Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona4/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17
- Cesarz Emhyr - rzekł spokojnie Hotsporn - bierze małżonkę. Cesarzową wkrótce będziemy mieli w Nilfgaardzie. Dlatego amnestię mają ogłosić. Cesarz ponoć ogromnie szczęśliwy, więc i dla innych pragnie szczęścia.
- Gdzieś mam cesarskie szczęście - oznajmiła wyniośle Mistte. - A z amnestii pozwolę sobie nie skorzystać, bo mi coś ta nilfgaardzka łaska świeżym wiórem pachnie. Coś jakby pal w szpic strugali, he, he!
- Wątpię - wzruszył ramionami Hotsporn - by to był podstęp. To jest sprawa polityczna. I duża. Większa, niżli wy, Szczury, niźli wszystkie tutejsze hulajpartie do kupy wzięte. Tu o politykę chodzi.
- Znaczy, o co? - zmarszczył brwi Giselher. - Bom ni czarta nie zrozumiał.
- Mariaż Emhyra jest polityczny i polityczne sprawy mają być pomocą tego mariażu wygrane. Cesarz unię tworzy małżeństwem, chce jeszcze mocniej cesarstwo zjednoczyć, położyć kres pogranicznym tumultom, zaprowadzić pokój. Bo wiecie, z kim on się żeni? Z Cirillą, następczynią tronu Cintry.
- Kłamstwo! - wrzasnęła Ciri. - Bujda!
- Jakim czołem raczy panna Falka zadawać mi kłam?
- Hotsporn uniósł na nią oczy. - Czyżby była lepiej poinformowana?
- Pewnie!
- Ciszej, Falka - skrzywił się Giselher. - Kłuli cię na stole w kuperek, cicho byłaś, a teraz się drzesz? Co to za Cintra, Hotsporn? Co to za Cirillą? Czemu to niby ma być takie ważne?
- Cintra - wtrącił Reef, sypiąc sobie fisstech na palec - to państewko na północy, o które cesarstwo wojowało z tamtejszymi władykami. Ze trzy albo cztery lata temu to było.
- Zgadza się - potwierdził Hotsporn - Cesarscy podbili Cintrę i nawet przeszli rzekę Yarrę, ale później musieli się wycofać.
- Bo dostali lanie pod Wzgórzem Sodden - warknęła Ciri. - Wycofywali się tak, że mało gaci nie pogubili!
- Panna Falka, jak widzę, obeznana z historią najnowszą. Chwali się, chwali w tak młodym wieku. Wolno spytać, gdzie panna Falka do szkół uczęszczała?
- Nie wolno!
- Dosyć! - upomniał znowu Giselher. - Praw o tej Cintrze, Hotsporn. I o amnestii.
- Imperator Emhyr - rzekł kupiec - postanowił stworzyć z Cintry państwo bluszczowe...
- Jakie?
- Bluszczowe. Jak bluszcz, nie mogące istnieć bez potężnego pnia, wokół którego się owija. A pniem tym, oczywista, jest Nilfgaard. Już są takie państwa, weźmy choćby Metinnę, Maecht, Toussaint... Królują tam lokalne dynastie. Na niby, ma się rozumieć.
- To się nazywa pazerna automonia - pochwalił się Reef. - Słyszałem.
- Problem z ową Cintrą wszelakoż był taki, że tamtejsza królewska linia wygasła...
- Wygasła?! - z oczu Ciri, zdawałoby się, sypną się za chwilę zielone iskry. - Ładnie mi wygasła! Nilfgaardczycy zamordowali królową Calanthe! Zwyczajnie zamordowali!
- Przyznaję - Hotsporn gestem pohamował Giselhera, zamierzającego znów zgromić Ciri za wtrącanie się - że ustawicznie błyska nam tu panna Falka wiedzą. Królowa Cintry faktycznie poległa w czasie wojny. Zginęła też, jak mniemano, jej wnuczka Cirilla, ostatnia z królewskiej krwi. Tedy nie bardzo miał Emhyr z czego zrobić owej, jak to mądrze rzekł pan Reef, pozornej autonomii. Aż tu nagle ni z tego, ni z owego owa Cirilla odnalazła się.
- Bajeczki to są jakieś - parsknęła Iskra, opierając się o ramię Giselhera.
- Rzeczywiście - kiwnął głową Hotsporn. - Trochę to jak w bajce, trzeba przyznać. Mówią, że ową Cirillę zła czarownica więziła gdzieś na dalekiej Północy, w magicznej wieży. Ale udało się jej, Cirilli, nie wieży, zbiec i poprosić o azyl w cesarstwie.
- To jest jedna wielka, cholerna, nieprawdziwa bujda i bzdura! - rozdarła się Ciri, roztrzęsionymi rękoma sięgając po puzdereczko z fisstechem.
- Zaś imperator Emhyr, jak głosi fama - ciągnął nie speszony Hotsporn - gdy tylko ją ujrzał, zakochał się w niej bez pamięci i chce pojąć za żonę.
- Sokoliczka ma rację - powiedziała twardo Mistle, akcentując wypowiedz walnięciem pięścią w stół. - To jest cholerna bzdura! Za cholerną cholerę pojąć nie mogę, o co tu chodzi. Jedno jest pewne: opierać na tej bzdurze nadzieje na nilfgaardzką łaskę byłoby jeszcze większą bzdurą.
- Tak jest! - poparł ją Reef. - Nic nam po cesarskim ożenku. Choćby nie wiem z kim się cesarz żenił, na nas zawsze będzie inna narzeczona czekała. Konopna!
- Nie w waszych szyjach sprawa, drogie Szczury - przypomniał Hotsporn. - To jest polityka. Na północnych rubieżach cesarstwa wciąż rebelie, bunty i ruchawki, zwłaszcza w owej Cintrze i okolicach. A pojmie imperator za żonę dziedziczkę Cintry, to Cintra się uspokoi. Będzie uroczysta amnestia, to rebelizanckie partie zejdą z gór, przestaną cesarskich szarpać i dyzgusty czynić. Ba, jeśli Cintryjka zasiądzie na cesarskim tronie, to buntownicy wstąpią do cesarskiej armii. A wiecie wszak, że na północy, za rzeką Yarrą, trwa wojna, każdy żołnierz się liczy.
- Aha - wykrzywił się Kayleigh. - Teraz pojąłem! Taka to amnestia! Dadzą do wyboru: tu pal zaostrzony, tu cesarskie barwy. Albo pal w rzyć, albo barwy na grzbiet. I na wojenkę, umierać za imperium!
- Na wojence - powiedział wolno Hotsporn - w istocie bywa różnie, jak to w tej piosence. Wszelakoż nie wszystkim mus wojować, drogie Szczury. Możliwy jest, oczywiście po spełnieniu warunków amnestii, to jest ujawnieniu się i wyznaniu win, pewien rodzaj... służby zastępczej.
- Czego?
- Ja wiem, w czym rzecz - zęby Giselhera błysnęły krótko w ogorzałej, sinej od zgolonego zarostu gębie. - Gildia kupiecka, dzieci, miałaby chęć przygarnąć nas. Przytulić i przyhołubić. Jak pani matka.
- Kurwa mać raczej - burknęła pod nosem Iskra. Hotsporn udał, że nie słyszał.
- Masz w pełni słuszność, Giselher - powiedział zimno. - Gildia może, jeśli zechce, zatrudnić was. Oficjalnie dla odmiany. I przyhołubić. Dać ochronę. Też oficjalnie i też dla odmiany.
Kayleigh chciał coś powiedzieć, Mistle chciała coś powiedzieć, ale szybkie spojrzenie Giselhera odebrało obojgu mowę.
- Przekaż gildii, Hotsporn - powiedział lodowato herszt Szczurów - że za ofertę jesteśmy wdzięczni. Podumamy, zastanowimy się, pogadamy. Uradzimy, co uczynić.
Hotsporn wstał.
- Jadę.
- Teraz, na noc?
- Przenocuję we wsi. Tu mi jakoś nieporęcznie. A jutro prościutko do granicy z Metinną, potem głównym gościńcem do Forgeham, gdzie zabawię do Ekwinokcjum, a kto wie, czy nie dłużej. Będę tam bowiem oczekiwał na takich, co już się zastanowili, gotowi są ujawnić się i pod moją opieką czekać amnestii. I wy też nie mitrężcie, radzę dobrze, z zastanawianiem się i dumaniem. Bo gotów Bonhart amnestię wyprzedzić.
- Ciągle nas straszysz tym Bonhartem - rzekt wolno Giselher, wstając również. - Myślałby kto, że łotr już za węgłem... A on pewnie za górami, za lasami...
- ...w Zazdrości - dokończył spokojnie Hotsporn. - W zajeździe "Pod Głową Chimery". Jakieś trzydzieści mil stąd. Gdyby nie wasze zygzaki nad Veldą, pewnie wpakowalibyście się na niego wczoraj. Ale was to nie frasuje, wiem. Bywaj, Giselher. Bywajcie, Szczury. Mistrzu Almavera? Jadę do Metinny, a zawsze chętny jestem kompanii w drodze... Co mówiłeś, mistrzu? Że chętnie? Tak myślałem. Pakuj więc twój kram. Zapłaćcie mistrzowi, Szczury, za jego artystyczny trud.
Stacja pocztowa pachniała smażoną cebulką i zalewajką, gotowaną przez żonę gospodarza stacji, czasowo wypuszczoną ze spiżamianego aresztu. Świeca na stole pryskała, tętniła, zamiatała wąsem płomienia. Szczury pochyliły się nad stołem tak, że płomień grzał ich niemal stykające się głowy.
- Jest w Zazdrości - mówił cicho Giselher. - W zajeździe "Pod Głową Chimery". Raptem dzień drogi stąd. Co o tym myślicie?
- To, co i ty - warknął Kayleigh. - Jedźmy tam i zabijmy skurwysyna.
- Pomścimy Valdeza - powiedział Reef. - I Muchomorka.
- I nie będą nas - zasyczała Iskra - różni Hotspornowie w oczy kłuć cudzą sławą i fantazją. Zakatrupimy tego Bonharta, tego trupojada, tego wilkołaka. Przybijemy jego głowę nad drzwiami oberży, żeby do nazwy pasowało! I żeby wszyscy widzieli, że nie charakternik, ale śmiertelny był, jak inni, i że w końcu na lepszych się porwał. Pokaże się, która hanza najlepsza od Korathu po Pereplut!
- Pieśni zaśpiewają o nas po jarmarkach! - rzekł zapalczywie Kayleigh. - Ba, i po zamkach!
- Jedźmy - Asse palnął w blat dłonią - Jedźmy i zabijmy drania.
- A później - zastanowił się Giselher - pomyślimy o owej amnestii... O Gildii... Czego gębę wykrzywiasz, Kayleigh, jakbyś pluskwę rozgryzł? Po piętach nam depczą, a zima idzie. Myślę tak, Szczurki: przezimujemy, grzejąc dupy przy kominie, amnestią od chłodu nakryci, amnestyjne grzane piwo pociągając. Wytrwamy w tej amnestii przyzwoicie i grzecznie... tak jakoś do wiosny. A wiosną... Gdy trawka spod śniegu wyjrzy...
Szczury zaśmiały się chórem, cicho, złowieszczo. Oczy gorzały im jak prawdziwym szczurom, gdy nocą, w ciemnym zaułku podchodzą do rannego, niezdolnego się bronić człowieka.
- Wypijmy - rzekł Giselher - Bonhartowi na pohybel! Zjedzmy tej zupy, a potem spać. Wypocząć, bo do dnia ruszymy.
- Jasne - parsknęła Iskra. - Bierzcie przykład z Mistle i Falki, te już od godziny w łóżku.
Żona gospodarza stacji pocztowej zadygotała przy saganie, znowu słysząc od stołu cichy, zły, paskudny chichot.

*****

Ciri uniosła głowę, przez dłuższą chwilę milczała, zapatrzona w ledwo pełgający płomyk kaganka, w którym wypalała się już reszteczka tranu.
- Wymknęłam się wtedy ze stacji jak złodziejka - podjęła opowieść. - Nad ranem, w zupełnych ciemnościach... Ale nie zdołałam uciec niepostrzeżenie. Mistle musiała przebudzić się, gdy wstawałam z łóżka. Przydybała mnie w stajni, gdy siodłałam konia. Ale nie okazała zdziwienia. I wcale nie próbowała mnie zatrzymać... Zaczynało już świtać...
- Teraz też niezbyt daleko do świtu - ziewnął Vysogota. - Czas spać, Ciri. Jutro wznowisz opowieść.
- Może i masz słuszność - ziewnęła również, wstała, przeciągnęła się mocno. - Bo i mnie już powieki ciążą. Ale w tym tempie, pustelniku, to ja nigdy nie skończę. Ile to już wieczorów mamy za sobą? Co najmniej dziesięć. Obawiam się, że cała opowieść może zająć tysiąc i jedną noc.
- Mamy czas, Ciri. Mamy czas.

*****



- Przed kim chcesz uciec, Sokoliczko? Przede mną? Czy przed sobą?
- Skończyłam z uciekaniem. Teraz chcę coś dogonić. Dlatego muszę wrócić... tam, gdzie wszystko się zaczęło. Muszę. Zrozum to, Mistle.
- To dlatego... Dlatego byłaś dziś miła dla mnie. Po raz pierwszy od tylu dni... Ostatni pożegnalny raz? A potem zapomnieć?
- Ja cię nigdy nie zapomnę, Mistle.
- Zapomnisz.
- Nigdy. Przyrzekam ci. A to nie był ostatni raz. Odnajdę cię. Przyjadę po ciebie... Przyjadę poszóstną złotą karetą. Z orszakiem dworzan. Zobaczysz. Ja niedługo będę miała... możliwości. Duże możliwości. Sprawię, że odmieni się twój los... Zobaczysz. Przekonasz się, jak wiele będę mogła uczynić. Jak wiele zmienić.
- Wielkiej do tego trzeba by mocy - westchnęła Mistle. - I potężnej magii...
- I to też jest możliwe - Ciri oblizała wargi. - Magia też... Mogę odzyskać... Wszystko, co niegdyś straciłam, może wrócić... I znowu być moje. Obiecuję ci, zdziwisz się, gdy spotkamy się znowu.
Mistle odwróciła ostrzyżoną głowę, wpatrzyła się w błękitno - różowe smugi, które brzask wymalował już nad wschodnim krańcem świata.
- W samej rzeczy - powiedziała cicho. - Bardzo będę zdziwiona, jeśli się jeszcze kiedyś spotkamy. Jeśli jeszcze kiedyś cię zobaczę, malutka. Jedź już. Nie przeciągajmy tego.
- Czekaj na mnie - Ciri pociągnęła nosem. - I nie daj się zabić. Pomyśl o tej amnestii, o której mówił Hotsporn. Nawet gdyby Giselher i inni nie chcieli... Ty jednak pomyśl o tym, Mistle, Ta może być sposób na przetrwanie... Bo ja wrócę po ciebie. Przyrzekam.
- Pocałuj mnie.
Świtało. Rosła jasność, potęgowało się zimno.
- Kocham cię, Jemiołuszko.
- Kocham cię, Sokoliczko. Jedź już.
- Oczywiście, że nie wierzyła mi. Była przekonana, że stchórzyłam, że pognałam za Hotspornem, by szukać ratunku, błagać o tę amnestię, którą tak nas nęcił. Skąd mogła wiedzieć, jakie uczucia owładnęły mną, gdy słuchałam tego, co Hotsporn gadał o Cintrze, o mojej babce Calanthe... I o tym, że jakaś "Cirilla" zostanie żoną cesarza Nilfgaardu. Tego samego cesarza, który babkę Calanthe zamordował. A za mną posłał tego czarnego rycerza z piórami na hełmie. Opowiadałam ci, pamiętasz? Na wyspie Thanedd, gdy wyciągnął po mnie rękę, utoczyłam mu krwi! Powinnam go wówczas zabić... Ale jakoś nie mogłam... Głupia byłam! A, co tam, może się zresztą tam na Thanedd wykrwawił i zdechł... Czemu tak na mnie patrzysz?
- Opowiadaj. Opowiedz, jak pojechałaś za Hotspornem, by odzyskać dziedzictwo. Odzyskać to, co ci się należało.
- Niepotrzebnie mówisz z przekąsem, niepotrzebnie drwisz. Tak, ja wiem, to było głupie, teraz to widzę, wtedy też... Ja mądrzejsza byłam w Kaer Morhen i w świątyni Melitele, tam wiedziałam, że to, co minęło, nie może już wrócić, że nie jestem już księżniczką Cintry, lecz kimś zupełnie innym, że żadnego dziedzictwa już nie mam, że to stracone i że trzeba się z tym pogodzić. Wyjaśniono mi to mądrze i spokojnie, a ja to przyjęłam. Też spokojnie. I nagle to zaczęło wracać. Najpierw, gdy mi próbowano w oczy zaświecić tytułem tej baronówny Casadei... Nigdy nie przejmowałam się takimi sprawami, a wtedy nagle wściekłam się, nosa zadarłam i nawrzeszczałam, że jestem jeszcze bardziej utytułowana i dużo lepiej urodzona. I od tamtej pory zaczęłam o tym myśleć. Czułam, jak rośnie we mnie gniew. Pojmujesz to, Vysogoto?
- Pojmuję.
- A opowieść Hotsporna dopełniła miary. Mało się nie zagotowałam od złości... Tyle mi dawniej gadali o przeznaczeniu... A tu z tego przeznaczenia ma korzystać ktoś inny, dzięki zwykłemu szalbierstwu. Ktoś się podał za mnie, za Ciri z Cintry, i będzie miał wszystko, będzie opływał w luksusy... Nie, nie mogłam myśleć o niczym innym... Nagle uświadomiłam sobie, że nie dojadam, że marznę, sypiając pod gołym niebem, że myć intymne miejsca muszę w lodowatych strumieniach... Ja! Ja powinnam mieć wannę ze złotej blachy! Wodę pachnącą spikanardem i różami! Ogrzewane ręczniczki! Czystą pościel! Rozumiesz, Vysogoto?
- Rozumiem.
- Nagle byłam gotowa pojechać do najbliższej prefektury, do najbliższego fortu, do tych Czarnych Nilfgaardczyków, których tak się bałam i których tak nienawidziłam... Byłam gotowa powiedzieć: "To ja jestem Ciri, wy nilfgaardzkie matoły, to mnie powinien wziąć za żonę wasz głupi cesarz, podetkali waszemu cesarzowi jakąś bezczelną oszustkę, a ten idiota nie poznał się na szachrajstwie". Byłam tak zawzięta, że zrobiłabym to, gdyby była okazja. Bez zastanowienia. Rozumiesz, Vysogoto?
- Rozumiem.
- Na szczęście, ochłonęłam.
- Na wielkie twoje szczęście - poważnie kiwnął głową. - Sprawa tego cesarskiego ożenku nosi wszelkie znamiona afery stanu, walk stronnictw albo frakcji. Gdybyś się ujawniła, psując szyki jakimś wpływowym siłom, nie uniknęłabyś sztyletu lub trucizny.
- Też to pojęłam. I zapamiętałam. Dobrze zapamiętałam. Wyznać, kim jestem, oznaczało śmierć. Miałam sposobność przekonać się o tym. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Milczeli jakiś czas, pracując przy skórkach. Przed kilkoma dniami połów udał się nadspodziewanie dobrze, w pułapki i wnyki wpadło wiele piżmaków i nutrii, dwie wydry i jeden bóbr. Mieli więc mnóstwo roboty.
- Dogoniłaś Hotsporna? - spytał wreszcie Vysogota.
- Dogoniłam - Ciri otarła czoło rękawem. - Nawet szybko, bo on nie spieszył się w drodze. I wcale się nie zdziwił, gdy mnie zobaczył!
- Panna Falka! - Hotsporn ściągnął wodze, tanecznie obrócił karą klacz. - Cóż za przyjemna niespodzianka! Chociaż przyznam, że wcale nie tak wielka. Spodziewałem się, nie kryję, że się spodziewałem. Wiedziałem, że panna dokonasz wyboru. Mądrego wyboru. Dostrzegłem błysk inteligencji w panny przepięknych i pełnych uroku oczach.
Ciri podjechała bliżej, tak, że niemal zetknęli się strzemionami. Potem odcharknęła przeciągle, pochyliła się i splunęła na piasek gościńca. Nauczyła się pluć w taki sposób - ohydny, ale skuteczny, gdy trzeba było ostudzić czyjś uwodzicielski zapał.
- Rozumiem - uśmiechnął się lekko Hotsporn - że chcesz skorzystać z amnestii?
- Źle rozumiesz.
- Czemu mam zatem przypisać radość, jaką sprawia mi widok urodziwego liczka panny?
- A mus, żeby było czemu? - prychnęła. - Gadałeś na stacji, żeś chętny kompanii w drodze.
- Niezmiennie - uśmiechnął się szerzej. - Ale jeśli mylę się w sprawie amnestii, to nie jest pewne, czy w kompanii będzie nam po drodze. Znajdujemy się, jak panna widzi, na rozstajach dróg. Rozdroże, cztery strony świata, konieczność wyboru... Symbolika, jak w tej znanej legendzie. Na wschód pojedziesz, nie wrócisz... - Na zachód pojedziesz, nie wrócisz... Na północ... Hmmm... Na północ od tego słupa jest amnestia...
- Wypchać się każ twoją amnestią.
- Co tylko panna rozkaże. Dokąd zatem, jeśli wolno spytać, droga prowadzi? Którą z dróg symbolicznego rozdroża? Mistrz Almavera, artysta igły, popędził swe muły na zachód, ku miasteczku Fano. Wschodni gościniec prowadzi do osady Zazdrość, ale ja bardzo bym ten kierunek odradzał...
- Rzeka Yarra - powiedziała wolno Ciri - o której mówiło się na stacji, to nilfgaardzka nazwa rzeki Jarugi, prawda?
- Taka panna uczona - pochylił się, zajrzał jej w oczy - a nie wie tego?
- Nie możesz po ludzku odpowiedzieć, gdy po ludzku pytają?
- Żartowałem przecie, po co zaraz się gniewać? Tak, to ta sama rzeka. Po elfiemu i po nilfgaardzku Yarra, na północy Jaruga.
- A ujście tejże rzeki - ciągnęła Ciri - to Cintra?
- Tak jest. Cintra.
- Stąd, gdzie teraz jesteśmy, jak daleko do Cintry? Ile mil?
- Niemało. I zależy, w jakich milach liczyć. Każda bez mała nacja ma inne, nietrudno o pomyłkę. Wygodniej, metodą wszystkich wędrownych kupców, liczyć takie dystanse w dniach. Żeby stąd dojechać do Cintry, trzeba jakichś dwudziestu pięciu, trzydziestu dni.
- Którędy? Prosto na północ?
- Bardzo coś panna Falka tej Cintry ciekawa. Czemu?
- Na tron tamtejszy chcę wstąpić.
- Dobrze, dobrze - Hotsporn uniósł dłoń obronnym gestem. - Delikatną aluzję zrozumiałem, nie będę już zadawał pytań. Najprostsza droga do Cintry paradoksalnie nie wiedzie prosto na północ, bo przeszkadzają bezdroża i bagniste pojezierza. Najpierw trzeba by skierować się ku miastu Forgeham, a później jechać na północny zachód, do Metinny, stolicy identycznie nazywającego się kraju. Potem należałoby jechać przez równinę Mag Deira, kupieckim szlakiem aż do miasta Neunreuth. Dopiero stamtąd skierować się trzeba na szlak północny, wiodący doliną rzeki Yeleny. Stamtąd już łatwo trafić: szlakiem bez przerwy ciągną oddziały i transporty wojskowe, przez Nazair i Schody Mamadalu, przełęcz wiodącą na północ do Doliny Mamadal. A Dolina Mamadal to już Cintra.
- Hmmm... - Ciri wpatrzyła się w zamglony horyzont, w rozmazaną linię czarnych wzgórz. - Do Forgeham, a później na północny zachód... To znaczy... Którędy?
- Wie panna co? - Hotsporn uśmiechnął się lekko. - Ja właśnie ku Forgeham się kieruję, a potem do Metinny. O, tą dróżką, co się między sosenkami piaskiem złoci. Niechaj panna jedzie ze mną, a nie pobłądzi. Amnestia amnestią, ale miło mi będzie z tak uroczą panną podróżować.
Ciri zmierzyła go najzimniejszym wzrokiem, na jaki było ją stać. Hotsporn przygryzł wargę w szelmowskim uśmiechu.
- Jakże więc?
- Jedźmy.
- Brawo, panno Falko. Mądra decyzja. Mówiłem, panna tyleż mądra, co piękna.
- Przestań tytułować mnie panną, Hotsporn. W twoich ustach brzmi to jakoś obraźliwie, a ja nie pozwalam się bezkarnie obrażać.
- Co tylko panna rozkaże.

*****



Piękny świt nie spełnił oczekiwań, wprowadził w błąd. Dzień, który po nim nastąpił, był szary i mokry. Wilgotna mgła skutecznie przyćmiewała jaskrawość jesiennego listowia pochylonych nad drogą drzew płonących tysiącem odcieni ochry, czerwieni i żółci.
W wilgotnym powietrzu pachniało korą i grzybami. Jechali stępa po dywanie opadłych liści, ale Hotsporn często popędzał swą karą klacz do lekkiego kłusa lub galopu. Ciri wówczas przyglądała się z zachwytem.
- Czy ona ma jakieś imię?
- Nie - błysnął zębami Hotsporn. - Ja traktuję wierzchowce użytkowo, zmieniam je bardzo często, nie przywiązując się. Nadawanie koniom imion, jeśli nie prowadzi się stadniny, uważam za pretensjonalne. Zgodzisz się ze mną? Koń Wronek, pies Burek, a kot Mruczek. Pretensjonalne!
Ciri nie podobały się jego spojrzenia i wieloznaczne uśmiechy, a zwłaszcza lekko drwiący ton, jakim zagadywał i odpowiadał na pytania. Przyjęła zatem prostą taktykę - milczała, mówiła półsłówkami, nie prowokowała. Jeśli się dało. Nie zawsze się dało. Zwłaszcza gdy gadał o tej swojej amnestii. Gdy zaś po raz kolejny - i dość ostro - wyraziła niechęć, Hotsporn zaskakująco zmienił front: zaczął nagle dowodzić, że w jej przypadku amnestia jest zbędna, wręcz jej nie dotyczy. Amnestia obejmuje przestępców, powiedział, nie zaś ofiary przestępstw. Ciri ryknęła śmiechem.
- Sam jesteś ofiara, Hotsporn!
- Mówiłem najzupełniej poważnie - zapewnił. - Nie po to, by wzbudzić twą ptaszęcą wesołość, lecz by zasugerować ci sposób na ocalenie skóry w przypadku pojmania. Ma się rozumieć, że na barona Casadei coś takiego nie podziała, także od Vamhagenów nie masz co oczekiwać klemencji, ci w najkorzystniejszym dla ciebie razie zlinczują cię na miejscu, szybko i, jak dobrze pójdzie, bezboleśnie. Gdybyś jednak wpadła w ręce prefekta i stanęła przed surowym, lecz sprawiedliwym obliczem cesarskiego prawa... Ha, wówczas sugerowałbym taką właśnie linię obrony: zalejesz się łzami i oświadczysz, że jesteś niewinną ofiarą splotu okoliczności.
- A kto w to uwierzy?
- Każdy - Hotsporn pochylił się w kulbace, zajrzał jej w oczy. - Bo taka jest przecież prawda. Ty przecież jesteś niewinną ofiarą, Falko. Nie masz jeszcze szesnastu lat, według praw cesarstwa jesteś niepełnoletnia. W bandzie Szczurów znalazłaś się przypadkowo. Nie twoją jest winą, że wpadłaś w oko jednej z bandytek, Mistle, której nienaturalne upodobania nie są żadną tajemnicą. Zostałaś przez Mistle zdominowana, wykorzystana seksualnie i zmuszona do...
- No i wyjaśniło się - przerwała Ciri, sama dziwiąc się swemu spokojowi. - Nareszcie wyjaśniło się, o co ci chodzi, Hotsporn. Widywałam już takich jak ty.
- Doprawdy?
- Jak każdemu kogucikowi - nadal była spokojna - grzebyk ci się podnosi na myśl o mnie i o Mistle. Jak każdemu głupiemu samczykowi świta ci w głupim łbie myśl, by spróbować wyleczyć mnie z przeciwnej naturze choroby, nawrócić zboczoną na drogę prawdy. A wiesz, co w tym wszystkim jest wstrętne i przeciwne naturze? Takie myśli właśnie!
Hotsporn przyglądał się jej w milczeniu i z dość zagadkowym uśmieszkiem na wąskich wargach.
- Moje myśli, droga Falko - rzeki po chwili - może i nie są przyzwoite, może i nie są ładne, ba, w sposób oczywisty nie są niewinne... Ale, na bogów, są one zgodne z naturą. Z moją naturą. Czynisz mi despekt, mniemając, że mój pociąg ku tobie ma podłoże w jakiejś... perwersyjnej ciekawości. Ha, czynisz również sobie samej despekt, nie zauważając lub nie chcąc przyjąć do wiadomości faktu, że twój zniewalający urok i niecodzienna uroda są w stanie rzucić na kolana każdego mężczyznę. Że czar twego spojrzenia...
- Słuchaj, Hotsporn - przerwała. - Czy ty dążysz to tego, by się ze mną przespać?
- Cóż za inteligencja - rozłożył ręce. - Po prostu brak mi słów.
- To ja ci pomogę. - Lekko popędziła konia, by móc spojrzeć na niego przez ramię. - Bo ja mam słów dostatek. Czuję się zaszczycona. W każdych innych warunkach, kto wie... Gdyby to był kto inny, ha! Lecz ty, Hotsporn, w ogóle mi się nie podobasz. Nic, ale po prostu nic mnie w tobie nie pociąga. A nawet, powiedziałabym, odwrotnie jest: wszystko mnie od ciebie odstręcza. Sam widzisz, że w takich warunkach akt płciowy byłby aktem przeciwnym naturze.
Hotsporn roześmiał się, też popędzając konia. Kara klacz zatańczyła na dukcie, wdzięcznie unosząc kształtną głowę. Ciri zawierciła się w siodle, walcząc z dziwnym uczuciem, które nagle ożyło w niej, ożyło gdzieś głęboko w dole brzucha, ale szybko i wytrwale rwało się na zewnątrz, na drażnioną ubraniem skórę. Powiedziałam mu prawdę, pomyślała. On mi się nie podoba, do diabła, to jego koń mi się podoba, ta kara klacz. Nie on, lecz koń... Co za cholerna głupota! Nie, nie, nie! Nie biorąc nawet pod uwagę Mistle, byłoby śmiesznym i głupim ulec mu tylko dlatego, że podnieca mnie widok tańczącej na trakcie karej klaczy.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna