Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona2/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17
Dziewczyna skończyła jeść, opadła na poduszki. Przez chwilę martwo patrzyła w sufit, potem obróciła głowę. Niezwykle duże zielone oczy, stwierdził po raz kolejny Vysogota, nadawały jej twarzy wyraz niewinnie dziecięcy, w tej chwili kłócący się krzykliwie z paskudnie okaleczonym policzkiem. Vysogota znał ten typ urody - wielkookie wieczne dziecko, fizjonomia wywołująca instynktowną reakcję sympatii. Wieczna dziewczynka, nawet gdy dwudzieste, ba, trzydzieste urodziny już dawno zapadną w niepamięć. Tak, Vysogota dobrze znał ten typ urody. Jego druga żona była taka. Jego córka była taka.
- Muszę stąd uciekać - powiedziała nagle dziewczyna. - I to pilnie. Jestem ścigana. Przecież wiesz o tym.
- Wiem - kiwnął głową. - Były to twoje pierwsze słowa, które wbrew pozorom nie były majaczeniem. Dokładniej, jedne z pierwszych. Najpierw spytałaś o twego konia i o twój miecz. W tej kolejności. Gdy zapewniłem cię, że i koń, i miecz są pod dobrą opieką, nabrałaś podejrzeń, że jestem wspólnikiem jakiegoś Bonharta i nie leczę cię, lecz poddaję torturze nadziei. Gdy nie bez trudu wyprowadziłem cię z błędu, przedstawiłaś się jako Falka i podziękowałaś mi za ratunek.
- To dobrze - obróciła głowę na poduszce, jak gdyby chciała uniknąć konieczności patrzenia mu w oczy. - To dobrze, że nie zapomniałam podziękować. Ja tamto pamiętam jak przez mgłę. Nie wiem, co było jawą, a co snem. Bałam się, że nie podziękowałam. Nie nazywam się Falka.
- Tego też się dowiedziałem, choć raczej przypadkowo. Mówiłaś w gorączce.
- Jestem zbiegiem - powiedziała, nie odwracając się. - Uciekinierem. Niebezpiecznie jest dawać mi schronienie. Niebezpiecznie jest wiedzieć, jak się naprawdę nazywam. Ja muszę wsiadać na konia i uciekać, zanim mnie tu wytropią...
- Przed chwilą - powiedział łagodnie - miałaś kłopoty z siąściem na nocnik. Nie bardzo widzę cię siadającą na konia. Ale zapewniam, tutaj jesteś bezpieczna. Nikt cię tu nie wytropi.
- Z pewnością mnie ścigają. Idą po śladach, przetrząsają okolicę...
- Uspokój się. Codziennie pada, nikt nie odnajdzie śladów. Ty zaś jesteś na pustkowiu, w pustelni. W domu pustelnika, który odciął się od świata. Tak, by światu też niełatwo było go odnaleźć. Jeśli jednak sobie życzysz, mogę poszukać sposobu, by wieść o tobie przekazać bliskim lub przyjaciołom.
- Nie wiesz nawet, kim jestem...
- Jesteś ranną dziewczyną - przerwał. - Uciekającą przed kimś, kto nie waha się ranić dziewczyn. Czy życzysz sobie, bym przekazał jakąś wiadomość?
- Nie ma komu - odrzekła po chwili, a Vysogota złowił uchem zmianę głosu. - Moi przyjaciele nie żyją. Wszystkich zamordowano.
Nie skomentował.
- Ja jestem śmiercią - podjęła dziwnie brzmiącym głosem. - Każdy, kto styka się ze mną, umiera.
- Nie każdy - zaprzeczył, przyglądając się jej bacznie. - Nie Bonhart, ten, którego imię wykrzykiwałaś w gorączce, ten, przed którym chcesz teraz uciekać. Wasz styk zaszkodził raczej tobie, nie jemu. To on... zranił cię w twarz?
- Nie - zacisnęła usta, by stłumić coś, co było albo jękiem, albo przekleństwem. - W twarz zranił mnie Puszczyk. Stefan Skellen. A Bonhart... Bonhart zranił mnie znacznie poważniej. Głębiej. Czy i o tym mówiłam w gorączce?
- Uspokój się. Jesteś osłabiona, powinnaś unikać silnych wzruszeń.
- Nazywam się Ciri.
- Zrobię ci okład z arniki, Ciri.
- Wstrzymaj się... chwilę. Daj mi jakieś zwierciadło.
- Mówiłem ci...
- Proszę!
Usłuchał, dochodząc do wniosku, że tak trzeba, że dłużej zwlekać niepodobna. Przyniósł nawet kaganek. By mogła lepiej widzieć, co zrobiono z jej twarzą.
- No, tak - powiedziała zmienionym, łamiącym się głosem. - No, tak. Właśnie tak, jak myślałam. Prawie tak, jak myślałam.
Wyszedł, zaciągając za sobą zaimprowizowany z derek parawan.
Starała się szlochać cicho, tak, by nie słyszał. Bardzo się starała.
Nazajutrz Vysogota zdjął połowę szwów. Ciri obmacała policzek, posyczała jak żmija, narzekając na silny ból ucha i przeczulicę szyi w okolicy żuchwy. Wstała jednak, ubrała się i wyszła na podwórze. Vysogota nie protestował. Towarzyszył jej. Pomagać ani podtrzymywać nie musiał. Dziewczyna była zdrowa i o wiele silniejsza, niż można było przypuszczać.
Zachwiała się dopiero na zewnątrz, przytrzymała ościeżnicy i odrzwi.
- Ależ... - gwałtownie zachłysnęła się wdechem. - Ależ ziąb! Mróz, czy jak? Już zima? Jak długo ja tu przeleżałam? Kilka tygodni?
- Dokładnie sześć dni. Mamy piąty dzień października. Ale zapowiada się bardzo zimny październik.
- Piąty października? - zmarszczyła się, syknęła z bólu. - To jak to? Dwa tygodnie...
- Co? Jakie dwa tygodnie?
- Nieważne - wzruszyła ramionami. - Może to ja coś mylę... A może i nie mylę. Powiedz, co tu tak okropnie śmierdzi?
- Skóry. Łowię piżmaki, bobry, nutrie i wydry, garbuję skóry. Nawet pustelnicy muszą z czegoś żyć.
- Gdzie jest mój koń?
- W obórce.
Kara klacz powitała wchodzących głośnym rżeniem, a koza Vysogoty zawtórowała beczeniem, w którym pobrzmiewało wielkie niezadowolenie z konieczności dzielenia lokum z innym lokatorem. Ciri objęła konia za szyję, poklepała, pogładziła po zagrzywku. Klacz prychała i grzebała słomę kopytem.
- Gdzie moje siodło? Czaprak? Uprząż?
- Tutaj.
Nie protestował, nie czynił uwag, nie wygłaszał swego zdania. Milczał, wsparty na kosturze. Nie poruszył się, gdy zastękała, próbując unieść siodło, nie drgnął, gdy zachwiała się pod ciężarem i ciężko, z głośnym jękiem klapnęła na zasypaną słomą polepę. Nie podszedł, nie pomógł jej wstać. Patrzył uważnie.
- No, tak - powiedziała przez zaciśnięte zęby, odpychając klacz, usiłującą wsunąć jej nos za kołnierz. - Wszystko jasne. Ale ja muszę stąd uciekać, cholera! Po prostu muszę!
- Dokąd? - spytał chłodno.
Pomacała twarz, nadal siedząc na słomie obok upuszczonego siodła.
- Jak najdalej.
Kiwnął głową, jak gdyby odpowiedź satysfakcjonowała, wszystko czyniła jasnym i nie pozostawiała miejsca na domysły. Ciri wstała z trudem. Po siodło i uprząż nawet nie próbowała się schylać. Sprawdziła tylko, czy klacz ma siano i owies w żłobie, zaczęła wycierać grzbiet i boki konia wiechciem słomy. Vysogota czekał w milczeniu i doczekał się. Dziewczyna zatoczyła się na słup podtrzymujący strop, zbladła jak płótno. Bez słowa podał jej kostur.
- Nic mi nie jest. Tylko...
- Tylko w głowie ci się zakręciło, bo jesteś chora i słaba jak noworodek. Wracajmy. Musisz się położyć.
O zachodzie słońca, przespawszy ładnych kilka godzin, Ciri wyszła ponownie. Vysogota, wracając znad rzeki, natknął się na nią przy naturalnym jeżynowym żywopłocie.
- Nie odchodź zbyt daleko od chałupy - powiedział cierpko. - Po pierwsze, jesteś zbyt osłabiona...
- Czuję się lepiej.
- Po drugie, to niebezpieczne. Dookoła jest ogromne mokradło, nie kończące się pole trzcin. Nie znasz ścieżek, możesz zabłądzić lub utonąć w trzęsawisku.
- A ty - wskazała na worek, który taszczył - ścieżki znasz, oczywiście. I nawet niedaleko nimi chadzasz, a zatem mokradło wcale nie jest takie wielkie. Garbujesz skóry, aby żyć, jasne. Kelpie, moja klacz, ma owies, a pola tu nie widzę. My jedliśmy kurę i krupy. I chleb. Prawdziwy chleb, nie podpłomyki. Chleba nie dostałbyś od trapera. A zatem w okolicy jest wieś.
- Bezbłędnie wydedukowane - potwierdził spokojnie. - Rzeczywiście, dostaję prowianty z najbliższej wsi. Najbliższej, ale wcale nie bliskiej, leżącej na skraju bagien. Mokradło przylega do rzeki. Wymieniam skóry na żywność, którą przywożą mi łodzią. Chleb, kaszę, mąkę, sól, ser, czasami królika lub kurę. Czasami wiadomości.
Nie doczekał się pytania, więc kontynuuował.
- Wataha konnych w pościgu dwukrotnie była w osadzie. Za pierwszym razem ostrzegano, by cię nie ukrywać, grożono chłopom mieczem i ogniem, jeśli zostaniesz w osadzie schwytana. Za drugim obiecywano nagrodę za odnalezienie trupa. Twoi prześladowcy są przekonani, że leżysz martwa w lasach, w jakimś jarze czy wądole.
- I nie spoczną - mruknęła - dopóki nie odnajdą zwłok. Wiem o tym dobrze. Muszą mieć dowód, że nie żyję. Bez tego dowodu nie zrezygnują. Będą szperać wszędzie. Wreszcie trafią i tutaj...
- Bardzo im zależy - zauważył. - Powiedziałbym, niezwykle im zależy...
Zacięła usta.
- Nie lękaj się. Odjadę, zanim mnie tu znajdą. Nie narażę cię... Nie bój się.
- Skąd przypuszczenie, że się boję? - wzruszył ramionami. - Że jest powód, by się lękać? Tutaj nikt nie trafi, nikt cię tu nie wyśledzi. Jeśli jednak ty wystawisz nos z trzcin, trafisz twoim prześladowcom prosto w ręce.
- Innymi słowy - podrzuciła hardo głowę - muszę tu zostać? To chciałeś powiedzieć?
- Nie jesteś więźniem. Możesz odjechać, gdy zechcesz. Dokładniej: gdy zdołasz. Ale możesz też zostać u mnie i przeczekać. Ścigający zniechęcą się kiedyś. Zawsze się zniechęcają, prędzej lub później. Zawsze. Możesz mi wierzyć. Znam się na tym.
Jej zielone oczy błysnęły, gdy spojrzała na niego.
- Zresztą - powiedział szybko, wzruszając ramionami i uciekając przed jej wzrokiem - uczynisz, jak zechcesz. Powtarzam, nie więżę cię tu.
- Dzisiaj chyba jednak nie odjadę - prychnęła. - Słaba jestem... I zaraz słońce zajdzie... A ja przecież nie znam ścieżek. Chodźmy więc do chaty. Zmarzłam.
- Powiedziałeś, że leżałam u ciebie sześć dób. To jest prawda?
- Dlaczego miałbym kłamać?
- Nie unoś się. Staram się doliczyć dni... Ja uciekłam... Zraniono mnie... w dzień Zrównania. Dwudziestego trzeciego września. Jeśli wolisz liczyć według elfów, ostatniego dnia Lammas.
- To niemożliwe.
- Dlaczego miałabym kłamać? - krzyknęła i jęknęła, chwytając się za twarz. Vysogota patrzyła na nią spokojnie.
- Nie wiem, dlaczego - powiedział zimno. - Ale ja byłem kiedyś lekarzem, Ciri. Dawno temu, ale nadal umiem odróżnić ranę zadaną przed dziesięcioma godzinami od rany zadanej przed czterema dniami. Znalazłem cię dwudziestego siódmego września. Zraniona zostałaś więc dwudziestego szóstego. Trzeciego dnia Velen, jeśli wolisz liczyć według elfów. Trzy dni po Ekwinokcjum.
- Zostałam zraniona w samo Ekwinokcjum.
- To nie jest możliwe, Ciri. Musiałaś pomylić daty.
- Na pewno nie. To ty masz tu jakiś przestarzały pustelniczy kalendarz.
- Niech ci będzie. Aż tak wielkie ma to znaczenie?
- Nie. Nie ma żadnego.
Trzy dni później Vysogota zdjął ostatnie szwy. Miał wszelkie powody, by być zadowolony i dumny ze swego dzieła - linia zszycia była równa i czysta, nie należało obawiać się tatuażu wrośniętym w ranę brudem. Satysfakcję psuł jednak chirurgowi widok Ciri, w posępnym milczeniu kontemplującej szramę w ustawianym pod różnymi kątami zwierciadle i usiłującej zakrywać ją - bezskutecznie - zaczesywanymi na policzek włosami. Blizna szpeciła. Fakt był faktem. Nie było na to rady. W niczym nie mogło pomóc udawanie, że jest inaczej. Wciąż czerwona, napuchnięta jak powróz, napunktowana śladami ukłuć igły i poznaczona odciskami nitek, szrama wyglądała iście makabrycznie. Ten stan miał szansę ulegać stopniowej i nawet szybkiej poprawie. Vysogota wiedział jednak, że nie było żadnych szans na to, by blizna znikła i przestała szpecić.
Ciri czuła się znacznie lepiej, ale ku zdziwieniu i zadowoleniu Vysogoty w ogóle nie mówiła o odjeździe. Wywiodła z obórki swą karą Kelpie - Vysogota wiedział, że na Północy nazwę "kelpie" nosił morszczyniec, groźny potwór morski, wedle przesądu mogący przybrać postać pięknego rumaka, delfina a nawet urodziwej kobiety, w rzeczywistości zaś zawsze wyglądający jak kupa zielska. Ciri osiodłała klacz i kilkakrotnie obkłusowała podwórko i chatę dookoła, po czym Kelpie wróciła do obórki, by dotrzymywać towarzystwa kozie, Ciri zaś do chaty, by dotrzymywać towarzystwa Vysogocie. Pomagała mu nawet - prawdopodobnie z nudów - w pracy przy skórach. Gdy on segregował nutrie według rozmiarów i odcieni, ona dzieliła piżmaki na grzbieciki i brzuszki, rozcinając skórki wzdłuż wprowadzanej do środka deszczułki. Palce miała nad wyraz zręczne.
Waśnie przy tym zajęciu doszło między nimi do dość dziwnej rozmowy.
- Nie wiesz, kim jestem. Nawet się nie domyślasz, kim jestem.
Kilkakrotnie powtórzyła to banalne stwierdzenie i rozdrażniła go tym lekko. Rzecz jasna, nie dał po sobie poznać rozdrażnienia - uwłaczało by mu, gdyby zdradził swe uczucia przed taką smarkulą. Nie, do tego dopuścić nie mógł, nie mógł też zdradzić ciekawości, która go drążyła.
Ciekawości w sumie bezzasadnej, bo przecież bez trudu mógł się domyślić, kim była. W czasach Vysogoty młodzieżowe bandy również nie były rzadkością. Lata, które minęły, nie mogły też wyeliminować magnetycznej siły, z jaką takie szajki przyciągały żądną przygód i silnych wrażeń szczeniaterię. Nader często na jej zgubę. Smarkacze wykręcający się blizną na twarzy mogli mówić o szczęściu - na tych mniej szczęśliwych czekały tortury, stryczek, hak lub pal.
Ha, od czasów Vysogoty tylko jedno uległo zmianie - postępująca emancypacja. Do band ciągnęły nie tylko wyrostki, ale i zwariowane podlotki, przedkładające konia, miecz i przygodę nad szydełko, kądziel i czekanie na swatów.
Vysogota nie powiedział jej tego wszystkiego wprost. Powiedział to ogródkami. Ale tak, by wiedziała, że on wie. By uświadomić jej, że jeśli ktoś tu jest zagadką, to z pewnością nie ona - cudem zbiegła z obławy małoletnia grasantka z bandy grasantów małolatów. Oszpecona smarkula próbująca otaczać się nimbem tajemniczości...
- Nie wiesz, kim jestem. Ale nie obawiaj się. Odjadę wkrótce. Nie narażę cię na niebezpieczeństwo. Vysogota miał dość.
- Nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo - powiedział sucho. - Bo i jakież? Nawet jeśli pościg tu się zjawi, w co wątpię, cóż złego może mnie spotkać? Udzielanie pomocy zbiegłym przestępcom jest karanie, ale nie w przypadku pustelnika, albowiem pustelnik jest rzeczy świeckich nieświadom. Moim przywilejem jest gościć każdego, kto trafia do mej pustelni. Dobrze rzekłaś: nie wiem, kim jesteś. Skąd ja, pustelnik, mogę wiedzieć, kim jesteś, co przeskrobałaś i za co ściga cię prawo? I jakie prawo? Przecież ja nawet nie wiem, czyje prawo w tych okolicach obowiązuje, jaka i czyja jurysdykcja. I nie obchodzi mnie to. Jestem pustelnikiem.
Trochę zbyt wiele razy mówił o pustelnictwie, czuł to. Ale nie rezygnował, jej wściekle zielone oczy kłuły go niczym ostrogi.
- Jestem ubogim eremitą. Umarłym dla świata i dla spraw jego. Jestem człekiem prostym i niewykształconym, rzeczy światowych nieświadomym...
Przesadził.
- Akurat! - wrzasnęła, ciskając skórkę i nóż na podłogę. - Za głupią mnie masz, czy jak? Ja głupia nie jestem, nie myśl sobie. Pustelniku, eremito ubogi! Gdy cię nie było, rozejrzałam się. Zajrzałam tam, o, do kąta, za tę niezbyt czystą kotarę. Skąd wzięły się tam na półkach uczone księgi, hę, człeku prosty i nieświadomy?
Vysogota odrzucił skórę nutrii na stertę.
- Mieszkał tu kiedyś poborca podatków - powiedział niefrasobliwie. - To są katastry i księgi buchalteryjne.
- Kłamiesz - Ciri skrzywiła twarz, pomasowała bliznę. - Kłamiesz w żywe oczy!
Nie odpowiedział, udając, że ocenia odcień kolejnej skóry.
- Myślisz może sobie - podjęła po chwili dziewczyna - że jeśli masz białą brodę, zmarszczki i sto lat na karku, to bez trudu oszukasz naiwną młódkę, hę? To ci powiem: pierwszą lepszą może i zwiódłbyś. Ale ja nie jestem pierwsza lepsza.
Uniósł wysoko brwi w niemym, lecz prowokacyjnym pytaniu. Nie kazała mu długo czekać.
- Ja, mój pustelniku, uczyłam się w miejscach, gdzie było sporo ksiąg, także i tych samych tytułów, co na twoich półkach. Sporo z tych tytułów znam.
Vysogota jeszcze wyżej uniósł brwi. Patrzyła mu prosto w oczy.
- Dziwne rzeczy - wycedziła - wygaduje brudny kocmołuch, oberwana sierota, musi złodziejka lub bandytka znaleziona w krzakach z rozwaloną gębą. A jednak trzeba ci wiedzieć, panie pustelniku, że ja czytywałam Historię Rodericka de Novembre. Przeglądałam, i to nie raz, dzieło o tytule Materia medica. Znam Herbarius, taki sam, jak ten na twojej półce. Wiem też, co oznacza na grzbietach ksiąg gronostajowy krzyż na czerwonej tarczy. To znak, że księgę wydał uniwersytet w Oxenfurcie.
Urwała, wciąż bacznie go obserwując. Vysogota milczał, starając się, by jego twarz nie zdradzała niczego.
- Dlatego myślę - powiedziała, podrzucając głowę zwykłym dla niej, dumnym i gwałtownym nieco ruchem - żeś ty wcale nie prostak i nie pustelnik. Żeś wcale nie umarł dla świata, ale uciekł przed nim. I ukrywasz się tu, na pustkowiu, zamaskowany pozorami i bezkresnym trzcinowiskiem.
- Jeżeli tak jest - uśmiechnął się Vysogota - to w istocie przedziwnie splotły się nasze losy, moja ty oczytana panno. Wielce zagadkowym sposobem zbratało nas oto przeznaczenie. Wszakże i ty się tu ukrywasz. Wszakże i ty, Ciri, umiejętnie snujesz wokół siebie woale pozorów. Jam jest jednak człekiem starym, pełnym podejrzeń i zgorzkniałej starczej nieufności...
- Nieufności do mnie?
- Do świata, Ciri. Do świata, w którym szachrajski pozór wkłada maskę prawdy, by wywieść w pole inną prawdę, fałszywą, nawiasem mówiąc, i też próbującą szachrować. Do świata, w którym herb uniwersytetu w Oxenfurcie maluje się na drzwiach zamtuzów. Do świata, w którym ranne grasantki podają się za bywałe, uczone, może i szlachetnie urodzone panny, intelektualistki i erudytki, czytujące Rodericka de Novembre i obeznane z godłem Akademii. Wbrew wszelkim pozorom. Wbrew temu, że same noszą inny znak. Bandycki tatuaż. Czerwoną różę wykłutą w pachwinie.
- Faktycznie, miałeś rację - przygryzła wargę, a jej twarz pokrył pąs tak głęboki, że linia szramy wydawała się czarna. - Jesteś zgorzkniały staruch. I wścibski dziadyga.
- Na mojej półce, za kotarą - wskazał ruchem głowy - stoi Aen Ifog Mab Taedh'morc, zbiór elfich baśni i wierszowanych przypowieści. Jest tam, jakże pasująca do naszej sytuacji i rozmowy, historyjka o sędziwym kruku i młodziutkiej jaskółce. Ponieważ podobnie jak ty, Ciri, jestem erudytą, pozwolę sobie przypomnieć stosowny fragment. Kruk, jak niezawodnie pamiętasz, zarzuca jaskółce płochość i nieprzystojną frygowatość.

Hen Cerbin dic'ss aen n'og Zireael


Aark, aark, caelm foile, te veloe, ell?
Zireael...

Urwał, oparł łokcie o stół, a podbródek na splecionych palcach. Ciri szarpnęła głową, wyprostowała się, spojrzała na niego wyzywająco. I dokończyła.

...Zireael ueloe que'ss aen en'ssan irch
Mab og, Hen Cerbin, vean ni, guirk, quirk!

- Zgorzkniały i nieufny staruch - powiedział po chwili Vysogota, nie zmieniając pozycji - przeprasza młodą erudytkę. Sędziwy kruk, wszędzie węszący podstęp i oszustwo, prosi o wybaczenie jaskółkę, której jedyną winą jest to, że jest młoda i pełna życia. I ładniutka.


- Teraz pleciesz - żachnęła się, odruchowo zakrywając dłonią bliznę na policzku. - Takie komplementy możesz sobie darować. Nie poprawią one koślawych ściegów, którymi sfastrygowałeś mi skórę. Nie myśl też sobie, że zdobędziesz w ten sposób moją ufność. Ja nadal nie wiem, kim ty właściwie jesteś. Dlaczego okłamałeś mnie w sprawie tych dat i dni. I w jakim celu zaglądałeś mi między nogi, choć ranna byłam w twarz. I czy na zaglądaniu się skończyło.
Tym razem udało się jej wyprowadzić go z równowagi.
- Co ty sobie wyobrażasz, smarkulo?! - krzyknął. - Mógłbym być twoim ojcem!
- Dziadkiem - poprawiła zimno. - Albo i pradziadkiem. Ale nie jesteś. Ja nie wiem, kim jesteś. Ale na pewno nie jesteś tym, za kogo chciałbyś uchodzić.
- Jestem tym, kto znalazł cię na bagnie, niemal przymarzniętą do mchu, z czarną skorupą zamiast twarzy, nieprzytomną, zapaskudzoną i brudną. Jestem tym, kto zabrał cię do domu, choć nie wiedział, kim jesteś, a domyślać się miał prawo najgorszego. Kto opatrzył cię i położył do łóżka. Leczył, gdy konałaś z gorączki. Pielęgnował. Mył. Dokładnie. W okolicach tatuażu również.
Znowu spąsowiała, ale z jej oczu ani myślało znikać bezczelne wyzwanie.
- Na tym świecie - warknęła - szachrajskie pozory czasem udają prawdę, sam tak powiedziałeś. Ja też już trochę znam świat, wyobraź sobie. Uratowałeś mnie, opatrzyłeś, pielęgnowałeś. Dzięki ci za to. Wdzięczna ci jestem za... za dobroć. Ale przecież ja wiem, że nie ma czegoś takiego, jak dobroć bez...
- Bez wyrachowania i nadziei na korzyść - dokończył z uśmiechem. - Tak, tak, wiem, bywały ze mnie człek, kto wie, czy nie znam świata równie dobrze jak ty, Ciri. Ranne dziewczyny, jak wiadomo, ograbia się ze wszystkiego, co ma jakąkolwiek wartość. Jeśli są nieprzytomne lub zbyt słabe, by się bronić, zwyczajowo popuszcza się cugli własnym chuciom i żądzom, nierzadko na występne i przeciwne naturze sposoby. Prawda?
- Nic nie jest takie, na jakie wygląda - odrzekła Ciri, po raz kolejny oblewając się rumieńcem.
- Jakżeż prawdziwe twierdzenie - dorzucił kolejną skórę na właściwą kupkę. - I jakżeż bezlitośnie wiodące nas do wniosku, że my, Ciri, nie wiemy o sobie niczego. Znamy tylko pozory, a te mylą.
Odczekał chwilę, ale Ciri nie spieszyła się, by powiedzieć cokolwiek.
- Chociaż obojgu nam udało się przeprowadzić coś w rodzaju wstępnej inkwizycji, nadal nie wiemy o sobie nic. Ja nie wiem, kim ty jesteś, ty nie wiesz, kim ja jestem...
Tym razem czekał z wyrachowaniem. Patrzyła na niego, a w jej oczach czaiło się pytanie, którego oczekiwał. Coś dziwnego błysnęło w jej oczach, gdy owo pytanie zadała.
- Kto zacznie?
Gdyby po zmroku ktoś podkradł się do chaty z zapadniętą i omszałą strzechą, gdyby zajrzał do wnętrza, w świetle płomieni i żaru paleniska zobaczyłby siwobrodego starca zgarbionego nad stertą skór. Zobaczyłby też popielatowłosą dziewczynę z paskudną szramą na policzku, szramą zupełnie nie pasującą do wielkich jak u dziecka zielonych oczu.
Ale nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata stała wśród trzcin, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
*****
- Nazywam się Vysogota z Corvo. Byłem lekarzem. Chirurgiem. Byłem alchemikiem. Byłem badaczem, historykiem, filozofem, etykiem. Byłem profesorem w Akademii Oxenfurckiej. Musiałem stamtąd uciekać po opublikowaniu pewnego dzieła, które uznano za bezbożne, za co wówczas, pięćdziesiąt lat temu, groziła kara śmierci. Musiałem emigrować. Moja żona emigrować nie chciała, więc porzuciła mnie. A ja zatrzymałem się dopiero daleko na południu, w Cesarstwie Nilfgaardzkim. Zostałem wreszcię wykładowcą etyki w Akademii Imperialnej w Castell Graupian, godność tę piastowałem blisko dziesięć lat. Ale i stamtąd musiałem uciekać po opublikowaniu pewnego traktatu... Nawiasem mówiąc, dzieło traktowało o totalitarnej władzy i zbrodniczym charakterze zaborczych wojen, ale oficjalnie zarzucano dziełu i mnie metafizyczny mistycyzm i schizmę klerykalną. Uznano, że działałem z poduszczenia ekspansywnych i rewizjonistycznych ugrupowań kapłańskich, faktycznie rządzących królestwami Nordlingów. Dość zabawne w świetle mojego wyroku śmierci za ateizm sprzed dwudziestu lat! Było zresztą akurat tak, że na Północy ekspansywni kapłani dawno już poszli w zapomnienie, ale w Nilfgaardzie nie przyjmowano tego do wiadomości. Łączenie mistycyzmu i zabobonu z polityką było ścigane i surowo karane.
- Dziś, oceniając z perspektywy lat, myślę, że gdybym się ukorzył i okazał skruchę, może afera rozwiałaby się, a cesarz ograniczył do niełaski, bez sięgania po środki drastyczne. Ale ja byłem rozgoryczony. Pewny swych racji, które miałem za ponadczasowe, nadrzędne wobec tej czy innej władzy lub polityki. Czułem się skrzywdzony, skrzywdzony niesprawiedliwie. Tyrańsko. Nawiązałem więc aktywne kontakty z dysydentami, tajnie zwalczającymi tyrana. Zanim się obejrzałem, siedziałem razem z dysydentami w lochu, a niektórzy, gdy pokazano im narzędzia, wskazali na mnie jako na głównego ideologa ruchu.
- Cesarz skorzystał z prawa łaski, zostałem jednak skazany na banicję - pod groźbą natychmiastowej kary śmierci w przypadku powrotu na ziemie cesarskie.
- Wówczas obraziłem się na cały świat, na królestwa, cesarstwa i uniwersytety, na dysydentów, urzędników, prawników. Na kolegów i przyjaciół, którzy za dotknięciem magicznej różdżki przestali być nimi. Na drugą żonę, która podobnie jak pierwsza uważała, że kłopoty męża to zasadniczy powód do rozwodu. Na dzieci, które się mnie wyrzekły. Zostałem pustelnikiem. Tu, w Ebbing, na bagnach Pereplutu. Przejąłem sadybę w schedzie po pewnym eremicie, którego zdarzyło mi się kiedyś poznać. Pech chciał, że Nilfgaard zaanektował Ebbing i ni z tego, ni z owego znalazłem się znowu w Cesarstwie. Nie mam już ani sił, ani chęci na dalsze wędrowanie, dlatego muszę się ukrywać. Cesarskie wyroki nie ulegają przedawnieniu, nawet w sytuacji, gdy imperator, który je wydał, dawno nie żyje, a obecny cesarz nie ma powodów, by mile wspominać tamtego i podzielać jego poglądy. Wyrok śmierci pozostaje w mocy. Takie jest prawo i zwyczaj w Nilfgaardzie. Wyroki za zdradę stanu nie przedawniają się i nie podlegają amnestii, którą każdy cesarz ogłasza po koronacji. Po wstąpieniu na tron nowego cesarza amnestionowani zostają wszyscy, których jego poprzednik skazał... za wyjątkiem winnych zdrady stanu. Nie ma znaczenia, kto rządzi w Nilfgaardzie: jeśli wyda się, że żyję i łamię wyrok banicji, przebywając na cesarskim terytorium, moja głowa spadnie na szafocie.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna