Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona8/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   17
- Czyś ty oszalał, Vattier?
- Tę fałszywą pokazano u nas przelotnie. Tej prawdziwej w Cintrze nikt nie widział od czterech lat, zresztą wieść głosi, że ona więcej przebywała na Skellige niż w samej Cintrze. Gwarantuję, że nikt nie pozna się na podstępie.
- Nie!
- Wasza Cesarska...
- Nie, Vattier! Znajdź mi prawdziwą Ciri! Ruszcie wreszcie tyłki. Znajdźcie mi Ciri. Znajdźcie Cahira. I Vilgefortza. Przede wszystkim Vilgefortza. Bo to on ma Ciri, jestem tego pewien.
- Wasza Cesarska Wysokość...
- Słucham, Vattier! Cały czas słucham!
- Miałem swego czasu podejrzenie, że tak zwana sprawa Vilgefortza to zwykła prowokacja. Że czarodziej został zabity lub jest więziony, a spektakularne i hałaśliwe polowanie służy Dijkstrze do oczerniania nas i usprawiedliwienia krwawych represji.
- Ja też miałem takie podejrzenia.
- A jednak... W Redami nie podano tego do publicznej wiadomości, ale ja wiem od moich agentów, że Dijkstra odnalazł jedną z kryjówek Vilgefortza, a w niej dowody prowadzenia przez czarodzieja bestialskich eksperymentów na ludziach. Dokładniej, na płodach ludzkich... i niewiastach brzemiennych. Jeśli więc Vilgefortz miał Cirillę, to obawiam się, że dalsze poszukiwanie jej...
- Milcz, do diabła!
- Z drugiej strony - rzekł szybko Vattier de Rideaux, patrząc na zmienioną przez wściekły gniew twarz imperatora - to wszystko może być dezinformacja. By zohydzić czarodzieja. To podobne do Dijkstry.
- Macie znaleźć Vilgefortza i odebrać mu Ciri! Do cholery ciężkiej! Nie dywagować i snuć przypuszczenia! Gdzie jest Puszczyk? Nadal w Geso? Przecież podobno odwrócił już tam każdy kamień i zajrzał do każdej dziury w ziemi? Przecież podobno dziewczyny tam nie ma i nie było? Przecież astrolog się pomylił albo kłamie? To wszystko są cytaty z jego raportów. Co on więc tam jeszcze robi?
- Koroner Skellen, ośmielę się zauważyć, podejmuje działania niezbyt jasne... Swój oddział, ten, który Wasza Wysokość rozkazała mu zorganizować, werbuje do Maecht, do fortu Rocayne, gdzie założył bazę. Oddział ten, pozwolę sobie dodać, to wielce podejrzana zgraja. Zaś nader już dziwnym jest, że pod koniec sierpnia pan Skellen wynajął osławionego najemnego mordercę...
- Co?
- Wynajął najemnego zbira, z poleceniem zlikwidowania grasującej po Geso bandyckiej szajki. Rzecz sama w sobie chwalebna, ale czy to jest zadanie cesarskiego koronera?
- Czy przez ciebie nie przemawia przypadkiem inwidia, Vattier? I czy to nie ona dodaje twoim doniesieniom koloru i ferworu?
- Stwierdzam jedynie fakty, Wasza Wysokość.
- Fakty - cesarz wstał gwałtownie - to ja chcę widzieć. Znudziło mi się już słuchać o nich.

******



To był naprawdę ciężki dzień. Vattier de Rideaux był zmęczony. W rozkładzie dnia zaplanował jeszcze, co prawda, godzinkę lub dwie roboty papierkowej, mającej zabezpieczyć go przed utonięciem w nie załatwionych dokumentach, ale na samą myśl o tym aż go zatrzęsło. Nie, pomyślał, nic na siłę. Robota nie zając. Idę do domu... Nie, nie do domu. Żona poczeka. Ja idę do Cantarelli. Do słodziutkiej Cantarelli, przy której tak dobrze się odpoczywa.
Nie zastanawiał się długo. Po prostu wstał, wziął płaszcz i wyszedł, pełnym odrazy gestem powstrzymując sekretarza, usiłującego wcisnąć mu safianową teczkę z pilnymi dokumentami do podpisu. Jutro! Jutro też jest dzień!
Opuścił pałac tylnym wyjściem, od strony ogrodów, poszedł cyprysową alejką. Minął sztuczny staw, w którym sędziwego wieku stu trzydziestu dwu lat dożywał karp wpuszczony przez cesarza Torresa, o czym świadczył złoty pamiątkowy medal, przyczepiony do pokrywy skrzelowej olbrzymiej ryby.
- Dobry wieczór, wicehrabio.
Vattier krótkim ruchem przedramienia zwolnił ukryty w rękawie sztylet. Rękojeść sama wsunęła się do dłoni.
- Bardzo ryzykujesz, Rience - powiedział zimno. - Bardzo ryzykujesz, pokazując w Nilfgaardzie twoją poparzoną gębę. Nawet jako magiczną teleprojekcję.
- Zauważyłeś? A Vilgefortz gwarantował mi, że jeśli nie dotkniesz, to nie zgadniesz, że to iluzja.
Vattier schował sztylet. Wcale nie zgadł, że to iluzja, ale teraz już wiedział.
- Zbyt wielkim jesteś tchórzem, Rience - powiedział - by pokazać się tu własną realną osobą. Wiesz wszakże, co by cię wówczas spotkało.
- Cesarz nadal taki na mnie zawzięty? I na mojego mistrza Vilgefortza?
- Twoja bezczelność jest rozbrajająca.
- Do diabła, Vattier. Zapewniam, że nadal stoimy po waszej stronie, ja i Vilgefortz. No, przyznaję, oszukaliśmy was, dając fałszywą Cirillę, ale to w dobrej wierze było, w dobrej wierze, niech mnie utopią, jeśli łżę. Vilgefortz zakładał, że skoro prawdziwa przepadła, lepsza będzie fałszywa aniżeli żadna. Sądziliśmy, że jest wam wszystko jedno...
- Twoja bezczelność przestała rozbrajać, zaczęła znieważać. Nie mam zamiaru tracić czasu na rozhowory ze znieważającym mnie mirażem. Kiedy wreszcie dopadnę cię w prawdziwej postaci, pokonwersujemy, i to długo, przyrzekam. Do tej zaś pory... Apage, Rience.
- Nie poznaję cię, Vattier. Dawniej, choćby nawet sam diabeł ci się objawił, przed egzorcyzmem nie omieszkałbyś zbadać, czy nie da się z tego przypadkiem czegoś uzyskać.
Vattier nie zaszczycił iluzji spojrzeniem, miast tego obserwował obrosłego glonami karpia, leniwie mącącego muł w stawie.
- Uzyskać? - powtórzył wreszcie, wydymając pogardliwie wargi. - Od ciebie? A cóż ty mógłbyś mi dać? Może prawdziwą Cirillę? Może twojego patrona, Vilgefortza? Może Cahira aep Ceallach?
- Stop! - iluzja Rience'a uniosła iluzoryczną rękę. - Wymieniłeś.
- Co wymieniłem?
- Cahir. Dostarczymy wam głowę Cahira. Ja i mój mistrz, Vilgefortz...
- Zlituj się, Rience - parsknął Vattier. - Odwróć że kolejność.
- Jak chcesz. Vilgefortz, z moją skromną pomocą, da wam głowę Cahira, syna Ceallacha. Wiemy, gdzie on jest, możemy go wyjąć jak raka z saka, podług woli.
- Aż takie macie możliwości, proszę, proszę. Aż tak dobre wtyczki w wojsku królowej Meve?
- Próbujesz mnie? - wykrzywił się Rience. - Czy naprawdę nie wiesz? Chyba to drugie. Cahir, mój drogi wicehrabio, jest... My wiemy, gdzie jest. Wiemy, dokąd zmierza, wiemy, w jakiej kompanii. Chcesz jego głowy? Dostaniesz ją.
- Głowę - uśmiechnął się Vattier - która nie będzie mogła opowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się na Thanedd.
- Chyba tak będzie lepiej - rzekł cynicznie Rience. - Po co dawać Cahirowi możność mówienia? Naszym zadaniem jest załagodzić, a nie pogłębić animozje między Vilgefortzem a cesarzem. Dostarczę ci milczącą głowę Cahira aep Ceallach. Załatwimy to tak, że będzie to wyglądało na twoją, i wyłącznie twoją, zasługę. Dostawa w ciągu najbliższych trzech tygodni.
Prastare karpisko w stawie wachlowało wodę płetwami piersiowymi. Bestia, pomyślał Vattier, musi być bardzo mądra. Tylko co mu po tej mądrości? Wciąż ten sam muł i te same nenufary.
- Twoja cena, Rience?
- Drobiazg. Gdzie jest i co knuje Stefan Skellen?

*****

- Powiedziałem mu, co chciał wiedzieć - Vattier de Rideaux wyciągnął się na poduszkach, bawiąc się puklem złotych włosów Carthii van Canten. - Widzisz, moja słodka, do pewnych spraw trzeba podchodzić mądrze. A mądrze, to znaczy konformistycznie. Jeśli będzie się postępować inaczej, nie będzie się miało nic. Tylko zgniłą wodę i śmierdzący muł w basenie. I co z tego, że basen z marmuru i że trzy kroki od pałacu? Czyż nie mam racji, moja słodka?
Carthia van Canten, pieszczotliwie zwana Cantarellą, nie odpowiedziała. Vattier wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Dziewczyna miała osiemnaście lat i - oględnie mówiąc - nie była geniuszem. Jej zainteresowania - przynajmniej obecnie - sprowadzały się do uprawiania miłości z - przynajmniej obecnie - Vattierem. Cantarellą była w sprawach seksu naturalnym talentem, łączącym zapał i zaangażowanie z techniką i artyzmem. Nie to było jednak najważniejsze.
Cantarella mówiła mało i rzadko, świetnie i chętnie natomiast słuchała. Przy Cantarelli można było wygadać się, odpocząć, odprężyć się duchowo i zregenerować psychicznie.
- Człowiek w tej służbie może doczekać się tylko reprymend - powiedział z goryczą Vattier. - Bo nie odnalazł jakiejś tam Cirilli! A to, że dzięki pracy moich ludzi armia odnosi sukcesy, to mało? A to, że sztab generalny zna każde posunięcie wroga, to nic? A mało to twierdz, które trzeba by zdobywać tygodniami, otwarli cesarskim wojskom moi agenci? Ale nie, za to nikt nie pochwali. Ważna jest tylko jakaś tam Cirilla!
Sapiąc gniewnie, Vattier de Rideaux wziął z rąk Cantarelli kielich napełniony znakomitym Est Est z Toussaint, winem o roczniku pamiętającym czasy, gdy cesarz Emhyr var Emreis byt małym, wyzutym z praw do tronu i okrutnie skrzywdzonym chłopcem, a Vattier de Rideaux młodym i mało liczącym się w hierarchii oficerem wywiadu.
To był dobry rocznik. Dla win.
Vattier popijał, bawił się kształtnymi piersiami Cantarelli i opowiadał. Cantarella wspaniale słuchała.
- Stefan Skellen, moja słodka - mruczał szef cesarskiego wywiadu - to kombinator i spiskowiec. Ale ja będę wiedział, co on kombinuje, zanim jeszcze dotrze tam Rience... Ja już mam tam człowieka... Bardzo blisko Skellena... Bardzo blisko...
Cantarella rozwiązała szarfę spinającą szlafrok Vattiera, pochyliła się. Vattier poczuł jej oddech i jęknął w przewidywaniu rozkoszy. Talent, pomyślał. A potem miękkie i gorące dotknięcie aksamitnych warg wypędziło mu z głowy wszelkie myśli.
Carthia van Canten powoli, zręcznie i z talentem dostarczała rozkoszy Vattierowi de Rideaux, szefowi cesarskiego wywiadu. Nie był to wszelako jedyny talent Carthii. Ale Vattier de Rideaux nie miał o tym pojęcia.
Nie wiedział, że wbrew pozorom Carthia van Canten dysponowała doskonałą pamięcią i inteligencją żywą jak rtęć.
Wszystko, o czym opowiadał jej Vattier, każdą informację, każde słowo, które przy niej uronił, Carthia już nazajutrz przekazywała czarodziejce Assire var Anahid.

*****

Tak, głowę stawię, że w Nilfgaardzie z pewnością dawno już wszyscy zapomnieli o Cahirze, w tym i narzeczona, o ile takową miał.
Ale o tym później, na razie cofnijmy się do dnia i miejsca przekroczenia Jarugi. Jechaliśmy oto w miarę pospiesznie na wschód, chcąc dotrzeć w okolice Czarnego Lasu, zwanego w Starszej Mowie Caed Dhu. Tam bowiem bytowali druidzi, zdolni wyprorokować miejsce przebywania Ciri, ewentualnie wywróżyć owo miejsce z dziwnych snów, które trapiły Geralta. Jechaliśmy przez lasy Górnego Zarzecza, zwanego również Lewobrzeżem, dzikiej i praktycznie bezludnej krainy usytuowanej pomiędzy Jarugą i położoną u podnóża Gór Amell krainą zwaną Stokami, od wschodu ograniczoną doliną Dol Angra, a od zachodu bagnistym pojezierzem, nazwa którego jakoś mi uleciała z pamięci.
Do krainy owej nigdy nikt nie rościł sobie szczególnych pretensji, stąd też nigdy nie było dobrze wiadomym, do kogo kraj tak naprawdę należy i kto nim włada. Trochę do powiedzenia w tym względzie mieli, jak się zdaje, kolejni władcy Temerii, Sodden, Cintry i Rivii, z różnym efektem traktujący Lewobrzeże jako lenno własnej korony i czasami próbujący dochodzić swych racji ogniem i żelazem. A potem zza Gór Amell nadeszły armie Nilfgaardu i nikt więcej nie miał niczego do powiedzenia. Ani wątpliwości względem spraw lenna czy własności ziemskiej. Wszystko na południe od Jarugi należało do Cesarstwa. W chwili, gdy piszę te słowa, do Cesarstwa należy już także sporo ziem na północ od Jarugi. Z braku dokładnych informacji nie wiem, ile i jak daleko na północ położonych.
Wracając do Zarzecza, pozwól, miły czytelniku, na dygresję tyczącą się procesów historycznych: historia danego terytorium często tworzona jest i kształtowana niejako przypadkowo, jako uboczny produkt konfliktów sił zewnętrznych. Historię danego kraju nader często tworzą nietutejsi. Nietutejsi bywają zatem przyczyną - jednak skutki ponoszą zawsze i niezmiennie tutejsi.
Zarzecza prawidło to dotyczyło w całej rozciągłości.
Zarzecze miało swoją ludność, rdzennych Zarzeczan. Tych ciągle, trwające latami przepychanki i walki zmieniły w dziadów i zmusiły do migracji. Wsie i osady poszły z dymem, ruiny sadyb i zamienione w ugory pola wchłonęła puszcza. Handel podupadł, karawany omijały zaniedbane drogi i szlaki. Ci nieliczni z Zarzeczan, którzy zostali, zmienili się w zdziczałych gburów. Od rosomaków i niedźwiedzi różnili się głównie tym, ze nosili spodnie. Przynajmniej niektórzy. To znaczy: niektórzy nosili, a niektórzy się różnili. Był to - w swej masie - naród nieużyty, prostacki i grubiański.
I totalnie wyprany z poczucia humoru.

*****



Ciemnowłosa córka bartnika odrzuciła na plecy zawadzający jej warkocz, wróciła do wściekle energicznego obracania żaren. Wysiłki Jaskra pozostawały daremne - słowa poety zdawały się w ogóle nie trafiać do adresatki. Jaskier mrugnął do reszty kompanii, udał, że wzdycha i wznosi oczy ku powale. Ale nie rezygnował.
- Daj - powtórzył, szczerząc zęby. - Daj, ać ja pobruszę, a ty skocz do piwnicy po piwo. Przecież musi tu gdzieś być ukryty loszek, a w loszku antałek. Mam rację, ślicznotko?
- Dalibyście spokój dziewce, panie - powiedziała gniewnie bartnikowa, krzątająca się przy kuchni wysoka i szczupła kobieta zaskakującej urody. - Przeciem już wam powiadała, że nie ma tu u nas nijakiego piwa.
- Z tuzin razy wam to było mówione, panie - poparł żonę bartnik, przerywając rozmowę z wiedźminem i wampirem. - Nagotowim wam naleśników z miodem, tegdy pojecie. Ale wprzód niechże dziewczyna w spokoju ziarno na mąkę zmiele, wszak bez mąki i czarodziej naleśnika nie uczyni! Niechajcie jej, niechże brusi w pokoju.
- Słyszałeś, Jaskier? - zawołał Wiedźmin. - Odczep się od dziewczyny i zajmij czymś pożytecznym. Albo memuary pisz!
- Pić mi się chce. Napiłbym się czegoś przed jedzeniem. Mam trochę ziół, przyrządzę sobie napar. Babko, znajdzie się tu w chacie ukrop? Ukrop, pytam, znajdzie się?
Siedząca na przypiecku staruszka, matka bartnika, podniosła głowę znad cerowanej skarpety.
- Znajdzie, gołąbeczku, znajdzie - zamamlała. - Ino, że wystudzony.
Jaskier jęknął, zrezygnowany dosiadł się do stołu, gdzie kompania gawędziła z bartnikiem, wczesnym rankiem napotkanym w boru. Bartnik był niski, krępy, czarny i potwornie zarośnięty, nie dziwota więc, że wyłaniając się niespodzianie z kniei napędził drużynie stracha - został wzięty za lykantropa. Żeby było śmieszniej, tym, który pierwszy zawrzasnął: "Wilkołak, wilkołak!", był wampir Regis. Powstało trochę zamieszania, ale sprawa rychło się wyjaśniła, a bartnik, choć z pozoru gburowaty, okazał się gościnny i uprzejmy. Drużyna bez ceregieli przyjęła zaproszenie do jego sadyby. Sadyba - zwana w bartniczym żargonie stanem - stała na wykarczowanej polanie, bartnik mieszkał w niej z matką, żoną i córką. Dwie ostatnie były kobietami o nieprzeciętnej, acz dziwnej nieco urodzie, ewidentnie wskazującej, że wśród przodków była driada albo hamadriada.
Podczas rozmów, jakie się wywiązały, bartnik zrazu sprawiał wrażenie, że można z nim pogadać wyłącznie o pszczołach, barciach, dzieniach, leziwach, podkurach, woskach, miodach i miodobraniach, ale i to był jedynie pozór.
- W polityce? A co ma w niej być? To, co zwykle. Daniny coraz większe trza oddawać. Trzy urny miodu, a cały wrąb wosku. Ledwo dycham, by nastarczyć, od świtu do zmierzchu na leziwie siedzę, barcie podrnietam... Komu dań płacę? A temu, kto woła, skąd mnie wiedzieć, przy kim nynie władza? Ostatnimi czasy, ten, tego, w nilfgaardzkiej mowie wołają. Pono my tera impyrialna prewencja, czy jakoś tak. Za miód, jeśli co przedam, płacą impyrialnym pieniądzem, na którym cysorz jest wybity. Z gęby taki więcej nadobny, choć surowy, zrazu poznasz. Ten, tego...
Oba psy - czarny i rudy - usiadły naprzeciw wampira, zadarły głowy i zaczęły wyć. Bartnikowa hamadriada odwróciła się od paleniska i zdzieliła je miotłą.
- Zły znak - orzekł bartnik - kiedy psi w środku dnia wyją. Ten, tego... O czym to ja miał gadać?
- O druidach z Caed Dhu.
- Hę! Tak to nie byli szutki, jaśnie pany? Wy prawie chcecie do druidów iść? Żywot wam obrzydł, czyli jak? Toć tam śmierć! Jemiolarze każdego, kto się na ich polany wejść poważy, łapią, we wiklinowe pałuby wsadzają i na wolnym ogniu palą.
Geralt spojrzał na Regisa, Regis mrugnął do niego. Obaj doskonale znali krążące o druidach plotki, co do jednej zmyślone. Milva i Jaskier zaczęli natomiast słuchać z większym niż dotychczas zainteresowaniem. I wyraźnym zaniepokojeniem.
- Jedni mówią - kontynuował bartnik - że Jemiolarze mszczą się, bo im Nilfgaardczyki pierwsze dokuczyły, wszedłszy na święte dąbrowy przez Dol Angra i zacząwszy druidów bić bez dania racji. Wtórzy zaś powiadają, że to druidzi zaczęli, capnąwszy i na śmierć umęczywszy paru cysarskich, tedy im Nilfgaard odpłaca. Jak ono po prawdzie jest, nie wiedzieć. Ale rzecz to pewna, druidzi łapią, we Wiklinową Babę kładą i palą. Iść między nich: pewna zguba.
- My się nie boimy - rzekł spokojnie Geralt.
- Pewnie - bartnik zmierzył wzrokiem wiedźmina, Milvę i Cahira, który właśnie wchodził do chałupy, oporządziwszy konie. - Widać, żeście nielękliwe ludzie, bitne a zbrojne. Hę, z takimi, jak wy, nie strach podróżować... Ten, tego... Ale nie masz już jemiolarzy w Czarnym Gaju, próżny tedy wasz trud i wasza droga. Przycisnął ich Nilfgaard, wyżenął z Caed Dhu. Nie masz ich tam już.
- Jak to?
- Tak to. Uciekli Jemiolarze precz.
- Dokąd?
Bartnik popatrzył na swą hamadriadę, milczał chwilę.
- Dokąd? - powtórzył Wiedźmin. Pręgowaty kot bartnika usiadł przed wampirem i przeraźliwie zamiauczał. Hamadriada zdzieliła go miotłą.
- Zły znak, gdy kocur w środku dnia miauczy - wybąkał bartnik, dziwnie zmieszany. - A druidzi... Ten, tego... Uciekli na Stoki. Tak. Dobrze mówię. Na Stoki.
- Dobre sześćdziesiąt mil na południe - ocenił Jaskier dość swobodnym, a nawet wesołym głosem. Ale zamilkł natychmiast pod spojrzeniem wiedźmina.
W ciszy, która zapadła, słychać było jedynie złowróżące miauczenie wypędzonego na dwór kota.
- W zasadzie - odezwał się wampir - to co nam za różnica?
Ranek dnia następnego przyniósł dalsze niespodzianki. I zagadki, które jednak bardzo szybko znalazły rozwiązanie.
- Niech mnie zaraza - powiedziała Milva, która pierwsza wygramoliła się z brogu, rozbudzona rozgardiaszem.
- Niech mnie pokręci. Popatrz no na to, Geralt.
Polana pełna była narodu. Na pierwszy rzut oka widać było, że zebrało się tu z pięć albo sześć bartniczych stanów. Wprawne oko wiedźmina wyłowiło też z tłumu kilku traperów i co najmniej jednego smolarza. Łącznie gromadę należało ocenić na jakichś dwunastu chłopa, dziesięć bab, dziesięcioro wyrostków płci obojga i tyleż małoletnich dzieci. Na wyposażeniu gromada miała sześć wozów, dwanaście wołów, dziesięć krów i cztery kozy, sporo owiec, a także niemało psów i kotów, których szczeki i miauki należało w tych warunkach bezwzględnie uznać za niedobry omen.
- Ciekawym - przetarł oczy Cahir - co to może oznaczać?
- Kłopoty - rzekł Jaskier, wytrzepując siano z włosów.
Regis milczał, ale minę miał dziwną.
- Prosimy śniadać wielmożne państwo - powiedział ich znajomy bartnik, podchodząc do brogu w towarzystwie barczystego mężczyzny. - Gotowe już śniadanie. Owsianka na mleku. I miód... A to, pozwólcie przedstawić: Jan Cronin, starosta nasz bartny...
- Miło mi - skłamał Wiedźmin, nie odpowiadając na ukłon, także dlatego, że kolano bolało go wściekle. - A ta gromada, to skąd się tu wzięła?
- Ten, tego... - bartnik podrapał się w ciemię. - Widzicie, zima idzie.... Barcie już połaźbione, zadziatki poczynione... Czas już nam wracać na Stoki, do Riedbrune... Miód odstawić, przezimować... Ale w lasach niebezpiecznie... Samemu...
Starosta bartny zachrząkał. Bartnik spojrzał na minę Geralta i jakby lekko się skurczył.
- Wyście konni i zbrojni - wystękał. - Bitni a śmiali, zrazu poznać. Z takimi jak wy wędrować nie strach... A i wam wygoda będzie... My każdą ścieżkę, każdy dukt, każdy grąd i czahar znamy... I karmić was będziemy...
- A druidzi - powiedział zimno Cahir - wywędrowali z Caed Dhu. Właśnie na Stoki. Cóż za niebywały zbieg trafów.
Geralt powoli podszedł do bartnika. Oburącz ujął go za kabat na piersi. Ale po chwili rozmyślił się, puścił, wygładził odzienie. Nic nie powiedział. O nic nie zapytał. Ale bartnik i tak pospieszył z wyjaśnieniami.
- Prawdę gadałem! Przysięgam! Niech się pod ziemię zapadnę, jeślim zełgał! Uszli jemiolarze z Caed Dhu! Nie masz ich tam!
- I są na Stokach, tak? - zawarczał Geralt. - Tam, dokąd wam droga, całej waszej hałastrze? Dokąd chcecie załatwić sobie zbrojną eskortę? Gadaj, chłopie. Ale uważaj, ziemia gotowa naprawdę się rozstąpić!
Bartnik spuścił wzrok i z niepokojem popatrzył na grunt pod nogami. Geralt wymownie milczał. Milva, zrozumiawszy nareszcie, w czym rzecz, zaklęła paskudnie. Cahir parsknął pogardliwie.
- No? - ponaglił Wiedźmin. - Dokąd wywędrowali druidzi?
- A kto ich, panie, wie, dokąd - wybełkotał wreszcie bartnik. - Ale na Stokach mogą być... Równie dobrze, jak gdzie indziej. Obfitość przecie na Stokach dużych dąbrów, a druidzi radzi dąbrowy mają...
Za bartnikiem stały już, oprócz starosty Cronina, obie hamadriady, matka i córka. Dobrze, że córka wdała się w matkę, nie w ojca, pomyślał machinalnie Wiedźmin, bartnik pasuje do żony jak odyniec do klaczy. Za hamadriadami, jak zauważył, stanęło jeszcze kilka kobiet, znacznie mniej urodziwych, ale o podobnie błagalnym spojrzeniu.
Spojrzał na Regisa, nie wiedząc, śmiać się czy kląć. Wampir wzruszył ramionami.
- Na dobry porządek - powiedział - to bartnik ma rację, Geralt. W sumie jest całkiem prawdopodobne, że druidzi wywędrowali na Stoki. To rzeczywiście dość odpowiedni dla nich teren.
- Owo prawdopodobieństwo - wzrok wiedźmina był bardzo, bardzo zimny - jest według ciebie dostatecznie duże, by nagle zmienić kierunek i powędrować na oślep razem z tymi tu?
Regis znowu wzruszył ramionami.
- A co to za różnica? Zastanów się. Druidów nie ma w Caed Dhu, a zatem ten kierunek należy wykluczyć. Powrót za Jarugę też, jak mniemam, nie może być przedmiotem debaty. Wszystkie pozostałe kierunki są zatem równie dobre.
- Doprawdy? - temperatura głosu wiedźmina dorównała temperaturze wzroku. - A z tych wszystkich pozostałych, który, według ciebie, byłby najbardziej wskazany? Ten wspólny z bartnikami? Czy jakiś całkiem przeciwny? Podejmujesz się określić to w swej bezbrzeżnej mądrości?
Wampir wolno odwrócił się w stronę bartnika, starosty bartnego, hamadriad i innych bab.
- A czegóż to - spytał poważnie - tak lękacie się, dobrzy ludzie, że zabiegacie o eskortę? Co budzi w was strach? Mówcie szczerze.
- Oj, panoczku - zajęczał Jan Cronin, a w oczach jego pojawiła się najprawdziwsza zgroza. - Że też jeszcze pytacie... Nam droga przez Zwilgłe Uroczysko! A tam, panoczku, straszno! Tam, panoczku, są brukołaki, liścionosy, endriagi, inogi a insze plugastwo! Toż ledwo dwie niedziele temu capnął leszy zięcia mego, a tak, że zięć ino zacharczeć zdołał i już było po nim. Dziwota wam, że strach nam tamtędy z babami a dziećmi? Hę?
Wampir spojrzał na wiedźmina, a twarz miał bardzo poważną.
- Moja bezbrzeżna mądrość - powiedział - zaleca mi jako najbardziej wskazany określić kierunek najbardziej właściwy dla wiedźmina.

*****

Ruszyliśmy na południe, ku Stokom, krainie położonej u podnóża Gór Amell. Ruszyliśmy wielkim orszakiem, w którym było wszystko: młode dziewczyny, bartnicy, traperzy, baby, dzieci, młode dziewczyny, gadzina domowa, domowe parafernalia, młode dziewczyny. I cholernie dużo miodu. Wszystko się od tego miodu lepiło, nawet dziewczyny.
Tabor szedł z prędkością pieszych i wozów, tempo marszu nie spadło jednak, bo nie błądziliśmy, lecz szliśmy jak po sznurku - bartnicy znali drogi, ścieżki i groble miedzy jeziorami. A przydała się ta znajomość, oj przydała, bo zaczęło siąpić i nagle cale cholerne Zarzecze utonęło w gęstej jak śmietana mgle. Bez bartników pobłądzilibyśmy bez ochyby albo i potopili się gdzieś na bagnach. Nie musieliśmy też tracić czasu i energii na organizowanie i przyrządzanie spyży - karmiono nas trzy razy dziennie, suto, choć niewyszukanie. I pozwalano po jedzeniu poleżeć chwil kilka brzuchem do góry.

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna