wiele rodzin, przeważnie nasiedleńcy z Kieleckiego na czele z Jaworskimi i Lechnowskimi, postanowili zgodzić się i przystąpić do kołchozu.

Tymczasem nasza rodzina oraz młodsza siostra Halinka z mężem Józefem Kozełko, byliśmy nieprzejednani i o kołchozie nie chcieliśmy nawet słyszeć. Jakoś nie przemawiało do nas wspólne gospodarzenie z ludźmi, których właściwie nie znaliśmy. Poza tym byliśmy inaczej wychowywani w rodzinach i nie ufaliśmy komunistom oraz ich nowym pomysłom. Po prostu chcieliśmy być na swoim, a nie na czyimś, na obcym. Poza tym my przyjechaliśmy dość późno na te ziemie i przez kilka pierwszych lat, pracowaliśmy dość ciężko, by mieć coś swojego, choćby tego konia i choćby te swoje krowy. Po temu nie było czasu w naszym domu na balety i strojenie się, gdy tymczasem Kielczanie byli tu pierwsi, nabrali naturalnie wszystkiego po Niemcach i bawili się, jak za najlepszych czasów. Teraz zaś żądano od nas, byśmy owoce naszej ciężkiej, mrówczej pracy, ochotnie przekazali do wspólnej kasy. No po prostu żyć nie umierać!

To była w naszym mniemaniu, tak wielka niesprawiedliwość, że nawet nie chcieliśmy o tym słyszeć, ani wcale. Ale z władzą komunistyczną nie było lekko, nie dawali nam spokoju, w końcu część ludzi uciekła z Pasterki, ale większość podpisała i zostali w tym kołchozie. Ja z mężem Romanem wybraliśmy przeniesienie się do spółdzielni do Gajowa i udało nam się. Niestety i tu, jak się potem okazało, był już kołchoz, ale jednak woleliśmy tu, niż tam we wsi Pasterka. Zatem komunistycznego dobrodziejstwa kołchozowego, uniknąć nam się nie udało, jeszcze musieliśmy zapłacić 3 tyś. kary, że opuściliśmy Pasterkę i przyszliśmy do Gajowa. Przy okazji mnożyły się na nas różne donosy, jakobyśmy dom zniszczyli i tym podobne oskarżenia. Byliśmy po prostu wrogiem klasowym, który nie chce pracować społecznie, a to się oczywiście komunistom i ich poplecznikom b. nie podobało i nie pasowało.


INNE KOMUNISTYCZNE PRZEŚLADOWANIA

Mieliśmy tylko nadzieję, że tu w Gajowie nareszcie zaznamy trochę spokoju, otrzymaliśmy drewnianą lepiankę, ale do takich warunków, byliśmy już mocno zaprawieni. Tym bardziej, że mój brat Stanisław Rusiecki obiecywał zabrać nas stąd do miasteczka Złotoryja na Dolnym Śląsku, gdzie pracował w tartaku i był nawet kierownikiem. Ale nasze życie potoczyło się zgoła inaczej, już mieliśmy troje dzieci i po krótkim czasie przenieśliśmy się do domu większego, murowanego i tu zamieszkaliśmy, już na całe nasze życie i tu mieszkam, po dziś dzień. Niedługo po przeprowadźce na to nowe miejsce, urodziło się nam czwarte dziecko, nasza jedyna córka Barbara. A w tej sytuacji, już nie myśleliśmy o wyjeździe do Złotoryi, tym bardziej że zaczęto szeptać, iż kołchozy będą rozwiązywać. A to znów tchnęło w nas nadzieję na wolne i samodzielne życie i na swojej, a nie wspólnej, kołchozowej własności. Krótko po czerwcowych zamieszkach i krwawych walkach w roku 1956 w Poznaniu, rzeczywiście do władzy przyszedł Władysław Gomułka i znienawidzone kołchozy rozwiązano, oddając ludziom ziemię i ich własność.

Dostaliśmy w zamian za to, co zostawiliśmy za Bugiem 7 ha ziemi. Tak oto po długich latach tułaczki i prześladowań, mogliśmy wreszcie spokojnie gospodarować, już na własnej ziemi i mieszkać we własnym domu. Niestety wciąż nie dane było jednak zaznać spokoju bowiem wciąż borykaliśmy się z komunistycznym systemem, który moją rodzinę prześladował i to w sposób bezpośredni. Otóż mój mąż Roman uchodził za człowieka dobrego i spokojnego, właściwie nie lubił się włuczyć i nie lubił obcego towarzystwa. To zwróciło uwagę komunistycznej bezpieki, która już w roku 1950, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Pasterce, postanowiła nakłonić Romana do tajnej współpracy.

Zaczęło się to dość niewinnie. Mieliśmy już troje małych dzieci, zatem sytuacja była dość wymagająca wysiłku i zaradności. W tym niełatwym dla nas czasie męża „przypadkowo spotkał”, dowódca placówki wojskowej na granicy czeskiej w Pasterce o nazwisku Mastalerz. Umówił się wtedy z mężem na następne spotkanie do którego rzeczywiście doszło i powiedział Romkowi wprost: „Panie Roch chcielibyśmy, aby pan podjął z nami współpracę, jako tajny współpracownik. Oto instrukcja dla pana, co ma pan dla nas robić.”. Romek opowiadał mi później, że wtedy podczas tego pierwszego spotkania, ten człowiek zaświecił światło w tym pomieszczeniu, w którym przebywali i pokazywał, co było w tej ubeckiej instrukcji. Ubek Mastalerz mówił tak: „Chcielibyśmy, aby pan chodził pod ludzkie okna i słuchał, co kto mówi, a następnie wszystko nam donosił”. Mąż Roman zwierzał mi się potem z tego nachodzenia ubeków tak: „Po prostu chcieli zrobić ze mnie konfidenta, tajnego współpracownika ich służb, ale ja nie zgodziłem się, odmówiłem. Za jakieś pół roku znowu przyjechał do mnie, tym razem z Dusznik – Zdrój, wojskowy w stopniu majora i znów poprosił mnie na rozmowę. Przebieg tej rozmowy, był taki sam jak poprzednia wizyta, ale tym razem dali więcej czasu do namysłu. Miałem im dać odpowiedź.”.

Ja w tym czasie znalazłam się w szpitalu, tak poważnie byłam chora. I właśnie wtedy znów przyjechali do męża i to wprost do naszego domu. Chcieli mu wręczyć pieniądze, tak już byli bezczelni, a może zdeterminowani. Mówili tak: „Panu pieniądze się przydadzą, przecie to żona chora, a dzieci macie małe. Niech pan weźmie te pieniądze i zacznie dla nas pracować!”. Ale Romek i tym razem odrzucił propozycję współpracy z UB mówiąc: „Ja nie mogę wziąć tych pieniędzy, bo na te pięniądze nie zapracowałem. Ja będę miał z tego powodu wyrzuty sumienia!”. Tym razem jeszcze rozmawiali b. spokojnie i nawet delikatnie prosili, przy czym zaznaczyli, że czekają na pozytywną odpowiedź.

Za jakieś dwa tygodnie, gdy już byłam w domu znowu przyszli do naszej szopy na podwórko i tam wywołali mojego męża. Tym razem ich cierpliwość się skończyła i zaczęli wręcz wygrażać mężowi: „Słuchajcie dobrze Roch, jak ty się nie zgodzisz na współpracę, to my tobie tak damy, że ty popamiętasz, a i tak będziesz dla nas pracował!”. I zaraz pojechali. Romek był ostatnim spotkaniem tak przestraszony, że postanowił wszystko mi opowiedzieć. I wtedy właśnie po raz pierwszy poznałam cel ich dotychczasowych wizyt, gdyż do tego czasu nic jeszcze nie wiedziałam.

To było straszne, co czuliśmy i przeżywaliśmy. Po krótkim namyśle poradziłam mężowi tak: „Idź i powiedź im, że ty chętnie byś dla nich pracował, ale jesteś przestraszony od kiedy wróciłeś z III Rzeszy i po nocach przez sen krzyczysz różne rzeczy, a to może zdradzać wiele ubeckich tajemnic. Do tej pory o tym nie mówiłeś ponieważ się tego wstydziłeś”. I rzeczywiście mąż poszedł na świetlicę na Pasterkę i tam się z nimi spotkał i powtórzył wszystko, jak to razem zaplanowaliśmy. A oni na to zaczęli stawiać pytania: „To dlaczego pan się nie leczy? My pana chcemy mimo wszystko. My pana damy na leczenie.”. Naturalnie i tym razem mąż się nie zgodził, tym razem wymawiając się moją chorobą, bo to przecież ktoś musi być przy dziaciach. Widocznie postanowili cierpliwie czekać, gdyż wciąż nie odpuszczali. A ja widząc też jaśniej co się dzieje, postanowiłam być blisko męża i nie opuszczać go ani na krok. W tym właśnie czasie przeprowadziliśmy się Gajewa.

Za jakiś czas ubecy znowu przyjechali do męża i tym razem kazali mu wyjść pod gajewską górę na mostek, chcieli solidnie porozmawiać. Widząc zmieszanie Romka i słysząc, jak pomstuje: „Jeszcze się mnie nie odczepili!”. Widząc że on idzie, poszłam za nim i krzyczę, jak wariatka na całą wieś: „A ty durny do kina idziesz. A dzieci ma i nie obchodzą go wcale. Idzie sobie gdzie chce!”. No i siłą rzeczy do tego spotkania z ubekami nie dopuściłam. A gdy wróciliśmy oboje do domu, to śmialiśmy się z Romkiem, co nie miara i mówiliśmy: „Mój Ty Boże trzeba jeszcze z siebie wariata robić, aby godność zachować.”.

Znów minęło trochę czasu. Ostatnie najście ubeków na naszą rodzinę, było w październiku 1955 r., tuż przed chrzcinami Barbary. Przed naszym domem zatrzymał się wojskowy gazik. Widząc na co się znowu zanosi, pogoniłam natychmiast, aby być przy mężu, a on właśnie robił klatkę dla świń. Patrzę a za chwilę wchodzi ten major z Dusznik. Ukłonił się i coś sugeruje tak: „A pani to zawsze musi, tak przy mężu usługiwać?”. A ja do niego ostro i niemal ordynarnie: „A tak bo on mnie nie zrobi, tak jak trzeba, a potem ja chodzę przy klatce i tylko roboty więcej i męczę się.”. I tłumaczę Romkowi, co ma dalej przy klatce robić, a na ubeka nawet nie spoglądam. A wydzieram się na męża ile wlezie. On tymczasem postał i widząc, że znów nic nie wskóra odjechał. To był ostatni raz, jak nas nachodzili i już więcej, u nas ich nie było. Widać dali sobie w końcu z nami spokój, ale i czasy się wyraźnie polepszyły, gdyż nastał Gomułka i powszechnie mówiło się o komunistycznej odwilży.




1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna