Zeszyty Literackie



Pobieranie 67.14 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar67.14 Kb.




Milan Kundera

Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej






 

"Zeszyty Literackie", 1984, nr 5

 


1

We wrześniu 1956 roku dyrektor węgierskiej agencji prasowej, kilka minut przedtem zanim artyleria ostrzelała jego biuro, wysłał w świat rozpaczliwy teleks o rozpoczętej tego dnia ofensywie rosyjskiej na Budapeszt. Depesza kończyła się słowami: "Zginiemy za Węgry i Europę".


Co miało znaczyć to zdanie? Zapewne miało znaczyć, że rosyjskie czołgi zagrażają Węgrom, a z nimi całej Europie. Ale w jakim sensie Europa była zagrożona? Czy rosyjskie czołgi gotowe były przekroczyć granice Węgier i ruszyć na Zachód? Nie. Dyrektor węgierskiej agencji prasowej chciał powiedzieć, że Europa jest zagrożona właśnie na Węgrzech. Gotów był zginąć, aby Węgry pozostały Węgrami i by pozostały Europą.
Nawet jeśli sens tego zdania jest jasny, to przecież nadal nas ono intryguje. Bowiem we Francji czy w Ameryce przywykliśmy sądzić, iż chodziło wówczas nie o Węgry, ani nie o Europę, ale o ustrój polityczny. Nikt by nie powiedział, że zagrożone były Węgry jako takie; tym bardziej jest niezrozumiałe, dlaczego Węgier stojący twarzą w twarz wobec śmierci przywołuje Europę. Czy Sołżenicyn, demaskując ucisk komunistyczny, powołuje się na Europę jako wartość naczelną, dla której warto umierać?
Nie. Zdanie "zginąć za ojczyznę i za Europę" jest nie do pomyślenia w Moskwie czy w Leningradzie, lecz właśnie w Budapeszcie lub w Warszawie.

2

Czym bowiem jest Europa dla Węgra, Czecha albo Polaka? Narody te od początku należały do części Europy zakorzenionej w rzymskim świecie chrześcijańskim. Uczestniczyły we wszystkich fazach jego historii. Dla nich słowo "Europa" nie oznacza zjawiska ze sfery geografii, lecz jest pojęciem duchowym, synonimem słowa "Zachód". Z chwilą gdy Węgry przestają być Europą, tzn. Zachodem, wyrzucone zostają z kolein własnego losu, ze swej historii - tracą najgłębszą istotę swojej tożsamości.


Europa geograficzna, rozciągająca się od Atlantyku po Ural, zawsze była podzielona na dwie odrębnie rozwijające się połowy; jedna była związana ze starożytnym Rzymem i z kościołem katolickim (jej znakiem szczególnym jest alfabet łaciński), druga zaś była zakotwiczona w Bizancjum i w kościele prawosławnym (znak szczególny: cyrylica). Po 1945 roku granica między dwiema Europami przesunęła się o kilkaset kilometrów na zachód i narody, które dotąd uważały się za zachodnie, obudziwszy się pewnego poranka stwierdziły, że znajdują się na Wschodzie.
Po wojnie ukształtowały się w Europie trzy zasadnicze sytuacje: sytuacja Europy zachodniej, sytuacja Europy wschodniej oraz sytuacja Europy środkowej. Ta ostatnia jest najbardziej skomplikowana, gdyż geograficznie Europa środkowa jest środkiem, kulturalnie - Zachodem, a politycznie - od 1945 roku - Wschodem.
Ta pełna sprzeczności sytuacja Europy, którą nazywamy środkową, pozwala zrozumieć, dlaczego tam właśnie od 35 lat skupia się dramat Europy: wspaniała rewolta węgierska w 1956 roku i krwawa masakra, jaka po niej nastąpiła; praska wiosna i okupacja Czechosłowacji w 1968 roku; polskie zrywy w 1956, 1968, 1970 i w ostatnich latach. Niczego, co dzieje się w Europie geograficznej, na Zachodzie czy na Wschodzie, nie da się porównać z ciągiem buntów środkowoeuropejskich ani pod względem dramatycznej treści, ani pod względem historycznej doniosłości.[1] Każdy z tych buntów był dziełem całej niemal ludności. Gdyby nie poparcie Rosjan, panujące reżymy nie utrzymałyby się nawet trzech godzin. Jednak tego, co działo się w Pradze lub w Warszawie nie można uważać za dramat Europy wschodniej, obozu komunistycznego czy komunizmu, lecz właśnie za dramat Europy środkowej.
Bowiem te poparte przez całe społeczeństwa zrywy są nie do pomyślenia w Rosji. Są nie do pomyślenia również w Bułgarii, która, jak wszyscy wiedzą, jest najbardziej stabilnym krajem obozu komunistycznego. Dlaczego? - Dlatego, że Bułgaria od zarania należy do cywilizacji Wschodu z racji religii prawosławnej, której pierwszymi misjonarzami byli zresztą Bułgarzy. Skutki ostatniej wojny światowej oznaczały więc dla Bułgarów poważną i godną ubolewania zmianę polityczną (prawa człowieka depcze się tam nie mniej niż w Budapeszcie), nie były jednak cywilizacyjnym szokiem jak w przypadku Czechów, Polaków i Węgrów.

3

Tożsamość narodu czy cywilizacji odbija się i streszcza w całości wytworów duchowych, którą zwykło się nazywać kulturą. Jeśli ta tożsamość jest śmiertelnie zagrożona, życie kulturalne nasila się i rozwija, a kultura staje się wartością, wokół której skupia się cały naród.[2] Dlatego też we wszystkich rewoltach środkowoeuropejskich zarówno pamięć kulturalna, jak współczesna twórczość, odgrywały rolę tak wielką i decydującą jak nigdy i nigdzie w żadnej z rewolt europejskich.


Pisarze skupieni w kole noszącym imię romantycznego poety Petöfi'ego rozpoczęli na Węgrzech refleksję krytyczną i w ten sposób przygotowali eksplozję 1956 roku. Teatr, film, literatura i filozofia pracowały przez długie lata na wyzwolicielską emancypację praskiej wiosny. Zdjęcie z afisza dramatu Mickiewicza, największego polskiego poety romantycznego, wywołało bunt studentów polskich w 1968 roku. Szczęśliwy związek kultury i życia, twórczości i życia, nadał buntom środkowoeuropejskim niedoścignione piękno, oczarowując na zawsze nas, którzyśmy je przeżyli.
To, co dla mnie piękne w najgłębszym znaczeniu tego słowa, intelektualiście niemieckiemu lub francuskiemu zdaje się raczej podejrzane. Sądzi on, że rewolty nie mogą być autentyczne i naprawdę ludowe, jeśli ulegają zbyt wielkim wpływom kultury. To dziwne, ale dla niektórych pojęcia ludu i kultury są nie do pogodzenia. W ich oczach idea kultury łączy się z obrazem uprzywilejowanej elity. Dlatego też ruch Solidarności przyjęli z o wiele większą sympatią niż poprzednie rewolty. Otóż, cokolwiek by nie mówić, ruch Solidarności w istocie swej nie różni się od wcześniejszych buntów; jest jedynie ich apogeum - najdoskonalszym (najlepiej zorganizowanym) związkiem ludu i prześladowanej, zaniedbanej, szykanowanej narodowej tradycji kulturalnej.

4

Ktoś mógłby powiedzieć na to, że jeśli nawet przyjąć, iż narody środkowoeuropejskie bronią swej zagrożonej tożsamości, to przecież ich sytuacja nie jest przez to wcale aż tak swoista. Rosja jest w podobnym położeniu: ona również traci swą tożsamość. Nie Rosja, lecz komunizm pozbawia narody ich esencji; zresztą Rosja pierwsza padła jego ofiarą. I jeśli prawdą jest, że rosyjski tłumi inne języki imperium, to przecież nie dlatego, że Rosjanie pragną zrusyfikować inne narody, lecz dlatego, że biurokracja radziecka - głęboko anarodowa, antynarodowa, ponadnarodowa - potrzebuje technicznego narzędzia dla zjednoczenia swego państwa.


Rozumiem tę logikę, tak jak rozumiem drażliwość Rosjan cierpiących na myśl, iż można utożsamiać znienawidzony komunizm z ich ukochaną ojczyzną. Ale trzeba też zrozumieć Polaków, których ojczyzna - z wyjątkiem krótkiego okresu międzywojennego - od dwu stuleci była podporządkowana Rosji i przez cały ten czas poddana rusyfikacji tyleż cierpliwej, co nieubłaganej.
Europa środkowa będąca wschodnią granicą Zachodu zawsze była szczególnie wyczulona na niebezpieczeństwo rosyjskiej potęgi. Nie tylko Polacy. Frantisek Palacky, znakomity historyk i najwybitniejsza postać czeskiej dziewiętnastowiecznej polityki, w 1848 roku napisał słynny list do frankfurckiego parlamentu rewolucyjnego, w którym bronił i usprawiedliwiał cesarstwo Habsburgów, jedyną ochronę przed Rosją, "mocarstwem, które osiągnąwszy dziś ogromną potęgę, pomnaża swą siłę bardziej niżby mógł to uczynić jakikolwiek kraj zachodni". Palacky ostrzega przed imperialnymi ambicjami Rosji, która usiłuje stać się "monarchią światową", tj. zmierza do panowania nad światem. "Światowa monarchia Rosji - powiada Palacky - byłaby wielkim i niesłychanym nieszczęściem, nieszczęściem bez mia­ry, ni granic". Według Palacky’ego Europa środkowa powinna być domem równoprawnych narodów, które we wzajemnym poszanowaniu i pod osłoną wspólnego, silnego państwa pielęgnowałyby swe odrębności. To marzenie, podzielane przez wszystkie wybitne umysły środkowoeuropejskie, nigdy nie ziściło się w pełni, pozostało jednak potężne i wpływowe. Europa środkowa pragnęła być skondensowanym obrazem Europy w całym bogactwie jej różnorodności, małą arcyeuropejską Europą, zminiaturyzowanym modelem Europy narodów opartej na regule: maksimum różnorodności na minimum przestrzeni. Jakże mogła nie przerażać jej Rosja budująca się na regule przeciwnej: minimum różnorodności na maksimum przestrzeni?
Istotnie, nic bardziej obcego Europie środkowej z jej umiłowaniem różnorodności niż jednostajna, ujednolicająca i centralizująca Rosja, która z groźną determinacją przemienia wszystkie narody swego imperium (Ukraińców, Białorusinów, Ormian, Łotyszów, Litwinów itd.) w jeden naród rosyjski czy - jak powiemy dziś, w dobie powszechnej mistyfikacji słownika - w jeden naród radziecki.
Ale czy komunizm jest zaprzeczeniem rosyjskiej historii, czy raczej jej spełnieniem? - Z całą pewnością jest zarazem jej zaprzeczeniem (jej religijności, na przykład) i spełnieniem (ziszczeniem jej centralizujących skłonności i imperialnych marzeń). Od wewnątrz, widziany z Rosji, najbardziej uderza ten pierwszy aspekt - brak ciągłości. Z punktu widzenia krajów podbitych najsilniej odczuwany jest aspekt drugi - ciągłość.[3]

5

Ale może zbyt absolutnie przeciwstawiam Rosję cywilizacji zachodniej? Czyż Europa, choć podzielona na zachodnią i wschodnią, nie jest jednak całością zakorzenioną w starożytnej Grecji i w myśli judeochrześcijańskiej?


Zapewne, odległe, antyczne korzenie łączą Rosję z nami. Zresztą przez cały wiek XIX zbliżała się do Europy. Fascynacja była wzajemna. Rilke ogłosił Rosję swą duchową ojczyzną i wszyscy ulegli sile rosyjskiej powieści, nieodłącznej od naszej wspólnej kultury europejskiej.
To prawda i kulturalne zaręczyny dwu Europ pozostaną wspaniałym wspomnieniem.[4] Niemniej jednak prawdą jest, że komunizm rosyjski ożywił stare, antyzachodnie obsesje rosyjskie i brutalnie oderwał Rosję od zachodniej historii.
Chcę podkreślić raz jeszcze, że na wschodniej granicy Zachodu silniej niż gdzie indziej postrzega się Rosję jako Anty-Zachód: jawi się ona nie jako jedno z wielu mocarstw europejskich, lecz jako szczególna, zupełnie inna cywilizacja. Mówi o tym Czesław Miłosz w "Rodzinnej Europie": w XVI i XVII wieku "Moskwa byli to barbarzyńcy z którymi toczono wojny na peryferiach jak z Tatarami i nie interesowano się nimi szczególnie... Z tego też okresu pustki na wschodzie pochodzi u Polaków pojęcie Rosji jako czegoś z zewnątrz, poza orbitą świata".[5]
"Barbarzyńcami" zdają się ci, którzy reprezentują inny świat, inną cywilizację. Rosjanie nadal reprezentują ją dla Polaków. Kazimierz Brandys opowiada piękną historię o tym, jak pewien polski pisarz spotkał wielką poetkę rosyjską Annę Achmatową. Uskarżał się przed nią na swoje ciężkie położenie - objął go zakaz druku. Achmatowa przerwała mu: "Grozi panu aresztowanie?" - Polak zaprzeczył. - "Wyrzucają pana ze Związku?" - "Nie". - "Więc o co panu chodzi?". Achmatową była szczerze zdziwiona.
Brandys komentuje: "Takie są ruskie pocieszenia. W porównaniu z rosyjskim losem nic nie powinno się wydawać straszne. Dzieje się jednak inaczej. Rosyjski los nie jest wpisany w naszą świadomość, jest dla nas czymś obcym, nie poczuwamy się do niego - do żadnych pokrewieństw ani odpowiedzialności. Ciąży nad nami, lecz nie jest naszym dziedzictwem. Zawsze to czułem w rosyjskiej literaturze. Bałem się jej. Do dziś boję się niektórych opowiadań Gogola i całego Sałtykowa–Szczedrina. Wolałbym nie znać ich świata, nie wiedzieć, że istnieje".[6]
Brandys nie odrzuca sztuki Gogola, lecz przeraża go świat, jaki ta sztuka przywołuje: oczarowuje nas i pociąga, gdy jest daleko, a odstania całą swą straszną obcość, gdy otacza nas bliska; ma inny (większy) wymiar nieszczęścia, inny obraz przestrzeni (tak ogromnej, że giną w niej całe narody), inny (powolny i cierpliwy) rytm czasu, inny sposób śmiania się, życia i umierania.[7]
Oto dlaczego Europa, którą nazywam środkową, odczuwa zmianę swego losu po roku 1945 nie tylko jako katastrofę polityczną, lecz jako zakwestionowanie swej cywilizacji. Głęboką racją oporu krajów środkowoeuropejskich jest obrona ich tożsamości, albo inaczej - obrona ich zachodniości.

6

Nikt już nie robi sobie złudzeń co do ustroju krajów satelickich. Zapomina się jednak, w czym tkwi sedno ich tragedii - zostały wymazane z mapy Zachodu. Jak wytłumaczyć, że to oblicze dramatu jest niemal niewidoczne? Można by wpierw obwiniać samą Europę środkową: Polacy, Czesi i Węgrzy mają za sobą burzliwą, rozczłonkowaną historię, a tradycja państwowości jest u nich mniej silna i ciągła niż u wielu narodów europejskich. Z jednej strony przyparte do muru przez Niemców, z drugiej - przez Rosjan, narody te wyczerpały zbyt wiele sił w walce o przeżycie i o własny język. Nie będąc w stanie przeniknąć wystarczająco głęboko do świadomości europejskiej, pozostały najmniej znaną i najbardziej kruchą częścią Zachodu; dodatkowo kryła je zasłona dziwnych i trudno dostępnych języków. Cesarstwo austro-węgierskie miało okazję stworzyć silne państwo w Europie środkowej. Niestety, Austriacy byli rozdarci między aroganckim nacjonalizmem wielkich Niemiec a własną misją środkowoeuropejską. Nie zdołali zbudować federacyjnego państwa równych narodów i ich porażka stała się nieszczęściem dla całej Europy. W 1918 roku niezadowolone narody środkowoeuropejskie rozbiły Cesarstwo, nie zdając sobie sprawy, iż mimo niedostatków było niezastąpione. W ten sposób po I wojnie światowej Europa środkowa przekształciła się w strefę słabych bezbronnych państewek, umożliwiając pierwsze podboje Hitlerowi i ostateczny triumf Stalinowi. Być może w europejskiej podświadomości zbiorowej państwa te nadal funkcjonują jako niebezpieczni wichrzyciele.


Dopatruję się również winy Europy środkowej w tym, co nazwałbym "ideologią słowiańszczyzny". "Ideologia" mówię w cudzysłowie, gdyż jest to li tylko polityczna mistyfikacja sfabrykowana w XIX wieku. Czesi (mimo poważnych ostrzeżeń ze strony swych najbardziej reprezentatywnych polityków) lubili nią wymachiwać, broniąc się naiwnie przed niemiecką agresywnością; natomiast Rosjanie posługiwali się nią chętnie dla usprawiedliwienia swych imperialnych zakusów. "Rosjanie lubią nazywać słowiańskim wszystko, co rosyjskie" stwierdził już w 1844 roku wielki pisarz czeski Karel Havlicek,[8] ostrzegając swoich rodaków przed ich głupim i nierealistycznym rusofilstwem. Nierealistycznym, gdyż w ciągu swej tysiącletniej historii Czesi nigdy nie mieli bezpośredniej styczności z Rosją. Mimo językowego pokrewieństwa nie mieli z Rosjanami żadnego wspólnego świata, żadnej wspólnej historii, żadnej wspólnej kultury, zaś stosunki Polaków z Rosjanami zawsze były walką na śmierć i życie.
Blisko sześćdziesiąt lat temu Józef Konrad Korzeniowski, znany pod nazwiskiem Joseph Conrad, zirytowany etykietką "duszy słowiańskiej", jaką chętnie mu przyczepiano z racji polskiego pochodzenia, pisał, iż nie ma nic bardziej obcego temperamentowi polskiemu z jego rycerskim poczuciem obowiązku moralnego i przesadnym poszanowaniem praw jednostki niż to, co w świecie literackim nazywa się "duchem słowiańskim". Jakże go rozumiem! Ja też nie znam nic żałośniejszego niż ten kult mrocznych głębi, ten sentymentalizm tyleż głośny, co pusty, który nazywają "duszą słowiańską" i przypisują mi czasami![9]
A jednak idea słowiańskiego świata stała się komunałem w historiografii.[10] Podział Europy po 1945 roku jednoczący ów rzekomy "świat" (włączając doń również biednych Węgrów i Rumunów, których język nie jest bynajmniej słowiański, lecz któż by się przejmował takim szczegółem) mógł więc wydawać się rozwiązaniem niemal naturalnym.

7

Czy jest zatem winą Europy środkowej, że Zachód nawet nie zauważył jej zniknięcia? - Niezupełnie. Na początku stulecia mimo swej politycznej słabości stała się ogromnym, może największym centrum kultury. Znaczenie Wiednia pod tym względem jest dziś dobrze znane, ale nigdy dość podkreślać, że oryginalność stolicy austriackiej byłaby niemożliwa bez zaplecza innych miast i krajów, które przez swą twórczość uczestniczyły w całej kulturze środkowoeuropejskiej. Szkoła Schönberga stworzyła system dodekafonii, zaś Węgier Béla Bartòk, moim zdaniem jeden z dwu, trzech największych muzyków XX wieku, umiał znaleźć ostatnie oryginalne możliwości muzyki opartej na zasadzie tonalnej. Praga wydała Kafkę i Haška, których dzieła są wielkim powieściowym pendant do twórczości wiedeńczyków - Musila i Brocha. Dynamika kulturalna krajów nie niemieckojęzycznych wzrosła jeszcze bardziej po roku 1918, kiedy Praga dała światu inicjatywę praskiego koła lingwistycznego i jego myśli strukturalistycznej.[11] W Polsce, wielka trójca - Gombrowicz, Schulz i Witkiewicz - zapowiadała modernizm europejski lat pięćdziesiątych, w szczególności tzw. teatr absurdu.


Pojawia się pytanie, czy ta wielka eksplozja twórcza była jedynie geograficzną koincydencją? Czy też może zakorzeniona była w długiej tradycji, w przeszłości? Innymi słowy: czy można mówić o Europie środkowej jako o rzeczywistej całości kulturalnej mającej swą własną historię? A jeśli całość taka istnieje, to czy można ją określić geograficznie? Jakie są jej granice? Daremnie byśmy próbowali wyznaczyć je ściśle, gdyż Europa środkowa nie jest państwem, lecz kulturą, losem. Jej granice są wyobrażeniowe i trzeba wyznaczyć je na nowo, wychodząc od każdej nowej sytuacji historycznej.
Na przykład już w połowie XV wieku Uniwersytet Karola w Pradze skupiał inteligencję (profesorów i studentów) czeską, austriacką, bawarską, saską, polską, litewską, węgierską i rumuńską, i już wtedy kiełkowała idea wielonarodowej wspólnoty, w której każdy by miał prawo do własnego języka. Pod wpływem tego uniwersytetu (którego rektorem był reformator Jan Hus) powstały wówczas pierwsze przekłady Biblii na węgierski i rumuński.
Później wyłoniły się nowe sytuacje: rewolucja husycka, powstanie cesarstwa Habsburgów łączącego trzy niezawisłe państwa: Czechy, Węgry i Austrię, wojny z Turkami, XVII-wieczna kontrreformacja. Środkowoeuropejska odrębność kulturalna objawiła się w pełni za sprawą nadzwyczajnego rozkwitu sztuki barokowej, która połączyła rozległy obszar od Salzburga do Wilna. Na mapie Europy barokowa Europa środkowa (charakteryzująca się supremacją irracjonalności i dominującą rolą sztuk pięknych, zwłaszcza muzyki) stała się przeciwstawnym biegunem Francji, którą cechowała supremacja racjonalizmu i dominująca rola literatury i filozofii. W epoce barokowej tkwią źródła niezwykłego rozwoju muzyki środkowoeuropejskiej, która od Haydna po Schönberga, od Liszta po Bartòka, streszcza w sobie ewolucję całej muzyki europejskiej.
W XIX wieku waśnie narodowe (Polaków, Węgrów, Czechów, Chorwatów, Słoweńców, Rumunów i Żydów) przeciwstawiały jedne narody drugim: choć niesolidarne, izolowane i zamknięte w sobie, przeżywały one jednak wspólne egzystencjalne doświadczenia narodu, który wybiera między istnieniem a nieistnieniem, między autentycznym życiem narodowym a asymilacją. Nawet panujący naród cesarstwa zmuszony był wybierać między swą austriacką tożsamością a fuzją z potężniejszym narodem niemieckim. Również Żydzi nie uniknęli tej kwestii. Zrodzony w tej części Europy syjonizm, odrzucając asymilację, wybrał tę samą drogę co inne narody środkowoeuropejskie.
Nowe sytuacje powstały w wieku XX: rozpad Cesarstwa, aneksja rosyjska, długi okres buntów środkowoeuropejskich będących jednym wielkim zakładem o niewiadomą.
Tym co określa i wyznacza środkowoeuropejską całość nie mogą więc być granice (nieautentyczne, narzucone przez inwazje, podboje i okupacje), lecz wspólne zasadnicze sytuacje, coraz to inaczej grupujące te narody w wyobrażeniowych i zmiennych granicach, wewnątrz których trwa ta sama pamięć, to samo doświadczenie, ta sama wspólna tradycja.

8

Rodzice Zygmunta Freuda pochodzili z Polski, ale on sam spędził dzieciństwo na Morawach, w moim rodzinnym kraju, podobnie jak Edmund Husserl i Gustaw Malher. Pisarz wiedeński Joseph Roth również ma swe korzenie w Polsce; wielki poeta czeski Juliusz Zeyer urodził się w Pradze w rodzinie niemieckojęzycznej i czeski był jego językiem z wyboru. Za to macierzystym językiem Hermanna Kafki był czeski, zaś jego syn, Franz, wybrał niemczyznę. Pisarz Tibor Déry, kluczowa postać rewolucji węgierskiej 1956 roku, pochodził z rodziny niemiecko-węgierskiej, a mój drogi Daniło Kis, wspaniały pisarz, z węgiersko-jugosłowiańskiej. Cóż za plątanina losów narodowych u najbardziej reprezentatywnych osób! Wszyscy, których wymieniłem, są Żydami. Żadnej bowiem części świata geniusz żydowski nie naznaczył równie głęboko. Wszędzie obcy i wszędzie u siebie, wychowani ponad narodowymi waśniami, w XX wieku Żydzi byli głównym elementem kosmopolitycznym i integrującym Europę środkową - byli jej intelektualnym spoiwem, kondensacją jej ducha, twórcami jej duchowej jedności. Dlatego ich kocham i przywiązany jestem namiętnie i nostalgicznie do ich dzieciństwa, jakby było moje własne.


Naród żydowski jest mi drogi również dlatego, że moim zdaniem w jego losie koncentruje się, odbija i znajduje swój symboliczny obraz los środkowoeuropejski. Czym jest Europa środkowa? - Leżącą między Niemcami a Rosją strefą małych narodów. Podkreślam słowa: mały naród. A kim są Żydzi, jeśli nie małym narodem par excellence - jedynym spośród wszystkich małych narodów, który przetrwał cesarstwa i niszczycielski marsz Historii.
Ale co to znaczy - mały naród? Proponuję następującą definicję: mały naród to taki, którego istnienie może zostać w każdej chwili zakwestionowane, który może zniknąć i o tym wie. Francuzi, Rosjanie czy Anglicy nie stawiają sobie pytania, czy ich naród przetrwa. Ich hymny mówią o wielkości i wieczności. Natomiast hymn polski zaczyna się słowami: "Jeszcze Polska nie zginęła..."
Europa środkowa, ojczyzna małych narodów, ma swą własną wizję świata opartą na głębokiej nieufności wobec historii. Historia, bożyszcze Hegla i Marksa, wcielenie Rozumu, który nas sądzi i o nas rozstrzyga, jest historią zwycięzców. A narody środkowoeuropejskie nie są zwycięzcami. Nierozdzielne z historią europejską nie mogą bez niej istnieć, ale są jakby odwrotną stroną tej historii, jej ofiarami i outsiderami. W pełnym rozczarowań doświadczeniu historii leży źródło oryginalności ich kultury, mądrości, niepowagi, która kpi sobie z wielkości i chwały. "Nie zapominajmy, że tylko przeciwstawiając się historii jako takiej, możemy oprzeć się tej dzisiejszej". Chciałbym wyryć to zdanie Gombrowicza na wrotach do Europy środkowej.[12]
I dlatego w tej strefie małych narodów, które "jeszcze nie zginęły", kruchość Europy - całej Europy - widoczna była wcześniej i wyraźniej niż gdzie indziej. Bowiem w świecie współczesnym, gdzie władza koncentruje się coraz bardziej w ręku paru wielkich, wszystkim narodom europejskim grozi, że wkrótce staną się małymi narodami i podzielą ich los. W tym sensie los Europy środkowej zdaje się antycypacją losu europejskiego w ogóle, a jej kultura nabiera tym większej aktualności.
Wystarczy przeczytać największe powieści środkowoeuropejskie: w "Somnabulikach" Brocha historia jawi się jako postępująca degradacja wartości; "Człowiek bez właściwości" Musila ukazuje społeczeństwo euforyczne, które nie wie, że jutro zniknie; w "Dzielnym wojaku Szwejku" Haška tylko struganie z siebie wariata pozwala zachować jeszcze wolność; powieściowe wizje Kafki mówią o świecie bez pamięci, świecie posthistorycznym. Całą wielką twórczość środkowoeuropejską od początku wieku po dziś można odczy­tywać jak długą medytację nad możliwym końcem cywilizacji europejskiej.[13]

9

Dziś Europa środkowa jest podporządkowana Rosji, z wyjątkiem malutkiej Austrii, która raczej szczęśliwym trafem niż z innego powodu zachowała niepodległość, ale wyrwana ze środkowoeuropejskiego otoczenia straciła wiele ze swej odrębności i nie ma już zupełnie znaczenia. Zniknięcie środkowoeuropejskiego ogniska kultury było niewątpliwie jednym z największych wydarzeń stulecia dla całej cywilizacji zachodniej. Powtarzam więc pytanie: jak to możliwe, że przeszło niezauważone i nienazwane?


Odpowiedź jest prosta: Europa nie zauważyła zniknięcia swego wielkiego centrum kulturalnego, ponieważ nie odczuwa już swej jedności jako jedności kulturalnej. Na czym w gruncie rzeczy opiera się jedność Europy? W średniowieczu opierała się na wspólnej religii. W epoce nowożytnej, gdy średniowieczny Bóg przemienił się w Deus absconditus, religia ustąpiła miejsce kulturze, która urzeczywistniała odtąd najwyższe wartości, w jakich ludność europejska rozpoznawała się i określała, z którymi się identyfikowała.
Otóż wydaje mi się, że w naszym stuleciu następuje kolejna zmiana, równie istotna jak ta, co dzieli średniowiecze od czasów nowożytnych. Jak niegdyś Bóg ustąpił miejsca kulturze, tak dziś z kolei kultura ustępuje miejsca.
Ale komu i czemu? W jakiej dziedzinie realizować się będą najwyższe wartości zdolne zjednoczyć Europę? Osiągnięcia techniki? Rynek? Środki masowego przekazu? (Czy wielkiego poetę zastąpi wielki dziennikarz?) A może polityka? Ale jaka? Prawicowa czy lewicowa? Czy ponad tym głupim a nieprzezwyciężonym manicheizmem istnieje jeszcze jakiś wspólny, dostrzegalny ideał? Może zasada tolerancji, szacunek dla wierzeń i myśli drugiego? Ale czy tolerancja nie staje się czymś pustym i niepotrzebnym, jeśli nie chroni żadnej autentycznej twórczości ani żadnej potężnej myśli? A może dymisja kultury jest swego rodzaju wyzwoleniem i należy się mu radośnie poddać? A może Deus absconditus powróci, by zająć zwolnione miejsce i stać się widzialnym? Nie wiem. Wydaje mi się tylko, że wiem, że kultura ustąpiła miejsca.
Hermann Broch był opętany tą ideą już w latach trzydziestych. Mówił, że "malarstwo stało się sprawą zupełnie ezoteryczną, należącą do muzealnego świata; nie budzi już żadnego zainteresowania, jest niemal reliktem minionej epoki". W owym czasie jego słowa wydawały się zdumiewające, ale dziś już nikogo nie dziwią. Sam przeprowadziłem mały sondaż, zadając spotykanym ludziom niewinne pytanie, jaki jest ich ulubiony malarz współczesny. I okazało się, że nikt nie miał ulubionego współczesnego malarza, a większość w ogóle nie znała żadnego.
Trzydzieści lat temu, gdy żyło pokolenie Matisse'a i Picassa, taka sytuacja była nie do pomyślenia. Od tego czasu malarstwo straciło wagę, stało się działalnością marginesową. Czy dlatego, że przestało być dobre? Lub też my straciliśmy do niego upodobanie i smak? Tak czy inaczej sztuka, która tworzyła styl epok i towarzyszyła Europie przez stulecia, porzuciła nas albo myśmy ją porzucili.
A poezja, muzyka, architektura, filozofia? One również straciły zdolność jednoczenia Europy, przestały być podstawą jej jedności. Dla ludności europejskiej są to wydarzenia równie ważne jak dekolonizacja Afryki.

10

Franz Werfel pierwszą część życia spędził w Pradze, drugą w Wiedniu, trzecią na emigracji - najpierw we Francji, później w Ameryce. Oto typowa środkowoeuropejska biografia. W 1937 roku znalazł się w Paryżu wraz z żoną, słynną Almą, wdową po Mahlerze, zaproszony przez Organizację Współpracy Intelektualnej przy Lidze Narodów na kolokwium poświęcone "przyszłości literatury". W swoim wystąpieniu Werfel sprzeciwił się nie tylko hitleryzmowi, ale i niebezpieczeństwu totalitarnemu w ogóle, ideologicznemu i dziennikarskiemu ogłupieniu, które zabija kulturę. Zakończył propozycją, która jego zdaniem mogła powstrzymać szatański proces, mianowicie założenia światowej Akademii Poetów i Myślicieli (Weltakademie der Dichter und Denker). Członkowie Akademii w żadnym wypadku nie mogli być delegowani przez rządy. Wybór miał zależeć wyłącznie od wartości dzieła, a liczba członków, największych pisarzy świata, wynosić od 24 do 40. Misją tej niezależnej od polityki i propagandy Akademii byłoby "stawienie czoła upolitycznieniu i barbaryzacji świata".


Propozycję nie dość, że odrzucono, ale po prostu wyśmiano. Oczywiście - była naiwna. Strasznie naiwna. Jak stworzyć taką niezależną Akademię w absolutnie upolitycznionym świecie, gdzie artyści i myśliciele byli już wszyscy nieuleczalnie "zaangażowani"? Musiała zdawać się komicznym zgromadzeniem pięknoduchów.
A jednak ta naiwna propozycja mnie wzrusza, bo zdradza rozpaczliwą potrzebę odnalezienia jakiegoś autorytetu moralnego w świecie pozbawionym wartości, trwożne pragnienie, by rozległ się niesłyszalny glos kultury, glos Dichter und Denker.[14]
W mojej pamięci z tą historią łączy się wspomnienie poranka, kiedy po rewizji u mego przyjaciela, słynnego czeskiego filozofa, policja skonfiskowała tysiącstronicowy rękopis. Z Hradczanego, gdzie mieszkał, schodziliśmy na Kampę, minęliśmy most Manesa. Próbował żartować: jakże policjanci rozszyfrują jego raczej hermetyczny, filozoficzny język? Ale żaden żart nie mógł ukoić bólu, zaradzić utracie dziesięciu lat pracy, jaką kosztował ten rękopis, którego kopii filozof nie miał.
Zastanawialiśmy się, czy nie wysłać listu otwartego za granicę, by nadać sprawie międzynarodowy rozgłos. Było dla nas jasne, że musimy zwrócić się nie do jakiejś instytucji czy męża stanu, lecz tylko do kogoś stojącego ponad polityką i reprezentującego wartość bezdyskusyjną, powszechnie uznaną w Europie. A więc do osobistości ze świata kultury. Ale gdzie ją znaleźć? Zrozumieliśmy nagle, że kogoś takiego nie ma. Są oczywiście wielcy malarze, dramaturdzy i muzycy, ale nie zajmują już uprzywilejowanego miejsca autorytetów moralnych, uznanych przez Europę za jej duchowych przedstawicieli. Zrozumieliśmy, że kultura jako dziedzina, w której realizują się najwyższe wartości, już nie istnieje.
Szliśmy w stronę rynku Starego miasta, w którego pobliżu wówczas mieszkałem; czuliśmy ogromną samotność i pustkę - pustkę europejskiej przestrzeni, skąd kultura powoli uchodziła.[15]

11

Ostatnie wspomnienie Zachodu, jakie kraje środkowoeuropejskie zachowały z doświadczenia, dotyczy lat 1918-1938. Są do nich przywiązane bardziej niż do jakiegokolwiek innego okresu swej historii (dowodzą tego nieoficjalne sondaże). Zachowały więc obraz Zachodu wczorajszego, w którym kultura jeszcze nie ustąpiła całkowicie miejsca.


Tu chciałbym podkreślić pewną istotną okoliczność; buntów środkowoeuropejskich nie popierały gazety, radio czy telewizja, tzn. środki masowego przekazu. Przygotowały je, wypracowały i zrealizowały powieści, poezja, teatr, kino, historiografia, pisma literackie, masowe widowiska komiczne, dyskusje filozoficzne, czyli kultura. Środki masowego przekazu, dla Francuza czy Amerykanina niemal tożsame z obrazem współczesnego Zachodu, nie odegrały żadnej roli w tych buntach (podporządkowane były całkowicie państwu).[16] Toteż gdy Rosjanie zajęli Czechosłowację, pierwszym tego skutkiem było totalne zniszczenie kultury czeskiej jako takiej. Miało ono trojaki sens: po pierwsze, zlikwidowano ośrodek opozycji; po drugie, podminowano tożsamość narodu, by tym łatwiej strawiła go cywilizacja rosyjska; po trzecie wreszcie, brutalnie położono kres epoce nowożytnej, tj. tej, w której kultura reprezentowała jeszcze realizację najwyższych wartości.
Ten trzeci skutek wydaje się najważniejszy. Cywilizacja rosyjskiego totalitaryzmu jest bowiem radykalnym zanegowaniem Zachodu takiego, jaki narodził się u świtu epoki nowożytnej, opartego na myślącym i wątpiącym ego, charakteryzującego się twórczością kulturalną pojmowaną jako ekspresja jedynego i niepowtarzalnego Ja. Inwazja rosyjska rzuciła Czechosłowację w epokę "postkulturalną", rozbrajając ją i ogołocając w obliczu rosyjskiej armii i wszechobecnej, państwowej telewizji.
Wstrząśnięty tym potrójnym tragicznym wydarzeniem, jakim była inwazja na Pragę, przybyłem do Francji i próbowałem wytłumaczyć moim francuskim przyjaciołom rzeź kultury, jaka po tym nastąpiła: "Wyobraźcie sobie tylko! Zlikwidowano wszystkie pisma literackie i kulturalne! Wszystkie bez wyjątku! Czegoś takiego nie było jeszcze w historii czeskiej, nawet za okupacji hitlerowskiej!"
Moi przyjaciele patrzyli na mnie z pełnym zakłopotania pobłażaniem, którego sens zrozumiałem dopiero później. Gdy w Czechosłowacji zlikwidowano wszystkie pisma, wiedział o tym cały naród i wszyscy boleśnie odczuli ogromną wagę tego wydarzenia.[17] Gdyby we Francji lub w Anglii znikły wszystkie pisma, nikt by się nie spostrzegł, nawet ich wydawca. W Paryżu, nawet w bardzo kulturalnym środowisku dyskutuje się przy kolacji o programach telewizyjnych, a nie o pismach. Bo kultura ustąpiła już miejsca. W Pradze przeżywaliśmy jej zniknięcie jak katastrofę, szok, tragedię, zaś w Paryżu przeżywa się je jak coś banalnego i nieważnego, jak nie-wydarzenie.

12

Po rozbiciu Austro-Węgier Europa środkowa straciła szańce. A czy nie straciła duszy po Oświęcimiu, który zmiótł naród żydowski z jej powierzchni? Czy istnieje jeszcze po oderwaniu od Europy w 1945 roku?


Jej twórczość i bunty wskazują, że "jeszcze nie zginęła". Lecz jeśli żyć, to istnieć w oczach tych, których kochamy - Europa środkowa już nie istnieje. A ściślej, w oczach swej ukochanej Europy jest jedynie częścią imperium radzieckiego i niczym więcej.
I cóż dziwnego? Pod względem panującego systemu politycznego Europa środkowa jest Wschodem; pod względem przeszłości kulturalnej - Zachodem. A ponieważ Europa traci poczucie własnej tożsamości kulturalnej, to w Europie środkowej widzi jedynie jej ustrój polityczny. Innymi słowy, widzi w Europie środkowej jedynie Europę wschodnią.
Europa środkowa musi więc opierać się nie tylko miażdżącej sile wielkiego sąsiada, lecz i niematerialnej sile czasu, który nieodwracalnie zostawia za sobą epokę kultury. I dlatego bunty środkowoeuropejskie mają w sobie coś konserwatywnego, powiedziałbym prawie anachronicznego: usiłują rozpaczliwie wskrzesić przeszłość kultury i epoki nowożytnej, gdyż tylko w takiej epoce, tylko w świecie, który zachowuje wymiar kulturalny, Europa środkowa może jeszcze bronić swej tożsamości i być postrzegana taką, jaką jest.
Jej prawdziwą tragedią nie jest zatem Rosja, lecz Europa. Ta Europa, która dla szefa węgierskiej agencji prasowej reprezentowała wartość, dla której gotów był zginąć i zginął. Oddzielony żelazną kurtyną nie podejrzewał, że czasy się zmieniły i że w Europie Europa przestała być odczuwana jako wartość. Nie podejrzewał, że zdanie, które wysłał teleksem poza granice swego nizinnego kraju, brzmiało przestarzale i nie zostało zrozumiane.

Milan Kundera


Przetłumaczył z oryginału francuskiego M.L.

Tekst publikuję za zgodą Redakcji.
źródło: "Zeszyty Literackie"

Pierwotnie tekst ukazał się w "The New York Review of Books", 26.04.1984.


PRZYPISY:


[1] Czy do tych buntów można zaliczyć rebelię robotników berlińskich w 1953 roku? Tak, ale los Niemiec wschodnich jest jednak odrębny. Nie istnieją dwie Polski, a Niemcy wschodnie są kawałkiem Niemiec, których egzystencja narodowa nie jest bynajmniej zagrożona. W ręku Rosjan ten kawałek gra rolę zakładnika, wobec którego Niemcy zachodnie i ZSRR prowadzą bardzo specjalną politykę, nie stosowaną wobec innych państw środkowoeuropejskich, a której koszta, moim zdaniem, one kiedyś poniosą. Być może dlatego nie ma spontanicznej sympatii między Niemcami wschodnimi a sąsiadami. Dobrze to było widać, gdy pięć armii Paktu Warszawskiego okupowało Czechosłowację. Rosjanie, Bułgarzy i Niemcy byli groźni i budzili lęk. Za to mógłbym opowiedzieć dziesiątki historii o Polakach i Węgrach, którzy robili co się da, by okazać niezgodę na okupację i otwarcie ją sabotowali. Jeśli do tego polsko-węgiersko-czeskiego współżycia dodać prawdziwie entuzjastyczną pomoc Austrii dla Czechów oraz antyradziecką wściekłość, jaka opanowała Jugosłowian, to okaże się, że okupacja Czechosłowacji z uderzającą jasnością ukazała tradycyjny obszar Europy środkowej.

[2] Zewnętrznemu obserwatorowi trudno zrozumieć ten paradoks: okres po roku 1945 jest dla Europy środkowej najbardziej tragiczny, a zarazem najpłodniejszy w historii kultury. Dzieła powstałe czy to na emigracji (Gombrowicz, Miłosz), czy w podziemiu (Czechosłowacja po roku 1968), czy wreszcie oficjalnie, tolerowane przez władze zmuszone ustąpić pod naciskiem opinii publicznej, stanowią szczyty twórczości europejskiej.

[3] Leszek Kołakowski mówi: "Chociaż zgadzam się z Sołżenicynem co do tego, że w opresywności swojej system sowiecki prześcignął carat... to jednak nie prowadzi mnie to do idealizacji systemu, przeciwko któremu nasi przodkowie walczyli w warunkach strasznych, cierpieli śmierć, tortury i nikczemności... Myślę, że Sołżenicyn ma skłonność do nie dającej się ani przeze mnie, ani pewnie przez żadnego Polaka strawić idealizacji caratu. ("Zeszyty Literackie", nr2, Paryż 1983).

[4] Najpiękniejszym związkiem rosyjsko–zachodnim jest dzieło Strawińskiego, które streszcza w sobie całą tysiącletnią historię muzyki zachodniej, a jednocześnie, przez swą muzyczną wyobraźnię, pozostaje głęboko rosyjskie. Innym udanym płodem związku Rosji z Europą środkową są dwie wspaniałe opery wielkiego rusofila Leoša Janáčka: "Kalia Kabanowa" wg Ostrowskiego (1924) oraz uwielbiana przeze mnie "Z domu umarłych" wg Dostojewskiego (1928). Jest bardzo symptomatyczne, że te opery nigdy nie były wystawiane w Rosji, a nawet nie wie się tam o ich istnieniu. Komunistyczna Rosja odrzuca mezalianse z Zachodem.

[5] Nawet nagroda Nobla nie wzruszyła wydawców europejskich nadal obojętnych wobec dzieła Czesława Miłosza. Jest on chyba zbyt wielkim i subtelnym poetą, by stać się postacią naszej epoki. Jego dwie eseistyczne książki, "Zniewolony umysł" (1953) i "Rodzinna Europa" (1959) to pierwsze wnikliwe i nie manichejskie analizy rosyjskiego komunizmu i jego Drang nach Westen.

[6] Jednym tchem przeczytałem rękopis amerykańskiego przekładu książki Brandysa, której polski tytuł brzmi "Miesiące", zaś angielski - "Warsaw Diary". Jeśli nie chcecie poprzestać na komentarzach politycznych, lecz zgłębić istotę polskiego dramatu, koniecznie przeczytajcie tę wielką książkę! (Wkrótce ukaże się po francusku).

[7] Najpiękniejszy i najprzenikliwszy tekst, jaki kiedykolwiek czytałem o Rosji jako cywilizacji osobnej to "Rosja i wirus wolności" Ciorana wydany w zbiorze "Historia i utopia" (1960). W "Pokusie istnienia" (1956) również zawarte są celne myśli o Rosji i Europie. Wydaje mi się, że Cioran jest ostatnim myślicielem, który stawia jeszcze niemodną kwestię Europy. Robi to, ponieważ jest Rumunem, a jego kraj "wyposażony we wszystkie cechy idealnej i anonimowej ofiary istnieje, by zniknąć i jest cudownie zorganizowany, by dać się pożreć" ("Pokusa istnienia"). Europa zajmuje się już tylko Europą pożartą.

[8] Karel Havlicek Borovsky miał 22 lata, kiedy w 1843 roku wyjechał do Rosji, gdzie spędził rok. Przybył tam jako entuzjastyczny słowianofil, by wkrótce stać się jednym z najsurowszych krytyków Rosji. Swe opinie wyraził w listach i w artykułach, wydanych później w zbiorze. Są to inne "Listy z Rosji" pisane niemal w tym samym roku co listy de Custine'a i zgodne z sądami francuskiego podróżnika. (Podobieństwa są często zabawne. Custine: "Jeśli wasz syn jest niezadowolony z Francji, idźcie za moją radą: powiedzcie mu, żeby pojechał do Rosji. Kto poznał ten kraj dogłębnie, ten zawsze już będzie kontent, że mieszka gdzie indziej". Havlicek: "Jeśli chcecie Czechom wyświadczyć prawdziwą przysługę, opłaćcie im podróż do Moskwy!"). Podobieństwo jest tym ważniejsze, że Havlicka, plebejusza i patriotę czeskiego, nie można podejrzewać o antyrosyjskie uprzedzenia. Jest on postacią nader reprezentatywną dla polityki czeskiej XIX wieku, zważywszy jego wpływ na Palacky'ego, a zwłaszcza na Masaryka.

[9] Jest taka zabawna książeczka pt. "How to be an Alien", gdzie w rozdziale zatytułowanym "Soul and understatement" autor mówi o duszy słowiańskiej. "Najgorszego rodzaju duszą jest dusza słowiańska. Ci, co ją posiadają, są na ogół nader głębokimi myślicielami. Np. chętnie mawiają: »Są chwile, kiedy jestem wesoły oraz takie, kiedy jestem smutny. Jak to wytłumaczyć?« Albo: »Jestem tak zagadkowy. Bywa, że chciałbym być kimś innym, nie tym, kim jestem«. Albo: »Gdy jestem sam w lesie o północy i przeskakuję z drzewa na drzewo, to myślę sobie często, że życie jest dziwne«". Kto śmie kpić z szerokiej słowiańskiej duszy? Autor, George Mikes, jest oczywiście Węgrem z pochodzenia. Tylko w Europie środkowej dusza słowiańska wydaje się komiczna.

[10] Otwórzcie "Historię powszechną" wydaną w Encyklopedii Plejady. Reformatora Kościoła katolickiego, Jana Husa, nie znajdziecie w towarzystwie Lutra, lecz Iwana Groźnego! I na próżno szukalibyście jakiegoś treściwego tekstu o Węgrzech. Ponieważ nie da się zaliczyć Węgrów do "słowiańskiego świata", nie ma dla nich miejsca na mapie Europy.

[11] Myśl strukturalistyczna zrodziła się pod koniec lat dwudziestych w praskim kole lingwistycznym. Byli w nim uczeni czescy, rosyjscy, niemieccy i polscy. W tym kosmopolitycznym środowisku Mukarovsky opracował w latach trzydziestych swą estetykę strukturalną. Strukturalizm praski był organicznie zakorzeniony w XIX-wiecznym czeskim formalizmie. Tendencje formalistyczne były w Europie środkowej silniejsze niż gdzie indziej, a to - jak sądzę - ze względu na dominujące miejsce muzyki w kulturze, a zatem i muzykologii, z istoty swej "formalistycznej".
Inspirując się formalizmem rosyjskim, Mukarovsky radykalnie przezwyciężył jego jednostronność. Strukturaliści byli sprzymierzeńcami poetów i malarzy praskiej awangardy: (antycypując sojusz, jaki we Francji zawiązał się 30 lat później). Swym wpływem chronili sztukę awangardową przed wąską, ideologiczną interpretacją, jaka towarzyszyła wszędzie sztuce nowoczesnej. Dzieło Mukarovsky’ego, znane w całym świecie, nigdy nie było opublikowane we Francji.

[12] Na temat "środkowoeuropejskiej wizji świata" czytałem dwie książki, które wysoko cenie. Jedna, bardziej literacka, nosi tytuł "Europa środkowa: anegdota i historia", jest anonimowa (sygnowana - Józef K. i krąży w maszynopisie po Pradze); druga, bardziej filozoficzna, to "II mondo della vita: un problema politico", jej autorem jest genueński filozof Vaclav Belohradsky. Książka ta ukaże się wkrótce we Francji (u Verdiera) i zasługuje na najwyższą uwagę. Problematyką środkowoeuropejską zajmuje się od roku ważny periodyk wydawany przez Uniwersytet w Michigan: "Cross Currents, a Yearbook of Central European Culture".

[13] Pisarzem francuskim, który stale powołuje się na powieść środkowoeuropejską, nie ograniczając się do pisarzy wiedeńskich, lecz wspominając również Polaków i Czechów, jest Pascal Lainé. Mówi o tym bardzo interesująco w książce wywiadów "Si j'ose dire" (Mercure de France).
Czterech wymienionych tu pisarzy, do których mógłbym jeszcze dorzucić Witolda Gombrowicza, to dla mnie plejada, która stworzyła nową estetykę powieści okresu post proustowskiego. Jestem do nich przywiązany, gdyż naprawdę przejmuje mnie sztuka powieści (zrehabilitowali ją w czasach, gdy nikt już w nią nie wierzył). Wszystkie inne tematy nie są moje. Dlaczego zatem rozprawiam o Rosji, buntach środkowoeuropejskich, historii? Dlatego, że zastępuję kogoś, kto powinien o tym mówić, ale się nie zjawił. Wypchnięto mnie zamiast niego, bym zabrał głos i nie umiałem odmówić. Zawsze mam to wrażenie, kiedy poruszam te tematy, ale przysięgam sobie teraz, że to po raz ostatni.

[14] Wystąpienie Werfla wcale nie było naiwne i nie zestarzało się. Przypomina mi wykład Roberta Musila wygłoszony w 1935 roku na Kongresie Obrony Kultury w Paryżu. Tak jak Wcrfel, Musil widzi niebezpieczeństwo nie tylko w faszyzmie, ale i w komunizmie. Obrona kultury nie oznacza dla niego zaangażowania jej w walkę, polityczną (jak to wszyscy wówczas rozumieli); przeciwnie, trzeba chronić kulturę, przed ogłupiającym upolitycznieniem. Obydwaj zdawali sobie sprawę, że we współczesnym świecie techniki i masowego przekazu kultura ma niewielkie szansę. Wystąpienia Musila i Werfla zostały bardzo źle przyjęte w Paryżu. A przecież gdybym miał dziś zabrać głos w dyskusjach polityczno-kulturalnych, jakie wokół siebie słyszę, to nie miałbym prawie nic do dodania do tego, co już powiedzieli. W takich chwilach czuję się do nich niezmiernie przywiązany i nieuleczalnie środkowoeuropejski.

[15] Wreszcie, po długich wahaniach, wysłał jednak ten list do Jean Paul Sartre'a. Tak, to była ostatnia wielka postać świata kultury, choć właśnie on ze swą koncepcją "zaangażowania" teoretycznie przygotował grunt do abdykacji kultury jako autonomicznej, odrębnej i nieredukowalnej siły. Wydaje mi się zresztą, że właśnie dzięki tej kapitulacji przed polityką (a także dzięki swej fizycznej obecności na scenie polityki) zdołał zachować tak wpływową pozycję, o jakiej René Char, Bergman, Beckett czy Alain Renais nie mogli nawet marzyć. W dzień jego pogrzebu pomyślałem z melancholią o moim praskim przyjacielu: teraz jego list nie znalazłby już żadnego adresata.

[16] Trzeba jednak wspomnieć o słynnym wyjątku: w pierwszych dniach okupacji rosyjskiej nielegalne programy radia i telewizji odegrały ogromną rolę. Ale nawet wtedy dominował w nich głos kultury czeskiej w najszerszym znaczeniu tego słowa.



[17] Tygodnik "Literami noviny" w nakładzie 300 000 egzemplarzy (w kraju liczącym dziesięć milionów mieszkańców) był wydawany przez Związek Pisarzy Czeskich. Przez całe lata przygotowywał praską wiosnę, a następnie był jej trybuną. Strukturą swą nie przypominał tak popularnych w Ameryce i Europie i wszędzie jednakich tygodników typu "Time". Był naprawdę literacki: można w nim było znaleźć kroniki poświęcone sztuce i analizy książek. O historii, socjologii i polityce wypowiadali się nie dziennikarze, lecz pisarze, historycy i filozofowie. Nie znam żadnego europejskiego tygodnika, który by w naszym stuleciu odgrywał równie ważną rolę historyczną, i odegrał ją równie dobrze. Czeskie miesięczniki literackie wychodziły w nakładzie od 10.000 do 40.000 egzemplarzy, a ich poziom był - mimo cenzury - znakomity. Podobne znaczenie mają czasopisma w Polsce: ukazują się tam dziś setki (!) pism w podziemiu.




©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna