Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona17/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17
Geralt wskoczył na kulbakę. I wtedy w świetle pożaru zobaczył Schirru, skrzykującego do siebie spanikowanych Nilfgaardczyków. Obok półelfa skrzeczał i wywrzaskiwał klątwy Słowik, wyglądający z zakrwawioną gębą jak istny troll ludojad.
Geralt ryknął wściekle, obrócił konia, zamłynkował mieczem.
Obok Cahir krzyknął i zaklął, zachwiał się w siodle, krew z czoła momentalnie zalała mu oczy i twarz.
- Geralt! Pomóż!
Schirru skupił wokół siebie grupę, wrzeszczał, rozkazywał strzelać z kusz. Geralt trzepnąi konia płazem po zadzie, gotów do samobójczej szarży. Schirru musiał umrzeć. Reszta nie miała znaczenia. Nie liczyła się. Cahir się nie liczył. Angouleme się nie liczyła...
- Geralt! - wrzasnęła Angouleme. - Pomóż Cahirowi!
Opamiętał się. I zawstydził.
Podtrzymał go, wsparł. Cahir wytarł oczy rękawem, a krew natychmiast znowu mu je zalała.
- To nic, draśnięcie... - głos mu dygotał. - W konie, wiedźminie... W cwał, za Angouleme... W cwał!
Od podnóża góry rozbrzmiewał wielki krzyk, nadbiegał stamtąd uzbrojony w oskardy, łomy i siekiery tłum. To na pomoc kumplom i kumotrom z rudokopu "Rialto" spieszyli górnicy z sąsiednich kopami - z "Fortunnej Dziury" lub "Wspólnej Sprawy". Lub z jakiejś innej. Któż to mógł wiedzieć?
Geralt uderzył konia piętami. Poszli w cwał, w szaleńczy uentre a terre.

*****

Gnali nie oglądając się, przytuleni do końskich karków. Najlepszy koń trafił się Angouleme, mały, ale rączy bandycki bachmacik. Koń Geralta, gniadosz z nilfgaardzkim rzędem, zaczynał już chrapać i rzęzić, miał kłopoty z trzymaniem łba w górze. Koń Cahira, również wojskowy, był silniejszy i bardziej wytrzymały, co z tego, kiedy jeździec sprawiał kłopoty, kolebiąc się w siodle, machinalnie ściskając uda i mocno brocząc krwią na grzywę i szyję wierzchowca.
Ale cwałowali nadal.
Wysforowana na czoło Angouleme czekała na nich na zakręcie, w miejscu, skąd droga biegła w dół, wijąc się wśród skał.
- Pościg... - wydyszała, rozmazując brud na twarzy. - Będą nas gonić, nie darują... Górnicy widzieli, którędy uciekamy. Nie powinniśmy zostawać na gościńcu... Musimy wyskoczyć w lasy, na bezdroża... Zgubić ich...
- Nie - zaprotestował Wiedźmin, z niepokojem słuchając wyrywających się z płuc konia dźwięków. - Musimy gościńcem... Najprostszą i najkrótszą drogą do Sansretour...
- Czemu?
- Nie ma teraz czasu na gadania. Jazda! Wyduście z koni, ile się da...
Cwałowali. Gniadosz wiedźmina chrapał.

*****

Gniadosz nie nadawał się do dalszej jazdy. Ledwo szedł na zesztywniałych jak kołki nogach, potężnie robił bokami, powietrze wychodziło z niego z chrapliwym rzężeniem. Wreszcie padł na bok, wierzgnął sztywno, patrzył na jeźdźca, a w jego zmętniałym oku był wyrzut.
Koń Cahira był w nieco lepszym stanie, ale za to Cahir był w gorszym. Z siodła po prostu spadł, podniósł się, ale tylko na czworaki, zwymiotował gwałtownie, choć nie bardzo miał czym.
Gdy Geralt i Angouleme spróbowali dotknąć jego zakrwawionej głowy, zakrzyczał.
- Jasna cholera - powiedziała dziewczyna. - Ale mu fryzurę zafundowali.
Skóra nad czołem i skronią młodego Nilfgaardczyka, wraz z włosami, była na znacznej długości oddzielona od kości czaszki. Gdyby nie to, że krew utworzyła już klejący skrzep, luźny płat opadłby chyba aż na ucho. Widok był makabryczny.
- Jak to się stało?
- Rzucili mu prosto w łeb toporkiem. Żeby było śmieszniej, to nie był ani Czarny, ani nikt od Słowika, ale któryś z kopalnianych gwarków.
- Jest akurat obojętne, kto rzucił - Wiedźmin ciasno owinął głowę Cahira udartym rękawem koszuli. - Ważne i szczęśliwe, że kiepski był to miotacz, oskalpował tylko, a mógł rozwalić czaszkę. Ale kości czerepu też się mocno dostało. A i mózg to odczuł. On nie utrzyma się w siodle, nawet gdyby koń zdołał unieść jego ciężar.
- Co tedy poczniemy? Twój koń zdechł, jego prawie zdechł, a z mojego aż kapie... A za nami pogoń. Nie możemy tu zostać...
- Musimy tu zostać. Ja i Cahir. I koń Cahira. Ty jedź dalej. Ostro. Twój koń jest mocny, wytrzyma galop. A nawet gdybyś miała go zajeździć... Angouleme, gdzieś w dolinie Sansretour czekają na nas Regis, Milva i Jaskier, O niczym nie wiedzą i mogą wpaść Schirru w łapy. Musisz ich odnaleźć i uprzedzić, a potem wszyscy czworo co sił w koniach walcie do Toussaint. Tam nie będą was ścigać. Mam nadzieję.
- A ty i Cahir? - Angouleme zagryzła wargi. - Co będzie z wami? Słowik nie jest głupi, gdy zobaczy półzdechłego luzaka, przeryje każdy wykrot w okolicy! A ty daleko z Cahirem nie ujdziesz!
- Schirru, bo to on nas ściga, pojedzie za tobą.
- Tak myślisz?
- Jestem pewien. Jedź.
- Co ciotka powie, gdy się bez was pojawię?
- Wytłumaczysz. Nie Milvie, tylko Regisowi. Regis będzie wiedział, co należy zrobić. A my... Gdy Cahirowi czupryna nieco mocniej przyschnie do czerepu, powędrujemy ku Toussaint. Tam się jakoś odnajdziemy. No, nie mitręż, dziewczyno. Na koń i jazda. Nie daj pogoni się zbliżyć. Nie pozwól, by ścigali cię na oko.
- Nie ucz dziada, jak charchać! Trzymajcie się! Do zobaczenia!
- Do zobaczenia, Angouleme.

*****

Nie oddalił się od drogi zbyt daleko. Nie mógł sobie odmówić rzucenia okiem na ścigających. A w gruncie rzeczy nie obawiał się żadnych akcji z ich strony, wiedział, że nie tracąc czasu, pojadą za Angouleme.
Nie pomylił się.
Jeźdźcy, którzy wpadli na przełęcz po mniej niż ćwierć godzinie, zatrzymali się, co prawda, na widok leżącego konia, powrzeszczeli, pokłócili się, obkłusowali przydrożne krzaki, ale prawie natychmiast wznowili pogoń drogą. Niewątpliwie uznali, że z trójki uciekających dwoje jedzie teraz na jednym koniu i będzie można szybko ich dopaść, jeśli nie będzie się mitrężyć. Geralt widział, że niektóre konie pościgu też nie były w najlepszym stanie.
Wśród ścigających niezbyt wiele było czarnych płaszczy nilfgaardzkiej lekkiej jazdy, dominowali kolorowi zbójcy Słowika. Geralt nie mógł dojrzeć, czy sam Słowik bierze udział w pogoni, czy też został i kuruje posieczoną gębę.
Gdy tętent oddalającego się pościgu ścichł, Geralt wstał z kryjówki w paprociach, podniósł i podtrzymał stękającego i pojękującego Cahira.
- Koń jest za słaby, by cię nieść. Będziesz mógł iść?
Nilfgaardczyk wydał odgłos, mogący być równie dobrze potwierdzeniem, jak zaprzeczeniem. Albo czymś innym. Ale nogi przestawiał, a o to głównie szło.
Zeszli do jaru, do koryta strumienia. Cahir ostatnie kilkanaście stóp śliskiej stromizny pokonał dość bezładnym zjazdem. Dopełzł do potoku, pił, obficie zlewał lodowatą wodą opatrunek na głowie. Wiedźmin nie ponaglał go, sam oddychał głęboko, zbierając siły.
Szedł w górę strumienia, podtrzymując Cahira i jednocześnie ciągnąc konia, brodząc w wodzie, potykając się na otoczakach i zwalonych pniach. Cahir po jakimś czasie odmówił współpracy - nie przestawiał już posłusznie nóg, przestał nimi w ogóle poruszać, Wiedźmin zwyczajnie go wlókł. Tak dalej iść się nie dało, tym bardziej, że koryto strumienia zatarasowały progi i wodospady. Geralt stęknął, wziął rannego na plecy. Ciągnięty koń też życia nie ułatwiał. Gdy więc wreszcie wydostali się z jaru, Wiedźmin po prostu zwalił się na mokre poszycie i leżał, dysząc, kompletnie wycieńczony, obok jęczącego Cahira. Leżał długo. Kolano znowu zaczęło pulsować wściekłym bólem.
Nareszcie Cahir dał znowu znaki życia, a wkrótce potem - o dziwo - wstał, klnąc i trzymając się za głowę. Poszli. Cahir początkowo szedł dzielnie. Potem zwolnił. Potem padł.
Geralt wziął go na plecy i taszczył, stękając, osuwając się na kamieniach. Kolano rwał ból, w oczach latały mu czarne i ogniste pszczoły.
- Jeszcze miesiąc temu... - zajęczał z jego pleców Cahir. - Kto by wówczas pomyślał, że będziesz mnie taszczył na grzbiecie...
- Milcz, Nilfgaardczyku... Gdy gadasz, robisz się cięższy...
Gdy wreszcie dotarli do skał i skalnych ścian, było już prawie ciemno. Wiedźmin ani nie szukał jaskini, ani jej nie znalazł - padł bez sił przy pierwszej napotkanej dziurze.

*****

Na spągu jaskini walały się ludzkie czaszki, żebra, miednice i inne kości. Ale - co ważniejsze - były tu i suche gałęzie.
Cahir gorączkował, dygotał, trząsł się w dreszczach. Przyszywanie płata skóry do czaszki za pomocą dratwy i krzywej igły zniósł mężnie i przytomnie. Kryzys przyszedł później, w nocy. Geralt rozpalił w jaskini ognisko, lekceważąc względy bezpieczeństwa. Na zewnątrz mżył zresztą deszcz i wył wicher, mało było prawdopodobne, by ktoś krążył po okolicy i wypatrywał odblasku ognia. A Cahir musiał się ogrzać.
Gorączkował całą noc. Dygotał, jęczał, bredził. Geralt nie zaznał snu - podsycał ogień. A kolano bolało jak cholera.
Chłopisko młode i silne, Cahir rankiem doszedł do siebie. Był blady i spocony, czuło się bijącą od niego gorączkę. Artykulację komplikowały nieco dzwoniące zęby. Ale dało się zrozumieć, co mówił. A mówił przytomnie. Narzekał na ból głowy - objaw raczej normalny u kogoś, komu siekiera zdarła z czaszki skórę wraz z włosami.
Geralt dzielił czas pomiędzy niespokojne drzemki a łapanie ściekającej ze skał deszczówki w zmajstrowane z brzozowej kory kubeczki. I jego, i Cahira dręczyło pragnienie.

*****

- Geralt?
- Słucham?
Cahir poprawił drwa w ognisku za pomocą znalezionej kości udowej.
- W kopalni, gdyśmy się bili... Przestraszyłem się, wiesz?
- Wiem.
- Przez chwilę wyglądało, że wpadłeś w morderczy szał. Że nic już się dla ciebie nie liczy... Oprócz mordowania...
- Wiem.
- Bałem się - dokończył spokojnie - że w amoku zasieczesz tego Schirru. A z zabitego nie wyciągnęlibyśmy przecież informacji.
Geralt chrząknął. Młody Nilfgaardczyk coraz bardziej mu się podobał. Był nie tylko mężny, ale i inteligentny.
- Słusznie zrobiłeś, odsyłając Angouleme - ciągnął Cahir, lekko tylko dzwoniąc zębami. - To nie dla dziewcząt... Nawet takich jak ona. My to sami załatwimy, we dwu. Pójdziemy za pościgiem. Ale nie po to, by mordować w berserkerskim szale. To, co wtedy mówiłeś o zemście... Geralt, nawet w zemście musi być jakaś metoda. Dopadniemy tego półelfa... Zmusimy go, by powiedział, gdzie jest Ciri...
- Ciri nie żyje.
- Nieprawda. Nie wierzę w jej śmierć... I ty też nie wierzysz. Przyznaj.
- Nie chcę wierzyć.
Na zewnątrz świszczał wicher, szumiał deszcz. W jaskini było przytulnie.
- Geralt?
- Słucham.
- Ciri żyje. Miałem znowu sny... Owszem, coś wydarzyło się w Ekwinokcjum, coś fatalnego... Tak, bez wątpienia, ja też to czułem i widziałem... Ale ona żyje... Żyje z pewnością. Spieszmy się... Ale nie do zemsty i mordu. Do niej.
- Tak. Tak, Cahir. Masz rację.
- A ty? Ty nie miewasz już snów?
- Miewam - powiedział z goryczą. - Ale od przekroczenia Jarugi bardzo rzadko. I w ogóle ich nie pamiętam po przebudzeniu. Coś się we mnie skończyło, Cahir. Coś się wypaliło. Coś się we mnie urwało...
- To nic, Geralt. Ja będę śnił za nas obu.

*****

O świcie wyruszyli. Deszcz przestał padać, wydawało się nawet, że słońce próbuje znaleźć jakąś dziurę w zasnuwającej niebo szarości.
Jechali wolno, obaj na jednym koniu z wojskowym nilfgaardzkim rzędem.
Koń człapał po otoczakach, idąc stępa brzegiem Sansretour, rzeczki wiodącej do Toussaint. Geralt znał drogę. Był tu niegdyś. Bardzo dawno temu, wiele się od tego czasu zmieniło. Ale nie zmieniła się dolina i rzeczka Sansretour, która im dalej, tym bardziej stawała się rzeką Sansretour. Nie zmieniły się Góry Amell i górujący nad nimi obelisk Gorgony, Góry Diabła.
Pewne rzeczy miały to do siebie, że po prostu się nie zmieniały.

*****



- Żołnierz nie kwestionuje rozkazów - mówił Cahir, obmacując opatrunek na głowie. - Nie analizuje ich, nie zastanawia się nad nimi, nie czeka, by mu objaśniano ich sens. To jest pierwsza rzecz, której u nas uczą żołnierza.
Możesz się więc domyślić, że nawet przez sekundę nie zastanawiałem się nad rozkazem, który mi wydano. Pytanie, dlaczego to właśnie ja mam pojmać tę cintryjską królewnę czy księżniczkę, nawet mi przez myśl nie przemknęło. Rozkaz to rozkaz. Zły byłem, owszem, bo chciałem zaznać sławy, bijąc się z rycerstwem, z regularnym wojskiem... Ale praca dla wywiadu też jest u nas traktowana jako zaszczyt. Gdybyż tylko jeszcze chodziło o jakieś trudniejsze zadanie, o jakiegoś ważniejszego jeńca... Ale dziewczyna?
Geralt wrzucił do ogniska kręgosłup pstrąga. Przed wieczorem złowili we wpadającym do Sansretour strumyku dość ryb, by się najeść. Pstrągi były na tarle i łatwo dawało się je złapać.
Słuchał opowieści Cahira, a ciekawość walczyła w nim z uczuciem głębokiej przykrości.
- W sumie to był przypadek - opowiadał Cahir, patrząc w płomienie. - Najczystszy przypadek. Mieliśmy, jak się później dowiedziałem, na cintryjskim dworze szpiega, kamerjunkra. Gdyśmy zdobywali miasto i szykowali się do opasania zamku, szpieg ów wykradł się i dał znać, że będzie się próbowało wywieźć księżniczkę z miasta. Utworzono kilka takich grup jak moja. Przez przypadek to na moją grupę wpadli wiozący Ciri.
- Zaczęła się gonitwa po ulicach, w kwartale, który już się palił. To było istne piekło. Nic, tylko ryk płomieni, ściany ognia. Konie nie chciały iść, a ludzie, co tu dużo gadać, też nie kwapili się ich popędzać. Moi podwładni, miałem ich czterech, zaczęli pomstować, krzyczeć, że postradałem zmysły, że wiodę ich na zgubę... Ledwo udało mi się odzyskać kontrolę...
- Ścigaliśmy ich dalej przez ten ognisty kocioł i doścignęliśmy. Nagle mieliśmy ich tuż przed sobą - pięciu konnych Cintryjczyków. I zaczęła się sieczka, zanim zdążyłem krzyknąć, żeby uważać na dziewczynę. Która zresztą momentalnie wylądowała na ziemi, ten, który ją wiózł na łęku, zginął pierwszy. Jeden z moich podniósł ją i wciągnął na konia, ale daleko nie ujechał, któryś z Cintryjczyków pchnął go w plecy i przebił. Widziałem, jak ostrze przeszło o cal od głowy Ciri, która znowu spadła w błoto. Była półprzytomna ze strachu, widziałem, jak tuli się do zabitego, jak usiłuje pod niego wpełznąć... Jak kocię przy zabitej kotce...
Zamilkł, słyszalnie przełknął ślinę.
- Nawet nie wiedziała, że tuli się do wroga. Do znienawidzonego Nilfgaardczyka. Zostaliśmy sami - podjął po chwili - ja i ona, a dookoła były trupy i ogień. Ciri pełzała w kałuży, a woda i krew zaczynały już mocno parować. Dom się zawalił, mało już widziałem przez iskry i dym. Koń nie chciał tam podejść. Wołałem ją, wzywałem, by przyszła do mnie, zachrypłem, przekrzykując ryk pożaru. Wdziała mnie i słyszała, ale nie reagowała. Koń nie chciał iść, a ja nie mogłem go opanować. Musiałem zsiąść. Za nic nie mogłem jej podnieść jedną ręką, a drugą musiałem trzymać wodze, koń się szarpał tak, że mało mnie nie obalił. Gdy ją podnosiłem, zaczęła krzyczeć. Potem wyprężyła się i zemdlała. Owinąłem ją płaszczem, który zamoczyłem w kałuży, w błocie, gnojówce i krwi. I pojechaliśmy. Prosto przez ogień.
- Sam nie wiem, jakim cudem udało się nam stamtąd wydostać. Ale nagle pojawiła się wyrwa w murze i znaleźliśmy się nad rzeką. Pechowo, w miejscu, które akurat wybrali uciekający Nordlingowie. Zrzuciłem oficerski hełm, bo po hełmie, choć skrzydła się opaliły, rozpoznaliby mnie natychmiast. Resztę ubioru miałem tak osmaloną, że nie mogła mnie zdradzić. Ale gdyby dziewczyna była przytomna, gdyby krzyknęła, roznieśliby mnie na mieczach. Miałem szczęście.
- Jechałem z nimi ze dwa stajania, potem zostałem z tyłu i ukryłem się w krzakach, nad rzeką niosącą trupy.
Zamilkł, zachrząkał, oburącz pomacał obandażowaną głowę. I zaczerwienił się. A może był to tylko odblask płomienia?
- Ciri była okropnie ubrudzona. Musiałem ją rozebrać... Nie broniła się, nie krzyczała. Dygotała tylko, oczy miała zamknięte. Ilekroć jej dotknąłem, by umyć lub wytrzeć, prężyła się i sztywniała... Wiem, trzeba było mówić do niej, uspokajać... Ale nagle nie mogłem znaleźć słów w waszym języku... W języku mojej matki, który znam. od dziecka. Nie mogąc znaleźć słów, chciałem uspokoić ją dotykiem, delikatnością... Ale ona sztywniała i kwiliła... Jak pisklę...
- To ją prześladowało w koszmarach - szepnął Geralt.
- Wiem. Mnie też.
- Co było dalej?
- Zasnęła. I ja też. Ze zmęczenia. Gdy się obudziłem, nie było jej przy mnie. Nie było jej nigdzie. Reszty nie pamiętam. Ci, którzy mnie odnaleźli, twierdzą, że biegałem w kółko i wyłem jak wilk. Musieli mnie związać. Gdy się uspokoiłem, wzięli się za mnie ludzie z wywiadu, podwładni Vattiera de Rideaux. Chodziło im o Cirillę. Gdzie jest, gdzie i dokąd uciekła, jakim sposobem mi uciekła, dlaczego pozwoliłem jej uciec. I od nowa, od początku: gdzie jest, dokąd uciekła... Rozwścieczony, wrzasnąłem coś o cesarzu, jak krogulec polującym na małe dziewczynki. Za ten okrzyk ponad rok siedziałem w cytadeli. A potem wróciłem do łask, bo byłem potrzebny. Na Thanedd potrzebny był ktoś, kto mówił wspólnym i wiedział, jak Ciri wygląda. Cesarz chciał, bym pojechał na Thanedd... I tym razem nie zawiódł. Bym przywiózł mu Ciri.
Zamilkł na chwilę.
- Emhyr dał mi szansę. Mogłem odmówić, zrezygnować z szansy. Oznaczałoby to definitywną, totalną, dożywotnią niełaskę i zapomnienie, ale odmówić mogłem, gdybym chciał. Ale ja nie odmówiłem. Bo widzisz, Geralt... Ja nie mogłem o niej zapomnieć.
- Nie będę cię okłamywał. Ja ją bezustannie widziałem w snach. I nie jako chude dziecko, którym była nad rzeką, gdy ją rozebrałem i myłem. Widziałem ją... I wciąż widzę ją jako kobietę, piękną, świadomą, prowokującą... Z takimi szczegółami, jak pąsowa róża wytatuowana w pachwinie...
- O czym ty mówisz?
- Nie wiem, sam nie wiem... Ale tak było i tak jest nadal. Ja ją nadal widzę w snach, tak samo, jak w snach widziałem ją wtedy... To dlatego zgłosiłem się do misji na Thanedd. Dlatego później chciałem się do was przyłączyć.
Ja... Ja chcę ją jeszcze raz... zobaczyć. Chcę jeszcze raz dotknąć jej włosów, spojrzeć w jej oczy... Chcę na nią patrzeć. Zabij mnie, jeśli wola. Ale nie będę dłużej udawał. Ja myślę... Ja myślę, że ja ją kocham. Proszę cię, nie śmiej się.
- Wcale mi nie do śmiechu.
- Dlatego właśnie z wami jadę. Rozumiesz?
- Chcesz jej dla siebie czy dla twego cesarza?
- Jestem realistą - szepnął. - Przecież ona mnie nie zechce. A jako małżonkę cesarza mógłbym ją przynajmniej widywać.
- Jako realista - prychnął Wiedźmin - powinieneś wiedzieć, że najpierw musimy ją odnaleźć i ocalić. Założywszy, że twoje sny nie kłamią i Ciri faktycznie jeszcze żyje.
- Wiem o tym. A gdy ją odnajdziemy? Co wtedy?
- Zobaczymy. Zobaczymy, Cahir.
- Nie zwódź mnie. Bądź szczery. Przecież nie pozwolisz, bym ją zabrał.
Nie odpowiedział. Cahir nie ponawiał pytania.
- Do tego czasu - spytał chłodno - możemy być druhami?
- Możemy, Cahir. Jeszcze raz przepraszam cię za tamto. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. W gruncie rzeczy nigdy poważnie nie podejrzewałem cię o zdradę czy dwulicowość.
- Ja nie jestem zdrajcą. Ja cię nigdy nie zdradzę, wiedźminie.

*****

Jechali głębokim wąwozem, który bystra i szeroka już rzeka Sansretour wyżłobiła wśród wzgórz. Jechali na wschód, ku granicy księstwa Toussaint. Gorgona, Góra Diabła, wznosiła się nad nimi. Żeby popatrzeć na jej wierzchołek, musieliby zadzierać głowy.
Ale nie zadzierali.
*****

Najpierw poczuli dym, w chwilę później ujrzeli ognisko, a nad nim rożny, na których piekły się rozpłatane pstrągi. Ujrzeli siedzącego obok ogniska samotnego osobnika.


Jeszcze całkiem niedawno Geralt wydrwiłby, bezlitośnie wykpił i miał za totalnego idiotę każdego, kto śmiałby twierdzić, że on, Wiedźmin, dozna wielkiej radości na widok wampira.
- Oho - powiedział spokojnie Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy, poprawiając rożny. - Popatrzcie tylko, co też kot przyniósł.


1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna