Wszyscy mamy swoje tajemnice



Pobieranie 0.63 Mb.
Strona1/10
Data08.05.2016
Rozmiar0.63 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10
Anna Jakubik

WSZYSCY MAMY SWOJE TAJEMNICE

Potworny ryk przedarł się przez głośny szum fal. Cofnęłam się. Pojawił się quad. Czarny, na grubych oponach i niemiłosiernie brudny.

Oparłam się o drzewo.

Quad w szalonym tempie przejechał obok mnie. Siedział na nim jakiś mężczyzna. Nie zauważyłam twarzy.

Było gorąco. Czerwcowe promienie słońca przedzierały się przez rosochate konary nadmorskich sosen i tak mocno ocieplały poszycie, że moje stopy grzały się na nim. Było bardzo gorąco, a ten facet na quadzie był ubrany w grube wojskowe buty, gruby golf, kurtkę i spodnie moro. Jakiś wariat.

No i ten dom…

Bałam się wejść do niego.

Stał na wydmie między drzewami, daleko od ludzi, od innych domów, od wsi, miasta, od wszystkiego. Las wokół domu wyglądał jak przeniesiony z baśni. Sosny o grubych pniach wyciągały konary jak najdalej w każdym kierunku, świerki pięły się do światła, gęste u góry, u dołu prawie łyse. Pomiędzy nimi gdzieniegdzie rosła dzika róża, w innym miejscu borowina, a na samym dole soczysto zielony mech, poprzetykany kępkami szmaragdowej trawy.

Zeszłam z wydm.

Chodziłam wzdłuż brzegu w te i z powrotem.

Dom był dość duży, niewykończony, smutny. Wyłaniał się … nie on się nie wyłaniał, on się krył wśród drzew, którymi porośnięte były wydmy. Pomalowany w ohydny sposób przez wandali ćwiczących się w graffiti. Był całkiem bezbronny. Miał puste, wyłupione miejsca na okna. W słoneczne dni, od strony południowej ściany wydawały się być prawie białe, ale w pochmurną pogodę, kiedy ciął deszcz, albo, kiedy po niebie mknęły ciemne chmury, ściany były pełne dziwnych, niepokojących cieni i cały dom sprawiał przerażające wrażenie.

Północna strona zawsze była szara, zacieniona, groźna.

Dużo czasu minęło zanim zdecydowałam się podejść na mniej niż kilkanaście metrów.

Obeszłam dom dookoła i poszłam na plażę.

Obsesja

Po chwili obok mnie znów przejechał ten sam quad. Kiedy się oddalał, zobaczyłam na tyle napisane sprayem trzy litery M J S. Może to inicjały właściciela? Dwojga imion? Dwojga nazwisk?.



Przyjechałam na wybrzeże, napisać artykuł o tym, co zostało u nas z tradycyjnego rybołówstwa, z kutrów, sieci, rybaków przesiąkniętych wonią rybich ciał. Taka techniczna rozprawka – nie bardzo w moim guście, ale taki temat mi przyszedł do głowy i został zaakceptowany.

To była jedna z takich wsi, gdzie jeszcze mała przystań tętniła życiem. Każdego dnia, w sklepie, w wędzarni, w smażalniach, wszędzie czuć było świeże ryby. Wieczorami na ulicy mijałam rybaków, którzy po kolejnym ciężkim dniu wlekli się do domów z reklamówkami, w których leżały stłoczone flądry czy dorsze.

Państwo Wierzbińscy, u których mieszkałam, byli przyjaciółmi moich rodziców jeszcze z czasów, kiedy o mnie nikt nawet nie marzył. Choć może marzył, ale z pewnością nie planował. Kilkakrotnie spotykali się gdzieś pomiędzy wybrzeżem a Krakowem. Rozbijali namioty i przez dwa tygodnie w wielkiej zgodzie leniuchowali przekręcając się z boku na bok na leżakach. Wszyscy, z wyjątkiem mojego taty. Jego odpoczynek wyglądał niby podobnie, jednak zgoła inaczej. Też leżał. Jednak pod samochodem, raz jednym raz drugim. Po takim urlopie obydwa samochody miały powymieniane wszystkie uszczelki, paski, oleje, płyny, filtry i wszystko inne co tylko dało się wymienić leżąc na trawie.

Państwo Wierzbińscy mieli duży, pięknie urządzony dom z niewielkim ogrodem. On, jak większość mężczyzn z wioski, zajmował się łowieniem ryb. Miał największy i najnowocześniejszy kuter w całej przystani. Urządzenia pokładowe potrafiły zapamiętać to, co było, pokazać to co jest i przewidzieć to co będzie. Na morzu i pod powierzchnią wody. Jeśli gdzieś pojawiała się ławica ryb, on jako pierwszy to wiedział. Wiedział, no i oczywiście umiał tę wiedzę skutecznie wykorzystać. Jednak był to tak uczciwy i porządny człowiek, że wiedzą swoją dzielił się z jednostkami, które były w jego pobliżu. Doprowadzało to do szału jego żonę, ale on sam był zadowolony i spełniony.

Był niski, przysadzisty, z dużą głową na szerokim, umięśnionym karku. Miał ogorzałą twarz pełną głębokich bruzd wyoranych bałtyckimi wiatrami, jasne, śmiejące się oczy i wielki, kompletnie nieproporcjonalny w stosunku do reszty twarzy nos. No i miał chyba największe i najbardziej rozłożyste dłonie jakie w życiu widziałam. Duży grapefruit krył się cały, okolony jego palcami. Był wesoły, z poczuciem humoru, zawsze wiedział co powiedzieć i w jego towarzystwie nikt nie miał prawa czuć się niezręcznie. Umiał z każdym porozmawiać. Z babami we wsi gadał o kwiatkach w ogrodzie, z pijaczkami, gdzie jest tańsze piwo, z przyjezdnymi o polityce, o cenach benzyny. Był niesamowity. Miał jeszcze jedną cechę, która stawiała ponad przeciętność – umiał słuchać. Był cierpliwym słuchaczem i umiał sprawić, że rozmówca czuł jego zainteresowanie.

Co łatwe do przewidzenia, prym w domu wiodła bez wątpienia pani Wierzbińska. Potrafiła wszystko zrobić, wszystko załatwić, wszystko naprawić. Sprawiała wrażenie zimnej, wyrachowanej, egoistycznej. Ale tylko z pozoru. Rodzina dla niej była najważniejsza na świecie, strzegła jej jak bastionu. Kiedy komuś działa się krzywda, była kochającą, najczulszą i najdelikatniejszą istotą.

Pewnie właśnie dlatego potrafili tyle lat przeżyć razem. Uzupełniali się.

Wioskę znałam jeszcze z lat dziecięcych. Wtedy przyjeżdżałam tam z rodzicami na wakacje. Targaliśmy się prawie siedemset kilometrów zipiącym autkiem, które prócz naszej trójki musiało ciągnąć jeszcze przyczepę kempingową. Stawaliśmy w sadzie jednego z tutejszych gospodarzy między drzewami, na których zaczynały z wolna dojrzewać jabłka, gruszki, śliwy. Przyczepa stała pod jednym z drzew i pamiętam, że po wietrznych nocach, w siatce zabezpieczającej otwierany dach zbierała się masa liści i maleńkich jabłuszek. Nudziłam się na wakacjach. Brakowało mi szkoły, książek, nauki. Myślę, że byłam postrzegana jako dziwoląg. Lubiłam sama włóczyć się po plaży, pluskać stopami w falach, siedzieć na falochronie i patrzeć, czy kolejna fala mnie dosięgnie, czy nie. Bardzo lubiłam chodzić na długie spacery z moją mamą. Tata, śmiertelnie znudzony, zostawał na leżaku, a my szłyśmy sobie daleko, daleko, rozmawiając o wszystkim, co nam tylko przyszło do głowy.

Po długim spacerze poszłam na przystań.

Bardzo lubiłam to miejsce. Miało czar dawnych lat. Rybacy poruszali się powoli, nikt się nie spieszył, rozmawiali ze sobą o połowach, poklepywali się po plecach. Przystań składała się z dużego, starego budynku, który górował nad tym całym miejscem i z kilkunastu boksów w dwóch rzędach, stojących przodem do morza. Na plaży przed boksami stały kutry. Mniejsze, większe, stare i nowsze, czerwone, żółte, zielone i bure. Na każdym kutrze był wymalowany numer, czasem jakaś nazwa, „Mewa”, „Bursztyn” i tak dalej. Wszystko tam czuć było rybami, popołudniami nawet trudno było tamtędy przejść nie zatykając nosa. Ale to była właśnie ta charakterystyczna nuta rybackiej wsi. Bardzo lubiłam chodzić tam wieczorami, kiedy jedni rybacy wracali na ląd, a inni właśnie zaczynali swoją pracę. Czuło się tam taki właśnie staroświecki romantyzm dawnych dni.

Kiedy przyjeżdżałam tam z rodzicami, chodziłam na przystań z moją mamą i kupowałyśmy dorsze i łososie. Patroszone na miejscu. Smażyłyśmy je potem na patelni i objadaliśmy się nimi.

Wspaniałe.

Pani Wierzbińska, u której wynajmowałam pokój, zobaczyła mnie na schodach.

- Helenko, dzwoniła do ciebie jakaś dziewczyna?

- Kto? – zdziwiłam się.

-Nie wiem, nie przedstawiła się, tylko powiedziała, że jeszcze spróbuje się z tobą skontaktować.

- Nie chciała mi nic przekazać? Nie pytała o nic więcej?

- No właśnie nie, nawet nie zapytała kiedy wrócisz, nic. Może zadzwoni później.

Oparłam się o poręcz.

- No dobrze, dziękuję. – westchnęłam i poszłam do siebie. Zaintrygowała mnie.

Położyłam się. Już jako dziecko lubiłam być nad morzem, a teraz odczuwałam autentyczną rozkosz, kiedy przez otwarte okno wpadał do pokoju nie tylko huk fal ale zapach i słony smak morza.

Leżałam i słuchałam.

Praca czekała na mnie na stole. Laptop aż wył, by go użyć. Patrzyłam i patrzyłam i w końcu obudziłam się dwie godziny później. Było już szaro. Przegapiłam zachód słońca. Mimo wszystko pobiegłam na plażę. Przywitał mnie potężny wicher od morza. Wciskał się w każdą nieosłoniętą szczelinę. Był mokry i zimny, mimo iż już prawie letni.

Jakoś automatycznie rozglądnęłam się za quadem, ale nie było go nigdzie.

Fale były wielkie, sięgały do połowy plaży, piana pryskała aż na wydmy, a rybacy na swoich kutrach przygotowywali się do wypłynięcia w morze. Przerażało mnie to. Nocne morze, które szaleje jest tak niebezpieczne…

I nagle przyszło mi coś do głowy. Poszłam do domu po notatnik.

Zaczęło padać.

Poszłam z moim notatnikiem do sąsiadki pani Wierzbińskiej.

Pani Skobel nie miała już męża – morze jest zazdrosną kochanką. Zaginął na morzu prawie dwa lata wcześniej. Wypłynął któregoś wieczoru i już nie wrócił. Rozbity kuter odnaleziono po kilku dniach na jednej z plaż kilkadziesiąt kilometrów dalej. O właścicielu słuch zaginął. Pani Skobel mieszkała nadal w starym domu. Razem z nią jej syn.

Zapukałam.

Deszcz dość mocno zacinał mi po twarzy.

Zapukałam jeszcze raz, głośniej.

Po chwili usłyszałam szuranie kapci. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta lat około pięćdziesięciu, o strasznie zmęczonej, szarej twarzy. Cała postać była przygarbiona, chude ramiona okryte wypłowiałym cienkim szlafrokiem opadały ku zapadniętej klatce piersiowej. Z dużych, kiedyś pewnie ślicznych oczu patrzyła pustka.

Jej wzrok mógł zniechęcić każdego.

- Dzień dobry, ja mieszkam obok, u pani Wierzbińskiej, jestem dziennikarką, mogłabym z Panią porozmawiać?

- Ze mną? O czym? – warknęła.

Nie wiedziałam, czy mogę tak prosto, tak bezpośrednio, że o mężu, że o synu...

- O morzu. – powiedziałam niepewnie. – o łowieniu ryb.

- Ty głupia jesteś, mój stary był takim rybakiem jak z koziej dupy trąba. Nie będę z tobą rozmawiać.

Zamknęła mi drzwi przed nosem.

No to całkiem ładnie zaczęłam znajomość.

Przyszło mi do głowy, że mogłabym porozmawiać z żonami rybaków. W końcu to one zostają na brzegu, to one się boją, modląc się nocami o życie mężów, to one cierpią. Ale czy będą chciały ze mną rozmawiać? Czy nie lepiej im w milczeniu?

Poszłam do domu.

Synowie państwa Wierzbińskich, bardzo sympatyczni chłopcy, byli bardzo różni. Każdy z nich znał pewnie tysiące opowieści o ludziach z wioski, o marynarzach, o rybakach. Bardzo lubiłam z nimi rozmawiać, ale miałam wrażenie, że moi gospodarze mieli mi te rozmowy za złe. Nie bardzo rozumiałam dlaczego. Dzień wcześniej, kiedy siedziałam na ławce obok domu z młodszym, Łukaszem, pani Wierzbińska wyglądając przez okno, kazała mu poszukać kota. To było już tak widoczne, że aż miałam ochotę ją o to zapytać. Jednak zrezygnowałam. Nie chciałam problemów, a już na pewno nie chciałam sobie zrobić wrogów z moich gospodarzy.

Kiedy wstałam rano, przez okno wpadały złociste promienie, znacząc geometryczne wzory na pościeli. Było ciepło. Było czerwcowo, pięknie i bardzo radośnie.

Wyżywienie u pani Wierzbińskiej było doskonałe. Umiała z niczego przyrządzić danie godne podziwu. Przede wszystkim ryby. W każdej postaci. Robiła z nich niesamowite przysmaki.

Po śniadaniu poszłam na spacer. Nie umiałam zająć się pracą. Morze mnie przyciągało. Dawało mi jakieś tajemne znaki.

Magnes.


Siedziałam na wielkim kamieniu na plaży, kiedy podszedł do mnie Łukasz.

- Helenko, chciałem przeprosić za mamę …

- Dlaczego? Przecież nic się nie stało.

- Wiesz, wtedy, jak gadaliśmy pod domem. No …wiesz– podrapał się po rozczochranej głowie.

- Nie ma o czym mówić. – machnęłam ręką.

Łukasz stał bez ruchu.

- Piszesz o nas?

Uśmiechnęłam się do niego.

- Tak, piszę o rybakach, więc o was też.

- O tacie już napisałaś? – pytał zaciekawiony.

- Jeszcze nie, z wami porozmawiam na końcu - uśmiechnęłam się do niego – bo mam was na wyciągnięcie ręki. Wiesz, z innymi, których nie znam nie jest łatwo rozmawiać o takich sprawach. Wiele rodzin tutaj kogoś straciło na morzu.

- Wiem. – powiedział krótko i zamilkł.

Był ubrany niedbale. Powyciągane spodnie dresowe wisiały na nim jak na wieszaku. Granatowy sweter, który czas świetności miał już dawno za sobą, świecił na łokciach dziurami. Był boso.

- Łukasz … - zaczęłam niepewnie – czy wasza rodzina też kogoś straciła?

- Nie, nikogo …jeszcze nie.

Zabrzmiało to złowrogo.

Siedział i kopał stopami w piasku.

- A wasza sąsiadka, pani Skobel? Ona straciła męża, prawda?

- Tak. Dwa lata temu. – nie był zbyt rozmowny.

- To bardzo niebezpieczna praca, prawda?

- Bardzo. To też zależy od łodzi. Jak masz małą łódź, to już jest źle. Fale podczas sztormu potrafią przykryć małą łódkę, a wtedy …wtedy już cię nie ma.

- No tak, a ty się nie boisz pływać?

- Ja nie pływam sam, zawsze z ojcem.

- Nie? – zdziwiłam się.

Nie odpowiedział. Patrzył bez słowa na płynące na połów kutry.

Postanowiłam zmienić temat.

- Nie wiesz przypadkiem, kto jest właścicielem tego domu w lesie? – machnęłam ręką w kierunku Mielna.

- Którego?

- Tam, parę kilometrów za wsią. Na wydmie, taki opuszczony, pomalowany …

- Ta ruina? Nie wiem, ale jak chcesz, to się dowiem.

- Jak możesz, to bardzo cię proszę.

- A po co ci to? Chcesz go kupić?

Łukasz był bardzo bezpośredni. Tak właśnie tutaj ludzie żyli. Rozmawiali. Kiedy chcieli się czegoś dowiedzieć, nie krążyli, nie wypytywali sąsiadów, znajomych, tylko po prostu pytali.

- Nie … nie mam na to pieniędzy, ale nie ukrywam, że bardzo mi się to miejsce podoba. Już bliżej morza się nie da zamieszkać.

- Tak, ale nie wiem, jak tam jest w czasie sztormu … może nieźle wiać. Może dlatego nikt tam nie mieszka, bo się nie da.

- Może, ale też dlatego, że jest tak daleko od wszystkiego. Wieczorami tam musi być strasznie. Ciemno, samotnie … brrr …

- Eeee, przy morzu nie można się czuć samotnie. – powiedział zamyślony.

Czy to prawda?

Nagle podniósł się otrzepał spodnie, uśmiechnął się wesoło i powiedział

- Idę pomóc ojcu, musimy przygotować łódź na noc.

Ja siedziałam jeszcze chwilę i też poszłam do domu.

Droga przez wieś miała około dwóch kilometrów. Ciągnęła się od oczyszczalni ścieków na jednym końcu, aż do wędzarni ryb na drugim. Spacer przez całą osadę zajmował około pół godziny. Szłam powoli. Tutaj rzadko można było spotkać rozmawiających mieszkańców, a akurat niedaleko sklepu na ławeczce usiadły trzy kobiety i bardzo głośno rozprawiały na temat swoich mężów. Cudowny temat. Szybko poszłam do sklepu, kupiłam dużego loda i usiadłam niedaleko nich.

- Ale przecież twój chłop wczoraj wychlał u nas całą połówkę, nie czułaś jak wrócił do domu?

- Nie czułam, bo jak wraca to ja wstaję, nienawidzę tego smrodu, a jemu nie chce się myć przed spaniem, tak cuchnie …

- Ja też mam dość, tylko ja z nim nie sypiam, śpi u siebie w pokoju, ja mam spokój.

- To nawet nie ma jak się do ciebie dobrać! – roześmiała się korpulentna kobietka koło pięćdziesiątki. Ze śmiechu aż trzęsły się jej policzki.

Wszystkie trzy zarechotały.

- Dobrać? Ja już nie pamiętam jak on wygląda goły. Nas to już nie interesuje. – prychnęła tamta. – ileż można się gzić z tym samym nudnym chłopem?

- No, nie interesuje, jasne, a potem widać twojego starego, jak cichcem się wymyka do innej.

- Do jakiej innej? – ryknęła ta szczupła. – do której łazi? Skąd wiecie?

- To ty nie wiesz? Wszyscy wiedzą, że do niej łazi. No to potem już nie ma ochoty na bara-bara z tobą.

Szczupła kobieta zrobiła się bordowa.

- Jak ja dorwę tego fiuta …

- Odetnij mu i daj na obiad … - rechotała ta korpulentna.

- Jesteś chora. Po co jej to mówiłaś? – zapytała trzecia, kiedy zdradzana odeszła.

- No a czemu nie? Przecież to prawda. Każdy wie.

- Głupia jesteś i tyle.

I poszła za tą szczupłą.

No tak. Pięknie. Inna jest w stanie znieść jego zapach.

Samo życie.

Szłam do domu z niesmakiem. I co teraz tam będzie? Rozpadnie się rodzina? Koniec małżeństwa? Może je jeszcze spotkam. Może jakoś się dowiem.

Nagle przejechał obok mnie quad. Bardzo szybko i bardzo blisko. Poczułam w ustach smak kurzu. No i znowu te litery. M J S. Tym razem facet też miał na sobie grubą wojskową kurtkę i długie spodnie.

Po obiedzie pani Ala zrobiła pyszną kawę, zdjęła wykrochmalony fartuch i usiadła ze mną na ławie w kuchni.

- Pani Alu – zwróciłam się do mojej gospodyni – niech mi pani powie, kto tutaj we wsi ma quada?

- Quada? – zdziwiła się.

- No, taki pojazd terenowy, niewielki taki – chciałam jej to jakoś wytłumaczyć.

- Helenko, wiem co to quad, tylko się zastanawiam …tak, ktoś tu miał takie autko, tylko kto …Heniek! – krzyknęła nagle tak donośnie, że aż zadzwoniło – Heniek, kto tutaj ma quada we wsi?

- Quada? No młody, on teraz mieszka w Mielenku. No, Wiktor od Borowcowej. – odezwał się pan Wierzbiński wchodząc do kuchni.

- A, właśnie, to taki odludek - machnęła ręką pani Wierzbińska – jego matka umarła, a on sprzedał dom tutaj i wyprowadził się do domku, który sam wybudował w Mielenku, tu niedaleko.

- Aha, ciekawe… a ta jego matka… Co się stało? – zapytałam zaskoczona.

- Tak, jak miał kilkanaście lat, pojechał w Polskę i nie wracał przez kilka lat. Nie… zamartwiała się i w końcu umarła. Serce nie wytrzymało, ktoś ją znalazł nieżywą w jej domu.

- Biedna kobieta …dla matki takie sprawy są strasznie trudne.

- Tak, ale w sumie to niewiele osób winiło Wiktora, bo miał od czego uciekać. Miał takiego ojca, że dalipan nie wiem jakim cudem on tak długo wytrzymał. Gnój bił go, pasem, gałęziami, kablami… Tutaj wszyscy o tym wiedzieli, ludzie się zastanawiali, dlaczego on się nigdy nie postawił… On jak był mały czasem przybiegał do nas wieczorami i spał u nas w szopie, bo w domu się nie dało. Nie wyobrażasz sobie jak on czasem wyglądał. Przychodził pokrwawiony, z posiniaczoną buzią… kiedyś miał złamane żebro, byliśmy z nim w szpitalu…

- Jezu, takich ludzi powinno się zamykać …

- No, powinno. On co jakiś czas siedział. To kogoś okradł, to kogoś pobił… szedł do więzienia na parę miesięcy, potem wracał i było to samo, a nawet gorzej, bił ich, katował i znowu za coś wracał do wiezienia… ale na niego chyba ani Wiktor ani jego matka nie złożyli zażalenia na policji, ani nikt z sąsiadów… tu większość ludzi się go bała, a poza tym ludzie nie lubią się wtrącać w cudze życie.

- To nie jest wymówka. – mruknęłam.

Nienawidzę tchórzy.

Biedny dzieciak. Nikt nie reaguje, wszyscy udają, że nie słyszą, nie widzą, a potem wszyscy są zdziwieni rozmiarem patologii, tragedią dzieci, gwałconych córek, przetrzymywanych w piwnicach żon, matek. Jak tak można.

- A ten chłopak, Wiktor …wrócił tu dawno temu?

- Nie wiem chyba ze dwa lata temu . Niedawno regularnie zaczęłam go widywać we wsi. Jeździ wszędzie na tym potworze, hałasuje i ma wszystko i wszystkich gdzieś.

- Najpierw wszyscy mieli gdzieś jego los, teraz on ma gdzieś wszystkich. – mruknęłam. - A ile on ma lat?

- No, tak będzie miał ze dwadzieścia, dwadzieścia jeden.

- To młody jest, jeszcze całe życie przed nim …

- Życie, jakie to życie … po takim początku to będzie musiał się bardzo postarać, żeby normalnie to życie przeżyć.

- No ale to w sumie wydarzyło się całkiem niedawno. – powiedziałam cicho bardziej do siebie niż do pani Ali.

- A niedawno, ale to już trochę… on uciekł jak miał ze dwanaście lat …z osiem lat temu. Tutaj już ludzie o tym zapomnieli. Niedawno, jak wrócił, ludzie znów zaczęli gadać, przypomnieli sobie całą sprawę. Tylko on nie chce mieć z nikim do czynienia, jedynie co, to rozmawia z moim starszym, Jarkiem. Oni się nawet przyjaźnili, jak byli mali, chodzili razem do szkoły, tylko Wiktor był taki strasznie cichy i skryty. No tak chyba się zachowuje nieszczęśliwe dziecko. Bał się różnych rzeczy. Jak mój stary przychodził z połowu i Wiktor go zobaczył to chował się do szopy, albo wchodził za dom pod schody. – wytarła oczy fartuchem – dopiero jak Heniek siadał obok i gadał do niego, to wychodził.

- To pani mąż miał chyba dużo cierpliwości do niego? – zapytałam dość zdumiona.

- Tak, on go bardzo lubił, prawie na równi z naszymi chłopakami. Wiktor był bardzo robotny, mojemu to się bardzo podobało, bo nasze chłopaki to przedtem były lenie, Heniek dawał im Wiktora za przykład. No ale potem jak uciekł, to mój stary nawet nie chciał o nim gadać. – westchnęła i znów przetarła twarz fartuchem. - Ale, ja tu z tobą gadam, a robota się sama nie zrobi. A co cię tak zainteresowało?

- Nie, ja pytałam o quady, zastanawiałam się czy można je gdzieś tutaj pożyczyć.

- A no tak, to chodziło o autko …myślę, że w Mielnie mają wypożyczalnię, bo czasem moi goście tam jeżdżą.

- Dobrze, podjadę tam to się dowiem. Dziękuję, obiad był wspaniały, jak zwykle.

Uśmiech pani Ali odprowadził mnie do drzwi..

Wierzbińscy to byli w sumie bardzo dobrzy ludzie.

Westchnęłam.

Wiktor. To prawdopodobnie ten wariat na quadzie. M J S. Na to zatem wygląda, że to nie jego inicjały. Może jego dziewczyny.

Wzięłam aparat i poszłam w stronę Mielna. Okolica była bardzo ładna. Spokojna i prawie bezludna. Droga prowadziła przez las. Około osiem kilometrów pięknej leśnej drogi. Las był gęsty, pomiędzy drzewami nie było widać prześwitów nieba w kierunku plaży. Co kilkaset metrów w kierunku morza można było przejść wąską przecinką. Jedne były częściej uczęszczane, szersze, wydeptane, inne były wąskie, zarośnięte krzakami dzikiej róży. Wtedy, w czerwcu róże były w pełnym rozkwicie. Krzaki były obsypane różowymi kwiatami o okrągłych płatkach okalających żółte pręciki. No i ten zapach – konfitura.

Zawsze lubiłam robić zdjęcia makro. Nie bardzo to oryginalne, bo w Internecie można było się utopić w fotkach much, pszczół na kwiatkach, płatków, różnego gatunku robali, mchu, porostów i innych maleństw. Jednak trudno, mnie też to interesowało. To były moje pierwsze fascynacje fotografią. Detale, szczegóły, coś małego a jakże ważnego. Lubiłam iść do miasta i chodząc wąskimi, starymi uliczkami łapać promienie przechodzące przez pękniętą szybę, podwórka widoczne przez szczeliny w bramach, jakieś wyblakłe malowidła na ścianach kamienic, detale architektury, często już w ciężkim stanie.

Dopiero na studiach zrozumiałam, że najciekawszym obiektem dla fotografa jest człowiek. Twarz, dłonie, uśmiech. Wszystko, bo to pokazywało wnętrze. Z oczu można się dowiedzieć tak wiele o człowieku.

Reportaż.

Takie właśnie zadanie dostałam po pierwszym roku studiów. Wybrałam temat rybaków, połowów, bo morze to mój żywioł. Profesor zaakceptował tematykę, bo sam pochodził w wybrzeża. Jego ojciec był rybakiem, ale poszedł na studia ichtiologiczne w Krakowie, zakochał się w krakusce i został na pogórzu. Historia jakich wiele.

Wyszłam na plażę. Na piasku, zaraz przy wiklinowym płotku zagradzającym wejście na wydmy siedziała dwójka starszych ludzi.

Ona – drobna, trochę przygarbiona z malutką, uroczą twarzą osoby, która dobrze i szczęśliwie przeżyła swoje życie, on – świadomy swojej wartości, spokojny i dystyngowany. Zmarszczki dokoła ich oczu sugerowały, że śmiech często gościł w ich życiu.

Podeszłam do nich i zapytałam, czy mogłabym zrobić im parę zdjęć. Zgodzili się.

Siedzieli przytuleni do siebie, nakryci kocem. Było już trochę chłodno. On trzymał ją za rękę. Miała małe, prawie przezroczyste, lekko kremowe dłonie z pasemkami fioletowych nitek żył. Jego dłonie były duże, bardzo spracowane, też pomarszczone.

Ich jasne twarze rozjaśniały ciemny las za nimi.

Podziękowałam im.

Starszy pan wyciągnął z kieszeni miętówki, długopis i małą karteczkę. Cukierki, ku mojemu zdumieniu wcisnął mi do dłoni, a na kartce coś napisał i też mi podał.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna