Wieża Jaskółki (1/2) Tom 4



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona9/17
Data02.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   17
Krótko mówiąc, było cudownie. Nawet Wiedźmin, ten stary ponurak i nudziarz, zaczął częściej uśmiechać się i cieszyć życiem, bo wyliczył, że pokonujemy po piętnaście mil dziennie, a od wyruszenia z Brokilonu nie udało nam się ani razu dokonać podobnej sztuki. Roboty Wiedźmin nie miał żadnej, bo choć Zwilgłe Uroczysko było zwilgłe tak, że wyobrazić sobie trudno coś bardziej zwilgłego, monstrów żadnych nie napotkaliśmy. Ot, trochę wyły po nocach upiory, zawodziły leśne płaczki i błędne ogniki tańczyły na trzęsawiskach. Nic sensacyjnego.
Troszeczkę, prawda, niepokoiło, że znowu jedziemy w dość przypadkowo wybranym kierunku i znowu bez dokładnie sprecyzowanego celu. Ale, jak wyraził się wampir Regis, lepiej bez celu iść naprzód niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej niż bez celu się cofać.
*****

- Jaskier! Przytrocz porządniej ten twój tubus! Byłaby szkoda, gdyby pół wieku poezji urwało się i zagubiło w paprociach.


- Nie ma strachu! Nie zgubię, bądźcie pewni. I odebrać sobie nie dam! Każdy, kto chciałby mi ten tubus odebrać, pierwej będzie musiał przestąpić nad mym stygnącym trupem. Można wiedzieć, Geralt, co wywołuje twój perlisty śmiech? Pozwól, niech zgadnę... Wrodzony kretynizm?

*****



Zdarzyło się tak, że ekipa archeologów z uniwersytetu w Castell Graupian, prowadząca wykopaliska w Beauclair, dokopała się pod warstwą węgla drzewnego, wskazującego na wielki pożar, do warstwy jeszcze starszej, obliczanej na XIII wiek. W tejże warstwie odkopano utworzoną przez resztki murów i uszczelnioną gliną i wapnem kawernę, w niej zaś, ku wielkiemu podnieceniu uczonych, odkryto dwa doskonale zachowane szkielety ludzkie: kobiety i mężczyzny. Obok szkieletów - oprócz broni i niezliczonej liczby drobnych artefaktów - znaleziono długi na trzydzieści cali tubus wykonany z utwardzanej skóry. Na skórze wytłoczony był herb o zatartych barwach przedstawiający lwy i rauty. Kierujący ekipą profesor Schliemann, wybitny specjalista od sfragistyki Wieków Mrocznych, zidentyfikował ten herb jako godło Rivii, starożytnego królestwa o nie potwierdzonej lokalizacji.
Podniecenie archeologów sięgnęło szczytu, albowiem w tubusach takich w Wiekach Mrocznych przechowywano rękopisy, a ciężar pojemnika pozwalał przypuszczać, że wewnątrz jest sporo papieru lub pergaminu. Świetny stan tubusa dawał nadzieję na to, że dokumenty będą czytelne i rzucą światło na pogrążoną w mrokach przeszłość. Miały oto przemówić wieki! Była to niebywała gratka, zwycięstwo nauki, którego nie wolno było zaprzepaścić. Przezornie wezwano z Castell Graupian lingwistów i badaczy języków martwych, a także specjalistów umiejących otworzyć tubus bez ryzyka najmniejszego choćby uszkodzenia cennej zawartości.
Wśród ekipy profesora Schliemanna rozeszły się tymczasem pogłoski o "skarbie". Trzeba trafu, że słowa te dotarły do trzech wynajętych do kopania w glinie osobników, znanych jako Zdyb, Cap i Kamil Ronstetter. Przekonani, że tubus dosłownie wypchany jest złotem i kosztownościami, trzej wymienieni kopacze gwizdnęli nocą bezcenny artefakt i uciekli z nim do lasu. Tam rozpalili malutkie ognisko i siedli wokół.
- Na co czekasz? - powiedział do Zdyba Cap. - Otwieraj te rurę!
- Kiedy się nie da - poskarżył się Capowi Zdyb. - Trzymie, jak gamracki syn!
- To butem jo, chędożono gamratke! - poradził Kamil Ronstetter.
Pod obcasem Zdyba zamknięcie bezcennego znaleziska puściło i na ziemię wypadła zawartość.
- O żeż gamratka chędożona! - krzyknął zdumiony Cap. - Co to takie jest?
Pytanie było głupie, albowiem na pierwszy rzut oka widać było, że są to arkusze papieru. Dlatego Zdyb, miast odpowiadać, wziął jeden z arkuszy do ręki i zbliżył go do nosa. Przez dłuższą chwilę przyglądał się obco wyglądającym znakom.
- Zapisany - stwierdził wreszcie autorytatywnie. - To są litery!
- Litery? - wrzasnął Kamil Ronstetter, blednąc ze zgrozy. - Zapisane litery? O żeż gamratka!
- Zapisane, znaczy czary! - wybełkotał Cap, z przerażenia dzwoniąc zębami. - Litery, znaczy gusła! Nie dotykajta tego, gamratka jego chędożona mać! Tym się zarazić można!
Zdyb nie dał sobie dwa razy powtarzać, cisnął arkusz do ognia i nerwowo wytarł drżące dłonie o spodnie. Kamil Ronstetter kopniakiem wtrącił do ogniska resztę papierów - w końcu, jakieś dzieci mogły napatoczyć się na to cholerstwo. Potem cała trójka pospiesznie oddaliła się z niebezpiecznego miejsca. Bezcenny zabytek piśmiennictwa Wieków Mrocznych palił się jasnym, wysokim płomieniem. Przez kilka krótkich chwil wieki przemawiały cichutkim szeptem czerniejącego w ogniu papieru. A potem płomień zgasł i gamrackie ciemności okryły ziemię.

Houuenaghel Dominik Bombastus, 1239, wzbogacił się w Ebbing prowadzonym na ogromną skalę handlem i osiadł w Nilfgaardzie; szanowany od poprzednich cesarzów, mianowany został za rządów imperatora Jana Calueita burgrabią i żupnikiem uenendalskim, a w nagrodę położonych zasług miał sobie nadane starostwo neweugeńskie. Wierny doradca cesarza, posiadał H. jego względy i i brał udział w wielu sprawach publicznych, w 1301. Jeszcze w Ebbing prowadził H. szeroką działalność charytatywną, wspierał potrzebujących i niemajętnych, zakładał sierocińce, szpitale i ochronki, łożył na nie niemałe summy. Wielki miłośnik sztuk pięknych i sportu, ufundował w stolicy teatr komiczny oraz stadion, oba jego imię noszące. Uchodzi za przysłowiowy wzór prawości, uczciwości i zacności kupieckiej.

Effenberg i Talbot,


Encyclopaedia Maxima Mundi, tom VII

Rozdział czwarty


- Nazwisko i imię świadka?
- Selborne, Kenna. Znaczy się, przepraszam: Joanna.
- Profesja?
- Świadczenie usług różnych.
- Świadka żarty się trzymają? Świadkowi przypomina się, że staje przed cesarskim trybunałem w procesie o zdradę stanu! Od zeznań świadka zależy życie wielu ludzi, albowiem karą za zdradę jest śmierć! Świadkowi przypomina się, że sama stoi przed trybunałem bynajmniej nie z wolnej stopy, ale doprowadzona z cytadeli, z miejsca odosobnienia, a to, czy tam powróci, czy wyjdzie na swobodę, zależy między innymi od zeznań świadka. Trybunał pozwolił sobie na tę długą tyradę, aby unaocznić świadkowi, jak dalece niestosowne są na tej sali krotochwile i facecje! Są one nie tylko niesmaczne, ale też grożą bardzo poważnymi konsekwencjami. Świadkowi daje się pół minuty na przemyślenie tej sprawy. Po tym czasie trybunał zada pytanie powtórnie.
- Już, wielmożny sędzio.
- Proszę zwracać się do nas "wysoki trybunale". Profesja świadka?
- Jestem czujna, wysoki trybunale. Ale głównie na usługach cesarskiego wywiadu, znaczy się...
- Proszę udzielać odpowiedzi konkretnych i krótkich. Gdy sąd zapragnie szerszych wyjaśnień, sam o nie poprosi. Sądowi znany jest fakt współpracy świadka z sekretnymi służbami cesarstwa. Proszę jednak podać do protokołu, co oznacza określenie "czujna", którego świadek użyła na określenie swego zawodu?
- Mam czystą pe-pe-es, znaczy się psi pierwszego typu, bez możności pe-ka. Konkretnie, to ja mogę tak: słyszeć cudze myśli, rozmawiać na odległość z czarodziejem, elfem albo inną czujną. I przekazać myślą rozkaz. Znaczy się, zmusić kogo, by zrobił to, co ja chcę. Mogę też robić pre-kog, ale tylko uśpiona.
- Proszę dodać do protokołu, że świadek Joanna Selborne jest psioniczką mającą zdolność percepcji pozasensorycznej. Jest telepatką i telempatką, pod hipnozą zdobią do prekognicji, ale nie, mającą zdolności psychokinezy. Świadka upomina się, że używanie magii i mocy pozazmysłowych na tej sali jest surowo zabronione. Kontynuujemy przesłuchanie. Kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach zetknęła się świadek ze sprawą osoby podającej się za Cirillę, księżniczkę Cintry?
- O tym, że to jakaś tam Cirilla, dowiedziałam się dopiero w pudle... Znaczy się, w miejscu odosobnienia, wielmożny trybunale. W śledztwie. Wtedy mnie uświadomili, że to ta sama, którą przy mnie zwali Falką albo Cintryjką. A okoliczności były takie, że muszę je za kolejnością wyłożyć, dla jasności, znaczy się. Było tak: zahaczył mnie w karczmie w Etolii Dacre Silifant, o, ten, który tam siedzi...
- Proszę o zaprotokołowanie, że świadek Joanna Selborne wskazała oskarżonego Silifanta bez wzywania. Proszę kontynuować.
- Dacre, wielmożny trybunale, werbował hanzę... Znaczy się, oddział zbrojny. Same morowe chłopy i baby... Dufficey Kriel, Neratin Ceka, Chloe Stitz, Andres Viemy, Til Echrade... Żadne już nie żyje, proszę trybunału... A z tych, co przeżyli, większość tutaj, o, pod strażą siedzi...
- Proszę podać dokładnie, kiedy miało miejsce spotkanie świadka z oskarżonym Silifantem.
- Zeszłego roku to było, w miesiącu sierpniu, tak gdzieś pod koniec, dokładnie nie pamiętam. W każdym razie nie we wrześniu, bo tamten wrzesień, ha, dobrze mi w pamięć zapadł! Dacre, który wywiedział się gdzieś o mnie, rzekł, że do hanzy potrzeba mu czujnej, takiej, co się czarów nie ulęknie, bo przyjdzie z czarownikami mieć sprawę. Robota, gadał, jest dla cesarza i cesarstwa, nadto płatna dobrze, a komendę nad hanzą obejmie własną osobą nie kto inny, a sam Puszczyk.
- Mówiąc o Puszczyku, świadek ma na myśli Stefana Skellena, koronera cesarskiego?
- Jego mam na myśli, a jakże.
- Proszę to zaprotokołować. Kiedy i gdzie zetknęła się świadek z koronerem Skellenem?
- A już we wrześniu, czternastego, w forciku Rocayne. Rocayne, proszę wielmożnego trybunału, to przygraniczna stanica, która strzeże szlaku handlowego wiodącego z Maecht do Ebbing, Geso i Metinny. Tam właśnie przyprowadził naszą hanzę Dacre Silifant, w piętnaście koni. Było nas więc wszystkich razem dwadzieścioro i dwoje, bo reszta już w Rocayne gotowa stała, pod komendą Oli Harsheima i Berta Brigdena.

*****



Drewniana podłoga zahuczała pod ciężkimi butami, zabrzęczały ostrogi, zadzwoniły metalowe sprzączki.
- Powitać, panie Stefanie!
Puszczyk nie tylko nie wstał, ale nawet nie zdjął nóg ze stołu. Kiwnął tylko ręką, bardzo wielkopańskim gestem.
- Nareszcie - powiedział cierpko. - Długo kazałeś na siebie czekać, Silifant.
- Długo? - zaśmiał się Dacre Silifant. - A to paradne! Daliście mi, panie Stefanie, cztery niedziele czasu, bym wam skrzyknął i przyprowadził więcej tuzina najlepszych mołojców, jakich wydało cesarstwo z przyległościami. Bym wam przywiódł taką hanzę, na której zebranie i roku mało! A jam się w dwadzieścia dwa dni uwinął. Pochwalić by warto, hę?
- Wstrzymajmy się - rzekł chłodno Skellen - z pochwałami do czasu, aż tę twoją hanzę obejrzę.
- A choćby i zaraz. Oto moi, a teraz wasi, panie Stefanie, porucznicy: Neratin Ceka i Dufficey Kriel.
- Czołem, czołem - Puszczyk wreszcie zdecydował się wstać, wstali również jego adiutanci. - Poznajcie się, panowie... Bert Brigden, Ola Harsheim...
- My się znamy dobrze - Dacre Silifant mocno uścisnął prawicę Oli Harsheima. - Myśmy pod starym Braibantem rebelię w Nazairze tłumili. Paradnie było, co, Ola? Ech, paradnie! Konie wyżej pęcin chodziły we krwi! A pan Brigden, jeśli się nie mylę, z Gemmery? Z Pacyfikatorów? A, to będą w oddzielę znajomkowie! Kilku Pacyfikatorów tam mam.
- Niecierpliwię się już, by zobaczyć - wtrącił Puszczyk. - Możemy iść?
- Małą chwilę - powiedział Dacre. - Neratin, idź i postaw bractwo w ordynku, by paradnie przed mości koronerem wyglądali.
- Ten czy ta, Neratin Ceka? - zmrużył oczy Puszczyk, patrząc w ślad za wychodzącym oficerem. - To kobieta czy mężczyzna?
- Panie Skellen - Dacre Silifant odkaszlnął, ale gdy przemowie głos miał pewny, a wzrok zimny. - Dokładnie to ja tego nie wiem. Z pozoru jest to mężczyzna, ale pewności nie mam. Co do tego zaś, jakim Neratin Ceka jest oficerem, mam pewność. To, o coście zapytać raczyli, miało by znaczenie, gdybym zamiarował o rękę go prosić. A nie zamiaruję. Wy, tuszę, też nie.
- Masz rację - przyznał po krótkim namyśle Skellen. - Nie ma o czym gadać. Chodźmy przypatrzeć się twej szajce, Silifant.
Neratin Ceka, osobnik niepewnej płci, nie tracił czasu. Gdy Skellen i oficerowie wyszli na podwórzec fortu, oddział stał w porządnym szyku, wyrównawszy linię tak, by żaden koński łeb nie wystawał na więcej niż piędź. Puszczyk chrząknął, zadowolony. Niezła banda, pomyślał. Ech, żeby nie ta polityka, skrzyknąćby taką hulajpartię i pójść na pogranicze, rabować, gwałcić, mordować i palić... Znowu człowiek poczułby się młody... Ech, żeby nie ta polityka!
- No i jak, panie Stefanie? - spytał Dacre Silifant, zarumieniony ze skrywanego podniecenia. - Jak ich cenicie, paradnych krogulczyków moich?
Puszczyk jechał wzrokiem od twarzy do twarzy, od sylwetki do sylwetki. Niektórych znał osobiście - lepiej lub gorzej. Innych, których rozpoznawał, znał ze słyszenia. Z reputacji.
Til Echrade, jasnowłosy elf, zwiadowca gemmerskich Pacyfikatorów. Rispat La Pointę, wachmistrz z tej samej formacji. I następny Gemmerczyk: Cyprian Fripp Młodszy. Skellen był przy egzekucji Starszego. Obaj bracia słynęli z sadystycznych skłonności.
Dalej, swobodnie przegięta na kulbace srokatej klaczy, Chloe Stitz, złodziejka, czasami wynajmowana i wykorzystywana przez tajne służby. Puszczyk szybko uciekł wzrokiem przed jej bezczelnymi oczyma i złośliwym uśmiechem.
Andres Vierny, Nordling z Redanii, rezun. Stigward, pirat, renegat ze Skellige. Dede Vargas, diabeł wie, skąd pochodzący, zawodowy morderca. Kabemik Turent, morderca z zamiłowania.
I inni. Podobni. Wszyscy oni są podobni, pomyślał Skellen. Bractwo, konfraternia, w której po zabiciu pierwszych pięciu ludzi wszyscy robią się tacy sami. Takie same ruchy, takie same gesty, taka sama maniera mowy, ruchów i stroju.
Takie same oczy. Beznamiętne i chłodne, płaskie i nieruchome jak u węży oczy, których wyrazu nic, nawet najpotworniejsza okropność, nie jest już w stanie zmienić.
- I jak? Panie Stefanie?
- Nieźle. Niezła hanza, Silifant.
Dacre jeszcze bardziej pokraśniał, zasalutował po gemmersku, pięścią przyłożoną do kołpaka.
- Specjalnie życzyłem sobie - przypomniał Skellen - kilku takich, którym nieobca jest magia. Którzy się nie zlękną ani czarów, ani czarowników.
- Pamiętałem. Jest przecie Til Echrade! A prócz niego, o, ta wysoka panna na paradnej kasztance, ta obok Chloe Stitz.
- Później przyprowadzisz ją do mnie. Puszczyk oparł się o balustradę, stuknął w nią okutym trzonkiem nahajki.
- Czołem, kompania!
- Czołem panie koroner!
- Wielu z was - podjął Skellen, gdy przebrzmiało echo chóralnego ryku bandy - pracowało już ze mną, zna mnie i moje wymagania. Ci zechcą wyjaśnić tym, którzy mnie nie znają, czego oczekuję od podkomendnych, a czego u podkomendnych nie toleruję. Ja nie będę więc strzępić sobie niepotrzebnie gęby.
- Już dziś niektórzy z was otrzymają zadania i jutro o świcie wyruszą, by je wykonać. Na terytorium Ebbing. Przypominam, że Ebbing jest formalnie królestwem autonomicznym i formalnie nie mamy tam żadnej jurysdykcji, toteż nakazuję działać rozważnie i dyskretnie. Pozostajecie w służbie cesarskiej, ale zakazuję obnosić się z tym, chełpić i arogancko traktować miejscowe władze. Nakazuję zachowywać się tak, by nie ściągać niczyjej uwagi. Jasne?
- Tak jest, panie koroner!
- Tu, w Rocayne, jesteście gośćmi i macie zachowywać się jak goście. Zakazuję opuszczania przydzielonych kwater bez koniecznej potrzeby. Zakazuję kontaktów z załogą fortu. Zresztą, oficerowie wymyślą coś, byście się nie biesili z nudów. Panie Harsheim, panie Brigden, proszę rozkwaterować oddział!
- Ledwom co zdążyła z kobyły zleźć, wysoki trybunale, a Dacre cap mnie za rękaw. Pań Skellen, prawi, chce z tobą gadać, Kenna. Co było robić. Idziemy. Puszczyk za stołem siedzi, nogi na stole trzyma, nahajem się po cholewach chlaszcze. I prosto z mostu do mnie, czy to ja jestem tą Joanną Selborne zaplątaną w zniknięcie statku "Gwiazda Południa". Ja mu na to, że nic mi nie udowodniono. On w śmiech. "Lubię, mówi, takich, co im niczego udowodnić nie można". Potem spytał, czy talent pe-pe-es, czujności, znaczy się, wrodzony mam. Gdym potwierdziła, zasępił się i rzecze: "Myślałem, że mi się ten twój talent na czarodziejów przyda, ale wpierw z inną przyjdzie mieć sprawę personą, nie mniej zagadkową".
- Świadek jest pewna, że koroner Skellen użył tych właśnie słów?
- Pewna. Przecież ja czujna jestem.
- Proszę kontynuować.
- Rozmowę przerwał nam wtedy goniec, zakurzony, widać, że konia nie żałował. Pilne miał dla Puszczyka wieści, a Dacre Silifant, gdyśmy na kwaterę szli, rzekł, że nosem czuje, że nas te gońca wieści jeszcze przed wieczorem na siodła wsadzą. I praw był, wysoki trybunale. Jeszcze nim kto o wieczerzy pomyślał, połowa hanzy była już na kulbakach. Mnie się upiekło, wzięli Tila Echrade, elfa. Rada byłam, bo po tych paru dniach w drodze rwała mnie dupa, że aż strach... I miesiączka mi się akurat zaczęła jak na złość...
- Świadek zechce powstrzymać się od malowniczych opisów własnych intymnych przypadłości. I trzymać się tematu. Kiedy świadek dowiedziała się, kto jest ową "zagadkową personą", o której wspominał koroner Skellen?
- Zaraz powiem o tym, lecz przecie jakaś kolejność być musi, bo się wszystko zwikła tak, że nie rozwikłać! Ci, co wtedy przed wieczerzą w takim pośpiechu konie kulbaczyli, pognali z Rocayne do Malhoun. I przywieźli stamtąd jakiegoś wyrostka...

*****



Nycklar był zły na siebie. Tak bardzo, że miał ochotę się rozpłakać.
Gdybyż chciał pamiętać przestrogi, dawane mu przez rozumnych ludzi! Gdybyż chciał pamiętać przysłowia, albo chociaż tę bajkę o gawronie, który nie umiał trzymać dzioba na kłódkę! Gdybyż załatwił, co było do załatwienia i wrócił do domu, do Zazdrości! Ale gdzie tam! Podekscytowany przygodą, dumny z posiadania wierzchowego konia, czując w trzosie miły ciężar monet, Nycklar nie wytrzymał, by się nie popisać. Miast z Claremont wrócić prosto do Zazdrości, pojechał do Malhoun, gdzie miał licznych znajomków, w tym i kilka panien, do których smalił cholewki. W Malhoun puszył się jak gąsior wiosną, hałasował, buszował, czwanił koniem po majdanie, stawiał kolejki w zajeździe, rzucając pieniądz na kontuar z miną i postawą jeśli nie księcia krwi, to co najmniej grafa.
I opowiadał.
Opowiadał o tym, co cztery dni wcześniej wydarzyło się w Zazdrości. Opowiadał, co i rusz zmieniając wersje, dokładając, konfabulując, łżąc wreszcie w żywe oczy - co wcale nie przeszkadzało słuchaczom. Bywalcy zajazdu, ci lokalni i ci przyjezdni, słuchali chętnie. A Nycklar opowiadał, udając dobrze poinformowanego. I coraz częściej stawiając swą własną osobę w centrum skonfabulowanych wydarzeń.
Już trzeciego wieczora jego własny jęzor ściągnął mu na kark kłopoty.
Na widok ludzi, którzy weszli do karczmy, zapadła grobowa cisza, w ciszy tej brzęk ostróg, szczęk metalowych sprzączek i zgrzyt okuć broni zabrzmiały jak złowróżbny dzwon wieszczący nieszczęście ze szczytu dzwonnicy.
Nycklarowi nie dano nawet szansy próbować odgrywać bohatera. Został chwycony i wyprowadzony z karczmy tak szybko, że chyba tylko ze trzy razy zdołał dotknąć obcasami podłogi. Znajomkowie, którzy jeszcze wczoraj, pijąc za jego pieniądze, deklarowali dozgonną przyjaźń, teraz w milczeniu głowy niemalże pod blaty stołów powtykali, jakby tam, pod stołami, nie wiadomo jakie cuda się wyprawiały albo gołe baby tańcowały. Nawet obecny w zajeździe zastępca szeryfa odwrócił się ku ścianie i nie pisnął słówka.
Nycklar też nie pisnął słówka, nie zapytał, kto, co, za co i dlaczego. Przerażenie zmieniło mu język w sztywny i suchy kołek.
Wsadzili go na konia, kazali jechać. Kilka godzin. Potem był fort z palisadą i wieżą. Podwórzec pełen butnego, hałaśliwego, obwieszonego bronią żołdactwa. I izba. W izbie trzech ludzi. Dowódca i dwóch podwładnych, zrazu było widać. Dowódca, nieduży, czarniawy, bogato odziany, był stateczny w mowie i nad podziw grzeczny. Nycklar aż gębę rozdziawił, gdy usłyszał, że przeprasza się go za kłopot i niewygody tudzież upewnia, że nie będzie mu krzywdy. Ale nie dał się nabrać. Ci ludzie za bardzo przypominali mu Bonharta.
Skojarzenie okazało się zadziwiająco trafne. Waśnie Bonhart ich interesował. Nycklar mógł się tego spodziewać. Bo przecież to jego własny jęzor wpędził go w tę kabałę.
Wezwany, zaczął opowiadać. Upomniano go, by mówił prawdę, by nie ubarwiał. Upomniano grzecznie, ale surowo i dobitnie, a ten, który upominał, ten bogato odziany, cały czas bawił się okutą pletnią, a oczy miał paskudne i złe.
Nycklar, syn trumniarza z osady Zazdrość, opowiedział prawdę. Całą prawdę i tylko prawdę. O tym, jak to w dniu dziewiątego września rankiem w osadzie Zazdrość Bonhart, łowca nagród, wyrżnął w pień bandę Szczurów, darowując życie tylko jednej rozbójniczce, najmłodszej, tej, którą nazywano Falką. Opowiedział, jak cała Zazdrość się zbiegła, by patrzeć, jak Bonhart będzie pojmaną sprawiał i kaźnił, ale zawiedli srodze się ludziska, bo Bonhart, o dziwo, Falki nie utrupił, nie torturował nawet! Nie uczynił jej nic nadto, co zwykły chłop czyni żonie w sobotę wieczorem, wracając z oberży - ot, zwyczajnie skopał, w papę strzelił kilka razy - i więcej nic.
Bogato odziany panek z pletnią milczał, a Nycklar opowiedział, jak później Bonhart na oczach Falki urzynał pozabijanym Szczurom głowy i jak z tych głów, niczym rodzynki z ciasta, wyskubywał złote kolczyki z kamykami. Jak Falka, patrząc na to, darła się i rzygała przywiązana do koniowiązu.
Opowiedział, jak potem Bonhart zapiął Falce na szyi obrożę, jak suce, jak zawlókł za tę obrożę do zajazdu "Pod Głową Chimery". A potem...
- A potem - gadał chłopak, co i rusz oblizując wargi - jegomość pan Bonhart piwa zaordynował, bo spocił się okrutnie i w gardle mu zaschło. Potem zasię zakrzyknął, że chętka go bierze, by kogoś obdarować dobrym koniem i całymi pięcioma florenami gotowizny. Tak właśnie rzekł, tymi właśnie słowy. To jam się zgłosił od razu, nie czekając, aż kto inny mię ubiegnie, bom okrutnie chciał konia mieć i trochę grosza własnego. Ojciec nie dają nic, cięgiem przepijają, co na trumnach zarobią. Zgłosiłem się tedy i pytam, który ten koń, pewnikiem jeden z tych Szczurowych, mogęż wziąć? A jegomość pań Bonhart popatrzył, aż ciarki mię przeszły i rzecze, pry, że wziąć to ino mogę kopa w rzyć, na insze rzeczy trza zapracować. Co było czynić? Kobyłka u płota, jako w przysłowiu, tak i naprawdę, bo Szczurze konie u koniowiązu stały, osobliwie ta kara Falki klacz, piękności rzadkiej koń. Tom się skłonił i pytam, co czynić przyjdzie, by zapracować. A pan Bonhart, że do Claremont trza jechać, po drodze do Fano wstępując. Na koniu, co go sobie wybiorę. Musiał widzieć, że mi się oko do onej karej kobyłki świeci, ale mi tej rychtyk zakazał brać. Tom sobie wybrał kasztankę z białą łysinką...
- Mniej o końskich maściach - upomniał sucho Stefan Skellen. - Więcej o konkretach. Gadaj, co ci Bonhart zlecił?
- Jegomość pań Bonhart pisania napisał, schować kazał dobrze. Do Fano i Ciaremont zlecił jechać, tamój wskazanym osobom pisania do rąk własnych oddać.
- Listy? Co w nich było?
- A mnie skąd to znać, panie złoty? Z czytaniem u mnie nie szybko, a to i zapieczętowane były listy pana Bonhartowym sygnetem.
- Ale do kogo listy były, pamiętasz?
- A jakżeby, pamiętam. Pań Bonhart z dziesięć razy powtarzać kazał, bym nie przepomniał. Dotarłem bez błądzenia, dokąd trzeba, komu trzeba pisania oddałem do własnych ich rąk. Owi chwalili mnie, żem łebski parob, a ów wielmożny pan kupiec nawet denara dał...
- Komu listy przekazałeś? Gadajże składniej!
- Pierwsze pisanie było do mistrza Esterhazy'ego, miecznika i płatnerza z Fano. Drugie zasię do wielmożnego Houvenaghela, kupca z Claremont.
- Listy przy tobie może otwierali? Może który co rzekł, czytając? Wytęż pamięć, chłopie.
- Kiedy nie pomnę. Nie uważałem tegdy, a i tera pamiętać się jakoś nie chce...
- Mun, Ola - Skellen skinął na adiutantów, wcale nie podnosząc głosu. - Wziąć chama na podwórze, spuścić portki, wyliczyć trzydzieści odlewanych nahajów.
- Pamiętam! - wrzasnął chłopak. - Wspomniałem zaraz!
- Na pamięć - wyszczerzył zęby Puszczyk - nie masz to jak orzechy z miodem albo nahajka nad dupą. Gadaj.
- Gdy w Claremont pan kupiec Houvenaghel pisanie czytał, to był tamój inny jeszcze jegomość, mały taki, istny niziołek. Pan Houvenaghel do onego rzekł... Eeee... Rzekł, że właśnie mu piszą, że tu wnet może być taka w szwalni heca, jakiej świat nie widział. Tak powiedział!
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   17


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna