Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona7/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   17
- Było to dziewiętnastego dnia miesiąca sierpnia, ranek po drugiej nocy pełni - podjęła opowieść wyspiarka, podnosząc do ust kufel piwa. Jej dłoń, jak zauważyła Triss, była barwy starej cegły, a obnażone, węźlasto umięśnione ramię miało jak nic dwadzieścia cali w obwodzie. Triss miała dwadzieścia dwa cale w talii.
- Świtem bladziuteńkim - podjęła rybaczka, wodząc oczami po twarzach słuchaczy - wyszedł nasz barkas w morze, na sund między An Skellig a Spikeroog, na ostrygowisko, gdzie zwykle stawiamy łososiowe przestawki. Duży był pośpiech, bo na sztorm się miało, niebo mocno ciemniało od zachodu. Trzeba było co żywiej wybrać łososia z siatek, bo inaczej sami wiecie, gdy po sztormie wreszcie znowu w morze da się wyjść, w siatkach tylko łby zgnite zostają, poobgryzane, wszystek połów idzie na zatracenie.
Słuchacze, w większości mieszkańcy Bremervoord i Cidaris, w większości żyjący z morza i egzystencją od niego zależni, pokiwali i pomruczeli ze zrozumieniem. Triss łososie widywała zwykle w postaci różowych plasterków, ale też pokiwała i pomruczała, bo nie chciała się wyróżniać. Była tu incognito, w tajnej misji.
- Przypłynęliśmy,.. - podjęła rybaczka, kończąc kufel i dając znać, że któryś ze słuchaczy może jej postawić drugi. - Przypłynęliśmy i wybieramy siatki, aż tu naraz Gudrun, córka Sturli, jak ci nie wrzaśnie w cały głos! I palcem od sterburty pokazuje? Patrzymy, a tu leci coś powietrzem, a nie ptak! Aż mi serce na moment stanęło, bom zrazu myślała, wyvern albo mały gryf, przylatują takie czasami na Spikeroog, prawda, że zimą przeważnie, osobliwie przy zachodnim wietrze. Ale to czarne coś tymczasem: chlup w wodę! I z falą: smyr! Prosto w nasze sieci. Zaplątało się w sieć i brzechta we wodzie, jak foka, tedy my kupą, ile nas było, a było nas bab osiem, za sieć i dawaj to-to na pokład! I tu dopiero gęby rozdziawiłyśmy! Bo to niewiasta okazała się! W sukni czarnej i sama czarna, jak ta wrona. Siecią omotana, między dwoma łososiami, z czego jeden, żebym tak zdrowa była, miał czterdzieści dwa i pół funta!
Rybaczka ze Skellige zdmuchnęła pianę z kufla i pociągnęła tęgo. Żaden ze słuchaczy nie komentował ani nie wyrażał niedowierzania, choć faktu łowienia łososia o tak imponującej wadze najstarsi ludzie nie pamiętali.
- Czarnowłosa w sieci - podjęła wyspiarka - kaszle, wodą morską pluje i targa się, a Gudrun, nerwowa, bo przy nadziei jest, we wrzask: "Kelpie! Kelpie! Havfrue!" A przecie każdy głupi widział, że to nie kelpie, bo kelpie dawno by już sieć podarła, gdzie by się tam potworzyca na barkas wytaszczyć dała! I nie hayfrue to, bo rybiego ogona nie ma, a panna morska zawżdy ogon rybi ma! I przecie do morza z nieba spadła, a widział kto, żeby kelpie albo hayfrue po niebie latały? Ale Skadi, córka Uny, ta zawsze się gorącuje, też we krzyk: "Kelpie!" i jak nie złapie za gaf! I z gafem do sieci! A z sieci jak nie błyśnie sino, a Skadi jak nie zakwiczy! Gaf w lewo, ona w prawo, niech zdechnę, jeśl łżę, trzy kozły magnęła i łubudu dupą o pokład! Ha, pokazało się, że taka czarodziejka w sieci gorsza niźli meduza, skorpena albo węgorz drętwik! A do tego wrzeszczeć wiedźma zaczęła a kurwić, że zgroza! A z sieci aż syczy, śmierdzi i para idzie, takie ona tam w środku czarownictwo uskutecznia! Widzimy, że to nie przelewki...
Wyspiarka dopiła kufel i nie mieszkając sięgnęła po następny.
- Nie przelewki to - beknęła gromko, otarła nos i usta - magiczkę ułowić w sieci! Czujemy, że od tej magii, żebym tak zdrowa była, aż się barkas zaczyna mocniej kołysać. Nie było co zwlekać! Britta, córka Karen, przycisła sieć bosakiem, a jam chwyciła wiosło i pierdut! Pierdut! Pierdut!!!
Piwo bryznęło wysoko i polało się po blacie, kilka przewróconych kufli spadło na podłogę. Słuchacze wycierali policzki i brwi, ale żaden nie uronił słowa skargi czy upomnienia. Opowieść to opowieść. Ma swoje prawa.
- Pojęła wiedźma, z kim ma do czynienia - rybaczka wypięła obfity biust i rozejrzała się wyzywająco. - Że z babami ze Skellige szucić nie lza! Powiedziała, że się poddaje nam z dobrawoli i obiecała zaklęć ni uroków nie rzucać. I imię swoje nazwała: Yennefer z Vengerbergu.
Słuchacze zaszemrali. Od wypadków na wyspie Thanedd minęły zaledwie dwa miesiące, pamiętano imiona przekupionych przez Nilfgaard zdrajców. Imię słynnej Yennefer również.
- Zawieźliśmy ją - kontynuowała wyspiarka - na Ard Skellig, do Kaer Trolde, do jarla Cracha an Craite. Więcej żem jej już nie widziała. Jarl był na wyprawie, mówili, że gdy powrócił, przyjął magiczkę zrazu surowo, ale później traktował uprzejmie i grzecznie. Hmmm... A jam tylko czekała, jaką to mi czarownica siurpryzę wyszykuje za to, żem ją wiosłom natłukła. Myślałam, że mnie przed jarlem obszczeka. Ale nie. Słowa nie uroniła, nie poskarżyła się, wiem to. Honorna baba. Później, gdy się zabiła, to mi jej było nawet żal...
- Yennefer nie żyje? - krzyknęła Triss, z wrażenia zapominając o swym incognito i tajności misji. - Yennefer z Vengerbergu nie żyje?
- Ano, nie żyje - rybaczka dopiła piwo. - Martwa jest, jak ta makrela. Zabiła się własnymi czarami, sztuki magiczne wyczyniając. Całkiem niedawno się to stało, ostatniego dnia sierpnia, tuż przed nowiem. Ale to jest zupełnie inna historia...

*****

- Jaskier! Nie śpij w siodle!
- Ja nie śpię. Ja twórczo myślę!

*****



Jechaliśmy więc, miły czytelniku, lasami Zarzecza, zmierzając na wschód, ku Caed Dhu, szukając druidów, którzy mieli nam pomóc w odnalezieniu Ciri. Jak to z tym było, opowiem. Pierwej jednak, gwoli historycznej prawdy, zapisze co nieco o naszej drużynie - o poszczególnych jej członkach.
Wampir Regis miał ponad czterysta lat. Jeśli nie łgał, oznaczało to, że był z nas wszystkich najstarszy. Oczywiście, mogła to być zwyczajna bujda, któż był w stanie to sprawdzić? Wolałem jednak zakładać, że nasz wampir był prawdomówny, albowiem deklarował nam także, że na dobre i nieodwołalnie zarzucił wysysanie z ludzi krwi - dzięki tej deklaracji jakoś spokojniej usypialiśmy na nocnych biwakach. Zauważyłem, że początkowo Milva i Cahir zwykli po przebudzeniu lękliwie i niespokojnie obmacywać szyje - ale rychło zaprzestali. Wampir Regis był - lub zdawał się być - wampirem absolutnie honorowym. Jeśli mówił, że nie będzie wysysał, to nie wysysał.
Posiadał on jednak wady, i to nie wynikające bynajmniej z jego wampirzej natury. Regis był intelektualistą - i lubił to demonstrować. Miał denerwujący zwyczaj wygłaszania twierdzeń i prawd tonem i z miną proroka, na co rychło jednak przestaliśmy reagować, albowiem wygłaszane twierdzenia były albo faktycznymi prawdami, albo brzmiały jak prawda, albo były niesprawdzalne, co w sumie na jedno wychodziło. Iście nieznośna natomiast była Regisowa maniera odpowiadania na pytanie, zanim pytający skończył pytanie formułować - ba, niekiedy nawet zanim pytający zdążył zacząć je formułować. Ja ów mniemany przejaw wysokiej jakoby inteligencji zawsze miałem bardziej za przejaw chamstwa i arogancji, a cechy te, pasujące do środowiska uniwersyteckiego lub kół dworskich, są trudne do zniesienia u towarzysza, z którym przez całe dnie podróżuje się strzemię w strzemię, a w nocy śpi pod tą samą derką. Do poważniejszych kwasów nie doszło jednak, a to za sprawą Milvy. W odróżnieniu od Geralta i Cahira, którym wrodzony widać oportunizm nakazywał dopasować się do maniery wampira, a nawet konkurować z nim pod tym względem, łuczniczka Milua przedkładała rozwiązania proste i bezpretensjonalne. Gdy Regis po raz trzeci udzielił jej odpowiedzi na pytanie w połowie zadawania, sklęła go ciężko, używając słów i określeń zdolnych wywołać rumieńce zażenowania nawet u starego lancknechta. O dziwo, poskutkowało - wampir w mgnieniu oka pozbył się denerwującej maniery. Z czego wypływa, że najskuteczniejszą obroną przed intelektualną dominacją jest solidne obsobaczenie próbującego dominować intelektualisty.
Milva, jak mi się zdaje, dość ciężko przeżyła swój tragiczny wypadek - i stratę. Piszę: jak mi się zdaje, bom świadom, że będąc mężczyzną, żadnego wyobrażenia mieć nie mogę, czym jest dla niewiasty taki wypadek i taka strata. Choć jestem poetą i człekiem pióra, nawet moja szkolona i ćwiczona wyobraźnia zawodzi tu i nic na to nie poradzę.
Fizyczną sprawność łuczniczka odzyskała szybko - z psychiczną było gorzej. Zdarzało się, że cały dzień, od brzasku do zmroku, nie odezwała się ni słowem. Lubiła znikać i trzymać się na uboczu, co trochę wszystkich niepokoiło. Aż wreszcie przyszedł przełom. Milva odreagowała jak driada lub elfka - gwałtownie, impulsywnie i niezbyt zrozumiale. Któregoś ranka na naszych oczach dobyła noża i bez słowa obcięła sobie warkocz przy samym karku. "Nie przystoi, bom nie panna" , rzekła, widząc nasze opadnięto żuchwy. "Ale żem i nie wdowa", dodała, "tedy koniec żałobie". Od tego momentu była już taka, jak dawniej - opryskliwa, kąśliwa, pyskata i do słów nieparlamentarnych skora. Z czego wywnioskowaliśmy, że kryzys miała już fortunnie za sobą.
Trzecim, nie mniej dziwnym członkiem drużyny był Nilfgaardczyk, lubiący dowodzić, że nie jest Nilfgaardczykiem. Nazywał się, jak twierdził, Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach...
- Cahirze Mawr Dyffryn, synu Ceallacha - oświadczył dobitnie Jaskier, wycelowując w Nilfgaardczyka ołowiany sztyfcik. - Z wieloma rzeczami, których nie lubię, wręcz nie znoszę, przyszło mi pogodzić się w tej szacownej kompanii. Ale nie ze wszystkimi! Nie znoszę, gdy podczas pisania ktoś zagląda mi przez ramię! I godzić się z tym nie zamierzam!
Nilfgaardczyk odsunął się od poety, po chwili namysłu chwycił swe siodło, kożuch i derkę, przeciągnął wszystko bliżej zdającej się drzemać Milvy.
- Przepraszam - powiedział. - Wybacz natręctwo. Jaskier. Zajrzałem odruchowo, ze zwykłej ciekawości. Myślałem, że mapę kreślisz lub rachunki jakieś sporządzasz...
- Nie jestem buchalterem! - poeta uniósł się, w przenośni i dosłownie. - Ani kartografem! A nawet jeśli byłbym, nie usprawiedliwia to zapuszczania żurawia w moje zapiski!
- Już przeprosiłem - przypomniał sucho Cahir, moszcząc legowisko na nowym miejscu. - Z wieloma rzeczami pogodziłem się w tej szacownej kompanii i do wielu przyzwyczaiłem. Ale przepraszać nadal zwykłem jeno raz.
- W istocie - odezwał się Wiedźmin, zupełnie nieoczekiwanie dla wszystkich, dla siebie również, biorąc stronę młodego Nilfgaardczyka. - Sakramencko drażliwy się zrobiłeś, Jaskier. Nie da się nie zauważyć, że wiąże się to jakoś z papierem, który od niedawna zacząłeś brudzić na biwakach kawałkiem ołowiu.
- Fakt - potwierdził wampir Regis, dokładając do ognia brzezinowych gałęzi. - Drażliwy zrobił się ostatnio nasz minstrel, do tego skryty, dyskretny i szukający samotności. O, nie, w załatwianiu potrzeb naturalnych świadkowie bynajmniej mu nie przeszkadzają, czemu zresztą w naszej sytuacji dziwić się nie sposób. Wstydliwa skrytość i drażliwość na czyjś wzrok obejmują wyłącznie zapisywany maczkiem papier. Czyżby w naszej przytomności powstawał poemat? Rapsod? Epos? Romanca? Kancona?
- Nie - zaprzeczył Geralt, przysuwając się do ogniska i okutując plecy derką. - Ja go znam. To nie może być mowa wiązana, bo on nie bluźni, nie mamrocze i nie liczy sylab na palcach. Pisze w cichości, a zatem to proza.
- Proza! - wampir błysnął kończystymi kłami, czego zwykle starał się nie robić. - Powieść może? Lub esej? Moralitet? Do pioruna, Jaskier! Nie poddawaj nas męczarniom! Wyjaw, co piszesz?
- Memuary.
- Co takiego?
- Z tych oto notatek - Jaskier zademonstrował napchany papierem tubus - powstanie dzieło mego życia. Memuary, noszące tytuł Pięćdziesiąt lat poezji.
- Bzdurny tytuł - stwierdził sucho Cahir. - Poezja nie ma wieku.
- A jeśli przyjąć, że ma - dorzucił wampir - to jest zdecydowanie starsza.
- Nie rozumiecie. Tytuł oznacza, że autor dzieła spędził pięćdziesiąt lat, nie mniej i nie więcej, w służbie Pani Poezji.
- W takim razie to jeszcze większa bzdura - orzekł Wiedźmin. - Ty, Jaskier, nie masz wszak jeszcze czterdziestki. Umiejętność pisania wbito ci rózgą do rzyci w świątynnej infimie, w wieku lat ośmiu. Nawet przyjmując, że pisałeś rymy już w infimie, twojej Pani Poezji służysz nie dłużej niż lat trzydzieści. Ale ja akurat dobrze wiem, boś sam niejeden raz o tym opowiadał, że zacząłeś poważnie rymować i układać melodie, gdyś miał lat dziewiętnaście, zainspirowany miłością do kontessy de Stael. Czyni to mniej niż dwudziestoletni staż w twych służbach, Jaskier. Skąd tedy wytrzasnąłeś te tytułowe pięćdziesiąt lat? Czy to ma być jakaś metafora?
- Ja - nadął się bard - zakreślam myślą szerokie horyzonty. Opisuję teraźniejszość, ale wybiegam w przyszłość. Dzieło, które poczynam pisać, zamierzam wydać za jakieś dwadzieścia do trzydziestu lat, a wówczas nikt nie będzie mógł poddawać w wątpliwość tytułowej kalkulacji.
- Ha. Teraz rozumiem. Jeśli mnie coś dziwi, to zapobiegliwość. Dzień jutrzejszy zwykle mało cię obchodził.
- Dzień jutrzejszy nadal mało mnie obchodzi - oznajmił z wyższością poeta. - Myślę o potomności. I o wieczności!
- Z punktu widzenia potomności - zauważył Regis - niezbyt jest etycznym zaczynać pisanie już teraz, na zapas. Potomność ma po takim tytule prawo oczekiwać dzieła napisanego z faktycznie półwiecznej perspektywy, przez osobę, mającą prawdziwie półwieczny zasób wiedzy i eksperiencji...
- Ktoś, kogo eksperiencja liczy pół wieku - przerwał obcesowo Jaskier - musi być z samej natury rzeczy siedemdziesięcioletnim spróchniałym dziadem z mózgiem wyerodowanym przez jędzę sklerozę. Siedzieć takiemu na werandzie i bąki na wiatr puszczać, nie memuary dyktować, bo tylko ludzie się śmieją. Ja tego błędu nie popełnię, spiszę me wspomnienia wcześniej, w pełni sił twórczych. Później, przed samym wydaniem, wprowadzę jedynie kosmetyczne poprawki.
- Ma to swoje zalety - Geralt pomasował i ostrożnie zgiął bolące kolano. - Zwłaszcza dla nas. Bo choć bez wątpienia figurujemy w jego dziele, choć bez wątpienia nie pozostawił na nas suchej nitki, za pół wieku nie będzie nam to już robiło większej różnicy.
- Cóż to jest, pół wieku? - uśmiechnął się wampir. - Chwilka, mgnienie ulotne... Aha, Jaskier, mała uwaga: Pół wieku poezji brzmi moim zdaniem lepiej niż Pięćdziesiąt lat.
- Nie przeczę - trubadur schylił się nad kartką i pobazgrał po niej ołówkiem. - Dzięki, Regis. Nareszcie coś konstruktywnego. Ktoś jeszcze ma jakieś uwagi?
- Ja mam - odezwała się niespodzianie Milva, wystawiając głowę spod derki. - Czego gały wytrzeszczacie? Żem niegramotna? Alem też i nie durna! My na wyprawie są, idziem Ciri na odsiecz, z bronią w ręku przez wraże ziemie idziem. Może tak być, że w łapy wraże popadnie ta Jaskrowa pisanina. A znamy wierszokletę, nie sekret, że papla jest, sensat tudzież plotkarz. Niechże tedy baczenie ma, o czym gryzmoli. By nas za te jego gryzmoły nie powiesili wypadkiem.
- Przesadzasz, Milvo - rzekł łagodnie wampir.
- I to nawet grubo - stwierdził Jaskier.
- Też mi się tak wydaje - dodał niefrasobliwie Cahir. - Nie wiem, jak to z tym jest u Nordlingów, ale w Cesarstwie posiadanie rękopisów nie jest uważane za crimen, a działalność literacka nie podlega karze.
Geralt pokosił na niego oczy i z trzaskiem złamał patyk, którym się bawił.
- Ale w miastach zdobytych przez tę kulturalną nację biblioteki podlegają puszczaniu z dymem - powiedział niezaczepnym tonem, ale z wyraźnym przekąsem. - Mniejsza z tym, wszelakoż. Mario, też mi się zdaje, że przesadzasz. Pisanina Jaskra nie ma, jak zwykle, żadnego znaczenia. Dla naszego bezpieczeństwa także.
- Jużci, akurat! - zaperzyła się łuczniczka, siadając. - Ja swoje wiem! Mój ojczym, gdy królewskie komornik! spis ludności u nas robili, to nogi wziął za pas, w matecznik zapadł i dwie niedziele tam siedział, nosa nie wysuwał. Gdzie pergament, tam jurament, zwykł mawiać, a kto dziś inkaustem zapisany, ten jutro kołem połamany. I praw byt, choć parszywiec był z niego, ino hej! Dufam, że się w piekle smaży, kurwi syn!
Milva odrzuciła koc i przysiadła się do ognia, definitywnie wybita ze snu. Zanosiło się, zauważył Geralt, na kolejną długą nocną rozmowę.
- Nie lubiłaś twego ojczyma, miarkuję - zauważył Jaskier po chwili milczenia.
- Nie lubiłam - Milva słyszalnie zgrzytnęła zębami. - Bo parszywiec był. Gdy matuś nie baczyła, dobierał się, z łapami pchał. Mowy nie słuchał, tom wreszcie nie zdzierżywszy, grabiami do niego przemówiła, a gdy padł, jeszcze żem go kopia razik albo drugi, w żebra i w słabiznę. Dwa dni potem leżał i krwią plwał... A ja z domu precz w świat dunęłam, nie czekając, aż ozdrowieje. Potem słuchy mię doszły, że pomarł, a matuś moja skoro po nim... Ejże, Jaskier! Ty to zapisujesz? Ani śmiej! Ani śmiej, słyszysz, co mówię?
Dziwnym było, że wędrowała z nami Milva, zaskakującym był fakt, że towarzyszył nam wampir. Wszelakoż najdziwniejszymi - i zgoła niepojętymi - były motywy Cahira, który nagle z wroga stał się jeśli nie druhem, to sprzymierzeńcem. Młodzik dowiódł tego w Bitwie na Moście, bez wahania stając z mieczem w dłoni u boku wiedźmina przeciwko swym rodakom. Czynem tym pozyskał sobie naszą sympatię i ostatecznie rozwiał nasze podejrzenia. Pisząc "nasze", mam na myśli siebie, wampira i łuczniczkę. Geralt bowiem, choć walczył z Cahirem ramię w ramię, choć u jego boku zaglądał śmierci w oczy, nadal był wobec Nilfgaardczyka nieufny i sympatią go nie darzył. Ze swym resentymentem starał się, co prawda, kryć, ale że był - chyba już napomykałem o tym - osobnikiem prostym jak drzewce dzidy, udawać nie umiał i antypatia wyłaziła na każdym kroku niczym węgorz z dziurawego więcierza.
Przyczyna była ewidentna, a była nią Ciri.
Los sprawił, że byłem na wyspie Thanedd podczas lipcowego nowiu, kiedy to doszło do krwawej rozprawy między czarodziejami wiernymi królom a zdrajcami podburzonymi przez Nilfgaard. Zdrajców wspomogły Wiewiórki, buntownicze elfy - i Cahir, syn Ceallacha. Cahir był na Thanedd, postano go tam w specjalnej misji - miał pojmać i uprowadzić Ciri. Broniąc się, Ciri zraniła go - Cahir ma na lewej dłoni bliznę, na widok której zawsze robi mi się sucho w ustach. Boleć to musiało diabelnie, a dwa palce nadal nie zginają mu się.
A po tym wszystkim to myśmy go uratowali, nad Wstążką, gdy jego właśni rodacy wieźli go w pętach na okrutną kaźń. Za co, pytam, za jakie przewiny chcieli go stracić? Czy tylko za porażkę na Thanedd? Cahir nie jest gadatliwy, ale ja ucho mam czułe nawet na półsłówka. Chłop nie ma jeszcze trzydziestki, a wygląda, że był w armii nilfgaardzkiej oficerem wysokiego stopnia. Ponieważ językiem wspólnym posługuje się nienagannie, a to u Nilfgaardczyków nieczęste, mniemam, że wiem, w jakim rodzaju wojsk Cahir służył i dlaczego tak szybko awansował. I dlaczego zlecano mu tak dziwne misje. W tym zagraniczne.
Bo przecież właśnie Cahir był tym, kto już raz usiłował uprowadzić Ciri. Blisko cztery lata temu, podczas rzezi Cintry. Wówczas po raz pierwszy dało o sobie znać kierujące losami tej dziewczyny przeznaczenie.
Przypadek sprawił, że rozmawiałem o tym z Geraltem. Było to trzeciego dnia po przekroczeniu Jarugi, dziesięć dni przed Ekwinokcjum, podczas przeprawy przez lasy Zarzecza. Rozmowa ta, choć bardzo krótka, pełna była nieprzyjemnych i niepokojących nut. A na twarzy i w oczach wiedźmina już wówczas malowała się zapowiedź okropieństwa, które eksplodowało później, w noc Ekwinokcjum, po tym, jak dołączyła do nas jasnowłosa Angouleme.
Wiedźmin nie patrzył na Jaskra. Nie patrzył przed siebie. Patrzył na grzywę Płotki.
- Calanthe - podjął - tuż przed śmiercią wymogła na kilku rycerzach przysięgę. Mieli nie pozwolić, by Ciri dostała się w ręce Nilfgaardczyków. Podczas ucieczki tych rycerzy zabito, a Ciri została sama wśród trupów i pożogi, w pułapce zaułków płonącego miasta. Nie uszłaby z życiem, to nie ulega kwestii. Ale on ją odnalazł. On, Cahir. Wywiózł ją z czeluści ognia i śmierci. Ocalił ją. Bohatersko! Szlachetnie!
Jaskier wstrzymał nieco Pegaza. Jechali z tyłu, Regis, Milva i Cahir wyprzedzali ich o jakieś ćwierć stajania, ale poeta nie chciał, by choć słowo z tej rozmowy dotarło do uszu towarzyszy.
- Problem w tym - ciągnął Wiedźmin - że nasz Cahir był szlachetny na rozkaz. Był szlachetny jak kormoran: nie połknął ryby, bo miał na grdyce pierścionek. Miał zanieść rybę w dziobie do swego pana. Nie udało mu się, więc pan zagniewał się na kormorana! Kormoran jest teraz w niełasce! Czy dlatego szuka przyjaźni i towarzystwa ryb? Jak myślisz, Jaskier?
Trubadur pochylił się w siodle, unikając nisko zwisającej gałęzi lipy. Gałąź miała już zupełnie żółte liście.
- Jednak uratował jej życie, sam powiedziałeś. Dzięki niemu Ciri uszła z Cintry cało.
- I krzyczała po nocach, widząc go we śnie.
- Jednak to on ją uratował. Przestań rozpamiętywać, Geralt. Za dużo się zmieniło, ba, co dnia się zmienia, rozpamiętywanie nie da nic, oprócz zgryzot, które wyraźnie ci nie służą. On uratował Ciri. Fakt był, jest i pozostanie faktem.
Geralt oderwał wreszcie wzrok od grzywy, podniósł głowę. Jaskier rzucił okiem na jego twarz i prędko uciekł oczami w bok.
- Fakt zostanie faktem - powtórzył Wiedźmin złym, metalicznym głosem. - O, tak! On ten fakt wykrzyczał mi w twarz na Thanedd, a ze zgrozy głos wiązł mu w gardle, bo patrzył na klingę mojego miecza. Ten fakt i ten krzyk, to miały być argumenty, bym go nie mordował. Cóż, stało się i chyba się nie odstanie. A szkoda. Bo należało już wtedy, na Thanedd, rozpocząć łańcuch. Długi łańcuch śmierci, łańcuch zemsty, o której jeszcze po upływie stu lat krążyły by opowieści. Takie, których bano by się słuchać po zmroku. Rozumiesz to, Jaskier?
- Nie bardzo.
- To do diabła z tobą.
Paskudna była to rozmowa i paskudną Wiedźmin miał wtedy gębę. Oj. nie podobało mi się, gdy popadał w taki nastrój i zaczynał z takiej beczki.
Przyznać jednak musze: że obrazowe porównanie z kormoranem swą role spełniło - zacząłem się niepokoić. Ryba w dziobie, niesiona tam, gdzie ją ogłuszą, wypatroszą i usmażą! Sympatyczna prawdziwie analogia, radosne perspektywy...
Rozsądek przeczył jednak takim obawom. W końcu, jeśli dalej trzymać się rybnych metafor, to kim my byliśmy?
Płotkami, małymi, ościstymi płotkami. W zamian za tak lichą zdobycz kormoran Cahir nie mógł liczyć na cesarską łaskę. Sam zresztą pewnie też wcale nie był aż takim szczupakiem, za jakiego chciał uchodzić. Był płotką, tak jak i my. W czasach, gdy wojna orała niczym żelazna brona tak ziemię, jak i ludzkie losy, kto w ogóle zwraca uwagę na płotki?
Głowę dam, że w Nilfgaardzie nikt już o Cahirze nie pamięta.

*****



Vattier de Rideaux, szef nilfgaardzkiego wywiadu wojskowego, z opuszczoną głową wysłuchiwał cesarskiej reprymendy.
- Tak więc - ciągnął zjadliwie Emhyr var Emreis. - Instytucja, która pochłania trzykroć tyle budżetu państwa, co szkolnictwo, kultura i sztuka razem wzięte, nie jest w stanie odnaleźć jednego człowieka. Człowiek, ot, znika sobie po prostu, ukrywa się, chociaż ja wydaję bajońskie sumy na instytucję, przed którą nic nie ma prawa się ukryć! Jeden winny zdrady człowiek kpi sobie w żywe oczy z instytucji, której dałem dość przywilejów i środków, by mogła spędzać sen z powiek nawet niewinnym. O, możesz mi wierzyć, Vattier, gdy następnym razem w radzie mówić się zacznie o konieczności obcięcia funduszy na tajne służby, nadstawię chętnego ucha. Możesz mi wierzyć!
- Wasza Cesarska Mość - odchrząknął Vattier de Rideaux - podejmie, nie wątpię w to, właściwą decyzję, rozważywszy pierwej wszystkie za i przeciw. Zarówno niepowodzenia, jak i sukcesy przez wywiad odniesione. Wasza Wysokość może też być pewna, że zdrajca Cahir aep Ceallach nie uniknie kary. Podjąłem starania...
- Nie płacę wam za podejmowanie, lecz za efekty starań. Te zaś są mierne, Vattier, mierne! Co ze sprawą Vilgefortza? Gdzie, u diabła, jest Cirilla? Co ty tam mruczysz? Głośniej!
- Myślę, że Wasza Wysokość powinien poślubić tę dziewczynę, którą trzymamy w Darn Rowan. Potrzebny nam jest ten ślub, legalność suwerennego lenna Cintry, uspokojenie Wysp Skellige i rebeliantów z Attre, Streptu, Mag Turga i Stoków. Potrzebna jest powszechna amnestia, spokój na tyłach i na liniach zaopatrzenia... Potrzebna jest neutralność Esterada Thyssena z Koviru.
- Wiem o tym. Ale ta z Darn Rowan nie jest tą właściwą. Nie mogę jej poślubić.
- Wasza Cesarska Mość raczy wybaczyć, ale czy to ma znaczenie, bardziej właściwa czy mniej właściwa? Sytuacja polityczna wymaga uroczystych zaślubin. Pilnie. Panna młoda będzie w woalu. A gdy odnajdziemy wreszcie prawdziwą Cirillę, oblubienice się po prostu... wymieni.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna