Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona1/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

Andrzej Sapkowski


Wieża Jaskółki

(1/2)



Tom 4



- Mogę dać ci wszystko, czego zapragniesz - powiedziała wróżka. - Bogactwo, władzę i sceptr, sławę, długie i szczęśliwe życie. Wybieraj.
- Nie chcę bogactwa ni sławy, władzy ni sceptru - odrzekła wiedźminka. - Chcę mieć konia, który byłby czarny i niedościgły jak nocny wicher. Chcę mieć miecz, który byłby jasny i ostry jak promień księżyca. Chcę nocą czarną przebiegać na mym czarnym koniu świat, chcę porażać moce Zła i Ciemności moim świetlistym mieczem. Tego pragnę.
- Dam ci konia, który będzie czarniejszy niż noc i lotniejszy od nocnego wichru - przyrzekła wróżka. - Dam ci miecz, który będzie jaśniejszy i ostrzejszy aniżeli księżycowy promień. Ale żądasz niemało, wiedźminko, będziesz więc musiała drogo mi zapłacić.
- Czym? Wszakże nie mam niczego.
- Twoją krwią.

Flourens Delannoy, Bajki i klechdy



Rozdział pierwszy
Jak powszechnie wiadomo, Wszechświat - podobnie jak życie - toczy się kołem. Kołem, na którego obręczy zaznaczono osiem magicznych punktów, dających pełny obrót, czyli cykl roczny. Punktami tymi, leżącymi na obręczy koła w parach dokładnie naprzeciw siebie, są: Imbaelk - czyli Kiełkowanie, Lammas - czyli Dojrzewanie, Belleteyn - Rozkwit oraz Saovine - Zamieranie. Są także na kole zaznaczone dwa Solstycja, czyli Przesilenia - zimowe, zwane Midinvaerne oraz Midaete, letnie. Są także dwa Ekwinokcja, czyli Równonoce - Birke, wiosenna i Velen, jesienna. Daty te dzielą okrąg na osiem części - i tak też w kalendarzu elfów dzieli się rok.
Lądując na plażach w okolicach ujść Jarugi i Pontaru, ludzie przywieźli tu ze sobą własny kalendarz, oparty na księżycu, dzielący rok na dwanaście miesięcy, dających cykl rocznej pracy rolnika - od początku, od wykonywanych w styczniu tyk aż do końca - do czasu, gdy mróz zamieni ziemię w twardą grudę. Ale choć ludzie inaczej dzielili rok i liczyli daty, zaakceptowali elfie koło i osiem punktów na jego okręgu. Przejęte z elfiego kalendarza Imbaelk i Lammas, Saovine i Belleteyn, oba Przesilenia obie Równonoce również wśród ludzi stały się ważnymi świętami, datami uroczystymi. Wyróżniały się wśród innych dat tak bardzo, jak samotne drzewo wyróżnia się wśród łąki.
Daty te wyróżnia bowiem magia.
Nie było - i nie jest - żadną tajemnicą, że owych osiem dat to dni i noce, podczas których niezwykle nasila się czarodziejska aura. Nikogo nie dziwią już magiczne fenomeny i zagadkowe zjawiska, które towarzyszą tym ośmiu datom, zwłaszcza zaś Ekwinokcjom i Solstycjom. Do fenomenów takich wszyscy już się przyzwyczaili i rzadko budzą one większą sensację.
Ale tego roku było inaczej.
Tego roku ludzie jak zwykle uczcili jesienne Ekwinokcjum uroczystą rodzinną wieczerzą, podczas której na stole znaleźć się musiało jak najwięcej płodów z tegorocznych zbiorów, choćby po odrobinie każdego. Tak kazał zwyczaj. Spożywszy wieczerzę i podziękowawszy bogini Melitele za urodzaj, ludzie udali się na spoczynek. I wówczas zaczęła się makabra.
Tuż przed północą zerwała się straszliwa zawierucha, zadął potępieńczy wicher, w którym poprzez szum przyginanych niemal do ziemi drzew, skrzyp krokwi i łomot okiennic słychać było upiorne wycia, krzyki i zawodzenia. Rodzone po niebie chmury przybrały fantastyczne kształty, wśród których najczęściej powtarzały się sylwetki galopujących koni i jednorożców. Wieja nie cichła przez dobrą godzinę, a w nagłej ciszy, jaka po niej nastąpiła, noc ożyła trylem i furkotem skrzydeł setek lelków kozodojów, owych tajemniczych ptaków, które według ludowych wierzeń grupują się, by nad kimś, kto dogorywa, odśpiewać demoniczną konajączkę. Tym razem chór lelków był tak wielki i głośny, jak gdyby skonać miał cały świat. Lelki dzikimi głosami wyśpiewywały konajączkę, nieboskłon zaś pokryły chmury, gasząc resztki księżycowego światła. Wówczas zaskowyczała straszna beann'shie, zwiastunka czyjejś rychłej i gwałtownej śmierci, a przez czarne niebo pocwałował Dziki Gon - orszak płomiennookich upiorów na kościotrupach koni, szumiący strzępami płaszczy i sztandarów. Jak co kilka lat. Dziki Gon zebrał swe żniwo, ale od dziesięcioleci nie było ono tak straszliwe - w samym tylko Novigradzie doliczono się dwudziestu kilku osób zaginionych bez śladu ni wieści.
Gdy Gon przegalopował i rozwiały się chmury, ludzie zobaczyli księżyc - malejący, jak zwykle w czas Zrównania. Ale tej nocy księżyc miał barwę krwi.
Lud prosty miał dla ekwinokcyjnych fenomenów wiele wytłumaczeń, różniących się zresztą znacznie, stosownie do specyfik regionalnych demonologii. Astrologowie, druidzi i czarodzieje też mieli wytłumaczenia, ale w większości błędne i sklecone na wyrost. Mało, niezwykle mało było ludzi, którzy potrafili zjawiska te powiązać z rzeczywistymi faktami.
Na Wyspach Skellige, dla przykładu, nieliczni bardzo zabobonni widzieli w kuriozalnych ewenementach zapowiedź Tedd Deireadh, końca świata, poprzedzonego bitwą Ragh nar Roog, finalną walką Światła i Ciemności. Gwałtowny sztorm, który w noc Jesiennego Zrównania wstrząsnął Wyspami, zabobonni uznali za falę pchaną dziobem potwornego Naglfara z Morhoggu, wiozącego armię widm i demonów Chaosu drakkara o burtach zbudowanych z trupich paznokci. Ludzie światlejsi lub lepiej poinformowani łączyli jednak szaleństwo niebios i morza z osobą złej czarownicy Yennefer - i jej straszną śmiercią. Jeszcze inni - jeszcze lepiej poinformowani - widzieli we wzburzonym morzu znak, że oto kona ktoś, w czyich żyłach płynie krew królów Skellige i Cintry.
Jak świat długi i szeroki, była też noc jesiennego Ekwinokcjum nocą zmór, koszmarów i widziadeł, nocą raptownych, duszących i roztętnionych grozą przebudzeń wśród mokrych od potu i starganych prześcieradeł. Widziadła i przebudzenia nie omijały i głów najjaśniejszych - w Nilfgaardzie o Złotych Wieżach przebudził się z krzykiem cesarz Emhyr var Emreis. Na Pomocy, w Lan Exeter, zerwał się z łoża król Esterad Thyssen, budząc małżonkę, królową Zuleykę. W Tretogorze zerwał się i sięgnął po sztylet arcyszpieg Dijkstra, budząc małżonkę ministra afcaa-bu. W zamczysku Montecalvo zerwała się z adamaszkowej pościeli czarodziejka Filippa Eilhart, nie budząc małżonki hrabiego de Noailles. Przebudzili się - mniej lub bardziej gwałtownie - krasnolud Yarpen Zigrin w Mahakamie, stary Wiedźmin Vesemir w górskiej warowni Kaer Morhen, klerk bankowy Fabio Sachs w mieście Góra Velen, jarl Crach an Craite na pokładzie drakkara "Ringhorn". Przebudziła się czarodziejka Fringilla Vigo w zamku Beauclair, przebudziła się kapłanka Sigrdrifa ze swiątyni bogini Freyji na wyspie Hindarsfjall. Przebudził się Daniel Etcheverry, hrabia Garramone, w oblężonej twierdzy Maribor. Zyvik, dziesiętnik Burej Chorągwi, w forcie Ban Gleann. Kupiec Dominik Bombastus Houveoaghel w miasteczku Ciaremont. I wielu, wielu innych.
Mało było jednak ludzi zdolnych wszystkie te zjawiska i fenomeny połączyć z rzeczywistym, konkretnym faktem. I konkretną osobą. Traf sprawił, że troje z tych ludzi spędzało noc jesiennego Ekwinokcjum pod jednym dachem. W świątyni bogini Melitele w Ellander.
*****

- Kozodoje... - jęknął pisarczyk Jarre, wpatrzony w ciemność zalegającą świątynny park. - Tysiące chyba ich są, całe chmary... Krzyczą na czyjąś śmierć... Na jej śmierć... Ona umiera...


- Nie gadaj bzdur! - Triss Merigold odwróciła się gwałtownie, uniosła zaciśniętą pięść, przez moment wyglądało, że pchnie lub uderzy chłopca w pierś. - Wierzysz w głupie zabobony? Wrzesień się kończy, lelki grupują się przed odlotem! To całkiem naturalne!
- Ona umiera...
- Nikt me umiera! - krzyknęła czarodziejka, blednąc z wściekłości. - Nikt, pojmujesz? Przestań pleść!
W bibliotecznym korytarzu przybywało adeptek, pobudzonych nocnym alarmem. Ich twarze były poważne i blade.
- Jarre - Triss uspokoiła się, położyła chłopcu dłoń na ramieniu, ścisnęła silnie. - Jesteś jedynym mężczyzną W świątyni. Wszystkie patrzymy na ciebie, szukamy w tobie oparcia i pomocy. Nie wolno ci się bać, nie wolno ci panikować. Opanuj się. Nie rób nam zawodu.
Jarre odetchnął głęboko, próbując uspokoić drżenie rąk i warg.
- To nie strach... - wyszeptał, unikając wzroku czarodziejki. - Ja się nie boję, ja się martwię! O nią. Widziałem we śnie...
- Ja też widziałam - zacisnęła wargi Triss. - Śniliśmy ten sam sen, ty, ja i Nenneke. Ale ani słowa o tym.
- Krew na jej twarzy... Tyle krwi...
- Milcz, prosiłam. Nenneke nadchodzi.
Arcykapłanka podeszła do nich. Twarz miała zmęczoną. Na nieme pytanie Triss odpowiedziała przeczącym ruchem głowy. Zauważywszy, że Jarre otwiera usta, uprzedziła go.
- Niestety, nic. Gdy Dziki Gon przelatywał nad świątynią, zbudziły się prawie wszystkie, ale żadna nie miała wizji. Nawet tak mglistej jak nasze. Idź spać, chłopcze, nic tu po tobie. Dziewczęta, proszę do dormitorium.
Oburącz potarła twarz i oczy.
- Ech... Ekwinokcjum! Cholerna noc... Idź się położyć, Triss. Nic nie możemy zrobić.
- Ta bezsiła - zacisnęła pięści czarodziejka - doprowadza mnie do szału. Na myśl, że ona tam gdzieś cierpi, że krwawi, że grozi jej... Psiakrew, gdybym wiedziała, co zrobić!
Nenneke, arcykapłanka świątyni Melitele, odwróciła się.
- A próbowałaś się modlić?
*****

Na Południu, hen za górami Amell, w Ebbing, w krainie zwanej Pereplutem, na rozległych mokradłach przeciętych rzekami Yeldą, Lete i Arete, w miejscu oddalonym od miasta Ellander i świątyni Melitele o osiemset mil lotem wrony, koszmar senny gwałtownie zbudził nad ranem starego pustelnika Vysogotę. Przebudzony Vysogota za nic nie mógł przypomnieć sobie treści snu, ale dziwny niepokój nie pozwolił mu już usnąć.


- Zimno, zimno, zimno, brrr - gadał do siebie Vysogota, maszerując ścieżką wśród trzcin. - Zimno, zimno, brrrr.
Kolejna pułapka była pusta. Ani jednego piżmaka. Wyjątkowo nieudany połów. Vysogota oczyścił pułapkę ze szlamu i rzęsy, mamrocząc przekleństwa i pociągając zziębniętym nosem.
- Zimno, brrr, hu - ha - gadał, idąc w kierunku skraju bagna. - A przecie to jeszcze wrzesień! Przecie dopiero cztery dni po Ekwinokcjum! Ha, takich chłodów w końcu września nie pamiętam, jak długo żyję. A żyję przecież dość długo!
Kolejna - przedostatnia już - pułapka też była pusta. Vysogocie nie chciało się nawet kląć.
- Niechybnie tak jest - ględził, idąc - że klimat oziębia się z roku na rok. A teraz wygląda, że efekt oziębiania będzie postępował lawinowo. Ha, elfy przewidziały to już dawno temu, ale kto wierzył w przepowiednie elfów?
Nad głową starca znowu zaterkotały skrzydełka, mignęły szare, niesamowicie szybkie kształty. Mgła nad moczarami znowu rozdzwoniła się dzikim, urywanym trylem lelków kozodojów, szybkim klaskaniem skrzydełek. Vysogota nie zwracał na ptaki uwagi. Zabobonny nie był, a kozodojów zawsze było sporo na bagnach, zwłaszcza o świcie latały tak gęsto, że aż strach brał, że o głowę zawadzą. No, może nie zawsze było ich tak wiele jak dziś, może nie zawsze wołały tak potępieńczo... Ale cóż, ostatnimi czasy przyroda wyprawiała dziwne figle, a kuriozum goniło kuriozum, każde bardziej kuriozalne od poprzedniego.
Wyciągał właśnie z wody ostatnią - pustą - pułapkę, gdy usłyszał rżenie konia. Lelki zamilkły nagle, jak na komendę.
Na mokradłach Pereplutu były kępy, suche, wyżej położone miejsca, porośnięte czarną brzozą, olchą, świdwą, dereniem i tarniną. Większość kęp trzęsawiska otaczały tak dokładnie, że było absolutnie niemożliwe, by dotarł tam koń lub nie znający ścieżek jeździec. A jednak rżenie - Vysogota usłyszał je znowu - dobiegało właśnie z takiej kępy.
Ciekawość przemogła ostrożność.
Vysogota słabo znał się na koniach i ich rasach, ale był estetą, umiał rozpoznać i docenić piękno. A kary koń o sierści lśniącej jak antracyt, którego zobaczył na tle brzezinowych pni, był przedziwnie piękny. Był istną kwintesencją piękna. Był tak piękny, że wydawał się nierealny.
Ale był realny. I całkiem realnie schwytany w pułapkę, zaplątany wodzami i uździenicą w krwistoczerwone, chwytne gałęzie świdwy. Gdy Vysogota podszedł bliżej, koń stulił uszy, tupnął tak, że aż zadygotał grunt, zatarmosił zgrabną głową, obrócił się. Teraz było widać, że jest to klacz. Było widać coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że serce Vysogoty zaczęło łomotać jak oszalałe, a niewidzialne kleszcze adrenaliny zacisnęły się na gardle.
Za koniem, w płytkim wykrocie, leżał trup.
Vysogota rzucił na ziemię worek. I zawstydził się pierwszej myśli, którą było: odwrócić się i uciekać. Podszedł bliżej, zachowując ostrożność, bo kara klacz tupała, kładła uszy, szczerzyła zęby na munsztuku i tylko czekała na okazję, by go ugryźć lub kopnąć.
Trup był trupem kilkunastoletniego chłopca. Leżał twarzą ku ziemi, z jedną ręką przygniecioną ciałem, drugą wyciągniętą w bok i wpitą palcami w piach. Chłopiec miał na sobie zamszowy kubraczek, obcisłe skórzane spodnie i wysokie do kolan miękkie elfie buty z klamerkami.
Vysogota pochylił się i w tym momencie trup głośno jęknął. Kara klacz zarżała przeciągle, łupnęła kopytami o ziemię.
Pustelnik ukląkł, ostrożnie obrócił rannego. Odruchowo cofnął głowę i syknął na widok potwornej maski z brudu i zakrzepłej krwi, jaką chłopak miał w miejscu twarzy. Delikatnie zgarnął mech, liście i piasek z pokrytych śluzem i śliną warg, spróbował oderwać od policzka zbite w twardy kołtun, sklejone krwią włosy. Ranny zajęczał głucho, wyprężył się. I zaczął dygotać, Vysogota odlepił mu włosy od twarzy.
- Dziewczyna - powiedział głośno, nie mogąc uwierzyć w to, co miał wprost przed nosem. - To jest dziewczyna.
Gdyby tego dnia po zapadnięciu zmroku ktoś zdołał cichaczem podkraść się do zagubionej wśród moczarów chaty z zapadniętą i obrośniętą mchem strzechą, gdyby zajrzał przez szpary w okiennicach, zobaczyłby w skąpo oświetlonym łojówkami wnętrzu kilkunastoletnią dziewczynę z głową grubo omotaną bandażami, spoczywającą na martwym, niemal trupim bezruchu na zasianej skórami pryczy. Zobaczyłby też starca z siwą klinowatą brodą i długimi białymi włosami, opadającymi na ramiona i plecy od granic potężnej łysiny przedłużającej pobrużdżone czoło daleko poza ciemię. Spostrzegłby, jak starzec zapala jeszcze jedną łojówkę, jak stawia na stole klepsydrę, jak ostrzy pióro, jak pochyla się nad arkuszem pergaminu. Jak zamyśla się i mówi coś do siebie w zadumie, nie spuszczając oka z leżącej na pryczy dziewczyny.
Ale to nie było możliwe. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata pustelnika Vysogoty była dobrze ukryta wśród mokradeł. Na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
- Zapiszmy - Vysogota zanurzył pióro w inkauście - co następuje. Jest trzecia godzina po zabiegu. Rozpoznanie: vulnus inciswum, rana cięta, zadana z dużą siłą niewiadomym ostrym narzędziem, przypuszczalnie o zakrzywionym ostrzu. Obejmuje część lewą twarzy, zaczyna się w regionie podoczodołowym, biegnie poprzez policzek i sięga aż do regionu przyuszniczo - żwaczowego. Najgłębsza, bo sięgająca okostnej, jest rana w części początkowej, poniżej oczodołu, na kości jarzmowej. Przypuszczalny czas, jaki minął od zranienia do momentu pierwszego zaopatrzenia rany: dziesięć godzin.
Pióro zaskrzypiało na pergaminie, ale skrzypienie trwało nie dłużej niż kilka chwil. I linijek. Vysogota nie wszystko, co mówił do siebie, uznawał za warte zapisania.
- Wracając do zaopatrzenia rany - podjął po chwili starzec, wpatrzony w migotliwy i kopcący płomień łojówki - zapiszmy, co następuje. Nie wycinałem brzegów skaleczenia, ograniczyłem się jedynie do usunięcia kilku nieukrwionych strzępów i oczywiście skrzepliny. Przemyłem ranę wyciągiem z kory wierzbowej. Usunąłem zanieczyszczenia i ciała obce. Założyłem szwy. Konopne. Innym rodzajem nici, niechajże zapisane to będzie, nie dysponowałem. Zastosowałem okład z arniki górskiej i założyłem formowany opatrunek muślinowy.
Na środek izby wybiegła mysz. Vysogota rzucił jej kawałeczek chleba. Dziewczyna na pryczy oddychała niespokojnie, jęczała przez sen.
- Ósma godzina po zabiegu. Stan chorej - bez zmian. Stan lekarza... To znaczy, mój, poprawił się, albowiem zaznałem nieco snu... Mogę kontynuować notatki. Godzi się bowiem przelać na te karty nieco informacji o mojej pacjentce. Dla potomności. O ile jakakolwiek potomność dotrze na te moczary, zanim wszystko tu zbutwieje i rozpadnie się w proch.
Vysogota westchnął ciężko, zamoczył pióro i otarł je o brzeg kałamarza.
- Co się zaś tyczy pacjentki - zamruczał - to niechaj zanotowane zostanie, co następuje. Lat, jak się zda, około szesnastu, wysoka, budowy pomiernie szczupłej, lecz bynajmniej nie cherlawej, nie wskazującej na niedożywienie. Umięśnienie i konstrukcja fizyczna typowa raczej dla młodej elfki, ale nie stwierdzono żadnych cech metyski... do kwarteronki włącznie. Niższy procent elfiej krwi może, jak wiadomo, nie pozostawiać śladów.
Vysogota jakby teraz dopiero przypomniał sobie, że nie zapisał na arkuszu ani jednej runy, ani jednego słowa. Przyłożył pióro do papieru, ale inkaust wysechł. Starzec wcale się tym nie przejął.
- Niechże zanotowane zostanie i to - podjął - że dziewczyna nigdy nie rodziła. A także i to, że na ciele nie ma żadnych zastarzałych znamion, blizn, szram, żadnych śladów, jakie zostawiają ciężka praca, wypadki, hazardowne życie. Podkreślam: mowa o śladach zastarzałych. Śladów świeżych nie brakuje na jej ciele. Dziewczyna była bita. Chłostana, i to bynajmniej nie ojcowską ręką. Kopana była prawdopodobnie też.
- Znalazłem też na jej ciele dość dziwny znak szczególny... Hmmm... Zapiszmy to, dla dobra nauki... W pachwinie, tuż przy wzgórku łonowym, dziewczyna ma wytatuowaną czerwoną różę.
Vysogota w skupieniu obejrzał zaostrzony koniec pióra, poczym zanurzył je w kałamarzu. Tym razem nie zapomniał jednak, w jakim celu to uczynił - szybko zaczął pokrywać arkusz równymi linijkami pochyłego pisma. Pisał, dopóki pióro nie oschło.
- Półprzytomna, mówiła i krzyczała - podjął. - Jej akcent i sposób wysławiania się, jeśli pominąć gęste wtręty w obscenicznym żargonie kryminalistów, są dość konfundujące, trudne do umiejscowienia, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że pochodzą raczej z Północy niż z Południa. Niektóre słowa...
Znowu poskrzypiał piórem po pergaminie, niezbyt długo, o wiele za krótko, by móc zapisać wszystko, co przed chwilą wyrzekł. Po czym podjął monolog, dokładnie tam, gdzie go przerwał.
- Niektóre słowa, imiona i nazwy, które dziewczyna wybełkotała w malignie, warte są zapamiętania. I zbadania. Wszystko wskazuje na to, że bardzo, ale to bardzo niecodzienna osoba znalazła drogę do chaty starego Vysogoły... - Milczał przez chwilę, nasłuchując.
- Oby tylko - zamruczał - chata starego Vysogoty nie okazała się kresem jej drogi.
Vysogota pochylił się nad pergaminem i nawet przyłożył do niego pióro, ale nie zapisał nic, ani jednej runy. Rzucił pióro na stół. Przez chwilę sapał, mruczał gniewnie, posmarkiwał. Patrzył na pryczę, słuchał dobiegających stamtąd odgłosów.
- Trzeba stwierdzić i zapisać - powiedział zmęczonym głosem - że jest bardzo niedobrze. Wszystkie moje starania i zabiegi mogą okazać się niewystarczające, a wysiłki płonne. Moje obawy były uzasadnione. Rana jest zakażona. Dziewczyna silnie gorączkuje. Wystąpiły już trzy z czterech kardynalnych objawów ostrego stanu zapalnego. Rubor, calor i tumor łatwo już w tej chwili stwierdzić okiem i dotykiem. Gdy minie szok pozabiegowy, pojawi się i objaw czwarty: dolor. Niechże zapisane zostanie, że minęło blisko pół wieku, od kiedy zajmowałem się praktyką medyczną, czuję, jak lata te ciążą na mej pamięci i na zręczności mych palców. Niewiele umiem zrobić, jeszcze mniej mogę zrobić. Środków i medykamentów mam mniej niż mało. Cała nadzieja w mechanizmach obronnych młodego organizmu...
- Dwunasta godzina po zabiegu. Zgodnie z oczekiwaniami, przyszedł czwarty kardynalny objaw zakażenia: dolor. Chora krzyczy z bólu, gorączka i dreszcze wzmagają się. Nie mam niczego, żadnego środka, który mógłbym jej podać. Dysponuję niewielką ilością eliksiru daturowego, ale dziewczyna jest za słaba, by przeżyć jego działanie. Mam też nieco akonitum, ale akonitum zabiłoby ją niechybnie.

*****

- Piętnasta godzina po zabiegu. Świt. Chora jest nieprzytomna. Gorączka wzrasta gwałtownie, dreszcze nasilają się. Ponadto występują silne skurcze mięśni twarzy. Jeśli to tężec, dziewczyna jest zgubiona. Miejmy jednak nadzieję, że to tylko nerw twarzowy... Albo trójdzielny. Albo obydwa... Dziewczyna będzie wówczas oszpecona... Ale będzie żyła...
Vysogota spojrzał na pergamin, na którym nie zapisał ani jednej runy, ani jednego słowa.
- Pod warunkiem - powiedział głucho - że przeżyje zakażenie.
- Dwudziesta godzina po zabiegu. Gorączka wzmaga się. Rubor, calor, tumor i dolor sięgają, jak mi się zdaje, granic przesilenia. Ale dziewczyna nie ma szans, by przeżyć, by dożyć choćby do tych granic. Oto więc zapisuję... Ja, Vysogota z Corvo, nie wierzę w istnienie bogów. Ale gdyby przez przypadek istnieli, niechaj mają w opiece tę dziewczynę. I niech wybaczą mi to, co zrobiłem... Jeśli to, co zrobiłem, okaże się pomyłką.
Vysogota odłożył pióro, potari spuchnięte i swędzące powieki, przycisnął pięści do skroni.
- Podałem jej mieszankę datury i akonitum - powiedział głucho. - Najbliższe godziny rozstrzygną wszystko.

*****



Nie spał, drzemał tylko, gdy z drzemki wyrwał go stuk i łomot, któremu towarzyszył jęk. Bardziej wściekłości, niż bólu.
Na zewnątrz dniało, szpary okiennic sączyły nikłe światełko. Klepsydra przesypała się do końca, i to dawno - Vysogota jak zwykle zapomniał ją obrócić. Kaganek ledwo pełgał, rubinowy żar z paleniska słabo oświetlał kąt izby. Starzec wstał, odsunął zaimprowizowany parawan z koców, którym odgrodził pryczę od reszty pomieszczenia, by zapewnić chorej spokój.
Chora zdążyła już pozbierać się z podłogi, na którą przed chwilą upadła, siedziała zgarbiona na brzegu barłogu, usiłując podrapać się w twarz pod opatrunkiem. Vysogota chrząknął.
- Prosiłem, byś nie wstawała. Jesteś zbyt osłabiona. jeśli czegoś chcesz, zawołaj. Jestem zawsze w pobliżu.
- Ja akurat nie chcę, byś był w pobliżu - powiedziała cicho, półgębkiem, ale zupełnie wyraźnie. - Chcę się wysikać.
Gdy wrócił, by zabrać nocnik, leżała na pryczy na wznak, obmacując opatrunek przymocowany do policzka opasującymi czoło i szyję wstęgami bandaża. Gdy po chwili podszedł do niej ponownie, nie zmieniła pozycji.
- Cztery doby? - spytała, patrząc w powałę.
- Pięć. Minęła prawie doba od naszej ostatniej rozmowy. Przespałaś całą dobę. To dobrze. Potrzebujesz snu.
- Czuję się lepiej.
- Rad jestem słyszeć. Zdejmiemy opatrunek. Pomogę ci usiąść. Uchwyć moją rękę.
Rana goiła się ładnie i sucho, tym razem prawie obyło się bez bolesnego odrywania opatrunku od strupa. Dziewczyna ostrożnie dotknęła policzka. Skrzywiła się, ale Vysogota wiedział, że to nie tylko ból. Za każdym razem na nowo upewniała się o rozległości skaleczenia, zdawała sobie sprawę z powagi rany. Upewniała się - z przerażeniem - że to, co czuła dotykiem poprzednio, to nie był wywołany gorączką koszmar.
- Masz tu jakieś lustro?
- Nie mam - skłamał.
Spojrzała na niego, po raz pierwszy chyba całkowicie przytomnie.
- To znaczy, że jest aż tak źle? - spytała, ostrożnie wodząc palcami po szwach.
- To bardzo rozlegle skaleczenie - wybąkał, zły na siebie, że tłumaczy się i usprawiedliwia przed smarkulą. - Twarz wciąż masz bardzo opuchniętą. Za kilka dni zdejmę szwy, do tego czasu będę przykładał amikę i wydąg z wierzbiny. Nie będę już owijał ci całej głowy. To się ładnie goi. Naprawdę ładnie.
Nie odpowiedziała. Poruszała ustami i żuchwą, marszczyła i krzywiła twarz, wypróbowując, na co rana pozwała, a na co nie.
- Ugotowałem rosołu z gołębia. Zjesz?
- Zjem. Ale tym razem spróbuję sama. To upokarzające, być karmiona jak paralityczka.
Jadła długo. Drewnianą łyżkę donosiła do ust ostrożnie i z takim wysiłkiem, jak gdyby ważyła ze dwa fanty. Ale poradziła sobie bez pomocy Vysogoty obserwującego ją z zainteresowaniem. Vysogota był ciekawski - i płonął ciekawością. Wiedział, że wraz z powrotem dziewczyny do zdrowia zaczną się wymiany zdań mogące rzucić światło na tajemniczą sprawę. Wiedział o tym i nie mógł doczekać się tej chwili. Zbyt długo mieszkał sam na pustkowiu.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna