Wywiad portalu konserwatyzm pl z okazji 25-lecia pisma "Pro Fide, Rege et Lege"



Pobieranie 19.37 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar19.37 Kb.
Wywiad portalu konserwatyzm.pl z okazji 25-lecia pisma "Pro Fide, Rege et Lege"

- W tym roku mija 25 lat od powstania "Pro Fide Rege et Lege". Skąd w 1988 roku wziął się pomysł na powołanie do życia czasopisma nawiązującego do przedwojennego tytułu? Skąd Pan Poseł czerpał wiedzę o polskim monarchizmie w II RP?

- Wiedzę zaczerpnąłem od wówczas dr Jacka Bartyzela, który opublikował w miesięczniku "Znak" duży tekst o nazwie "Konserwatyzm bez kompromisu". Opisywał w nim historię i myśl polityczną konserwatystów-monarchistów z II Rzeczypospolitej, zgromadzonych najpierw w Stronnictwie Zachowawczym (od 1922r.), a później w Klubie Zachowawczo-Monarchistycznym, założonym w 1926 r. To ten klub właśnie, działający do 1928 r., wydał pismo "Pro Fide, Rege te Lege". Ukazały się trzy zeszyty tego pisma, wydawanego na bardzo wysokim poziomie. Gdy przeczytałem artykuł dra Bartyzela, uświadomiłem sobie, a miałem wówczas 17 lat, że to są moje poglądy - konserwatywno-monarchistyczne. Z grupą przyjaciół, z jednej klasy w Liceum im. J. Zamoyskiego w Warszawie (Adam Gwiazda, Monika Wolska), a także z osobami z "podwórka", już studentami, reaktywowaliśmy w sześć osób 26 marca 1988 r. Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. We wrześniu tego roku ukazał się pierwszy numer kwartalnika "Pro Fide, Rege et Lege", wydany nielegalnie na offsecie. Przypominam, że wówczas był jeszcze PRL, choć już system bankrutował.

- Jakie cele Panu przyświecały zakładając "Pro Fide Rege et Lege"?

- Byliśmy młodymi ludźmi, dopiero uczyliśmy się, a Deklarację KZM napisałem na podstawie artykułu prof. Bartyzela. I też Deklaracja stała się podstawą do określenia ideowych celów pisma, które można zawrzeć w trzech punktach: konserwatyzm, gospodarka wolnorynkowa i tradycjonalizm katolicki. Artykuły koncentrowały się wokół tej problematyki. Wiedząc, że nie mamy legitymistycznego pretendenta, dużo pisaliśmy o autorytecie władzy, o koncepcjach ustrojowych monarchii, a mając świadomość, że naturalne, historyczne elity praktycznie przestały istnieć, koncentrowaliśmy się na idei arystokratyzmu ducha. Chcieliśmy naszymi ideami, które były sprzeciwem wobec tzw. komuny i wobec pseudodemokracji, krztałować młodzież prawicową, która dopiero szukała swego miejsca w ideowo-politycznym świecie. Należy przypomnieć słowa ze wstępniaka z 1 numeru pisma, gdzie pisaliśmy, a pisali to 18-latkowie: "Stoimy na stanowisku, że jedyną szansą dla Narodu jest kroczenie ku ekonomicznej i politycznej potędze państwa, ku mocarstwowości. Polska może istnieć tylko jako państwo silne. Republikanizm będzie u nas przejawem słabości, a nie siły, kolejnym synonimem anarchii. Nadzieja na wolność i potęgę Polski tkwi w Monarchii". Oczywiście wówczas republika oznaczała dla nas demokrację, o której mieliśmy z książek jak najgorsze zdanie.

- Pierwsze numery "Pro Fide, Rege et Lege" znacząco różniły się od kolejnych. Czy może Pan Poseł przedstawić ewolucję edytorską?

- Tak różniły się wyglądem i treścią. Pierwsze cztery numery ukazały się w formacie A5, a od kolejnego numeru w formacie A4. Jednak do numeru 9, czyli do końca 1990 r., pismo przypominało bardziej ulotkę, czy gazetkę podziemną, niż profesjonalne pismo. Pierwszy numer, wydany bardzo elegancko, ze zdjęciami, ukazał się w 1991 r. z referatami wygłoszonymi podczas Europejskiego Kongresu Monarchistycznego 8-9 grudnia 1990 r. Przyjechali na nasze zaproszenie monarchiści z wielu krajów, w tym m.in. z Rosji, Bułgarii, Włoch, Wielkiej Brytanii, ale także z USA i Kanady. My mówiliśmy o ideach i zasadach, o meandrach demokracji, a oni o pretendentach i rodzinach królewskich, nawet przedstawiciel amerykańskich monarchistów. Ale ponieważ byliśmy konserwatystami i monarchistami, wielu naszych członków i sympatyków ekscytowało się historią i rodzinami królewskimi, a że pismo z królami na okładkach lepiej się sprzedawało, w każdym numerze przez wiele lat dawaliśmy zdjęcia królów i teksty o królewskich i książęcych rodzinach. W każdym razie zawsze w naszym piśmie było dużo historii, idei, religii i filozofii. Wiem, że wielu dzisiejszych polityków prawicowych wychowało się na naszym kwartalniku, który ukazywał się regularnie, trzy razy w roku, w marcu, czerwcu i październiku (podwójny numer) za moich czasów utrzymując nakład trzech tysięcy egzemplarzy. Taki był główny cel pisma - edukacja i chyba ten cel wypełniło i wciąż wypełnia, choć po mojej rezygnacji z prowadzenia pisma zaczęło pojawiać się w nim więcej tekstów odnoszących się do nacjonalizmu i faszyzmu. Dziś pismo ukazuje się rzadziej, choć jest bardziej obszerne, przypomina książkę.

- Podobno miał Pan Poseł przygodę z milicją z pierwszym numerem "Pro Fide, Rege et Lege"...

- Pamiętam, że pierwszy numer miał nakład 300 egz. i milicja zatrzymała mnie 7 października 1988 r. w rocznicę manifestu Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego podczas pikiety na Rynku Nowego Miasta, zorganizowanej ze stowarzyszeniem Ruch Polityki Realnej. Rozwinęliśmy wówczas transparent z tytułem pisma, czarnego koloru, stylizowanym jak w piśmie na gotyk. Za koszulą miałem połowę nakładu pisma, ale mnie nie przeszukali. Panowie tajniacy, przyzwyczajeni do czerwonej solidarycy, byli bardzo zdumieni naszym transparentem. Nie uwierzyli mi, że "Pro Fide, Rege et Lege" należy tłumaczyć jako "W obronie wiary, władzy i prawa", ale na komisariacie na Starówce jego szef uznał, że to "stara sentencja łacińska, nie godząca w system i sojusze". Mnie wypuścili, ale jednak transparent zarekwirowali.

- Skąd brał Pan środki na wydawanie "Pro Fide Rege et Lege"? I czy początkowo było ono deficytowe?

- To kłopotliwe pytanie, jak to przy pieniądzach. Pismo, po jego rejestracji, sprzedawane było w sieci EMPIK-ów, w głównych miastach akademickich i w wybranych księgarniach, w tym najwięcej egzemplarzy kupowano w księgarniach w pobliżu Uniwersytetu Warszawskiego. No i funkcjonowała prenumerata. Nie pamiętam teraz, ile kosztowała jego produkcja, ale szło to w kilka, kilkanaście tys.zł. Pamiętam natomiast, że pismo się samofinanowało w ok. 50 proc., a resztę pieniędzy trzeba było "wyżebrać". Chodziłem po różnych ludziach, których konserwatywne sympatie znałem i prosiłem ich o wspieranie naszego kwartalnika. I dawali pieniądze. Zawsze brałem tyle, ile potrzebowaliśmy na konkretny numer, więc nigdy nie mieliśmy rezerw, nie mówiąc już o płaceniu honorariów autorom. Przyjąłem wówczas jedną zasadę - nie wyciągam ręki po pieniądze publiczne. To byłoby wbrew moim zasadom.

- Jak Pan ocenia pozycję "Pro Fide Rege et Lege" na rynku prasy prawicowej w latach 90.? Co wyróżniało "Pro Fide Rege et Lege" od np. "Frondy", "Nowego Państwa" czy "Stańczyka"?

- "Stańczyk" był pismem składającym się początkowo z czterech redakcji, można powiedzieć - z czterech pism, z których każdy był w nieco innym nurcie. Nam najbliższe było środowisko wrocławskie z takimi nazwiskami jak Gabiś, Popiel i Maśnica. Oni po prostu byli zadeklarowanymi konserwatystami-monarchistami, jak my. Potem z tego nurtu zaczęli się wycofywać, aż przeszli na pozycje postkonserwatywne i podejmować tematy "globalistyczne. "Fronda" natomiast koncentrowała się na sprawach światopoglądowych i starała się przyciągać czytelników kontrowersyjnymi tematami. "Pro Fide, Rege et Lege" było niewątpliwie bardziej statyczne i od samego początku miało aspiracje bardziej naukowe niż publicystyczne. Natomiast "Nowe Państwo" to taka neoprawica. To nie było środowisko jakoś bliskie naszemu, my nie mieliśmy korzeni w opozycji antykomunistycznej, dlatego te kontakty były tu najrzadsze. W tamtych czasach ja tego pisma nie czytałem. Choć z tych trzech pism "Stańczyk" był najstarszym pismem, to "Pro Fide, Rege et Lege", nasze pismo ukazuje się nieprzerwanie najdłużej w Polsce. Dla mnie to swoisty fenomen.

- Kogo mógłby Pan zaliczyć do swoich najbliższych współpracowników?

- Nie ma wątpliwości, że moim najbliższym współpracownikiem w pierwszych latach tworzenia pisma był Adam Gwiazda, tradycjonalista, dziś mieszkający we Francji i Kacper hr. Krasicki. Potem, na studiach doszła grupa środowiska akademickiego, w tym Mariusz Affek, pasjonat historii i domów królewskich, a wreszcie Adam Wielomski, politolog, wybitna, choć zawikłana umysłowość. I wreszcie trzecie, najmłodsze pokolenie - Maciej Słęcki i Paweł Rozowski. Ale współpracowaliśmy blisko ze środowiskiem tomistycznym, skupionym wokół prof. Mieczysława Gogacza i oczywiście z prof. Jackiem Bartyzelem, wybitnym historykiem myśli konserwatywnej i monarchistycznej.

- Jakie może Pan Poseł wymienić momenty przełomowe "Pro Fide Rege et Lege" i jakie lata uznaje Pan za okres szczytowego rozwoju czasopisma?

- Niewątpliwie były dwa momenty przełomowe dla pisma. Pierwszym było wejście "Pro Fide..." na rynek, do księgarni. Z tym wiąże się pojawienie dwóch cotygodniowych rubryk "Pro Fide, Rege et Lege", jednej w "Najwyższym Czasie!", od pierwszego numeru tygodnika, która istnieje do dziś i drugiej, funkcjonującej przez jakiś czas w "Myśli Polskiej". Wówczas nasze pismo, nasze środowisko zaczęło realnie wpływać swoją myślą na dwa kluczowe dla prawicy środowiska - konserwatywno-liberalne i narodowców. Nasze pismo i nasze środowisko zostało dostrzeżone i zapamiętane. Drugim takim momentem było przejęcie po mnie realnej redakcji pisma przez Adama Wielomskiego, który "Pro Fide..." zrewolucjonizował. Ale to naturalne, że każdy naczelny wyciska swoje piętno na piśmie.

- Czy nadal Pan czytuje "Pro Fide Rege et Lege" i jak Pan ocenia kierunek zmian, czyli zmiany profilu czasopisma na typowo naukowe i co mógłby Pan poradzić nowej redakcji?

- Pismo z popularno-naukowego na naukowe musiało w sposób naturalny ograniczyć grono czytelników i je zmienić. Proszę zwrócić uwagę, że wprowadzenie reklamy do internetu nie spowodowało zwiększenia czytelników pisma. Ja starałem się trzymać pewną równowagę zarówno w treści, formule pisma i jej przesłaniu do tzw. prawicy. Gdy nie można mieć pretensji do nowej redakcji, że poszła w stronę pisma stricte naukowego, bo to jest ważny atut, to jednak nie podoba mi się osobiście kierunek pisma wobec tzw. prawicy i określony w kilku symbolicznych wydarzeniach oraz wypowiedziach, które pojawiły się głównie, ale nie tylko, z pióra prof. Wielomskiego. Jakie są moje podstawowe zarzuty? Zajmowanie się jako priorytet "naszymi kolegami chadekami", krytykanctwo oderwane od rzeczywistości, od realiów, personalne wycieczki. Pisząc i mówiąc o ideach, o walce o cywilizację Zachodu, redaktorzy biorą udział - chyba nie mając do końca tego świadomości - w aktualnych sporach politycznych, od których ja jako naczelny starałem się być zawsze daleki. Nie oczekiwałem, że politycy życzliwi dla prawicy i konserwatyzmu będą w systemie demokratycznym, na który nie mamy wpływu, ideowymi dziewicami, ortodoksami kontrrewolucji.

Jednak największym zaskoczeniem i szokiem dla wielu osób była apoteoza gen. Wojciecha Jaruzelskiego, jego swoista legitymizacja. Naturalną była dla prawicy apoteoza Franco, Salazara, Horthy'ego czy Pinocheta, ale Jaruzelskiego, który nie ma nic wspólnego z prawicą? Do tego dostrzeganie katechona w Putinie czy Tusku świadczy tak naprawdę o całkowitym zagubieniu konserwatywnych korzeni. To są ślepe uliczki, które niestety świadczą o pyszne intelektualnej i prowadzą do swoistego sekciarskiego myślenia, które moim zdaniem bardzo ogranicza możliwość oddziaływania na szeroką centroprawicę. Po prostu nie można mieć wszędzie wrogów. I przyznaję, takie podejście mnie irytuje i drażni. Coraz rzadziej sięgam po "Pro Fide, Rege et Lege", bo zniechęcają mnie do tego jego redaktorzy.

- Dlaczego po 20 latach kierowania "Pro Fide Rege et Lege" w 2008 roku podjął Pan decyzję o rezygnacji z kierowania tym tytułem?

- Odpowiedź jest prozaiczna. Jako poseł jednej partii nie mogłem jako redaktor naczelny "Pro Fide, Rege et Lege" służyć całej prawicy czy centroprawicy, wszystkim jej odcieniom. Choć nadal mam dużo sympatii do konserwatywnych-liberałów i narodowców - wszak w pewnym sensie wychowałem się między Januszem Korwin-Mikke i Markiem Jurkiem - to uwikłany w politykę bieżącą nie mógł bym dobrze pełnić swojej roli naczelnego. Ale był też inny powód. Jako naczelny i nieformalny wydawca chodziłem za pieniędzmi na "Pro Fide, Rege et Lege". Zgodnie z prawem jako poseł łamał bym prawo zbierając od ludzi pieniądze. Musiałem oddać redakcję tym, którzy nie byli uwikłani w politykę bieżącą i uważam, że co do zasady była to dobra decyzja.



- Dziękuję za rozmowę Panie Pośle i życzę powrotu do zdrowia.

Wywiad przeprowadził Arkadiusz Meller


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna