Założenia zadania do wykonania



Pobieranie 65.22 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar65.22 Kb.
Celem zadania jest poznanie narzędzi komputerowych pozwalających na skład oraz redakcję dokumentów prasowych w oparciu o podstawowe zasady prawidłowego składu tekstu, zasad typografii oraz rozmieszczenia elementów projektu.
Założenia zadania do wykonania:
Zadania polega na samodzielnym zaprojektowaniu designu gazety (wybór kolorów, typografii, zaprojektowanie układu graficznego), a następnie na jej złożeniu (skład komputerowy). Produktem końcowym będzie gotowa gazeta przygotowana do druku w formacie *.pdf.
1. Parametry projektu:

- format netto: A5 (148x210mm)

- spady: 3 mm

- marginesy wewnętrzne i zewnętrzne: dowolne (nie mniejsze niż 2 cm)-

- układ 2-3 kolumnowy

- zdjęcia w rozdzielczości 300 dpi


2. Elementy obowiązkowe okładki:

2.1. Awers

- tytuł czasopisma: Życie, wszechświat i cała reszta

- napis: miesięcznik popularno-naukowy

- ISSN 0040-3349

- Wydawnictwo Sigma + logo

- nr: 3/2010

- cena 25,00 zł (w tym 0% VAT)

- zdjęcie okładka (przykład: awers.jpg)

- zapowiedzi artykułów


2. 2. Rewers

- Prenumerata + zdjęcie rewers.jpg + hasło Zaprenumeruj swoją wiedzę fachową + logo (60 lat sigma-nog.jpg)+ www.sigma-not.pl

- nasze czasopisma wg branż. Ceny wersji podstawowej (brutto) prenumeraty rocznej na 2010 r. Prenumerata w pakiecie (z płytą CD) – należy doliczyć 24,40 zł do ceny podstawowej prenumeraty.

- tabelka (podgląd wygląd tabelka.jpg)

- adres: Zakład Kolportażu Wydawnictwa sigma-not, ul. Ku Wiśle 7, 00-707 Warszawa, tel. (22) 840 35 89, 840 30 86, faks (22) 891 13 74, e-mail: kolportaż@sigma-not.pl
3. Elementy składki:

- dane adresowe wydawnictwa

- warunki prenumeraty

- 5 reklam A4 oraz ogłoszenia firm

- spis treści

- dział tematyczne: Najlepsze zdjęcia miesiąca, Ciekawostki, Nauka, Temat miesiąca


Dział 1: Najlepsze zdjęcia miesiąca


Z1.jpg

Wally Santana AP


Tajwan, Święto Lampionów, które jest obchodzone 15 dni po chińskim Nowym Roku. Ulice ozdabiane są latarniami w różnych kształtach, a tradycyjną świąteczną potrawą są ryżowe ciasteczka ze słodkim nadzieniem.

Z2.jpg

Rajesh Kumar Singh AP

Indie, zabawa z okazji rozpoczynającego wiosnę święta Holi

Z3.jpg

Eranga Jayawardena AP

Sri Lanka, kąpiel słonia, który weźmie udział w paradzie słoni w buddyjskiej świątyni w Colombo

Z4.jpg

Francisco Seco AP

Lizbona, tęcza i statek na rzece Tagus

Z5.jpg

MUHAMMED MUHEISEN AP

Islamabad, świętowanie urodzin proroka Mahometa

Z6.jpg

AFP

Tysiące południowokoreańskich wędkarzy na zamarzniętej rzece w Hwacheon

Z7.jpg

Mikołaj Niedźwiecki

Tęcza nad Szczecinem, Kościół Ewangelicki

Z8.jpg

Biswaranjan Rout AP

Indie, zbiór bakłażanów na przedmieściach Bhubaneswar

Z9.jpg

PIETRO MASTURZO AP

Kobieta krzycząca na dachu w czasie protestu przeciwko wynikom prezydenckich wyborów w Iranie

Dział 2: Ciekawostki


Artykuł 1: Dobra pamięć, ale krótka (Z1.jpg)
Okazuje się, że nasze wspomnienia same nie wyparowują z czasem. Są aktywnie usuwane. Naukowcy dzielą zwykle pamięć na trzy rodzaje: sensoryczną (ultrakrótką), krótkotrwałą i długotrwałą. Ta pierwsza trwa do maksimum pół sekundy i służy jako podręczny skład dla procesów wstępnej analizy nowych informacji. Pamięć krótkotrwała jest natomiast trochę podobna do komputerowej pamięci RAM. Trafiają tam informacje pobrane z dwóch pozostałych magazynów pamięci. Jeśli do niczego nie są potrzebne - w relatywnie krótkim czasie znikają.Nie znikają jednak ot tak sobie - okazuje się, że ich usuwanie jest ważnym procesem, którego molekularne podstawy właśnie zostały poznane. Zespół naukowców z pekińskiego Uniwersytetu Tsinghua oraz Cold Spring Harbor Laboratory w USA postanowił bliżej przyjrzeć się przebiegowi procesu zapominania u muszek owocowych. Do badań wybrano muszki, u których aktywność pewnego białka (o nazwie Rac) regulowana była genetycznie - u części była standardowa, a w pozostałych grupach albo zdecydowanie podwyższona, albo obniżona. Muszki uczono kojarzyć jeden z dwóch prezentowanych zapachów z nieprzyjemnością. Wyedukowane drosofile naturalnie wybierały "bezpieczniejszą" woń. Jednak już po kilku godzinach muszki z normalnie działającym białkiem Rac zaczynały uznawać oba zapachy za neutralne. Zdecydowanie bardziej pamiętliwa była grupa, u której aktywność białka Rac była niska. Za to muszki, u których białko to było bardzo aktywne, należały do grupy najbardziej beztroskich i zapominalskich. Opisane w prestiżowym czasopiśmie "Cell" odkrycie mocno zmienia obowiązujące dotąd teorie wyjaśniające mechanizm znikania wspomnień z pamięci krótkotrwałej. Większość naukowców przychylała się dotąd do zdania, że zarejestrowane tam dane znikają samoczynnie. Inni przekonywali, że proces ten przypomina raczej wypieranie starszych informacji przez nowe (interferencję). O ile to ostatnie to częściowo prawda (aktywność Rac wzrasta, gdy pojawia się natłok nowych bodźców), to jednak po raz kolejny okazuje się, że nic nie znika bez przyczyny. I warto to sobie dobrze zapamiętać.

Artykuł 2: Poszukiwany: kornik! (Z2.jpg, fot. Adam Wajrak, Tablica w stylu listu gończego wydana przez Nadleśnictwo Białowieża)
Jeżeli ktoś nie wie, na czym polega konflikt o ochronę Puszczy Białowieskiej, powinien pojechać drogą Narewkowską ze Starej Białowieży na północ w kierunku Narewki, zatrzymać się na parkingu i zobaczyć pewną "edukacyjną" tablicę. Tablica wykonana została w stylu listu gończego wydanego przez nadleśnictwo Białowieża. Liternictwo jak z listów gończych z Dzikiego Zachodu. Poszukiwany jest kornik. Jest na rysunku - czarny, wstrętny chrząszcz. Za co jest poszukiwany? Otóż leśnicy chcą go dopaść za zabicie 25 tys. drzew w 2001 r. Wszystko się zgadza - kornik zabija drzewa. Osłabione suszą świerki. Podobnie jak jeleń zabija młode drzewka (obgryzając je), wilk - jelenie, lis - gryzonie, a ryjówki - owady. Te ostatnie zresztą też coś zabijają. Jeżeli przez chwilę się zastanowimy, to dojdziemy do wniosku, że człowiek też zabija, drzewa również. Zresztą korniki nigdy nie dorównają nam w ich zabijaniu - w Puszczy Białowieskiej pozyskuje się ponad 100 tys. m sześc. drewna rocznie. Kornik zabija, bo musi żyć. My robimy to dla pieniędzy, by drzewa przerobić na deski. Żeby uciszyć wyrzuty sumienia, nasze zabijanie nazywamy pozyskaniem drewna albo, jak w wypadku zwalczania kornika, zabiegami sanitarnymi. On zabija, bo jest częścią ekosystemu. Zabijanie kornika jest istotą Puszczy Białowieskiej. Między świerkiem a kornikiem toczy się walka, która w swej bezwzględności nie ustępuje walce o życie jelenia gonionego przez wilki. Świerk nie jest bezbronny i potrafi zalewać drążące go korniki żywicą. Dzięki zabijaniu kornika mamy tu sporo martwego drewna, które - jak podaje wybitny znawca tematu prof. Jerzy Gutowski - jest miejscem życia ponad stu rzadkich i ginących gatunków chrząszczy. Niektóre z nich, takie jak zagłębek bruzdkowany, bogatek wspaniały, zgniotek cynobrowy, rozmiazg kolweński lub ponurek Schneidera, figurują w załącznikach do unijnej dyrektywy siedliskowej i zgodnie z prawem powinniśmy je chronić. Tam, gdzie jest kornik, gdzie morduje on świerki, możemy zobaczyć bardzo rzadko spotykanego w Europie dzięcioła trójpalczastego. Gradacja, czyli masowe pojawianie się korników, może trwać trzy-cztery lata i w jakiś czas po niej pod martwymi świerkami pojawiają się śliczne świeżutkie młode świerczki, które bardzo często rosną na cielskach zabitych przez korniki przodków. Tyle o zabijaniu przez kornika. A teraz o naszym zabijaniu. Zostają po nim tylko smutne pieńki i bruzdy po wyciąganych przez ciężki sprzęt kłodach. O to toczy się spór w Puszczy Białowieskiej. To spór między ludźmi, którzy uważają, że ten las należy do nich i nikt, a już w szczególności jakiś "szkodnik" i "robal", nie będzie decydował, co i jak ma tu rosnąć, a tymi, dla których ten "szkodnik" jest tak samo ważnym elementem ekosystemu, jak każdy inny. PS: Podejrzewam, że po moim tekście "edukacyjna" tablica zniknie. Szkoda, bo powinna zostać tam na wieki jako pomnik ludzkiego zadufania.

Artykuł 3: Trzęsienie ziemi skróciło dni astronomiczne (Z3.jpg, Niedawne trzęsienie ziemi w Chile mogło skrócić dzień astronomiczny)
Niedawne trzęsienie ziemi w Chile o sile 8,8 stopni w skali Richtera mogło skrócić dobę - donosi NASA. Przeciętny dzień uległ skróceniu zaledwie o 1,26 mikrosekundy (jedna sekunda składa się z miliona mikrosekund). Ponadto oś Ziemi uległa przesunięciu o mniej więcej 8 cm. Podobny wpływ na naszą planetę miało trzęsienie ziemi na Sumatrze w 2004 r., które skróciło dzień o 6,8 mikrosekundy. Co ciekawe, chociaż trzęsienie ziemi na Sumatrze miało większą siłę (9,1 stopnia w skali Richtera), przesunęło oś Ziemi jedynie o 7 cm. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że Sumatra jest położona bliżej równika niż Chile.
Artykuł 4: Nowa Flota UFO (Z4.jpg, Fot. SSgt Bennie J. Davis III, Amerykański bombowiec B-2, wykonany w technologii "stealth")
Czyli co widywali Brytyjczycy

Właśnie upubliczniono zbierane przez brytyjskie Ministerstwo Obrony i Archiwum Narodowe dokumenty na temat UFO. Na ponad 6 tys. stron zapisano zeznania ludzi, którzy twierdzą, iż widzieli niezidentyfikowane obiekty latające. Ujawnione materiały pochodzą z lat 1994-2000. Wśród opisów znajduje się m.in. barwna relacja pewnego mieszkańca Birmingham, który opowiadał, jak w swoim ogrodzie zobaczył "duży, niebieski trójkątny obiekt latający, na widok którego szczekały psy". Obiekt miał jakoby zniknąć po trzech minutach, zostawiając po sobie białą substancję na czubkach drzew. Niestety, tajemnicza substancja, którą świadek pieczołowicie zebrał do słoika, zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Co ciekawe, w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zmienił się obraz UFO wyłaniający się z relacji świadków "bliskich spotkań trzeciego stopnia". O ile w latach 50. większość osób opisywała niezidentyfikowane obiekty jako "coś na kształt dysku" lub "latający spodek", o tyle akta z lat 1994-200 pełne są doniesień o obiektach "dużych i trójkątnych". Zdaniem dr. Davida Clarke'a z Sheffield Hallam University (Anglia) ludzie mogą różnie opisywać UFO pod wpływem trendów panujących aktualnie w kulturze popularnej. W latach 50. masową wyobraźnią zawładnęła wizja nowoczesnych płaskich maszyn, które miały stać się przełomem w lotnictwie. Niedługo potem zaczęły się pojawiać relacje ludzi, którzy widzieli "latający spodek". Z kolei w latach 90. telewizja pokazywała używane przez armię amerykańską samoloty wykonane w technologii "stealth" (dzięki której np. poruszają się ciszej i odbijają fale radarowe), a w kinach triumfy święcił flim "Dzień Niepodległości", gdzie flota obcych składa się z trójkątnych wielkich statków kosmicznych. Być może więc następni kosmici rodzą się właśnie w twórczych umysłach hollywoodzkich filmowców, a o ich tajemniczych pojazdach przeczytamy w raportach z lat 2000-2010.


Artykuł 5: Sycące zapachy (Z5.jpg, Fot. Arkadiusz Ścichocki)
Jedzenie o złożonym aromacie jest bardziej sycące niż potrawy mające tylko jeden zapach - twierdzą holenderscy naukowcy. W ramach eksperymentu opisanego przez magazyn "Chemical Senses" badanym podawano dwa rodzaje jogurtu o takiej samej zawartości kalorii. Pierwszy był aromatyzowany jednym związkiem chemicznym pachnącym truskawkowo, a drugi zawierał aż 15 związków, które wzięte razem też pachniały truskawkami. Chociaż oba jogurty wydawały się badanym identyczne, wszyscy uznali jogurt o zapachu złożonym z kilkunastu związków chemicznych za bardziej sycący. Zdaniem badaczy odkrycie to może zostać wykorzystane w procesie odchudzania, pozwalając osobom na diecie szybciej nasycić się jedzeniem o bogatym aromacie.
Artykuł 6: Rekordowa temperatura w laboratorium (Z6.jpg)

Naukowcom z Narodowego Laboratorium Brookhaven w USA udało się podgrzać materię do temperatury około 4 bilionów stopni Celsjusza. To 250 tys. razy więcej, niż wynosi temperatura panująca we wnętrzu Słońca. Zderzające się ze sobą niemal z prędkością światła jony złota rozgrzały się do tak ekstremalnej temperatury, tworząc tzw. plazmę kwarkowo-gluonową, czyli mieszaninę swobodnych kwarków i gluonów - cząsteczek mniejszych niż tworzące jądro atomu protony i neutrony. Eksperymentatorzy mają nadzieję, że uda im się wykorzystać ten niezwykły stan materii jądrowej do zbadania procesów, jakie mogły towarzyszyć powstawaniu Wszechświata.

Artykuł 7: USA: Udany test lasera. Z pokładu Boeinga zestrzelono rakietę (Z7a.jpg: Fotografie opublikowane przez Agencję Ochrony Rakietowej, Z7b.jpg: fot. Jim Shryne, Laser na pokładzie jumbo jeta, Z7c.jppg i Z7d.jpg: fot. Missile Defence Agency, Fotografie opublikowane przez Agencję Ochrony Rakietowej)

Amerykańska Agencja Obrony Rakietowej poinformowała o udanym zestrzeleniu rakiety przez testowaną broń laserową. Wiązka laserowa została wystrzelona z działa pokładowego, zainstalowanego na pokładzie specjalnie w tym celu przystosowanego Boeinga 747, tzw. Jumbo Jeta. To pierwszy sprawdzian całego systemu. Pocisk balistyczny wystrzelony z pokładu okrętu pływającego przy kalifornijskim wybrzeżu został zgodnie z planem zestrzelony we wczesnej fazie lotu. Wiązka laserowa wyszła z działka tlenowo-jodowego laseru, zainstalowanego na pokładzie Boeinga 747-400F. Czujniki wykryły pocisk, następnie działko wystrzeliło wiązkę, która namierzyła poruszający się z prędkością około 5000 kilometrów na godzinę pocisk. Kolejna wiązka podgrzała zbiorniki z paliwem w rakiecie, doprowadzając do eksplozji i kończąc cały eksperyment sukcesem. Do zestrzelenia pocisku doszło w niecałe dwie minuty po jego starcie. ABL zajmuje cały pokład jumbo jeta - potężny impuls światła rodzi się w ogonie, przechodzi przez układ kontroli lotu i opuszcza samolot przez ruchomą wieżyczkę zamontowaną w dziobie, która może kierować wiązkę w dowolną stronę. Energii dostarcza mu paliwo rakietowe. Amerykanie planują wykorzystanie uzbrojonych w działa laserowe samolotów, jako mobilnych platform przeciwrakietowych. Plany Pentagonu przewidują, że takie maszyny dotrą w 24 godziny w dowolne miejsce na Ziemi, zapewniając całkowite bezpieczeństwo w odległości 700 kilometrów wokół siebie.
Oprócz zestrzeliwania pocisków balistycznych we wczesnej fazie lotu, system ABL (ang. Airborne laser) może przepalać czujniki satelitów umieszczonych na niskiej orbicie, albo nawet zestrzelić inne samoloty. W poprzednich latach system projektowany od 1996 roku był testowany kilkadziesiąt razy, jednak przeprowadzony wczoraj test był pierwszą symulacją całego systemu. Do tej pory sprawdzano elementy osobno: zestrzelenie laserem umieszczonym na ziemi, zdolności do namierzania laserowego, czy zestrzelenie nieruchomych obiektów z powietrza.


Dział 3: Nauka
Artykuł 1: Badania nad owadami
Nagrodę Nobla z fizjologii i medycyny w 1995 roku przyznano trojgu uczonym- Niemce Christiane Nuesslein-Volhardi Amerykanom Ericowi F. Wieschausowioraz Edwardowi B. Lewisowi. W komunikacie dla prasy przedstawiającym laureatów napisano, że nagrodzono ich za odkrycia dotyczące kontroli genetycznej wczesnego rozwoju zarodka oraz, iż troje uczonych tworzyło nową drogę, która powinna przyczynić się do wyjaśnienia zagadki powstawania wad wrodzonych u człowieka. Wbrew temu co można by sądzić obiektem badań laureatów nie był człowiek, lecz znana genetykom już od lat muszka owocowa Drosophila melanogaster. Co łączy tę muszkę z człowiekiem? Aby odpowiedzieć na to pytanie warto przyjrzeć się bliżej rozwojowi D. melanogaster. Samice po zapłodnieniu składają jaja, a już następnego dnia wylęgają się z nich larwy, przechodzące kilka wylinek. Po pięciu dniach tworzą się poczwarki, z których po przeobrażeniu wyłaniają się dojrzałe muchy. Nie przypomina to zbytnio rozwoju zarodkowego człowieka, poza podstawowym podobieństwem - w obu przypadkach z pojedynczej zapłodnionej komórki rozwija się wielokomórkowy organizm o specyficznych typach komórek i tkanek. Jeszcze przed zapłodnieniem podłużnego jaja D. melanogaster określone są w nim podstawowe osie ciała przyszłej muchy: grzbietowo-brzuszna i przednio-tylna. Wyznacza je nierównomierne rozmieszczenie matczynych białek w cytoplazmie jaja. Christiane Nuesslein-Volhard jest autorką wielu pięknych prac dotyczących tych zagadnień, jednak nagrodę Nobla przyznano jej za inne dokonania. Nuesslein-Volhard i Wieschaus zostali uhonorowani za wspólne badania, wykonane pod koniec lat siedemdziesiątych w Europejskim Laboratorium Biologii Molekularnej w Heidelbergu (RFN). Dotyczyły one poszukiwań pojedynczych genów, lub ich grup odpowiedzialnych za wczesny rozwój zarodków Drosophila melanogaster. Laureaci Nagrody Nobla z fizjologii i medycyny w 1995 roku. Od lewej: Christiane Nuesslein-Volhard (52) jest dyrektorem Instytutu Maxa-Plancka w Tybindze. Doktorat z genetyki zrobiła w 1973 roku. W latach 70-tych pracowała z Erikiem Wieschausem w Europejskim Laboratorium Biologii Molekularnej w Heidelbergu. Eric F. Wieschaus, 48 letni Amerykanin pochodzący ze Szwajcarii, od 1981 roku jest wykładowcą na wydziale Biologii Molekularnej Uniwersytetu w Princeton. Edward B. Lewis (77) jest emerytowanym profesorem w kalifornijskim Instytucie Technologii CALTECH w Los Angeles. Uczeni wytworzyli najpierw dużą kolekcję mutantów. W tym celu poddali muchy działaniu mutagenów, a następnie krzyżowali je ze sobą i uzyskiwali potomstwo. Pod specjalnym mikroskopem o dwóch binokularach naukowcy obserwowali rozwój zarodków muchy - interesowały ich te okazy, u których został on w jakimś momencie zahamowany. Nuesslein-Volhard i Wieschaus, podejmując swe badania mieli poważne wątpliwości, czy uzyskają sensowne wyniki, przecież genów wpływających na rozwój teoretycznie mogło być bardzo wiele. Sprzyjało im jednak szczęście albo może inaczej - prawa natury są w jakiś sposób rozsądne i uporządkowane. Zarodki nie rozwijające się można było podzielić tylko na trzy klasy. Ułożenie genów kompleksu HOM (Z1.jpg) na chromosomie jest takie same, jak układ rejonów ich działania wzdłuż osi przednio-tylnej zarodka (lab, pd itd. - kolejne geny HOM) Prawidłowy zarodek ma kilkanaście wyraźnie widocznych segmentów. W pierwszej klasie zmutowanych zarodków brakowało pewnej grupy (do 8) segmentów, istniała jakby przerwa, w różnych miejscach u określonych zarodków. Naukowcy stwierdzili, że są trzy geny, które powodują ten efekt i nazwali je genami przerwy (ang. gap genes). Druga grupa mutantów wyglądała inaczej - brakowało im co drugiego segmentu, albo wszystkich parzystych, albo nieparzystych. Nuesslein-Volhard i Wieschaus znaleźli sześć genów odpowiedzialnych za ten fenotyp i nazwali je genami parzystości (pair rule). Ostatnia klasa zarodków miała wszystkie segmenty, ale każdy pozbawiony był pewnej swojej części, wzbogacony natomiast o lustrzane odbicie pozostałości. Geny powodujące ten efekt, których wykryto 8, nazwano genami polarności. W swej pracy, opublikowanej w 1980 roku w "Nature", Nuesslein-Volhard i Wieschaus napisali, że istotą działania tych trzech grup genów jest podział zarodka na kolejne, coraz bardziej zawężone obszary. W wyniku tego działania grupa początkowo niezróżnicowanych komórek zaczyna się dzielić na strefy. Następnie wzdłuż osi przodo-tylnej zarodka pojawiają się coraz bardziej zróżnicowane obszary ciała, z których w końcu powstaną narządy i tkanki.
Muszka owocowa (Drosophila melanogaster): Po zapłodnieniu jaja jako pierwsze uaktywniają się geny przerwy (obecnie znamy ich 6), których produkty wyznaczają zarysy rejonów ciała. Następnie do akcji wkraczają geny parzystości (poznano ich 8), których zakres działania dotyczy dwóch segmentów. Stąd mutacje w tych genach powodują utratę co drugiego segmentu. Trzecia grupa genów (10) ustala już pozycję i orientację poszczególnych rejonów segmentów.
Dorosła mucha ma trzy wyodrębnione części ciała: głowę, tułów i odwłok, a na nich odpowiednie wyrostki - na głowie czułki, na tułowiu nogi i skrzydła. Za podział ciała na te właśnie części oraz za to, gdzie pojawi się czułek lub skrzydło odpowiada inna grupa genów. Jest ich 8 i umieszczone są na chromosomie 3, tworząc tzw. kompleks HOM (od: homeotyczny). Geny te włączają się później od wyżej opisanych grup. Choć badania kompleksu HOM rozpoczęto już dość dawno, daleko jeszcze do końca ich analizy.
Głowa normalnej muszki (Z2.jpg) Kilkadziesiąt lat temu opisano dziwne mutacje u D. melanogaster, które powodowały powstawanie muszek o dwóch parach skrzydeł zamiast jednej, czy też wyposażonych w dodatkową parę nóg zamiast czułków. Edward B. Lewis przez wiele lat zajmował się badaniem tych "cudaków", mapowaniem tzw. genów homeotycznych, których mutacje dawały tak dziwne efekty. W 1978 roku opublikował w "Nature" pracę przeglądową A gene complex controlling segmentation in Drosophila, w której opisuje kompleks co najmniej 8 genów mających wpływ na charakter części ciała dorosłej muchy. Lewis przeprowadzał wyłącznie krzyżówki i analizował powstałe mutanty, nie znał więc molekularnej natury produktów owych genów. Nie wiedział także, iż białka przez nie kodowane pojawiają się w poszczególnych częściach ciała zgodnie z ułożeniem genów na chromosomie - produkt pierwszego genu głównie w obszarze, w którym ma powstać głowa, ostatniego zaś, tam gdzie utworzy się koniec odwłoka. Model, który zaproponował Lewis okazał się jednak bardzo zbieżny z rzeczywistym, co wykazuje niesłychaną siłę stosowanej przez niego genetyki klasycznej. Kompleks HOM występuje nie tylko u Drosophila - w jego prostszą wersję wyposażony jest nicień Caenorhabditis elegans, a rozbudowaną - cztery kompleksy typu HOM (zwane Hox) - człowiek i inne ssaki.
Mutacja w genie Deformed (Z3.jpg) powoduje brak dolnej części oka. I tu wracamy do pytania postawionego na początku. Jaki jest związek Drosophila z rozwojem zarodka ludzkiego? Plany budowy tych organizmów nie wydają się mieć wiele ze sobą wspólnego. Jednak uważamy obecnie, że to właśnie geny typu homeotycznego odpowiedzialne są za organizowanie pewnych obszarów ciała zwierząt wielokomórkowych. U człowieka znaleziono również odpowiedniki innych genów regulujących rozwój Drosophila. Znamy przynajmniej dwie choroby genetyczne człowieka, które wynikają z mutacji w genach podobnych do genów z grupy parzystości - jedna z nich to zespół Waardenburga, obarczeni nim ludzie są m.in. głusi i mają charakterystyczne pasmo białych włosów. Druga z chorób wyraża się brakiem soczewki. Istnieje zapewne wiele innych mutacji w genach regulujących rozwój organizmów. Dzięki pracom trójki noblistów - i wielu innych uczonych - zaczynamy poznawać przynajmniej zarysy kluczowych etapów rozwoju człowieka.
aktywność genów regulujących rozwój jaja (Z4.jpg)
jajo przed zapłodnieniem

białka matczynenierównomiernierozmieszczonew cytoplazmie jaja

aktywność genówprzerwy dajecztery szerokie prążki

geny parzystościodpowiadająza powstaniesiedmiu prążków

geny polarnościwyznaczają czternaście prążków
rozwój muszki owocowej od jaja do postaci dorosłej (Z5.pg)
po zapłodnieniu

jajo


kolejnouaktywniają sięgeny: przerwy,parzystości, polarności

rozwójzarodkowy(1 dzień)

początek działaniagenów HOM

trzy stadialarwalne(4 dni)

poczwarka

imago
normalna muszka (Z6.jpg)

mutacje w genie Antennapedia powodują przekształcenie czułków na głowie w dodatkową parę odnóży tułowiowych (Z7.jpg)

Prof. dr hab. EWA BARTNIK pracuje w Zakładzie Genetyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Artykuł 2: Kiła nie zginęła (Z2Krętek kiły.jpg, Z2Kiła powoduje owrzodzenie ciała.jpg)
To ta choroba jeszcze istnieje? - dziwią się Polacy. Nie tylko istnieje, ale ma się całkiem dobrze w naszym kraju - ostrzegają dermatolodzy.

Rok 2007 - 915 zachorowań na wszystkie postaci choroby, w tym 694 przypadki tzw. kiły wczesnej nabytej. Rok 2008 - 906 zachorowań, w tym 699 świeże zakażenia. To wyraźnie więcej niż nowe zakażenia HIV, o których tyle się słyszy. A także namacalny dowód na to, że kiła wcale nie odeszła. I naprawdę trudno pocieszać się tym, że sytuacja jest o niebo lepsza niż 50-60 lat temu, kiedy to mieliśmy prawdziwą epidemię tej choroby. Wtedy było tak źle, że 16 kwietnia 1946 r. wprowadzono specjalny dekret o zwalczaniu chorób wenerycznych. Była to drakońska metoda walki z kiłą, ale trzeba przyznać, że wprowadzenie bezpłatnego i obowiązkowego leczenia, obowiązkowych badań kobiet w ciąży szybko przyniosło rezultaty. Jeszcze w roku 1950 notowano w Polsce prawie 17 tys. nowych zachorowań, pięć lat później - niespełna 4,5 tys.


Znikają badania: Przez lata statystyki poprawiały się regularnie. Niestety, 10-12 lat temu ten trend wyhamował, a nawet zaczął się odwracać. Znów zaczęło przybywać świeżych zakażeń. W ostatniej dekadzie dwukrotnie wzrosła też w porównaniu z latami 90. liczba przypadków kiły wrodzonej (dzieje się tak, gdy matka zakaża dziecko w czasie ciąży).
Gdzie szukać przyczyn nawrotu kiły?: Niewątpliwie przyczyniła się do tego niefrasobliwość decydentów. 6 września 2001 r. Sejm uchwalił ustawę o chorobach zakaźnych i zakażeniach wywracającą do góry nogami stare zasady. Bezpłatną opieką wenerologiczną objęto wyłącznie osoby ubezpieczone, reszta - a więc wielu młodych bez etatu bądź pracujących, ale nieubezpieczonych, oraz wyjeżdżających do pracy na Zachód - pozostała na lodzie. Dopiero po ośmiu latach znów przywrócono bezpłatne diagnozowanie, leczenie, a także kontrolę po leczeniu dla wszystkich chorych na kiłę i rzeżączkę - również nieubezpieczonych (zapewniła to kolejna ustawa obowiązująca od 1 stycznia 2009 r.).
Ale nawet najlepsza ustawa to za mało. Po to, by leczyć kiłę, trzeba ją przede wszystkim diagnozować. Tymczasem badań w tym kierunku prawie się w Polsce nie robi. Skończyły się czasy, gdy przy każdej okazji sprawdzano, czy nie zetknęliśmy się z bakterią wywołującą kiłę (kiedyś był to tzw. odczyn Wassermanna, w skrócie WR, ale dawno zastąpiły go już inne, bardziej czułe testy). W roku 2008 zbadano pod tym kątem 467 tys. próbek krwi, co stanowi zaledwie 6,4 proc. badań sprzed dziesięciu lat! Dawniej test w kierunku kiły musiała obowiązkowo wykonać każda kobieta ciężarna (i to dwukrotnie - po stwierdzeniu ciąży i w siódmym-ósmym miesiącu), każdy krwiodawca. Zasada ta obowiązuje do dziś, ale nie wszyscy opiekujący się ciężarnymi jej przestrzegają.
HIV zjadł inne choroby: Znikają nie tylko testy na kiłę (to niewielka oszczędność, test kosztuje raptem 8 zł), ale także rejestry chorych. Kiedyś prowadzono je bardzo skrupulatnie, wypytywano o kontakty, wzywano na badania partnerów seksualnych. Dziś nie ma komu się tym zajmować. W czasach, kiedy oficjalnie w Polsce nie było prostytucji, istniały jednak specjalne przychodnie dla prostytutek. Dziś to przeżytek, nie wiadomo bowiem, kto ma za to płacić. Dermatologów wprawdzie nie brakuje, ale wielu z nich pracuje w prywatnych lecznicach, gdzie raczej nikt nie zajmuje się kiłą. Zresztą pacjentom łatwiej zdobyć się na wizytę w zgrzebnej Klinice Dermatologii i Wenerologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (mieści się w starych pomieszczeniach służących w czasach zaborów za stajnie) niż w eleganckiej lecznicy. - W naszej poradni diagnozuje się i leczy prawie jedna trzecia wszystkich pacjentów chorych na kiłę w Polsce - mówi dr n. med. Iwona Rudnicka z Kliniki Dermatologii i Wenerologii WUM. - To najlepszy dowód na to, że krajowe rejestry są, delikatnie mówiąc, niepełne - dodaje lekarka. - Gdzie indziej ludzie też zapadają na choroby weneryczne, tylko o tym nie wiedzą i się nie leczą. - Kiła wyparowała ze świadomości społecznej - tłumaczy dr Rudnicka. - Wyparł ją wirus HIV, który po prostu "zjadł" inne choroby weneryczne. Skonsumował nie tylko środki na kampanie informacyjne, plakaty, ulotki, ale także zmonopolizował zainteresowanie mediów. Kto dziś jeszcze chce pisać o kile i rzeżączce?
Nie obrażajmy się na test: - Pacjent nie powinien się obrażać, jeśli lekarz zaproponuje mu wykonanie testu serologicznego w kierunku kiły - mówi dr Rudnicka. - To naprawdę żaden dyshonor, lecz zwykła troska o zdrowie. Jeśli o skierowaniu zapomni lekarz prowadzący kobietę w ciąży, trzeba się o to upomnieć. Wykrycie zakażenia w porę daje szansę ochrony rozwijającego się dziecka. Podaje się w tym celu penicylinę (wywołujące chorobę krętki blade są wciąż wrażliwe na ten antybiotyk). Jeśli się tego zaniedba, może dojść do poronienia, mniej lub bardziej poważnego uszkodzenia płodu, a nawet do jego śmierci. A kiła ciężarnych to polska rzeczywistość - w 2007 r. stwierdzono ją u podobnej liczby kobiet w ciąży jak w latach, gdy rodziło się w Polsce o ponad 100 tys. dzieci więcej. Mniej badań, słabsze rejestry, gorsza kontrola, brak pieniędzy na profilaktykę i edukację - wenerolodzy martwią się, jak te oszczędności odbiją się w kolejnych statystykach. Choć, jeśli statystyki będą coraz bardziej "rozjeżdżać się z życiem", to może nie będzie tak źle. Jedną ze swoich niedawnych publikacji prof. Sławomir Majewski i dr Iwona Rudnicka kończą następująco: "Przy coraz gorzej działającym nadzorze epidemiologicznym, ograniczonym dostępie do poradnictwa wenerologicznego i braku działań oświatowo-zdrowotnych mamy szansę na całkowite zlikwidowanie problemu chorób wenerycznych. Będzie to niestety sukces jedynie w wymiarze statystycznym".
Więcej ofiar niż AIDS: W subsaharyjskiej Afryce kiła zbiera dziś wśród dzieci większe żniwo niż AIDS. Epidemiolodzy szacują, że syfilis dotyka tam od 4 do 15 proc. kobiet w ciąży. Co roku w ciążę zachodzi 2 mln chorujących na kiłę kobiet. Większość nie zdaje sobie sprawy, że jest chora, 1,6 mln się nie leczy. W efekcie umiera aż 492 tys. dzieci rocznie. Można by temu zapobiec, robiąc test w kierunku kiły i podając kobietom penicylinę. Wystarcza jedna dawka zaaplikowana przed trzecim trymestrem ciąży. Koszt uratowania w ten sposób jednego życia to ok. 10 dol.

Artykuł 3: Archeologia z DNA czytana (Z1.jpg Stworzona na podstawie badań DNA rekonstrukcja twarzy prehistorycznego Grenlandczyka )
Dzięki pochodzącemu z włosów DNA można było ustalić, jak wyglądał człowiek, który żył na Grenlandii tysiące lat temu, i prześledzić dzieje kultury, po której nie pozostał prawie żaden ślad. Już wcześniej opisywano prehistoryczny materiał genetyczny (jak choćby niedawno DNA neandertalczyka), ale publikowane dziś przez „Nature” badanie jest pierwszym, które tak dokładnie opisuje DNA prehistorycznego Homo sapiens, a więc osobnika naszego gatunku. Znaleziona w grenlandzkim lodzie próbka włosów była na tyle dobrej jakości, że udało się na podstawie zawartego w niej materiału genetycznego określić cechy wyglądu pierwotnego człowieka, a także odtworzyć trasę wędrówki jego krewniaków.

Grenlandia bez grobów: Doskonała jakość próbki wynika zapewne z faktu, iż została ona znaleziona w wiecznej zmarzlinie, na stanowisku archeologicznym w Qeqertasussuk. To tu, w zachodniej Grenlandii, około 4750-2500 p.n.e. rozwijała się tajemnicza kultura Saqqaq (ochrzczona tak na cześć pobliskiej osady o tej samej nazwie). Według duńskich naukowców to właśnie przedstawiciele tej kultury jako pierwsi zasiedlili Grenlandię. Niestety, mimo wielu materialnych znalezisk (pozostałości rzeczy wykonanych ze skóry, kości, poroży, drewna lub kłów morsów, skrobaczek i mikrolitów wykonanych z chalcedonu, agatu czy kwarcu, a nawet całych domostw) obraz kultury Saqqaq jest bardzo niepełny. Nie wiemy, jakim językiem mówili, jak wyglądali, jak byli chowani. Po dziś dzień nie udało się bowiem znaleźć żadnego pochówku pochodzącego właśnie z tego okresu. Na szczęście tam, gdzie zawiodła tradycyjna archeologia, z pomocą przyszła analiza genetyczna. Pomogła naukowcom określić, jak dokładnie mógł wyglądać pradawny mieszkaniec Grenlandii i skąd przybyli jego przodkowie.

Włosy spod lodu: Przełomem okazała się wydobyta z zmarzniętego gruntu bujna czupryna (mierząca ok. 15 cm), której wiek za pomocą datowania radiowęglowego udało się ustalić na 4044 lat. Datowanie to pokrywa się zatem z wiekiem obiektów należących do kultury Saqqaq. Jest więc wielce prawdopodobne, iż właściciel owych długich, brązowych włosów - którego naukowcy ochrzcili imieniem Inuk - należał do pierwszych mieszkańców Grenlandii. Mroźne środowisko, w jakim przebywały włosy, doskonale zakonserwowało materiał genetyczny. Degradacja DNA jest jednym z powodów, dla których tak trudno dziś odtwarzać geny prehistorycznych przedstawicieli Homo sapiens. Wydobyte z wiecznej zmarzliny włosy mogły posłużyć do dokładnego przebadania paleolitycznego mieszkańca Grenlandii pod kątem takich cech, jak kolor oczu, grupa krwi czy płeć. Dla pewności, aby wykluczyć przypadkowe zanieczyszczenie genetyczno-archeologicznego skarbu współczesnym ludzkim DNA, analizę włosów przeprowadzono niezależnie aż w trzech specjalistycznych ośrodkach badawczych - w USA, Danii i Anglii.

Z Syberii przez Amerykę do Europy: Badanie wykazało, iż Inuk był mężczyzną, miał brązowe oczy, krew grupy A+ i zapewne ciemniejszą skórę niż Europejczycy. Mimo bujnej, ciemnej czupryny mógł mieć gdzieniegdzie zakola - udało się bowiem wykryć w jego DNA geny, które predysponują do łysienia. Udało się nawet ustalić, że woszczyna w jego uszach była suchej konsystencji (co jest częste u współczesnych Azjatów i Indian) w przeciwieństwie do mokrej woszczyny, jaka przeważa wśród innych ras. Jego siekacze miały lekko szuflowaty kształt, a metabolizm dostosowany był do surowego klimatu. Wszystkie te cechy wskazywały na to, iż Inuk był pochodzenia azjatyckiego. Potwierdziło to porównanie jego DNA z materiałem genetycznym różnych arktycznych populacji. Okazało się, że najbardziej przypomina genom Koriaków i Czukczów, rdzennych mieszkańców Syberii. Natomiast daleko mu do Inuitów - współczesnych mieszkańców Grenlandii, którzy mają domieszkę genów indiańskich. Przedstawiciele kultury Saqqaq różnili się więc zarówno od Europejczyków, jak i od Inuitów, a najbardziej spokrewnieni byli z plemionami syberyjskimi. Najprawdopodobniej ich przodkowie przebyli na Grenlandię z Syberii, przez Cieśninę Beringa, wzdłuż Północnej Ameryki, aż po zachodnią Grenlandię i stworzyli tam pierwsze osady na długo przed przodkami Inuitów. Analiza genetyczna potwierdziła więc wcześniejsze śmiałe hipotezy duńskich naukowców i pokazała, jak użytecznym narzędziem może być w rękach archeologów.


Dział 4: Temat miesiąca
Temat artykułu dowolny np. czarna dziura, supernowe.


©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna