Watford, Londyn Uroczystość Matki Bożej Różańcowej


NIE POMARLI CI KTÓRZY ŻYJĄ W PAMIĘCI NARODU



Pobieranie 376.48 Kb.
Strona6/9
Data08.05.2016
Rozmiar376.48 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

NIE POMARLI CI KTÓRZY ŻYJĄ W PAMIĘCI NARODU

Życie rodzinne, ciężka praca i żywa pamięć o Tych, co zostali na Wołyniu, wypełniały nasze kolejne dni i lata na Ziemi Kłodzkiej. W życiu rodzinnym byliśmy szczęśliwi, żyliśmy z Romkiem zgodnie, pobożnie i dobrze staraliśmy się wychować nasze dzieci. Trzeba było zakasać rękawy i wytrwale pracować, a wiadomo że na gospodarce jest przy czym robić każdego dnia. A jednak nigdy nie zapominaliśmy o naszych bliskich. Szczególnie mocnę więzy łączyły nas z rodziną siostry Halinki Kozełko ze wsi Tłumaczów, do której mieliśmy tylko przez górę oraz z rodziną drugiej rodzonej siostry Michalinki Kisielewicz, która wyszła za mąż za Edwarda. Mocne i trwałe więzi pozostawały z jeszcze jedną naszą rodzoną siostrą z Janiną Topolanek z d. Rusiecka, która również mieszkała niedaleko, we wsi Grochowa, gm. Bardo Śląskie, pow. Wałbrzych.

Poza tym na Ziemi Kłodzkiej, jak i na całym Dolnym Śląsku, osiadło b. wielu dawnych naszych parafian oraz mieszkańców Wołynia, z którymi utrzymywaliśmy mniej, lub bardziej ścisłe kontakty. Dla przykładu w miasteczku Nowa Sól na Dolnym Śląsku, zamieszkała wraz z mężem Michałem nasza serdeczna koleżanka Helena Wójtowicz z d. Karbowiak z osady Budki Kohyleńskie na Wołyniu. Stałe kontakty rodzinne, listowne i nie tylko, łączyły nas także z Ziemią Hrubieszowską, gdzie we wsi Mieniany, gm. Hrubieszów, pozostała po wojnie bratowa Helenka Rusiecka z dziećmi. Właściwie cała dalsza rodzina męża Romana, pozostała na Zamojszczyźnie, a specjalnie we wsi Kopyłów, gm. Horodło oraz we wsi Siedliska, gm. Zamość. Naturalnym biegiem rzeczy wspomnienia z rodzinnych stron z Teresina, Kohylna i Swojczowa, były w naszej rodzinie b. żywe i wciąż powracały, podczas wszystkich spotkań rodzinnych i towarzyskich. [22] [Wiele b. cennych informacji o losach mieszakańców Teresina i okolic, w tym z rodziny Roch, można znaleźć w osobistych wspomnieniach Eugeniusza Świstowskiego, żołnierza 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Dąb” z kolonii Teresin na Wołyniu, który po wojnie osiadł we wsi Kopyłów na Ziemi Hrubieszowskiej. Jest to b. cenny dokument, zawierający zeznania naocznych świadków ludobójstwa, dokonanego na ludności polskiej Teresina w sierpniu 1943 r. przez ukraińskich nacjonalistów. Poza tym jest tam dość ważny opis powojennej działalności żołnierzy 27 Wołyńskiej DP AK, skupionych licznie przy kole kombatantów w Hrubieszowie. Wspomnienia te opublikowane 15 czerwca 2010 r., można przeczytać w całości (21 stron) pod adresem: http://27wdpak.pl/wolyn/107-wspomnienia-eugeniusza-wistowskiego Dod. autor opr. S. T. Roch].

Pamiętam, że raz jeden rozmawiałam z moją bratową Heleną, która była młodszą, rodzoną siostrą Kazimiery Brzezickiej z d. Roch, a ona tak mi się zwierzyła: „Mój tato Władysław umarł wcześniej na zapalenie płuc.”. Gdy zaś ja przy okazji wspomniałam moją mamę Zofię, która była z Kalinowskich, ona dodała: „A moja z Gronowiczów i powiązała się z Rochami.”. Rozmowa ta miała miejsce, już po wojnie w naszym rodzinnym domu w Gajowie, to było na około 3 lata przed jej śmiercią. Nigdy nie wyrzuciliśmy także z naszych serc, Tych naszych najbliższych, którym winniśmy wieczną pamięć. Szczególnie przeżywał to mąż Roman, któremu nigdy nie było dane stanąć nad grobem mamy Amelii, brata Tadeusza oraz sióstr Kazimiery i Zofii. Odebrane mu zostało nawet zapalenie znicza na grobie ojca Władysława Roch, który pomarł jeszcze przed II wojną światową, a którego mogiłę banderowcy haniebnie zniszczyli, wraz z całym parafialnym cmentarzem w Swojczowie. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć w jakiej atmosferze, przeżywaliśmy zatem święta Wszystkich Świętych, czy Dzień Zaduszny. Dla męża był to czas szczególnej pamięci i głębokiej zadumy nad losem naszej rodziny.

Naturalnie pomimo morza wylanych przez całe życie łez, ogromnego bólu, zadanego przez bezlitosnych opraców, spod znaków Bandery, naszym najbliższym, żywiliśmy z mężem Romanem w sercach przekonanie, że choć zapomnieć się tego nie da i to do samej, naturalnej śmierci, ale wybaczyć koniecznie trzeba. Nienawiść bowiem sieje straszne zniszczenie i paradoksalnie wyniszcza w pierwszym rzędzie, tych wszystkich, którzy ją w sobie noszą i nieustannie żywią przez podsycanie pragnienia zemsty. Tego w naszym domu nie było i tego naszych dzieci nie uczyliśmy. I choć trudno wybaczyć, gdy straciło się najbliższych i gdy na własne oczy widziało się, tamte „czerwone noce” na Wołyniu, jednak droga przebacznia jest jedyną, której człowiek, tak naprawdę z głębi serca pragnie i do której naprawdę tęskni. Po temu i my z serca wybaczyliśmy. Mój kochany mąż Roman odszedł do wieczności 11 marca 1995 r.. Żegnaliśmy go z wielkim żalem, gdyż na tamtą stronę życia, odszedł jeszcze jeden dobry człowiek. Jego ciało spoczęło na cmentarzu parafialnym w miasteczku Radków, u podnóża pięknych Gór Stołowyh.
OPATRZNOŚĆ BOŻA NAD NASZĄ RODZINĄ

W 1998 r. moja młodsza siostra Halinka Kozełko po raz pierwszy pojechała do Otwocka pod Warszawą, prywatnie pielgrzymując przed ukochane oblicze Matki Bożej Swojczowskiej. Dla nas wszystkich, było to wielkim przeżyciem. Naturalnie opowiadała nam potem wszystko w szczegółach. Najwięcej Swojczan przybywa tam każdego roku 08 września na uroczysty odpust, by modlić się do Matki Bożej, Pani Ziemi Wołyńskiej, patronki ich tułaczego losu. W tym dniu na ordynansach, u swojej Matki i Królowej, od lat stawiają się także licznie żołnierze 27 Wołyńskiej DP AK. Tego roku uroczystość była jednak szczególnie uroczysta, gdyż połączona z koronacją obrazu, której dokonał Arcybiskup Lwowa Marian Jaworski.

Od tego czasu jeździła tam przynajmniej raz, bodajże w każdy kolejny rok. W roku 2003 po uroczystej mszy świętej w przykościelnej salce, poznała pana Sławomira Rocha, młodego historyka, który piszę książkę o losach byłych mieszkańców Swojczowa i całej naszej, byłej parafii Narodzenia NMP w Swojczowie. Po pierwszych rozmowach, okazało się pan Sławek jest wnukiem Bolesława Roch, stryjecznego brata mego męża Romana. Wymienili się z Halinką adresami i tak rozpoczęła się nasza korespondencja.

W pierwszym liście z 17 listopada 2003 r. do Sławomira Roch do Zamościa, starałam się pokrótce opisać, to co przeżyłam na Wołyniu i to co najlepiej zapamiętałam, tak pisałam: „Nazywam się Adela Roch z d. Rusiecka, urodzona 07 maja 1927 r. w Swojczowie, córka Jana i Zofii z d. Kalinowska. Obecnie zamieszkała we wsi Gajów 9, gm. Radków, pow. Kłodzko, woj. Dolnośląskie. Moja najgorsza tragedia zaczęła się w 1943 r.. Kiedy były łapanki, rewizje, zastraszenia, to jeszcze można było wytrzymać. Ja wówczas miałam 16 lat. W kwietniu 1943 r. byłam na zabawie, u państwa Omańskich. Mieli oni czworo dorosłych dzieci: córka Zosia lat 17, synowie Tadeusz lat 22, Kazimierz lat 20 i jeszcze jeden lat 19, którego imienia nie pamiętam. Byli jeszcze chłopcy z innej wioski. Przyszło 4 banderowców z bronią. Pani Omańska poczęstowała wódką i jak się napili, tej wódki, zaczęli śpiewać po ukraińsku: ‘Smert Lachom i Żydom....’. Wszyscy Polacy zaczęli uciekać i ja też uciekłam do domu. Od tej pory z moją siostrą Michaliną spałyśmy w stajni na strychu.



Po naszej wiosce Teresinie jeździły po nocach bandy ukraińskie z bronią na koniach. Wszędzie było często widać pożary. Ja z moim ojcem Janem Rusieckim i bratową Rusiecką Heleną z d. Roch, poszliśmy składać siano do wioski Kohylno. Tam na łąkę przyszło do nas dwóch Ukraińców, ojeciec z synem. Poprosili ojca o papierosa i powiedzieli, że to siano nie będzie nam już potrzebne. W nocy nie spaliśmy już wszyscy w domu, ale uciekliśmy do lasu. Całą noc padał deszcz. Strasznie przemoknięci rano wróciliśmy do domu. W domu były pootwierane wszystkie drzwi, porozrzucane papiery i dokumenty. Mieszkanie było nie do poznania. Wtedy zrozumieliśmy, że naprawdę czeka nas straszna śmierć. Każdy z nas z osobna, polami, rowami, zbożami uciekał do miasta do Włodzimierza Wołyńskiego. Tam zaczęłam pracować w kuchni w niemieckich koszarach wojskowych.

W styczniu 1944 r. wojsko niemieckie poszło na front, a w koszarach została tylko warta. Ja wiedziałam gdzie jest magazyn z bronią. Brałam po trochę broni i nosiłam partyzantom polskim na Bielin. W tym czasie na Włodzimierz Wołyński napadli ukraińscy banderowcy i musieliśmy wszyscy z rodzicami uciekać na Bielin. Na Bielinie banderowcy napadli na polskich partyzantów, kule leciały ze wszystkich stron. Schowałam się z moim ojcem do piwnicy pustego domu. Tam leżały trzy ciała zabitych mężczyzn, już w rozkładzie. Jak strzelanina trochę ucichła, wróciliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego.

Pewnego razu wybrałam się z koleżankami do lasu na orzechy do Piatydnia. Tam zatrzymali nas Niemcy i ukraińska policja i nie wpuścili nas do lasu. Przywieźli cały samochód małych dzieci żydowskich, rozbierali ich, brali za nóżki i główkami tłukli o ziemię i rzucali do dołu, a nam kazali się przyglądać na te okropieństwa. We Włodzimerzu Wołyńskim było getto żydowskie. Wszystkich Żydów, dzieci i dorosłych, wywieźli do lasu do Piatydnia i tam Ich pozabijali.

W lutym 1944 r. wyjechaliśmy z transportem za rzekę Bug. Na moście Niemcy nas trzymali, tak długo aż dwie osoby zamarzło na śmierć. Ja też zaczęłam zamarzać, ale mój ojciec z panem Karbowiakiem, zaczęli mnie ciągnąć i rozgrzewać i po jakimś czasie doszłam do siebie. Dopiero po południu nas puścili. Za mostem podszedł do ojca młody mężczyzna i powiedział: ‘Uciekajcie bo was zaprowadzą za druty do Zamościa.’. Ojciec wozem uciekł z tego transportu, który prowadził niemiecki żołnierz i pojechał na Horodło. Noc nas zastała na Rogalinie, tam nocowaliśmy w stodole. Nie pamiętam u kogo. W Horodle mieszkaliśmy u pana Bacańskiego do końca wojny. Tam chodziłam na kopanie okopów, od Niemców dostawałam kwitki. Kto miał kwitki z okopów nie był zabierany do Niemiec na roboty.

Tam wyszłam za mąż za Romana Rocha, który powrócił z Niemiec. Mężowi banderowcy zabili dwie siostry: Kazimierę i Zofię oraz matkę Amelię. Brat Tadeusz Roch uciekł z Kohylna i zginął od banderowców na Bielinie. Z mężem Romanem wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane do Gajewa na Dolny Śląsk. Mąż mój już nie żyje, a ja do dziś modlę się do Matki Boskiej Swojczowskiej i dziękuję jej za życie, które mi ocaliła podczas, tej strasznej pożogi.”. Na odpowiedź z Zamościa nie musiałam czekać długo bowiem na zbliżające święta Bożego Narodzenia, otrzymałam kartkę z serdecznymi życzeniami oraz spisane wspomnienia Romana Szymanek ze wsi Kohylno i Antoniego Sienkiewicza z kolonii Piński Most na Wołyniu. [23] [Wspomnienia te są dostępne i dziś na stronie: http://wolyn.ovh.org/, trzeba tylko kliknąć na drobną ikonkę: wspomnienia i wybrać spośród 55 relacji Kresowian z całego Wołynia, w tym wielu z okolic Swojczowa. Dla przykładu wspomnienia pani Marii Roch z d. Tymoczko z kolonii Ludmiłpol na Wołyniu. Jest to cenny dokument o ludobójstwie, dokonanym na mieszkańcach Ludmiłpola i okolic przez ukraińskich nacjonalistów. Relacja ta zawiera także b. dużo informacji o losach rodziny Roch na Wołyniu i po wojnie. Wspomnienia te (10 stron), opublikowane są dostępne pod adresem: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/ludmilpol-tymoczko_maria.html . A także wspomnienia Czesławy Roch z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Wołyniu, które są b. cennym dokumentem o dokonanym ludobójstwie na kolonii Teresin. W relacji tej znajdziemy także opis mordu na rodzinie Roch na Zastawiu w Kohylnie, a także wiele innych ważnych informacji, tyczących się dużych rodzin Rusieckich i Rochów i ich losów powojennych. Wspomnienia te (8 stron), opublikowane są dostępne pod adresem: http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/teresin-czeslawa_roch.html , Dod. autor opr. S.T. Roch].

W odpowiedzi na ten list Sławomira Rocha, tak pisałam w drugim liście z Gajewa 25 grudnia 2003 r.: „Drogi kuzynie. Dziękuję Ci bardzo za te życzenia i za te wiadomości. Tylko dużo jest tu nieprawdy. Przeważnie o Amelii Roch. Ja te sprawy chyba najlepiej wiem, ile miała dzieci i jakie. Starsza córka Kazimiera, była mężatką na Teresinie za Brzezickim i miała jedną córeczkę, a z drugą była w ciąży. I razem uciekała z mężem, ale wróciła coś jeszcze wziąć i ją tam zamordowali w domu. A druga Helena była żoną mojego brata i też na Teresinie. Mieli troje dzieci: dwóch synów i jedną córkę. Uciekli z całą rodziną do Włodzimierza Wołyńskiego. Wtedy ściągnęli tam Amelię. Miała krowę. Byli z nią syn Tadeusz i córka Zofia. Pobyła tydzień i była uparta. Brat prosił, żeby nie wracała, a ona postanowiła wracać. A Romka tam nie było, bo był w Niemczech na robotach i nic o mordach nie wiedział. W 1946 r. w lutym dopiero przyjechał do nas na Horodło. A w 1945 r. w kwietniu mój brat zginął na wojnie.



U Helenki było troje dzieci i ona była razem z nami. Romek namawiał ją, żeby jechała z nim na zachód, ale ona bała się i nie chciała teściów opuścić. W 1946 r. w grudniu my się pobrali. Żadnym sposobem nie mógł on opowiadać o mordach na wschodzie, bo go tam nie było. A co do tego kuzyna w kapuście, to był Mietek Roch, syn Grześka. A Grześka nie było w mieście, bo jak jechaliśmy ze swoim obozem to Staśka szła z miasta i krzyczała na Helkę, po co wywozić dzieci na głód. Ale mój tatuś był uparty i powiedział, że ludzie gołe się rodzą i gołe giną.

A teraz pisałeś, jak ja się znalazłam na zachodzie. Jak się pobraliśmy, to mieszkaliśmy razem z Helenką, ale po dwóch latach ona sobie znalazła towarzysza i było nam już ciasno. Postanowiliśmy wyjechać w te strony. Zaczął się dramat, bo Romka prześladował pech. Chcieli NKWD-dziści zrobić z niego konfidenta, żeby chodził i podsłuchiwał, co ludzie mówią i donosił. A on się bronił wszystkimi siłami. Powiedzieli, że nie ma prawa nikomu o tym mówić, nawet własnej żonie. A on już był tym zmęczony i wyznał mnie. Ja go namówiłam, żeby mówił że w nocy wszystko wyjawia w śnie. Chcieli wysłać go na leczenie, a ja nie dawałam, bo nie dam sobie rady z trojgiem dzieci. Później mnie wzywali parę razy na przesłuchania, ale my mówiliśmy to samo. I to się ciągło do roku 1952. A później dali mu spokój. Ale on był już chory na serce, ciągle tylko chorował. Jeszcze zdążył pożenić dzieci i powysyłać ich z domu (trzech synów i córkę). Zostawili mnie samą w tym Gajewie i muszę jakoś żyć. Więcej nie mam nic ciekawego. Pozdrawiam całą rodzinę i napisz mi, czy jeszcze żyje Anastazja, bo najlepiej ją pamiętam. Adela”.
Z WIZYTĄ W GAJOWIE

Pod koniec stycznia 2004 r. do mojej siostry Halinki Kozełko, przyjechał pan Sławomir Roch i przez kolejne dni spisywał wspomnienia siostry z Teresina oraz z Wołynia. A kiedy wszystko starannie zanotował, Halinka osobiście przeprowadziła go przez górę i las do mojego domu w Gajowie. Radość z naszego spotkanie była obopólna, szczera i była wielka. Przez następne dni gościłam kuzyna Sławka w swoich skromnych progach, tak rodzinnie, tak po staropolsku: czym chata bogata. Rozmawialiśmy, wspominaliśmy i pisaliśmy w dniach od 01 do 07 lutego całą historię Rusieckich i Rochów na Wołyniu. Kuzyn Sławek chciał także koniecznie odwiedzić naszą starszą siostrę Janinę Topolanek z d. Rusiecka i kiedy do niej pojechał, to wsiąkł tam na cały tydzień.

Do Gajowa kuzyn Sławek wrócił ponownie 14 lutego w godzinach wieczornych i przebywał, u mnie jeszcze przez parę dni, podczas których spisywaliśmy wytrwale kolejne, ważne relacje rodzinne i moje wspomnienia. 17 lutego na wieczór, przyjechała do mnie w odwiedziny także moja wnuczka Amelia Cisek, która w tym czasie studiowała we Wrocławiu. Po temu nasze rodzinne spotkanie, upływało w jeszcze milszej atmosferze.

Owocem tych niezapomnianych dni są właśnie powyższe wspomnienia, które osobiście opowiedziałam kuzynowi Sławkowi w moim domu w Gajowie w dniach od 01 do 07 i od 14 do 19 lutego 2004 r.. Po przepisaniu i opracowaniu, zostały mi przesłane do przeczytania, dwukrotnie w roku 2014. Po zapoznaniu się z opracowaniem, w odpowiedzi pisałam 06 października: „Przeczytałam z uwagą moje wspomnienia spisane przez Sławomira Rocha i jeszcze raz potwierdzam, że są zgodne z tym co zapamiętałam z tamtego okresu mojego życia. Jestem wdzięczna Sławkowi, że zajął się spisaniem wspomnień, bo dzięki Niemu więcej osób poznaje nasze dzieje, a ja sama czytając relacje innych, dowiaduję się o ich losach. Dziękuję Sławku! Adela Roch”. A zatem rzetelność opracowania, a tym samym prawdziwość treści wspomnień, potwierdam własnoręcznym podpisem.


Adela Roch
DO STÓP MATKI MATKI BOŻEJ SWOJCZOWSKIEJ

W 2003 r. pielgrzymowałem do tronu Matki Bożej Swojczowskiej ze Swojczowa na Wołyniu, której cudowny obraz znajduje się obecnie w Otwocku pod Warszawą, w Kościele św. Wincentego a Paulo. Pojechałem na uroczysty Odpust ku czci Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, tak jak czyniła to moja rodzina, już od pokoleń na Wołyniu. Tego dnia, każdego roku, spotykają się dawni mieszkańcy tej dużej, katolickiej parafii, przed wojną obejmującej Swojczów i szerokie okolice, w tym 55 wsi i kolonii, razem około 4300 wiernych. Nie muszę dodawać, że pielgrzymka ta miała dla mnie znaczenie wielce szczególne, tym bardziej że odbywała w 60 rocznicę rzezi wołyńskiej.

Z różnych źródeł ustnych udało się ustalić, że w nocy 31 sierpnia 1943 r. podczas której mordowano mieszkańców Swojczowa i okolic, po wcześniejszym obrabowaniu, Ukraińcy dwukrotnie, bezskutecznie, usiłowali zniszczyć także murowany kościół. Po dwóch nieudanych próbach wysadzenia kościoła w powietrze, ktoś powiedział: „To Mater Boża nie pozwala wysadzić Kościoła. Trzeba wpierw usunąć święty obraz.”. Jak zamierzyli, tak i zrobili! Obraz rzeczywiście wydarto brutalnie z ram ołtarza głównego i wyrzucono na zewnątrz świątyni, którą zaraz spalono i zburzono. Z woli Bożej Opatrzności obraz udało się ocalić dwóm Ukrainkom, które podniosły go z ziemi i zabrały do cerkwi w Swojczowie. Dzięki temu ks. Stanisław Kobyłecki, mógł rozpocząć starania o przewiezienie obrazu do parafii Św. Joachima i Anny we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie był proboszczem.

Obraz ze Swojczowa trafił zatem do kościoła we Włodzimierzu Wołyńskim. Następnie po tułaczce, którą odbył wraz z żołnierzami 27 Wołyńskiej DP AK i z ocalałą ludnością polską, obraz został ofiarowany Zgromadzeniu Sióstr Świętej Teresy od Dzeiciątka Jezus w Świdrze. W 1945 r. ks Ludwik Wolski, otwocki proboszcz, umieścił wizerunek w bocznej kaplicy kościoła św. Wincentego a Paulo w Otwocku k. Warszawy. Obraz był b. zniszczony. Dwa razy poddawano go konserwacji i restauracji. W 1987 r. gruntownej renowacji wizerunku dokonał pan Marian Paciorek z Krakowa. W tej renowacji odsłonięte zostało całe piękno obrazu. Określono czas jego powstania na XVII w..



Dawni parafianie ze Swojczowa i mieszkańcy okolic, którzy ocaleli z pożogi wojennej, przybywają do Otwocka w dniu 08 września każdego roku, by modlić się do Matki Bożej, Pani Ziemi Wołyńskiej, patronki ich tułaczego losu. 27 września 1993 r. dokonano uroczystego aktu zawierzenia miasta Otwocka opiece Matki Bożej. Radość była jeszcze większa, gdy w 1996 r. staraniem zamojskiego Stowarzyszenia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, postawiony został krzyż w Swojczowie w miejscu zburzonego przez Ukraińców kościoła. Niedługo później przyszło kolejne pocieszenie. Decyzję o koronacji wizerunku Matki Bożej Swojczowskiej, podjął ks. bp Ordynariusz Kazimierz Romaniuk, spełniając prośby byłych parafian ze Swojczowa i obecnie mieszkających w Otwocku. Koronacja odbyła się 08 września 1998 r. i została dokonana przez Arcybiskupa Lwowa, Mariana Jaworskiego. Miałem łaskę uczestniczyć osobiście w tych pięknych uroczystościach. O wielkiej czci, jaką odbiera Matka Boża w Otwocku, świadczy niezwykła ilość wot wiszących wokół obrazu i przechowywanych w archiwum parafii.
JAK ODNALAZŁEM RODZINĘ NA ZIEMI KŁODZKIEJ

Zatem to był już drugi raz, jak osobiście pielgrzymowałem do stóp Matki Bożej Swojczowskiej w Otwocku. Po pięknych uroczystościach, odbyło się bardzo wzruszające i słodkie spotkanie w przykościelnej salce. To już taka wieloletnia, słodka, swojczowska, kresowa tradycja. Tam na powrót właściwie zawsze odżywają wspomnienia i przyjaźnie. W trakcie tych rozmów i ja poznałem panią Halinę Kozełko z d. Rusiecka. Okazało się, że jako mała dziewczynka, żyła i mieszkała na polskiej kolonii Teresin w parafii Swojczów, a ponieważ w tym czasie, już pisałem swoje opracowanie, o losach polskich rodzin na tym terenie, umówiłem się z nią co do ewentualnego spisania jej wspomnień w przyszłości. Zgodziła się chętnie i tak zaczęła się nasza korespondencja w której wyczytałem, że jej rodzona siostra to Adela Roch z d. Rusiecka, a jej mąż miał na imię Roman. Tak oto zupełnie nieoczekiwanie, odnalazłem stryjecznego brata, mojego dziadzia Bolesława i jego rodzinę, którzy po wojnie wyjechali na Ziemie Odzyskane, a z którymi nie miałem kontaktu.

Naturalnie na wskazany adres pani Halinki Kozełko oraz jej siostry Adeli Roch, przesłałem kopie, już spisanych i opracowanych wspomnień, w tym Romana Szymanka ze wsi Kohylno, oraz Antoniego Sienkiewicza z kolonii Piński Most, by mogły się z nimi zapoznać i napisać coś od siebie. W krótkim czasie otrzymałem listy, a w nich ciekawe opisy i cenne, osobiste wspomnienia. Po lekturze, byłem przekonany o konieczności osobistego wysłuchania pani Halinki i Adeli Roch. Zacząłem zatem czynić przygotowania do mojego wyjazdu do Kotliny Kłodzkiej. 29 stycznia 2004 r. w czwartek zadzwoniłem do Tłumaczowa i usłyszałem, że pani Halinka czeka na mnie, już od dawna. Zatem spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy i w drogę........
DO STÓP MATKI BOŻEJ WAMBIERZYCKIEJ KRÓLOWEJ RODZIN

30 styczeń 2004 r. Piątek

Wspomnienie św. Hiacynty i św. Martyny. Droga w pociągu relacji Zamość – Wrocław, trwała całą noc. Czas spędziłem na modlitwie. Potem dobrze spałem, gdy ktoś inny pilnował moich bagaży. Około 05.25 dojechałem na miejsce i od razu udałem się na Ostrów Tumski do Archikatedry pw. Św. Jana Chrzciciela. Modliłem się gorąco i uczestniczyłem we mszy świętej, a potem odmówiłem różaniec w Kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej. W drodze powrotnej na dworzec kolejowy, wstąpiłem jeszcze do OO. Dominikanów i pokłoniłem się bł. Czesławowi, patronowi Wrocławia. Byłem szczęśliwy, że znów mogę się modlić w tym świętym miejscu. Potem udałem się na dworzec i wyruszyłem pociągiem do Wałbrzycha, a stamtąd pojechałem autobusem do Nowej Rudy. Tam miałem trochę czasu, nawiedziłem więc duży i piękny kościół św. Mikołaja i kościół Bożego Ciała. Następnie autobusem dotarłem do nadgranicznej wsi Tłumaczów i odnalazłem dom pani Halinki. Przyjęty zostałem b. miło, zjedliśmy posiłek i zaczęło się wielce interesujące wspominanie i dzielenie się informacjami na żywo. Zapisałem pierwsze notatki.

31 styczeń Sobota

Wspomnienie św. Jana Bosko. Pobudka 08.30. Modlitwa poranna. Śniadanie, a po nim rozpoczynamy spisywanie wspomnień z kolonii Teresin na Wołyniu. Około 12.00 odmówiliśmy wspólnie modlitwę Anioł Pański i dalej wytrwale pisaliśmy wspomnienia. Około godz. 14.00 był obiad, a o 15.00 odmówiliśmy wspólnie koronkę do Bożego Miłosierdzia. Teraz był czas na odpoczynek, a potem wspólnie z panią Halinką, udaliśmy na mszę świętą do kościoła św. Piotra i Pawła. Służyłem do mszy świętej, jako ministrant i czytałem Słowo Boże do mszy świętej. Po błogosławieństwie końcowym i tuż po opuszczeniu świątyni, ujrzałem piękną tęczę, która była nad górami, nad kamieniołomem. Wróciliśmy do domu i po kolacji dalej spisywaliśmy wspomnienia. Oglądaliśmy także zdjęcia rodzinne i wybieraliśmy, co ważniejsze.

01 luty Niedziela

Pobudka 08.30. Modlitwa poranna. Śniadanie. Na godzinę 10.00 udałem się do kościoła św. Piotra i Pawła na nabożeństwo. Służyłem do mszy świętej. Po nabożeństwie jeszcze chwilę wpatrywałem się w Pana Jezusa, a potem wraz ze Zbyszkiem Kozełko, który z pokorą czekał na mnie, wróciliśmy do domu. Wspólnie zjedliśmy smaczny obiad, a potem długo oglądaliśmy rodzinne zdjęcia, niektóre z nich otrzymałem w prezencie. Na koniec pożegnałem się i za wszystko serdecznie podziękowałem. Pani Halinka udała się teraz ze mną do rodzonej siostry Adeli Roch, szliśmy przez las i górę, choć nie było mrozu i śnieg ginął nam w oczach, wszelako były jeszcze duże zaspy i było dość mokro. Gdy weszliśmy na górę byłem b. zaskoczony, że ujrzałem tak piękne widoki gór. Z jednej strony było widać piękny masyw Śnieżki. Bardzo daleko bielał masyw Śnieżki, najwyższej z masywu Gór Karkonoszy oraz okoliczne szczyty. Nie mogłem oderwać oczu. Z drugiej strony przepiękny widok na Góry Stołowe, z najpiękniejszym masywem Szczelińca, jakby na wyciągnięcie ręki lub wprost przeniesiony z Arizony z planu jednego z amerykańskich westernów.

Byłem po prostu oczarowany i szczerze dziękowałem Bożej Opatrzności, że dane mi było tu przyjechać i to zobaczyć oraz że to właśnie tu Pan pozwolił osiąść Romanowi i jego rodzinie. W duchu tej szczerej i głębokiej radości, zeszliśmy z góry i ujrzeliśmy cel naszej drogi, małą wieś Gajów. Gdy weszliśmy do domu Adeli Roch, przyjęła nas z największą radością. Przywitałem się z nią serdecznie i od razu zacząłem opowiadać, co słychać w naszej dużej rodzinie Rochów w Zamościu i w okolicach. To był długi, ciepły wieczór, mieliśmy sobie wiele do powiedzenia.

02 luty Poniedziałek




1   2   3   4   5   6   7   8   9


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna