Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona5/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17
Hotsporn pozwolił jej podjechać, patrzył jej w oczy z dziwnym uśmieszkiem. Potem znowu szarpnął wodze, zmusił klacz do drobienia nogami, obrotów i tanecznego stąpania w bok. Wie, pomyślała Ciri, stary łajdak wie, co ja odczuwam.
Psiakrew. Jestem zwyczajnie ciekawa!
- Sosnowe igiełki - rzekł łagodnie Hotsporn, podjeżdżając bardzo blisko i wyciągając rękę - wczepiły ci się we włosy. Wyjmę je, jeśli pozwolisz. Dodam, że gest wypływa z mej galanterii, nie z perwersyjnych żądzy.
Dotyk - wcale ją to nie zdziwiło - sprawił jej przyjemność. Była jeszcze bardzo daleka od decyzji, ale dla pewności porachowała dni od ostatniego krwawienia. Tego nauczyła ją Yennefer - liczyć z wyprzedzeniem i z chłodną głową, bo potem, gdy robi się gorąco, występuje dziwna niechęć do liczenia połączona z tendencją do lekceważenia wyniku.
Hotsporn patrzył jej w oczy i uśmiechał się, zupełnie jak gdyby wiedział, że rachunek wypadł na jego korzyść. Gdyby jeszcze nie był taki stary, westchnęła ukradkiem Ciri. Ale on ma chyba ze trzydzieści lat...
- Turmaliny - palce Hotsporna delikatnie dotknęły jej ucha i kolczyka. - Ładne, ale tylko turmaliny. Z chęcią podarowałbym ci i przypiął szmaragdy. Bardziej drogocenne i intensywniej zielone, o ileż więc bardziej pasujące do twej urody i koloru oczu.
- Wiedz - wycedziła, patrząc na niego bezczelnie - że gdyby nawet przyszło co do czego, zażądałabym szmaragdów z góry. Bo pewnie nie tylko konie traktujesz użytkowo, Hotsporn. Bankiem po upojnej nocy przypominanie sobie mojego imienia jak nic uznałbyś za pretensjonalne. pies Burek, kot Mruczek, a panna: Maryśka!
- Na honor - zaśmiał się sztucznie. - Potrafisz zmrozić najbardziej gorące pragnienie, Królowo Śniegu.
- Miałam dobrą szkołę.
*****

Mgła podniosła się nieco, ale nadal było ponuro. I sennie. Senność została brutalnie przerwana przez wrzask i tupot. Zza dębów, które właśnie mijali, wypadli konni.


Obydwoje zadziałali tak szybko i w sposób tak zgrany, jakby ćwiczyli to tygodniami. Spięli i zawrócili konie, momentalnie poszli w galop, w cwał, we wściekły karier, przywierając do grzyw, nagląc wierzchowce krzykiem i uderzeniami pięt. Nad ich głowami zafurczaty lotki strzał, wzbił się krzyk, brzęk, tętent.
- W las! - krzyknął Hotsporn. - Skręcaj w las! W gąszcz.
Skręcili, nie zwalniając. Ciri płasko i jeszcze mocniej przywarła do końskiej szyi, bo chlaszczące w pędzie gałęzie groziły zwaleniem z siodła. Zobaczyła, jak bełt z kuszy odłupał szczapę z pnia mijanej olchy. Popędziła wrzaskiem konia, w każdej chwili oczekując uderzenia grotu w plecy. Jadący tuż przed nią Hotsporn stęknął nagle dziwnie.
Przesadzili głęboki wykrot, karkołomnie zjechali urwiskiem, w ciernistą gęstwinę. I wtedy nagle Hotsporn zsunął się z siodła i runął w żurawiny. Kara klacz zarżała, wierzgnęła, miotnęła ogonem i popędziła dalej. Ciri nie zastanawiała się. Zeskoczyła, trzepnęła swego konia po zadzie. Gdy pobiegł za karą klaczą, pomogła Hotspomowi wstać, obydwoje nurknęli w krzaki, w olszynę, przewrócili się, stoczyli po pochyłości i wpadli w wysokie paprocie na dnie jaru. Mech zamortyzował upadek.
Z góry, z urwiska, łomotały kopyta pogoni - szczęściem idącej wysokim lasem, za uciekającymi końmi. Ich zniknięcia wśród paproci, jak się zdawało, nie dostrzeżono.
- Co to za jedni? - syknęła Ciri, wygrzebując się spod Hotspoma i wytrząsając z włosów rozgniecione surojadki.
- Ludzie prefekta? Vamhagenowie?
- Zwykli bandyci... - Hotsporn wypluł liście. - Grasanci...
- Zaproponuj im amnestię - zgrzytnęła piaskiem w zębach. - Obiecaj im...
- Bądź cicho. Usłyszą.
- Hoooo! Hooooo! Tuutaaaaaj! - dobiegało z góry. - Z lewa zachooooodź! Z lewaaaaa!
- Hotsporn?
- Co?
- Masz krew na plecach.
- Wiem - odrzekł zimno, wyciągając zza pazuchy zwitek płótna i odwracając się do niej bokiem. - Wepchnij mi to pod koszulę. Na wysokość lewej łopatki...
- Gdzie dostałeś? Nie widzę bełtu...
- To był arbalet... Żelazny siekaniec, najprawdopodobniej ucięty hufnal. Zostaw, nie dotykaj. To jest tuż przy kręgosłupie...
- Psiakrew. Co więc mam zrobić?
- Zachować ciszę. Wracają.
Załomotały kopyta, ktoś przeszywająco gwizdnął. Ktoś wrzeszczał, nawoływał, rozkazywał komuś, by zawracał. Ciri nadstawiła uszu.
- Odjeżdżają - mruknęła. - Zaniechali pościgu. Nie złapali koni.
- To dobrze.
- My też ich nie złapiemy. Będziesz mógł iść?
- Nie będę musiał - uśmiechnął się, pokazując jej zapiętą na przegubie dość tandetnie wyglądającą bransoletkę. - Kupiłem tę błyskotkę razem z koniem. Jest magiczna. Klacz nosiła ją od źrebaka. Gdy pocieram, o, w ten sposób, to tak, jakbym ją przyzywał. Jakby słyszała mój głos. Przybiegnie tu. Trochę to potrwa, ale przybiegnie z pewnością. Przy odrobinie szczęścia twoja dereszka przybiegnie za nią.
- A przy odrobinie pecha? Odjedziesz sam?
- Falko - powiedział, poważniejąc. - Ja nie odjadę sam, ja liczę na twoją pomoc. Mnie trzeba będzie podtrzymywać w siodle. Palce u nóg już mi martwieją. Mogę stracić przytomność. Posłuchaj: ten wąwóz doprowadzi cię do doliny strumienia. Pojedziesz w górę, pod prąd, na północ. Zawieziesz mnie do miejscowości o nazwie Ttegamo. Tam znajdziemy kogoś, kto będzie umiał wyciągnąć mi żelastwo z pleców nie przyprawiając przy tym o śmierć lub paraliż.
- To jest najbliższa miejscowość?
- Nie. Bliżej jest Zazdrość, kotliną jakieś dwadzieścia mil, w stronę przeciwną, z biegiem strumienia. Ale tam nie jedź pod żadnym pozorem.
- Dlaczego?
- Pod żadnym pozorem - powtórzył, marszcząc twarz. - Nie chodzi tu o mnie, lecz o ciebie. Zazdrość to dla ciebie śmierć.
- Nie rozumiem.
- Nie musisz. Zaufaj mi po prostu.
- Giselherowi powiedziałeś...
- Zapomnij o Giselherze. Jeśli chcesz żyć, zapomnij o nich wszystkich.
- Dlaczego?
- Zostań ze mną. Dotrzymam obietnicy. Królowo Śniegu. Przystroję cię w szmaragdy... Obsypię cię nimi...
- Zaiste, świetna pora do żartów.
- Zawsze jest pora do żartów.
Hotsporn objął ją nagle, przycisnął ramieniem i zaczał rozpinać jej bluzkę. Bezceremonialnie, acz bez pośpiechu. Ciri odepchnęła rękę.
- Zaiste - warknęła. - Świetna pora i na to!
- Na to też każda pora jest dobra. Zwłaszcza dla mnie, teraz. Mówiłem ci, to kręgosłup. Jutro mogą pojawić się trudności... Co robisz? Ach, cholera...
Tym razem odepchnęła go mocniej. Za mocno. Hotsporn pobladł, zagryzł wargi, zastękał z bólu.
- Przepraszam. Ale jeśli ktoś jest ranny, powinien leżeć spokojnie.
- Bliskość twego ciała sprawia, że zapominam o bólu.
- Przestań, do cholery!
- Falko... Bądź miła dla człowieka cierpiącego.
- Będziesz cierpiący, jeśli nie zabierzesz ręki. Zaraz!
- Ciszej... Grasanci gotowi nas usłyszeć... Twoja skóra jest jak atłas... Nie wierć się, u licha.
Ach, do diabła, pomyślała Ciri, a niech tam. W końcu, jakie to ma znaczenie? Jestem ciekawa. Wolno mi być ciekawą. W tym nie ma żadnego uczucia. Potraktuję go użytkowo i tyle. I bezpretensjonalnie zapomnę.
Poddała się dotykowi i przyjemności, jaką przynosił. Odwróciła głowę, ale uznała to za przesadnie skromne i oszukańczo pruderyjne - nie chciała uchodzić za uwodzoną cnotkę. Spojrzała mu prosto w oczy, ale wydało się jej to zbyt śmiałe i wyzywające - takiej także nie chciała udawać. Przymknęła więc zwyczajnie powieki, objęła go za szyję i pomogła przy guzikach, bo szło mu niesporo i marnował czas.
Do dotyku palców dołączy! się dotyk warg. Była już bliska tego, by zapomnieć o całym świecie, gdy nagle Hotsporn znieruchomiał w bezwładzie. Przez chwilę leżała cierpliwie, pamiętała, że jest ranny i że rana musi mu dokuczać. Ale to trwało trochę zbyt długo. Jego ślina stygła jej na sutkach.
- Hej, Hotsporn? Śpisz?
Coś pociekło jej na pierś i bok. Dotknęła palcami. Krew.
- Hotsporn! - zepchnęła go z siebie. - Hotsporn, umarłeś?
Głupie pytanie, pomyślała. Przecież widzę. Przecież widzę, że umarł.

*****

- Umarł z głową na moich piersiach - Ciri odwróciła głowę. Żar z komina czerwono zagrał na jej okaleczonym policzku. Być może był tam też rumieniec. Vysogota nie był tego pewien.
- Jedyne, co wtedy czułam - dodała, nadal odwrócona - to rozczarowanie. Szokuje cię to?
- Nie. To akurat nie.
- Rozumiem. Staram się nie ubarwiać opowieści, niczego nie poprawiać. Niczego nie zatajać. Choć czasem mam ochotę, zwłaszcza na to ostatnie. - Pociągnęła nosem, podłubała knykciem w kąciku oka.
- Przywaliłam go gałęziami i kamieniami. Byle jak, wyznaję. Ściemniało, musiałam tam przenocować. Bandyci wciąż kręcili się w okolicy, słyszałam ich okrzyki i byłam już więcej niż pewna, że to nie byli zwyczajni bandyci. Nie wiedziałam tylko, na kogo polowali na mnie czy na niego. Musiałam jednak siedzieć cicho. Całą noc. Do świtu. Obok trupa. Brrr.
- O świcie - podjęła po chwili - po pościgu dawno przepadł słuch, a już mogłam wyruszyć. Miałam już wierzchowca. Magiczna bransoletka, którą zdjęłam z ręki Hotsporna, faktycznie działała. Kara klacz wróciła. Teraz należała do mnie. To był mój prezent. Jest taki zwyczaj na Wyspach Skellige, wiesz? Dziewczynie należy się kosztowny podarek od jej pierwszego kochanka. Co z tego, że mój umarł, zanim zdążył nim zostać?
Klacz łupnęła przednimi kopytami o ziemię, zarżała, stanęła bokiem, jakby każąc się podziwiać. Ciri nie mogła powstrzymać westchnienia zachwytu na widok tej delfiniej szyi, prostej i smukłej, ale mocno umięśnionej, małej kształtnej głowy o wypukłym czole, wysokiego kłębu, budowy zachwycającej proporcjonalnością.
Zbliżyła się ostrożnie, pokazując klaczy bransoletkę na napięstku. Klacz prychnęła przeciągle, stuliła ruchliwe uszy, ale pozwoliła chwycić za krężle i dała się pogłaskać po aksamitnym nosie.
- Kelpie - powiedziała Ciri. - Jesteś czarna i zwinna jak morska kelpie. Jesteś czarodziejska jak kelpie. Będziesz więc nazywać się Kelpie. I nie dbam, czy to pretensjonalne, czy nie.
Klacz zaparskała, postawiła uszy, strzepnęła jedwabistym ogonem, sięgającym pęcin. Ciri - lubiąca wysoki dosiad - skróciła rzemienie puślisk, obmacała nietypowe, płaskie siodło bez terlicy i kuli przedniego łęku. Dopasowała but do strzemienia i chwyciła konia za grzywę.
- Spokojnie, Kelpie.
Siodło, wbrew pozorom, było całkiem wygodne. I z oczywistych względów dużo lżejsze od zwykłych kawaleryjskich kulbak.
- Teraz - powiedziała Ciri, klepiąc klacz po gorącej szyi. - Zobaczymy, czy jesteś równie rącza, jak piękna. Czy jesteś prawdziwa dzianetka, czy tylko blenderka. Co powiesz na dwadzieścia mil galopu, Kelpie?

*****

Gdyby głęboką nocą ktoś zdołał cichaczem podkraść się do tej zagubionej wśród moczarów chaty z zapadniętą i obrośniętą mchem strzechą, gdyby zajrzał przez szpary w okiennicach, zobaczyłby siwobrodego starca słuchającego opowieści kilkunastoletniej dziewczyny o zielonych oczach i popielatych włosach.
Zobaczyłby, jak dogasający żar w palenisku ożywa i jaśnieje, jakby w przeczuciu tego, co będzie opowiedziane.
Ale to nie było możliwe. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Chata starego Vysogoty była dobrze ukryta wśród trzcin na moczarach. Na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

*****

- Dolina strumienia była równa, dogodna do jazdy, więc Kelpie szła jak wicher. Oczywiście, nie jechałam w górę, ale w dół rzeczki. Pamiętałam tę szczególną nazwę: Zazdrość. Przypomniałam sobie, co Hotsporn mówił na stacji do Giselhera. Pojęłam, dlaczego mnie ostrzegał przed tą osadą. W Zazdrości musiała być zasadzka. Gdy Giselher zbagatelizował ofertę amnestii i pracy dla gildii, Hotsporn celowo napomknął mu o kwaterującym w osadzie łowcy nagród. Wiedział, że taką przynętę Szczury połkną, że pojadą tam i wpadną w potrzask. Musiałam dotrzeć pod Zazdrość przed nimi, przeciąć im drogę, uprzedzić. Zawrócić. Wszystkich. Albo chociaż samą Mistle.
- Domyślam się - mruknął Vysogota - że ci się nie udało.
- Wówczas - powiedziała głucho - sądziłam, że w Zazdrości czeka liczny i uzbrojony po zęby oddział. W najśmielszych myślach mi nie postało, że ta zasadzka to jeden człowiek...
Zamilkła, zapatrzona w ciemność.
- Nie miałam też pojęcia, jaki to człowiek.

*****



Birka była niegdyś wsią bogatą, uroczą i nadzwyczaj malowniczo położoną - jej żółte strzechy i czerwone dachówki szczelnie wypełniały kotlinę o stromych, lesistych zboczach, zmieniających kolory w zależności od pory roku. Zwłaszcza jesienią widok Birki cieszył estetyczne oko i wrażliwe serce.
Było tak do czasu, gdy osada zmieniła nazwę. A stało się to tak:
Młody rolnik, elf z pobliskiej elfiej kolonii, kochał się na zabój w młynareczce z Birki. Młynareczka - figlareczka wyśmiała zaloty elfa i dalej intensywnie puszczała się z sąsiadami, znajomymi, a nawet krewnymi. Ci zaczęli podrwiwać sobie z elfa i jego ślepej jak kret miłości. Elf dość nietypowo, jak na elfa - eksplodował gniewem i zemstą, eksplodował strasznie. Którejś nocy przy sprzyjającym silnym wietrze podłożył ogień i puścił całą Birkę z dymem.
Zrujnowani pogorzelcy upadli na duchu. Jedni powędrowali w świat, inni popadli w nieróbstwo i pijaństwo. Pieniądze zbierane na odbudowę były regularnie defraudowane i przepijane, a osada przedstawiała teraz sobą obraz nędzy i rozpaczy: była zbiorowiskiem paskudnych i byle jak skleconych ruder pod gołym i czarno osmalonym zboczem kotliny. Przed pożarem Birka miała kształt owalny z centralnym ryneczkiem, teraz z nielicznych porządniej odbudowanych domów, spichrzy i gorzelni uformowało się coś w rodzaju długiej uliczki, którą zamykał front postawionego społecznym trudem zajazdu "Pod Głową Chimery" zarządzanego przez wdowę Goulue.
I od siedmiu lat nikt już nie używał nazwy Birka. Mówiło się: Ognista Zazdrość, dla skrótu - po prostu Zazdrość.
Uliczką Zazdrości jechały Szczury. Był chłodny, pochmurny, ponury poranek.
Ludzie pierzchali do domów, kryli się w budach i lepiankach. Kto miał okiennice, ten zamykał je z trzaskiem, kto miał drzwi, ten zapierał je kołkiem. Kto jeszcze miał wódkę, pił dla kurażu. Szczury jechały stępa, demonstracyjnie wolno, strzemię przy strzemieniu. Na ich twarzach malowała się obojętna pogarda, ale zmrużone oczy bacznie obserwowały okna, podsienia i węgły.
- Jeden bełt z kuszy! - ostrzegł Giselher, gromko i na zapas. - Jedno szczęknięcie cięciwy, a będzie się tu rżnąć!
- I jeszcze raz puści się tu kura czerwonego! - dorzuciła dźwięcznym i wysokim sopranem Iskra. - Ziemię i wodę się zostawi!
Niektórzy z mieszkańców z pewnością mieli kusze, ale nie znalazł się nikt, kto chciałby sprawdzić, czy Szczury nie mówią na wiatr.
Szczury pozsiadały z koni. Dzielące ich od zajazdu "Pod Głową Chimery" ćwierć stajania przeszły pieszo, bok w bok, rytmicznie dzwoniąc i brzęcząc ostrogami, ozdobami i biżuterią.
Ze schodków zajazdu zemknęło na ich widok trzech zazdroszczan, kojących wczorajszego kaca piwem.
- Żeby tylko jeszcze tu był - mruknął Kayleigh. - Zmitrężyliśmy. Nie trzeba było popasać, trzeba było wpaść tu choćby nocą...
- Głupiś - wyszczerzyła ząbki Iskra. - Jeśli chcemy, by o tym bardowie pieśni śpiewali, to nie można tego zrobić nocą i po ciemku. Muszą ludzie widzieć! Ranek jest najlepszy, bo wszyscy jeszcze trzeźwi, prawda, Giselher?
Giselher nie odpowiedział. Podniósł kamień, zamachnął się i łomotnął nim w drzwi oberży.
- Wyłaź, Bonhart!
- Wyłaź, Bonhart! - podjęły chórem Szczury. - Wyłaź, Bonhart!
Z wnętrza dobiegły kroki. Powolne i ciężkie. Mistle poczuła dreszcz, biegnący po karku i ramionach.
Bonhart stanął w drzwiach.
Szczury odruchowo cofnęły się o krok, obcasy wysokich butów wparły się w ziemię, dłonie skoczyły ku rękojeściom mieczy. Łowca nagród swój miecz trzymał pod pachą. W ten sposób miał wolne ręce - w jednej trzymał obrane ze skorupki jajko, w drugim glonek chleba.
Wolno podszedł do barierki, spojrzał na nich z góry, z wysoka. Stał na ganku, a sam był wielki. Olbrzymi, choć chudy jak ghul.
Patrzył na nich, wodził wodnistymi oczyma po wszystkich po kolei. Potem odgryzł najpierw kawałek jajka, potem kawałek kromki.
- A gdzie Falka? - spytał niewyraźnie. Drobinki żółtka spadły z mu z wąsów i warg.

*****



- Pędź, Kelpie! Pędź, śliczna! Pędź, ile sił! Kara klacz zarżała głośno, wyciągając szyję w karkołomnym cwale. Żwir gradem bił spod kopyt, choć wydawało się, że kopyta ledwo dotykają ziemi.
Bonhart przeciągnął się leniwie, skrzypiąc skórzanym kubrakiem, powoli naciągnął i starannie poprawił łosiowe rękawice.
- Jakże to tak? - wykrzywił się. - Chcecie mnie zabić? A za co niby?
- A za Muchomorka, żeby daleko nie szukać - odrzekł Kayleigh.
- I dla zabawy - dodała Iskra.
- I dla świętego spokoju - dorzucił Reef.
- Aaaa - powiedział wolno Bonhart. - To o to się rozchodzi! A jak obiecam, że wam spokój dam, poniechacie mnie?
- Nie, ty siwy psie, nie poniechamy - uśmiechnęła się uroczo Mistle. - Znamy cię. Wiemy, że nie darujesz, że będziesz się wlókł naszym tropem i czekał na okazję, by któreś z nas pchnąć w plecy. Wychodź!
- Pomału, pomału - Bonhart uśmiechnął się, rozciągając złowrogo usta pod siwymi wąsami. - Zapląsać zawsze zdążymy, nie ma się co ekscytować. Wpierw złożę wam propozycję, Szczury. Pozwolę wam wybrać, wy zaś zrobicie podług woli.
- Co tam mamroczesz, stary grzybie? - krzyknął Kayleigh, garbiąc się. - Gadaj wyraźniej!
Bonhart pokiwał głową i podrapał się w udo.
- Nagroda za was jest, Szczury. Niemała. A żyć trzeba. Iskra parsknęła jak żbik, po żbiczemu rozwierając oczy. Bonhart skrzyżował ramiona na piersi, biorąc miecz w zgięcie łokcia.
- Niemała nagroda - powtórzył - jest za martwych, za żywych zaś niewiele wyższa. Mnie zatem, szczerze powiedziawszy, wszystko jedno. Nic nie mam do was osobiście. Jeszcze wczoraj myślałem, że zakatrupię was ot tak, gwoli rozrywki i uciechy, ale sami przyszliście, zaoszczędzając mi fatygi, za serce żeście mnie tym ujęli. Pozwolę wam tedy wybierać. Jak wolicie, bym was wziął: po dobroci czy po złości?
Mięśnie na szczękach Kayleigha zadrgały. Mistle pochyliła się, gotowa do skoku. Giselher chwycił ją za ramię.
- Chce nas rozwścieczyć - syknął. - Pozwól gadać kanalii.
Bonhart parsknął.
- No? - powtórzył. - Po dobroci czy po złości? Ja to pierwsze radzę. Bo widzicie: po dobroci znacznie, ale to znacznie mniej boli.
Szczury dobyły broni jak na komendę. Giselher machnął klingą na krzyż, zamarł w szermierczej postawie. Mistle soczyście splunęła na ziemię.
- Chodź tu, kościany dziadygo - powiedziała pozornie spokojnie. - Chodź, szubrawcze. Zabijemy cię jak starego, siwego psa.
- A więc wolicie po złości - Bonhart, patrząc gdzieś ponad dachy domostw, powoli dobył miecza, odrzucił pochwę. Niespiesznie zszedł z ganku, pobrzękując ostrogami.
Szczury szybko rozstawiły się w poprzek uliczki. Kayleigh odszedł najdalej w lewo, prawie pod mur gorzelni. Obok niego stanęła Iskra, krzywiąc wąskie wargi w swym zwykłym, strasznym uśmiechu. Mistle, Asse i Reef odeszli w prawo. Giselher został pośrodku, wpatrzony w łowcę nagród spod zmrużonych powiek.
- No, dobra, Szczury - Bonhart rozejrzał w się na boki, spojrzał w niebo, potem uniósł miecz i popluł na ostrze.
- Jak pląsać, to pląsać. Graj, muzyko!
Skoczyli ku sobie jak wilki, błyskawicznie, cicho, bez ostrzeżenia. Zawyły w powietrzu klingi, wypełniając uliczkę jękliwym szczękiem stali. Początkowo słychać było tylko szczęk kling, westchnienia, jęki i przyspieszone oddechy.
A potem, nagle i niespodziewanie, Szczury zaczęły krzyczeć. I umierać.
Reef wyleciał z kłębowiska pierwszy, plasnął plecami o mur, bryzgając krwią na brudnobiałe wapno. Za nim wytoczył się chwiejnym krokiem Asse, zgiął się i upadł na bok, na przemian kurcząc i rozprężając kolana.
Bonhart zwijał się i skakał jak fryga, otoczony migotem i świstem klingi. Szczury cofały się przed nim, doskakując, tnąc i odskakując, wściekle, zajadle, bezlitośnie. I bezskutecznie. Bonhart parował, uderzał, parował, uderzał, atakował, bez przerwy atakował, nie dawał wytchnienia, narzucał tempo. A Szczury się cofały. I umierały.
Iskra, cięta w szyję, padła w błoto, kuląc się jak kocię, krew z tętnicy siknęła na łydki i kolana przechodzącego nad nią Bonharta. Łowca szerokim zamachem odbił ataki Mistle i Giselhera, po czym zawirował i błyskawicznym uderzeniem rozpłatał Kayleigha, tnąc go samym końcem miecza - od obojczyka aż po biodro. Kayleigh upuścił miecz, ale nie upadł - skurczył się tylko i oburącz chwycił za pierś i brzuch, a spod dłoni buchnęła krew. Bonhart znowu wywinął się spod ciosu Giselhera, sparował atak Mistle i rąbnął Kayleigha jeszcze raz, tym razem zamieniając mu bok głowy w szkarłatną miazgę. Jasnowłosy Szczur upadł, rozbryzgując kałużę krwi zmieszanej z błotem.
Mistle i Giselher zawahali się na moment. I zamiast uciekać, wrzasnęli jednym głosem, dziko i wściekle. I rzucili się na Bonharta.
Znaleźli śmierć.
Ciri wpadła do osady i pocwałowała uliczką. Spod kopyt karej klaczy poleciały bryzgi błota.
Bonhart pchnął obcasem Giselhera, leżącego pod murem. Herszt Szczurów nie dawał znaków życia. Z rozwalonej czaszki przestała już posikiwać krew.
Mistle, na kolanach, szukała miecza, macała obu rękami błoto i gnój, nie widząc, że klęczy w powiększającej się szybko czerwonej kałuży. Bonhart podszedł do niej wolno.
- Nieeeeeee!
Łowca uniósł głowę.
Ciri w biegu zeskoczyła z konia, zatoczyła się, upadła na jedno kolano.
Bonhart uśmiechnął się.
- Szczurzyca - powiedział. - Siódma Szczurzyca. Dobrze, że jesteś. Brakowało mi ciebie do kompletu.
Mistle znalazła miecz, ale nie była w stanie go unieść. Zacharczała i rzuciła się pod nogi Bonharta, rozdygotanymi palcami wpiła się w cholewy jego butów. Otworzyła usta, by krzyknąć, zamiast krzyku z ust wyrwała się lśniąca karminowa struga. Bonhart kopnął ją silnie, zwalając w gnój. Mistle, trzymając się oburącz za rozcięty brzuch, zdołała jednak podnieść się znowu.
- Nieeeeee! - wrzasnęła Ciri. - Miiiiiiistle!
Łowca nagród nie zwrócił uwagi na jej wrzask, nawet nie odwrócił głowy. Zawinął mieczem i uderzył zamaszyście, jak kosą, potężnym ciosem, który poderwał Mistle z ziemi i cisnął nią aż pod mur, miękką jak szmaciana lalka, jak zababrany czerwienią łachman.
Krzyk skonał w gardle Ciri. Ręce jej dygotały, gdy sięgała po miecz.
- Morderca - powiedziała, dziwiąc się obcości swego głosu. Obcości warg, które nagle zrobiły się potwornie suche. - Morderca! Kanalia!
Bonhart obserwował ją ciekawie, przekrzywiając lekko głowę.
- Będziemy umierać? - spytał.
Ciri szła ku niemu, otaczając go półkolem. Miecz w uniesionych i wyprostowanych rękach poruszał się, mylił, zwodził.
Łowca nagród zaśmiał się gromko.
- Umierać! - powtórzył. - Szczurzyca chce umierać! Obracał się powoli, stojąc w miejscu, nie dając się zwabić w pułapkę półkola. Ale Ciri było wszystko jedno. Gotowała się z wściekłości i nienawiści, dygotała z żądzy mordu. Chciała dopaść tego strasznego starca, poczuć, jak klinga wcina się w ciało. Chciała widzieć jego krew, chlustającą z pociętych tętnic w rytmie ostatnich uderzeń serca.
- No, Szczurzyco - Bonhart podniósł ubroczony miecz i popluł na ostrze. - Zanim zdechniesz, pokaż, co w tobie siedzi! Graj, muzyko!

*****

- Naprawdę nie włada, jak to się stało, że nie pozabijali się w tym pierwszym starciu - opowiadał sześć dni później Nycklar, syn trumniarza. - Bardzo chcieli się pozabijać, dało się to zmiarkować. Ona jego, on ją. Nalecieli na siebie, zwarli ledwo na mgnienie oka i poszedł walny szczęk od mieczów. Może po dwa, może po trzy ciosy wymienili. Nie było człeka, który zdołał to policzyć, wzrokiem alboli uchem. Tak szybko bili, panie złoty, że oko ludzkie ni ucho tego nie chwytało. A tańcowali i skakali kole siebie jak te dwie łasice!
Stefan Skellen, zwany Puszczykiem, słuchał uważnie, bawiąc się nahajką.
- Odskoczyli od siebie - ciągnął chłopak - a żadne nie było draśnięte. Szczurzyca, dało się to widzieć, wściekła była jak sam czart, a syczała jak kocur, gdy mu chcieć myszę odebrać. A jegomość pań Bonhart był całkiem spokojny

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna