Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona3/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17
- Jak zatem widzisz, Ciri, znajdujemy się w całkiem podobnej sytuacji.
- Co to jest etyka? Wiedziałam to, ale zapomniałam.
- Nauka o moralności. O prawidłach postępowania obyczajnego, szlachetnego, poczciwego i uczciwego. O wyżynach dobra, na które wynosi duszę ludzką prawość i moralność. I o otchłaniach zła, w które strąca niepoczciwość i niemoralność...
- Wyżyny dobra! - parsknęła. - Prawość! Moralność! Nie rozśmieszaj mnie, bo mi się szrama na pysku rozpęknie. Miałeś szczęście, że cię nie tropili, że nie posłali za tobą łowców nagród, takich jak... Bonhart. Zobaczyłbyś, co to są otchłanie zła. Etyka? Łajno warta jest twoja etyka, Vysogoto z Corvo. To nie złych i niepoczciwych strąca się na dno, nie! O, nie! To źli, ale zdecydowani, strącają tam takich, którzy są moralni, uczciwi i szlachetni, ale niezdarni, wahający się i pełni skrupułów.
- Dzięki za naukę - zadrwił. - Wierę, choćbyś cały wiek przeżył, nigdy nie jest za późno, by czegoś się nauczyć. Zaiste, zawsze warto posłuchać osób dojrzałych, bywałych i doświadczonych.
- A kpij sobie, kpij - szarpnęła głową. - Póki możesz. Bo teraz moja kolej, teraz ja zabawię cię opowieścią. Opowiem ci, jak to było ze mną. A gdy skończę, zobaczymy, czy nadal będziesz miał ochotę drwić.

*****

Gdyby tego dnia po zmroku ktoś podkradł się do chaty z zapadniętą strzechą, gdyby zajrzał przez szparę w okiennicy, zobaczyłby w skąpo oświetlonym wnętrzu białobrodego starca, w skupieniu słuchającego opowieści popielatowłosej dziewczyny siedzącej na kłodzie przy kominie.
Spostrzegłby, ze dziewczyna mówi wolno, jak gdyby z trudem znajdowała słowa, że nerwowo pociera zeszpecony paskudną blizną policzek, że przeplata długimi momentami milczenia opowieść o swych losach. Opowieść o naukach, które odebrała, a które wszystkie, co do jednej, okazały się kłamliwe i bałamutne. O obietnicach, które jej złożono i których nie dotrzymano. Opowieść o tym, jak przeznaczenie, w które kazano jej wierzyć, zdradziło ją niecnie i wyzuło z dziedzictwa. O tym, jak za każdym razem, gdy już zaczynała wierzyć, spadały na nią poniewierka, ból, krzywda i upokorzenie. O tym, jak ci, którym ufała i których kochała, zdradzili, nie przyszli z pomocą, gdy cierpiała, gdy groziły jej pohańbienie, męka i śmierć. Opowieść o ideałach, którym zalecano jej być wierną, a które zawiodły, zdradziły, opuściły wtedy, gdy ich potrzebowała, dowodząc, jak niewiele były warte. O tym, jak pomoc, przyjaźń - i miłość - znalazła wreszcie u tych, u których z pozoru nie należało szukać ani pomocy, ani przyjaźni. Nie wspominając o miłości.
Ale tego nikt nie mógł zobaczyć ani tym bardziej usłyszeć. Chata z zapadniętą i omszałą strzechą była dobrze okryta wśród mgieł, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

Wkraczając w wiek dojrzewania, młoda dziewczyna zaczyna podejmować próby penetracji dziedzin życia uprzednio jej niedostępnych, co w baśniach symbolizuje wejście do tajemniczej wieży i poszukiwanie ukrytej tam komnaty. Dziewczyna wspina się na szczyt wieży, stąpając po kręconych schodach - schody w snach są symbolem przeżycia erotycznego. Zakazana komnata, ów mały zamknięty na klucz pokój, symbolizuje vaginę przekręcenie klucza w zamku to symbol aktu seksualnego.

Bruno Bettelheim, The Uses of Enchantment,


tnę Meaning and Importance of Fairy Tales

Rozdział drugi
Zachodni wiatr przyniósł nocną burzę.
Czamofioletowe niebo pękło wzdłuż linii błyskawicy, eksplodowało przeciągłym łoskotem gromu. Nagły deszcz uderzył w kurz drogi kroplami gęstymi jak olej, zaszumiał na dachach, rozmazał brud na okiennych błonach. Ale silny wiatr szybko przepędził ulewę, odegnał burzę gdzieś hen, daleko, za płonący błyskawicami horyzont.
I wtedy rozszczekały się psy. Zadudniły kopyta, zabrzęczała broń. Dzikie hałłakowania i gwizdy zjeżyły włos rozbudzonym wieśniakom, zrywającym się w popłochu, zapierającym drągami drzwi i okiennice. Spocone dłonie zaciskały się na styliskach siekier, na trzonkach wideł. Zaciskały się mocno. Ale bezsilnie.
Terror, terror leci przez wieś. Ścigani czy ścigający? Szaleni i okrutni z wściekłości czy ze strachu? Przelecą, nie wstrzymując koni? Czy też rozjarzy się za chwilę noc ogniem gorejących strzech?
Cicho, cicho, dzieci...
Mamo, czy to demony? Czy to Dziki Gon? Zmory z piekła rodem? Mamo, mamo!
Cicho, cicho, dzieci. To nie demony, nie diabły...
Gorzej.
To ludzie.
Psy ujadały. Dął wicher. Rżały konie, łomotały podkowy. Przez wieś i noc leciała hulajpartia.
Hotsporn wjechał na wzgórek, wstrzymał i obrócił konia. Był przezorny i ostrożny, nie lubił ryzyka, zwłaszcza wtedy, gdy czujność nic nie kosztowała. Nie spieszył się ze zjazdem w dół, nad rzeczkę, do stacji pocztowej. Wolał pierwej dobrze się przypatrzeć.
Przed stacją nie było koni ani zaprzęgów, stał tam wyłącznie jeden furgonik zaprzężony w parę mułów. Na płachcie widniał napis, którego Hotsporn nie mógł z daleka odczytać. Ale niebezpieczeństwem nie pachniało. Hotsporn potrafił wyczuwać niebezpieczeństwo. Był zawodowcem.
Zjechał nad zakrzaczony i zarośnięty łozą brzeg, zdecydowanie wparł konia w rzekę, przebrodził galopem wśród bijących powyżej siodła rozbryzgów wody. Taplające się przy brzegu kaczki uciekły z głośnym kwakiem.
Hotsporn ponaglił konia, przez rozgrodzony płot wjechał na podwórze stacji. Teraz mógł już odczytać napis na płachcie furgonu głoszący: "Mistrz Almayera, Kunsztownik Tatuażu". Każdy wyraz napisu wymalowany był innym kolorem i zaczynał się od przesadnie wielkiej, ozdobnie iluminowanej litery. A na skrzyni wozu, powyżej prawego przedniego koła, widniała wymalowana purpurową farbą nieduża rozdarta strzała.
- Z konia! - usłyszał zza pleców. - Na ziemię, a żywo! Ręce z daleka od rękojeści!
Podeszli go i otoczyli bezszelestnie - z prawej Asse, w czarnej skórzanej kurtce nitowanej srebrem, z lewej Falka, w zielonym zamszowym kubraczku i berecie z piórkami. Hotsporn ściągnął kaptur i zasłonę z twarzy.
- Ha! - Asse opuścił miecz. - To wy, Hotsporn. Poznałbym, ale zmylił mnie ten kary koń!
- Ależ kobyłka śliczna - powiedziała z zachwytem Falka, odsuwając beret na ucho. - Czarna i lśniąca jak węgiel, ani włoska jaśniejszego. A zgrabna! Ech, krasawica!
- Ano, taka się trafiła za niecałe sto florenów - uśmiechnął się niedbale Hotsporn. - Gdzie Giselher? W środku?
Asse kiwnął głową. Falka, patrząc na klacz jak urzeczona, poklepała ją po szyi.
- Gdy biegła przez wodę - uniosła na Hotsporna wielkie zielone oczy - to była niczym istna kelpie! Gdyby z morza się wynurzyła, a nie z rzeczki, nie uwierzyłabym, że to nie prawdziwa kelpie.
- A widziała panna Falka kiedy prawdziwą kelpie?
- Na obrazku - dziewczyna spochmumiała nagle. - Dużo by o tym gadać. Chodźcie do środka. Giselher czeka.

*****



Przy oknie, dającym nieco światła, stał stół. Na stole półleżała Mistle, wsparta na łokciach, od pasa w dół goła, nie mająca na sobie nic prócz czarnych pończoch. Między jej nieskromnie rozkraczonymi nogami klęczał chudy i długowłosy osobnik w burym chałacie. Nie mógł być to nikt inny jak mistrz Almavera, kunsztownik tatuażu, albowiem właśnie zajęty był wykłuwaniem na udzie Mistle kolorowego obrazka.
- Chodź bliżej, Hotsporn - zaprosił Giselher, odsuwając zydel od dalszego stołu, za którym siedział z Iskrą, Kayleighem i Reefem. Dwaj ostatni, jak Asse, też odziani byli w czarną cielęcą skórę usianą klamerkami, ćwiekami, łańcuszkami i innymi wymyślnymi ozdobami ze srebra. Jakiś rzemieślnik musiał na nich potężnie zarobić, pomyślał Hotsporn. Szczury, gdy napadła ich zachcianka wystroić się, płaciły krawcom, szewcom i rymarzom iście po królewsku. Jasna rzecz, nigdy też nie były od tego, by po prostu zedrzeć z napadniętej osoby odzież lub biżuterię, która wpadła im w oko.
- Znalazłeś, jak widzę, naszą wiadomość w ruinach starej stacji? - przeciągnął się Giselher. - Ha, co gadam, inaczej przecie nie byłoby cię tu. Szybko nawet zjechałeś, przyznać muszę.
- Bo klacz śliczna - wtrąciła Falka. - Założę się, że i rącza!
- Ja waszą wiadomość znalazłem - Hotsporn nie spuszczał oka z Giselhera. - A co z moją? Dotarła do ciebie?
- Dotarła... - zająknął się herszt Szczurów. - Ale... No, krótko mówiąc... Nie było wtedy czasu. A potem żeśmy się popili i mus był się trochę wywczasować. A później inna nam droga wypadła...
Cholerni gówniarze, pomyślał Hotsporn.
- Krótko mówiąc, nie wykonałeś polecenia?
- Ano nie. Wybacz, Hotsporn. Nie było jak... Ale następnym razem, ho, ho! Niezawodnie!
- Niezawodnie! - potwierdził z emfazą Kayleigh, choć nikt nie prosił go, by potwierdzał.
Cholerni, nieodpowiedzialni gówniarze. Popili się. A później inna droga im wypadła. Do krawców po frymuśne ciuszki, ani chybi.
- Napijesz się?
- Dziękuję, nie.
- A może tego skosztujesz? - Giselher wskazał stojące wśród gąsiorków i kubków ozdobne puzdereczko z laki. Hotsporn już wiedział, czemu w oczach Szczurów jarzył się tak dziwny blask, czemu ich ruchy były tak nerwowe i szybkie.
- Pierwszorzędny proch - zapewnił Giselher. - Nie weźmiesz szczypty?
- Dziękuję, nie. - Hotsporn wymownie spojrzał na plamę krwi i niknący w komorze ślad na trocinach, wyraźnie wskazujący, którędy i dokąd powleczono trupa. Giselher zauważył spojrzenie.
- Jeden pachoł zucha tu chciał odgrywać - parsknął. - Aż go Iskra skarcić musiała.
Iskra zaśmiała się gardłowo. Od razu było widać, że jest mocno podniecona narkotykiem.
- Tak go skarciłam, że się krwią zachłysnął - pochwaliła się. - A wtedy inni z miejsca spokornieli. To się nazywa terror!
Była jak zwykle obwieszona klejnotami, diamentowy kolczyk miała nawet w skrzydełku nosa. Nie nosiła skóry, lecz wiśniowy kaftanik z brokatowym wzorkiem, już na tyle słynny, by być ostatnim krzykiem mody wśród złotej młodzieży z Thurn. Podobnie jak jedwabna chusta, którą owijał głowę Giselher. Hotsporn słyszał już nawet o dziewczynach, które strzygły się "na Mistle".
- To się nazywa terror - powtórzył w zamyśleniu, wciąż patrząc na krwawy zaciek na podłodze. - A gospodarz stacji? Jego żona? Syn?
- Nie, nie - skrzywił się Giselher. - Sądzisz, żeśmy wszystkich zarąbali? Gdzie tam. W spiżarni ich chwilowo zawarliśmy. Teraz stacja, jak widzisz, nasza.
Kayleigh głośno przepłukał usta winem, wypluł na podłogę. Maleńką łyżeczką nabrał ze szkatułki odrobinę fisstechu, pieczołowicie nasypał na pośliniony opuszek palca wskazującego i wtarł sobie narkotyk w dziąsło. Podał puzdereczko Falce, która powtórzyła rytuał i przekazała fisstech Reefowi. Nilfgaardczyk odmówił, zajęty przeglądaniem katalogu kolorowych tatuaży, oddał pudełko Iskrze. Elfka przekazała je Giselherowi, nie zażywając.
- Terror! - warknęła, mrużąc błyszczące oczy i pociągając nosem. - Stację mamy pod terrorem! Cesarz Emhyr trzyma tak cały świat, my jeno tę budę. Ale zasada ta sama!
- Auuuuu, psiakrew! - wrzasnęła ze stołu Mistle. - Uważaj, w co żgasz! Zrób mi tak raz jeszcze, to ja ciebie żgnę! Tak, że na wylot przejdzie!
Szczury - oprócz Falki i Giselhera - ryknęły śmiechem.
- Chce się być piękną, trzeba cierpieć! - zawołała Iskra.
- Kłuj ją, mistrzu, kłuj - dodał Kayleigh. - Ona między nogami zahartowana!
Falka zaklęła paskudnie i rzuciła w niego kubkiem. Kayleigh uchylił się, Szczury znowu zaryczały śmiechem.
- Tak tedy - Hotsporn zdecydował się położyć kres wesołości - stację trzymacie pod terrorem. A po co? Pomijając satysfakcję, jaka z terroryzowania wypływa?
- My tutaj - odrzekł Giselher, wcierając sobie fisstech w dziąsło - na czatach leżymy. Gdy kto tu stanie, by konie zmienić albo wypocząć, to się go obedrze. Tu wygodniej, niźli gdzie na rozstaju albo w chaszczach przy gościńcu. Atoli, jak to Iskra dopiero co powiedziała, zasada ta sama.
- Ale dziś, od świtu, tylko ten nam popadł - wtrącił Reef, wskazując mistrza Ahnaverę, skrytego niemal z głową między rozwiedzionymi udami Mistle. - Golec, jak każdy sztukmistrz, nie było go z czego ograbić, więc go z jego kunsztu ograbiamy. Rzućcie okiem, jaki on zmyślny do rysunku.
Obnażył przedramię i pokazał tatuaż - nagą kobietę, ruszającą pośladkami, gdy zaciskał pięść. Kayleigh też się pochwalił - dookoła jego ręki, powyżej kolczastej bransolety, wił się zielony wąż z rozwartą paszczą i szkarłatnym, rozwidlonym językiem.
- Gustowna rzecz - rzekł obojętnie Hotsporn. - I pomocna przy identyfikacji trupów. Atoli z grabieżą nie wyszło wam, drogie Szczury. Przyjdzie wam zapłacić artyście za jego kunszt. Nie było kiedy was uprzedzić: od siedmiu dni, od pierwszego września, znakiem jest purpurowa rozdarta strzała. On ma taką wymalowaną na wozie.
Reef zaklął pod nosem, Kayleigh zaśmiał się. Giselher obojętnie machnął ręką.
- Trudno. Jeśli mus, to się mu zapłaci za jego igły i farby. Purpurowa strzała, mówisz? Zapamiętamy. Gdyby tu do jutra jeszcze jaki ze znakiem strzały nadjechał, nie będzie mu krzywdy.
- Zamierzacie tu tkwić do jutra? - zdziwił się nieco przesadnie Hotsporn. - Nierozsądnie, Szczury. Ryzykownie i niebezpiecznie!
- Że jak?
- Ryzykownie i niebezpiecznie.
Giaelher wzruszył ramionami, Iskra parsknęła i wysmarkała się na podłogę. Reef, Kayleigh i Falka patrzyli na kupca tak, jak gdyby właśnie oznajmił im, że słońce wpadło do rzeczki i trzeba je szybko wyłowić, zanim je raki oszczypią. Hotsporn zrozumiał, że właśnie odwołał się do rozsądku szalonych smarkaczy. Że ostrzegł przed ryzykiem i niebezpieczeństwem pełnych szaleńczej brawury fanfaronów, którym pojęcia te były całkowicie obce.
- Pościg za wami idzie, Szczury.
- No i co z tego?
Hotsporn westchnął.
Dyskurs przerwała Mistle, która podeszła do nich, nie zadając sobie trudu, by się ubrać. Postawiła nogę na ławie i kręcąc biodrami zademonstrowała wszem i wobec dzieło mistrza Almavery: pąsową różę na zielonej łodyżce z dwoma listkami, usytuowaną na udzie - tuż przy pachwinie.
- Ha? - spytała, biorąc się pod boki. Jej sięgające niemal łokci bransolety błysnęły brylantowo. - Co powiecie?
- Śliczności! - parsknął Kayleigh, odgarniając włosy. Hotsporn zauważył, że Szczur nosił kolczyki w przekłutych małżowinach usznych. Nie ulegało wątpliwości, że wkrótce takie kolczyki będą - podobnie jak nabijana metalem skóra - w modzie wśród złotej młodzieży w Thurn i w całym Geso.
- Twoja kolej, Falka - powiedziała Mistle. - Co każesz sobie wykłuć?
Falka dotknęła jej uda, pochyliła się i przyjrzała tatuażowi. Z bliska. Mistle pieszczotliwie poczochrała jej popielate włosy. Falka zachichotała i bez żadnych ceregieli zaczęła się rozbierać.
- Chcę taką samą różę - oznajmiła. - W tym samym miejscu, co u ciebie, kochana.

*****

- Ależ myszy tu u ciebie, Vysogoto - Ciri przerwała opowieść, patrząc na podłogę, gdzie w kręgu rzucanego przez kaganek światła trwał istny mysi turniej. Można było sobie jedyne wyobrazić, co działo się poza kręgiem, w ciemnościach.
- Przydałby ci się kot. Albo lepiej: dwa koty.
- Gryzonie - odchrząknął pustelnik - lezą do chałupy, bo zima nadciąga. A kota miałem. Ale powędrował gdzieś, niecnota, przepadł.
- Pewnie zagryzł go lis albo kuna.
- Nie widziałaś tego kota, Ciri. Jeśli coś go zagryzło, to smok. Nic mniejszego.
- Taki był? Ha, szkoda. On by tym myszom nie pozwolił łazić mi po łóżku. Szkoda.
- Szkoda. Ale ja myślę, że on wróci. Koty zawsze wracają.
- Dorzucę do ognia. Zimno.
- Zimno. Diabelnie chłodne teraz noce... A przecież to jeszcze nawet nie potowa października... Opowiadaj dalej, Ciri.
Ciri przez chwilę siedziała nieruchomo, zapatrzona. w palenisko. Ogień ożył na podrzuconym drewnie, zatrzeszczał, zahuczał, cisnął na oszpeconą twarz dziewczyny złoty blask i ruchliwe cienie.
- Opowiadaj.

*****



Mistrz Almavera kłuł, a Ciri czuła, jak łzy wiercą się jej w kącikach oczu. Choć przezornie oszołomiła się przed zabiegiem winem i białym proszkiem, ból był nieznośny. Zaciskała zęby, by nie pojękiwać. Ale nie jęczała, ma się rozumieć, udawała, że nie zwraca uwagi na igły, a ból ma w, pogardzie. Starała się jak gdyby nigdy nic brać udział w rozmowie, jaką Szczury wiodły z Hotspornem, osobnikiem pragnącym uchodzić za kupca, a który - oprócz faktu, że żył z handlowców - nic wspólnego z handlem nie miał.
- Ciemne chmury ściągnęły nad wasze głowy - mówił Hotsporn, wodząc po twarzach Szczurów ciemnymi oczyma. - Nie dość, że poluje na was prefekt z Amarillo, mało, że Vamhagenowie, mało, że baron Casadei...
- Ten? - wykrzywił się Giselher. - Prefekta i Vamhagenów rozumiem, ale czego ten jakiś Casadei na nas zawzięty?
- Okręcił się wilk owczą skórą - uśmiechnął się Hotsporn - i beczy żałośnie, bee, bee, nikt mnie nie lubi, nikt omie nie rozumie, gdzie się nie pokażę, kamieniami rzucają, "huź - ha" krzyczą, za co tak, za co taka krzywda i niesprawiedliwość? Córka barona Casadei, drogie Szczury, po przygodzie nad rzeczką Pliszką do dziś dnia słabuje, gorączkuje...
- Aaaa - przypomniał sobie Giselher. - Kareta z czwórką tarantów! To ta panna?
- Ta. Teraz, jakem mówił, choruje, w nocy z krzykiem się zrywa, pana Kayleigha wspomina... Ale osobliwie pannę Falkę. I broszkę, pamiątkę po mamusi nieboszczce, którą to broszkę panna Falka przemocą jej z sukienki zdzierała. Słowa różne przy tym powtarzając.
- To wcale nie o to idzie! - wrzasnęła ze stołu Ciri, mając okazję wrzaskiem odreagować ból. - Okazaliśmy baronównie kontempt i despekt, pozwalając, by na sucho uszła! Trzeba było wychędożyć pannicę!
- W samej rzeczy - Ciri czuła wzrok Hotsporna na swych gołych udach. - Wielki to zaiste dyshonor, nie wychędożyć. Nie dziwota, że obrażony Casadei skrzyknął zbrojną hassę, wyznaczył nagrodę. Zaklinał się publicznie, że wszyscy zawiśniecie głowami w dół z kroksztynów na murach jego zamku. Zapowiedział też, że za ową zdartą z córki broszkę z panny Falki zedrze skórę. Pasami.
Ciri zaklęła, a Szczury zaryczały dzikim śmiechem. Iskra kichnęła i okropnie się usmarkała - fisstech drażnił jej śluzówkę.
- My te pościgi lekce sobie ważymy - oznajmiła, wycierając szalikiem nos, usta, podbródek i stół. - Prefekt, baron, Vamhageny! Ścigają, ale nie dościgną! My jesteśmy Szczury! Za Veldą zrobiliśmy trzy zygzaki i teraz ci durnie w piętkę gonią, wstecz zimnego tropu. Nim się połapią, będą za daleko, by zawracać.
- A niechby i zawrócili! - rzekł zapalczywie Asse, który jakiś czas temu przyszedł z warty, na której nikt go nie zastąpił i nie zamierzał zastąpić. - Poszczerbim ich i tyle!
- Pewnie! - krzyknęła ze stołu Ciri, zapomniawszy już, jak zeszłej nocy wiali przed pogonią przez wioski nad Veldą i jakiego miała wtedy stracha.
- Dobra - Giselher walnął otwartą dłonią w stół, raptownie kładąc kres hałaśliwej gadaninie. - Gadaj, Hotsporn. Bo przecież widzę, że chcesz nam o czymś powiedzieć, o czymś ważniejszym od prefekta, Vamhagenów, barona Casadei i jego wrażliwej córeczki.
- Bonhart idzie waszym tropem.
Zapadła cisza, niezwykle długa. Nawet mistrz Almavera przestał na chwilę kłuć.
- Bonhart - powtórzył przeciągle Giselher. - Stary siwy szubrawiec. Musieliśmy komuś fest dokuczyć.
- Komuś bogatemu - stwierdziła Mistle. - Nie każdego stać na Bonharta.
Ciri już miała spytać, kim jest ów Bonhart, ale uprzedzili ją - prawie jednocześnie, jednym głosem - Asse i Reef.
- To łowca nagród - wyjaśnił ponuro Giselher. - Dawniej podobno żołnierką się parał, potem wędrownym handlem, wreszcie wziął się za zabijanie ludzi dla nagrody. To sukinsyn, jakich mało.
- Gadają - powiedział dość niefrasobliwie Kayleigh - że gdyby wszystkich, których Bonhart zaciukał, na jednym żalniku chcieć pochować, musiałby żalnik mieć z pół morgi.
Mistle nasypała szczyptę białego proszku w zagłębienie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, ostro wciągnęła do nosa.
- Bonhart rozbił hanzę Dużego Lothara - powiedziała. - Zasiekł jego i jego brata, tego, co go wołali Muchomorek.
- Powiadają: ciosem w plecy - dorzucił Kayleigh.
- Zabił też Valdeza - dodał Giselher. - A gdy Valdez zginął, rozpadła się jego hanza. Jedna z lepszych była. Porządna, ostra hulajpartia. Druhy dobre. Myślałem swego czasu przystać do nich. Zanim myśmy się spiknęli.
- Wszystko prawda - rzekł Hotsporn. - Takiej hanzy jak hanza Valdeza drugiej nie było i nie będzie. Pieśń śpiewają o tym, jak wyrwali się obławie pod Sardą. Ot, głowy bujne, ot, kawalerska fantazja! Mało komu z nimi w paragon iść.
Szczury zamilkły nagle i utkwiły w nim oczy, błyszczące i złe.
- Myśmy - wycedził po chwili ciszy Kayleigh - w szóstkę przedarli się kiedyś przez szwadron nilfgaardzkiej jazdy!
- Odbiliśmy Kayleigha Nissirom! - warknął Asse.
- Z nami - zasyczał Reef - też nie każdemu w paragon!
- Tak jest, Hotsporn - wypiął pierś Giselher. - Nie gorsze Szczury od żadnej innej hulajpartii, nie gorsze i od Valdezowej hanzy. Kawalerska fantazja, mówiłeś? To ja ci coś o panieńskiej fantazji opowiem. Iskra, Mistle i Falka we trzy, jak tu siedzą, przejechały w biały dzień środkiem miasteczka Druigh, a wywiedziawszy się, że stoją w traktierni Vamhagenowie, przecwałowały przez traktiernię! Na wskroś! Wjechały od frontu, wyjechały od podwórza.
A Varnhagenowie zostali z otwartymi gębami, nad pobitymi kuflami i rozlanym piwskiem. Powiesz może, że to mała fantazja?
- Nie powie - uprzedziła odpowiedź Mistle, uśmiechając się złośliwie. - Nie powie, bo wie, kto zacz Szczury. Jego gildia też to wie.
Mistrz Almavera skończył tatuować. Ciri podziękowała z dumną miną, ubrała się i dosiadła do kompanii. Prychnęła, czując na sobie dziwny, taksujący - i jakby kpiący - wzrok Hotsporna. Łypnęła na niego złym okiem, manifestacyjnie przytulając się do ramienia Mistle. Zdążyła już wypraktykować, że takie manifestacje peszą i skutecznie chłodzą zapały panów, którym w głowie były amory. W przypadku Hotsporna działała nieco na wyrost, bo niby - kupiec nie był w tym względzie natrętny.
Hotsporn był dla Ciri zagadką. Widziała go przedtem tylko jeden jedyny raz, resztę opowiedziała jej Mistle. Hotsporn i Giselher, wyjaśniła, znają się i kumają od dawna, mają umówione sygnały, hasła i miejsca spotkań. Podczas tych spotkań Hotsporn daje informacje - i wtedy jedzie się na wskazany trakt i napada na wskazanego kupca, konwój lub karawanę. Niekiedy zabija się wskazaną osobę. Zawsze też umawiany jest znak - na kupców z takim znakiem na wozach napadać nie wolno.
Ciri początkowo była zdumiona i lekko rozczarowana - patrzyła na Giselhera jak w tęczę, miała Szczury za wzór swobody i niezależności, sama pokochała tę swobodę, tę pogardę dla wszystkiego i wszystkich. Aż tu niespodzianie przyszło wykonywać robotę na zamówienie. Jak najemnym zbirom, ktoś rozkazywał im, kogo bić. Mało tego - ktoś kogoś zakazywał im bić, a oni słuchali, spuściwszy uszy.
Coś za coś, wzruszyła ramionami indagowana Mistle. Hotsporn wydaje nam rozkazy, ale i daje informacje, dzięki którym przeżywamy. Swoboda i pogarda mają swoje granice. W końcu zawsze jest tak, że jest się czyimś narzędziem. Takie jest życie, Sokoliczko.
Ciri była zdziwiona i rozczarowana, ale przeszło jej szybko. Uczyła się. Także tego, by nie dziwić się za dużo i za dużo nie oczekiwać - bo wtedy rozczarowanie bywa mniej dotkliwe.
- Ja, drogie Szczury - mówił tymczasem Hotsporn - miałbym remedium na wszystkie wasze kłopoty. Na Nissirów, baronów, prefektów, na Bonharta nawet. Tak, tak. Bo choć zaciska się na waszych szyjach arkan, ja miałbym sposób na to, by się z pętli wyśliznąć.
Iskra parsknęła, Reef zarechotał. Ale Giselher uciszył ich gestem, pozwolił Hotspomowi kontynuować.
- Wieść głosi - powiedział po chwili kupiec - że lada dzień ogłoszona będzie amnestia. Jeśli nawet na kim ciąży kondemnata, ba, jeśli nawet nad kimś stryczek wisi, będzie miał darowane, jeśli tylko się ujawni i wyzna winy. Was też to dotyczy.
- Pieprzenie! - krzyknął Kayleigh, załzawiony nieco, bo właśnie wciągnął był do nosa szczyptę fisstechu. - Nilfgaardzka sztuczka, fortel! Nie nas, starych wróblów, na takie plewy chcieć brać!
- Powoli - powstrzymał go Giselher. - Nie gorączkuj się, Kayleigh. Hotsporn, jak go znamy, nie zwykł klimkiem rzucać ni z gęby cholewy czynić. Zwykł wiedzieć, co i dlaczego gada. Tedy pewnie wie i powie nam, skąd ta nagła nilfgaardzka łaskawość.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna