Ziemię zabrano Mazurom



Pobieranie 101.07 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar101.07 Kb.

Ziemię zabrano Mazurom

Rozmawiał Adam Leszczyński

Własność, którą na Mazurach zostawili wyjeżdżający, należy do nich niezależnie od tego, gdzie mieszkają. To tak, jakbyśmy za kilkanaście lat Polakom pracującym i mieszkającym w Irlandii czy Hiszpanii chcieli odebrać to, co mają w Polsce - mówi Erwin Kruk*


Adam Leszczyński: Premier Kaczyński powiedział, że trzeba przeciwstawić się "destabilizacji polskiej własności na ziemiach północnych i zachodnich". Powiedział to we wsi Narty na Mazurach, gdzie niedawno sąd zwrócił dom mieszkającej w Niemczech właścicielce. Czy Polsce grożą roszczenia niemieckie?

Erwin Kruk: Przeczytałem w gazetach, że 170 obecnych obywateli niemieckich złożyło wnioski o zwrot majątku na Warmii i Mazurach. Ale - czy są to roszczenia niemieckie? Nie wiem. Wiem, że kiedy występują z roszczeniami jednoznacznie polityczne organizacje, jak np. Powiernictwo Pruskie hałaśliwe i niesłużące polsko-niemieckiemu pojednaniu, to wtedy można mówić, że to roszczenia niemieckie.

Gdy w grę wchodzi odzyskanie własności, można mówić tylko o właścicielach - niezależnie od narodowości. W wypadku Warmii i Mazur chodzi o roszczenia dawnych obywateli polskich, którzy wyjeżdżali stąd w latach 70. Smutne jest, że roznieca się jakieś fobie antyniemieckie, a na dodatek straszy się obecnych mieszkańców regionu. Nasze województwo warmińsko-mazurskie jest zbyt spokojne, żeby tutaj robić taką polityczną wrzawę.

Premier apelował, żeby sądy działały "zgodnie z polską racją stanu, zgodnie z interesem narodowym".

- Jeśli chodzi o sądy, to one nie mogą się kierować racją stanu, ale prawem, które istnieje. Dotyczy to także praw własności.

Przesiedleńcy z lat 50. i 60. często oddawali własność skarbowi naszego państwa, bo wówczas otrzymywali w Niemczech rekompensatę za domy czy gospodarstwa. W 1975 r. po układzie Gierek-Schmidt ci, którzy wyjeżdżali, nie musieli się zrzekać nawet obywatelstwa polskiego, nie mówiąc o przekazaniu własności. To dziedzictwo PRL-u. Gdzie zdawano własność na skarb państwa, tam w księgach wieczystych powinno się odnotować te zmiany własności. Ale nawet tego nie dokonano. A późniejsze wyjazdy, te z połowy lat siedemdziesiątych? Nie wiem, co o nich sądzić: opuszczenie własności? Można powiedzieć tak: dobro socjalistyczne było wspólne i praw własności nikt nie szanował.

Można powiedzieć, że wyjeżdżali Niemcy?

- Wyjeżdżali obywatele polscy, którzy w Polsce z różnych powodów czuli się nie najlepiej. Na przykład z powodu rozłączonych rodzin, wcześniejszego wyjazdu krewnych, braku sąsiadów, itd.

Pamiętam, że w czasie kampanii wyborczej w 1989 r. ludność miejscowa prosiła, żeby uczono dzieci niemieckiego, bo przyjeżdża młodzież z Niemiec, krewni, którzy nie mówią po polsku, i rodziny nie mogą się porozumieć.

Do lat 70. wyjeżdżali z naszego regionu Mazurzy, którzy byli ewangelikami, ludzie o innej tradycji i wyznaniu, ale od połowy lat 80. także katoliccy Warmiacy mający swe siedziby w powiecie olsztyńskim, czyli tam gdzie rozrastał się powierzchniowo ośrodek rządowy w Łańsku. Ci późni przesiedleńcy nie byli pozbawiani obywatelstwa ani nie podpisywali, że się go zrzekają, tylko wyjeżdżali.

Oni nadal są obywatelami polskimi i własność, którą zostawili, należy do nich niezależnie od tego, gdzie mieszkają. To tak, jakbyśmy za kilkanaście lat Polakom pracującym i mieszkającym w Irlandii czy Hiszpanii chcieli odebrać to, co mają w Polsce.

Zapominamy, że ludzie, którzy wyjechali, wcześniej przez 30 lat byli obywatelami polskimi. Często mają wielki sentyment do Polski. Mazurzy, Warmiacy zawsze byli jednak traktowani jako lud minorum gentium [gorszego rodzaju]. Już od czasów powojennych.



Polacy drugiej kategorii?

- Już w dekretach "o mieniu poniemieckim i opuszczonym" z 6 marca 1946 r. czy "o zagospodarowaniu ziem odzyskanych" z 8 września 1946 r. pisano o ziemiach odzyskanych, ale nie o ludzie odzyskanym.

Wspominam te dekrety, bo pierwszy - o mieniu - dotknął i mnie. Całe życie przeżyłem na Warmii i Mazurach. Urodziłem się w 1941 r. pod Nidzicą - 50 km od Olsztyna - i do 1945 r. mieszkałem w domu rodzinnym. Potem wojenna komendantura sowiecka zorganizowała opuszczenie...

...czyli wyrzuciła pana rodzinę z domu.

- Jako niespełna czteroletnie dziecko znalazłem się w tzw. obozie infiltracyjnym, jak wszyscy mieszkańcy mojej wsi. Ludzi trzymano w stodołach i oborach. Sprawdzano, co im można zabrać, dorosłych przesłuchiwano, kierowano do robót na wschodzie albo do prac porządkowych. W mojej wiosce była epidemia tyfusu i z rodziny ocalałem tylko ja i dwóch braci.

Ziemia mazurska na Mazurach jest polska, ale Mazurom zabrana.

Potem o Mazurach i Warmiakach nie mówiło się w ogóle. Kiedy jednak Instytut Sztuki PAN przed kilkoma laty wydał folklor muzyczny (zbierany w latach 50. i 60. ), to było tego aż pięć woluminów. Wcześniej folklor Warmii i Mazur badali studenci i asystenci prof. Witolda Doroszewskiego - to znaczy, że byli ludzie, którzy mówili gwarą, byli ludzie, którzy znali pieśni, i było ich sporo.

Po 1956 r. mówiło się o tzw. gospodarstwach spornych. Spornymi gospodarstwami nazywano te, do których chcieli wrócić Warmiacy czy Mazurzy często mieszkający kątem w tej samej wsi, ale tam już byli osadnicy. Takich gospodarstw, o których pisano w ówczesnej prasie, było ponad dwa tysiące.

W czasie Października '56 Warmiacy i Mazurzy wystosowali do rządu i partii obszerny memoriał. M.in. wskazywali, że cała ludność miejscowa w regionie ma tylko 12 osób z wyższym wykształceniem, z czego 4 zdobyło je przed wojną. A tylko 50 ma wykształcenie średnie.

Tam, gdzie nie ma możliwości wytworzenia inteligencji, dochodzi do anomii i rozpadu wspólnoty. To samo, choć nie o takiej skali, dotknęło inne grupy etniczne - na przykład 56 tys. Ukraińców i Łemków, którzy trafili na Mazury w ramach akcji "Wisła".

Ten stan anomii, czyli rozpadu więzi społecznych, zmienia się dopiero w ostatnich kilkunastu latach dzięki samorządności lokalnej. Widać tworzenie wspólnoty regionalnej, chociaż ciężko to idzie.



Co zrobić z roszczeniami obywateli polskich, którzy mieszkają w Niemczech?

- Dużo się mówi o roszczeniach niemieckich - mało o tym, że władze powinny pomóc tym, którzy na Mazurach stracą domy.

Nie jestem prawnikiem, ale jeśli przez 30 lat ktoś mieszkał w domu, przeprowadzał remonty, płacił podatki... Społeczność gminy, ale także państwo, powinny teraz wziąć za tych ludzi odpowiedzialność. A tu się tylko mówi: "o, wyrzucają z polskiej ziemi". Nie mówi się o tym, że trzeba zapewnić dach nad głową tym, którzy wyrokami sądów zmuszeni są do opuszczenia tych domów.

Po 1989 r. wiele osób próbowało odzyskać swoje majątki. Ale ich wnioski trafiały do sądów apelacyjnych i grzęzły. Nie znam żadnego przykładu, żeby otrzymał zwrot majątku ktoś z tych Mazurów, którzy mieszkają w Polsce i dopominają się o własność swoją czy rodziców. Być może moja wiedza jest niepełna. Ale wspominam tych, którzy mówili mi, że skierowali sprawy do sądów.

Kiedy byłem w Senacie I kadencji [1989-91], próbowałem uregulować tę sprawę. To wymagało jednak inicjatywy ustawodawczej, a kadencja była krótka. Zostało poczucie...

Braku zadośćuczynienia?

- Nie. Nierówności wobec prawa i smutku. Nie można stwarzać takiej sytuacji, że ci, którzy mieszkają w domach przesiedleńców, mieszkają na czyimś. Każdy chciałby mieszkać na swoim. Sytuację prawną trzeba uregulować.

Nie można jednak robić akcji politycznych. Jesteśmy demokratycznym państwem prawa i współpracujemy z państwami demokratycznymi, w których liczy się godność człowieka, prawa obywatelskie i prawo własności. Nie można mówić o roszczeniach niemieckich, tylko o roszczeniach ludzi, którzy dawniej mieli majątek.

* Erwin Kruk - pisarz, poeta. Senator I kadencji z rekomendacji "Solidarności". Mieszka w Olsztynie


http://www.gazetawyborcza.pl/1,75515,4352094.html?as=2&ias=2&startsz=x

Mają dość Niemiec i wracają do Polski !!!     autor: ttx - IP: 83.4.205.21     21:51  10 lipca 2007
Niemiecki Federalny Urząd Statystyczny podaje że w latach 2001-2007 z Niemiec do Polski wyjechało na stałe 71 tysięcy Niemców!!!Niewiarygodne ale prawdziwe.Dlaczego mają dość życia w dobrobycie?Dlaczego rodowici Niemcy nie uważają emigrantów ze Śląska za `swoich`.W brd są ludzmi drugiej kategori,czy to było powodem rozczarowania Niemcami?

http://forum.nto.pl/forum/index_msg.asp?id_msg=0&id_msg_list=7723&id_kat=17&id_gr=1

Nazwy ulic do wymiany?

Ruszają konsultacje w sprawie nazw ulic w Opolu. Od poniedziałku (6.08) do 7 września opolanie będą mogli wyrażać swoją opinię na ten temat na stronie internetowej Urzędu Miasta.


Ratusz organizuje konsultacje, chociaż nie jest przekonany czy są one potrzebne. Rzecznik prezydent Mirosław Pietrucha nie ukrywa, że urząd działa po presją przewodniczącego Rady

Miasta, który wnioskował o konsultacje społeczne w sprawie nazw 12 ulic.


Znane są już opinie mieszkańców trzech ulic: Erenberga, Kasprzaka i Sempołowskiej. Nie chcą zmian. Podobnie jak lokatorzy budynków przy ulicy Zwycięstwa, Obrońców Pokoju i Robotniczej. Do ratusza trafiły pisma z setkami podpisów przeciwko zmianom.
Prezydent Opola Ryszard Zembaczyński liczył, że radni ograniczą zakres konsultacji do ulic, których zmiany nie budzą żadnych wątpliwości. Stało się jednak inaczej.
Urząd ocenia, że w elektronicznych konsultacjach może wziąć udział ponad 3 tysiące osób. A odpowiednia aplikacja pojawi się na stronie http://www.opole.pl w poniedziałek.
Cezary Puzyna

http://www.radio.opole.pl/wiadomosci,19460.html

Kołocz musi być nasz

Dorota Wodecka-Lasota

Akcja "Gazety" i Związku Śląskich Rolników. Kołocz śląski może być pierwszym produktem regionalnym Opolszczyzny zarejestrowanym w UE. Ale potrzeba dowodów, że się go tu od lat piecze. - My to wiemy, ale UE nie. Dlatego proszę czytelników "Gazety" o stare książki kucharskie, fotografie i wszelkie datowane zapiski nt. kołocza - apeluje Klaudia Kluczniok z ZŚR




Fot. Rafał Mielnik / AG

Cukiernicy z kawiarni Europa są jedynymi z Opola, którzy biorą udział w opracowywaniu receptury śląskiego kołocza

ZOBACZ TAKŻE


  • Mówi badaczka Śląska (02-08-07, 20:57)

  • Od kołacza do kołocza (02-08-07, 20:58)

Jeśli kołocz zostanie uznany za nasz produkt regionalny, to każdy cukiernik, który będzie go piekł wedle ustalonej receptury, może nakleić na swój towar znaczek UE. - A to gigantyczna promocja - twierdzi Kluczniok, pilotująca rejestrację produktu. - Badania marketingowe prowadzone na Zachodzie pokazują, że towary opatrzone takim znaczkiem sprzedają się nie dość, że drożej, to w większej ilości - zapewnia.

Podkreśla, że znaczek unijny daje konsumentom pewność, że zamiast sproszkowanych jajek będą użyte świeże albo że masło nie będzie zastąpione jego tańszym odpowiednikiem - słowem, gwarantuje wysoką jakość.

I choć kołocz najlepiej smakuje świeży, to cukiernicy już kombinują, jak wejść z ciastem na rynek krajów unijnych. - Zastanawiają się nad jego głębokim mrożeniem albo nad pakowaniem w szczelne metalowe pojemniki. W takie, jak pakuje się pierniki. Ale to na razie nie jest takie ważne - zauważa Kluczniok.

Ważne było znaleźć grupę producentów, którzy złożą wniosek z dokumentacją i zapewnią, że będą piec ciasto wedle wspólnie uzgodnionego przepisu. - Byłam spanikowana, czy to się uda, bo część cukierników podchodziła do naszej propozycji bardzo sceptycznie. Twierdzili, że każdy ma swój sekret w wypiekaniu ciasta. Bałam się, że się nie dogadają - opowiada Kluczniok.

Na pierwsze spotkanie przyszło 20 cukierników z przepisami przechowywanymi niekiedy przez kilka pokoleń. I okazało się, że nie ma w wypieku żadnych sekretów, bo wszyscy przygotowują tak samo ciasto drożdżowe. - Ich kołocze różnią się tylko dodatkami. A że we wniosku unijnym mogą być widełki w składnikach, to najpewniej się dogadają - przypuszcza Kluczniok.

Cukiernicy mają na to czas do końca roku, by na początku przyszłego Ministerstwo Rolnictwa wystąpiło do UE z gotowym wnioskiem.

Wtedy konieczne będzie dołączenie dokumentacji, że kołocz śląski jest na Śląsku wypiekany od dziesięcioleci. - Ta dokumentacja jest bardzo ważna. Dlatego bardzo prosimy Opolan o pomoc - apeluje Kluczniok.
http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4361129.html?nltxx=1077785&nltdt=2007-08-03-03-06

Żmudzini chcą być uznani za naród

mt, IAR

Żmudzini na Litwie walczą o prawo do deklarowania swej narodowości. Wilnianin, Liudwikas Ragauskis zaskarżył do sądu decyzję Urzędu Stanu Cywilnego, który odrzucił jego prośbę o uznanie go za Żmudzina.


Działacze powstałego niedawno na Litwie Ruchu Żmudzkiego twierdzą, że brak zgody na uznanie narodowości Żmudzkiej jest brutalnym łamaniem Konstytucji. Powołują się na zapis, że każdy człowiek ma prawo decydować o swej narodowości. Wkrótce swoje powództwa w sądzie zamierza złożyć kilkunastu innych Żmudzinów litewskich.

Na Litwie powstało Stowarzyszenie o nazwie "Żmudzini byli, są i będą". Celem nowej organizacji jest obrona praw taj mniejszości i aktywny udział w życiu politycznym kraju.



http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,4358628.html

Czwartek, 2007-08-0918:00

Wojewoda

Wojewoda śląski Tomasz Pietrzykowski weźmie udział w uroczystości pożegnania konsula generalnego Republiki Czeskiej Josefa Byrtusa, kończącego pełnienie misji dyplomatycznej w Polsce. Uroczystość połączona jest z wernisażem fotografii Jindricha Streita (Pałac w Jankowicach).

Biuro Prasowe Wojewody Śląskiego ciws-uz@katowice.uw.gov.pl

Protest przeciwko imprezie ziomkostw niemieckich



Powiernictwo Polskie (PP) protestuje przeciwko zaplanowanej na 10 sierpnia dorocznej uroczystości niemieckich ziomkostw i organizacji wypędzonych "Dzień Stron Ojczystych" i zapowiedzi uczestnictwa w niej szefa Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa.

- Powiernictwo Polskie w odpowiedzi na nieustające ataki propagandowo-medialne strony niemieckiej postanowiło przejść do ofensywy informacyjnej. W tym celu na teren Niemiec do najważniejszych osób i instytucji państwowych, w tym również Związków Wypędzonych wysyłamy plakat dołączony do niniejszego pisma - napisano w oświadczeniu.

Na ulotce znajdują się wizerunki Eriki Steinbach, przewodniczącej Związku Wypędzonych, żołnierza z insygniami SS na hełmie, którego rysy są podobne do Steinbach, a także podobnego do niej średniowiecznego rycerza.

Pod wizerunkami widnieje napis, który według PP jest parafrazą wypowiedzi Adolfa Hitlera z 29 września 1938 r. (na konferencji w Monachium, gdzie zawarto układ zezwalający Niemcom na aneksję części Czechosłowacji) i - jak napisano w oświadczeniu - doskonale wpisuje się w obecną politykę tzw. niemieckich wypędzonych".

Na ulotce napisano: - Pozostaje jeszcze jeden problem, który musi zostać rozwiązany i z pewnością rozwiązany będzie. Są to nasze ostatnie roszczenia majątkowe (w wersji oryginalnej, według PP, "roszczenia terytorialne", które postawiliśmy w Europie, ale są to żądania z których nie zrezygnujemy.

Szefowa PP, senator PiS Dorota Arciszewska powiedziała, że pomysł wysłania ulotki wynika z chęci odpowiedzi organizacjom niemieckim i przedstawienia stanowiska wobec takich imprez, które zamiast poprawiać stosunki polsko-niemieckie, pogarszają je.

- Tego typu zjazdy są platformą do totalnej krytyki wschodnich sąsiadów - dodała.

Zaznaczyła, że akcja "ulotkowa" została zorganizowana po to, by dotrzeć do świadomości obywateli niemieckich. Dodała, że rozmawiając z dziennikarzami niemieckimi ma wrażenie, iż zupełnie w inny sposób rozumiana jest przez nich przeszłość.

W oświadczeniu PP skrytykowało też zapowiedzi uczestnictwa w berlińskiej imprezie przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa.

- Obecność tak wysokiego przedstawiciela Parlamentu Europejskiego oraz jednego z czołowych polityków niemieckich uznajemy za krok dalece nieprzemyślany, godzący w relacje polsko-niemieckie - napisano.

Według Arciszewskiej pojawianie się na takich imprezach polityków z pierwszych stron gazet owocuje konfliktem i absolutnie nie powinni się oni na nich pojawiać.

Powiernictwo Polskie zostało zarejestrowane w styczniu 2005 r. w Gdyni. Głównymi celami organizacji są: pomoc prawna dla polskich obywateli, którzy chcą domagać się odszkodowań za szkody wyrządzone przez III Rzeszę oraz edukacja historyczna społeczeństwa.


http://wiadomosci.onet.pl/1583434,11,1,0,120,686,item.html

Kazimierz Kutz: o kołocz warto walczyć

Dorota Wodecka-Lasota
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 19:30

Akcja "GW", portalu Gazeta.pl i Związku Śląskich Rolników. - To bardzo dobrze, że ktoś wpadł na pomysł, by zarejestrować kołocz w UE, szczególnie teraz, kiedy jest taka walka o znak firmowy - mówi Kazimierz Kutz, słynny śląski reżyser


Żeby zarejestrować kołocz śląski w UE, trzeba opracować jednolitą recepturę. Choć o rejestrację wystąpi Opolszczyzna, to jednak przepis opracują piekarnicy z całego Górnego Śląska. - Przecież wiadomo, że kołocz piecze się i w Raciborzu, i w Gliwicach, i w Opolu. Nie chodzi o to, by patrzeć na podział administracyjny kraju, tylko zarejestrować produkt charakterystyczny dla regionu Śląska - mówi Klaudia Kluczniok ze ZŚR.

Do rejestracji potrzebna jest również dokumentacja, która potwierdzi, że na Śląsku piecze się go od lat. - My to wiemy, ale UE nie. Dlatego proszę czytelników "Gazety" o stare książki kucharskie, fotografie i wszelkie datowane zapiski nt. kołocza - apeluje Klaudia Kluczniok.



Kutz: szukam smaku kołocza z dzieciństwa

Dorota Wodecka-Lasota: Porozmawiajmy o wyższości śląskiego kołocza nad innymi ciastami.

Kazimierz Kutz: Innego, lepszego ciasta niż kołocz nie znam. Pamiętam, jak w domu w święta samemu się go robiło, a potem zanosiło do piekarza. To była straszna mordęga, bo niosłem te wielkie blachy z kilometr, opierając je na biodrze i przytrzymując rękami. Jak dochodziłem na miejsce, to byłem ćwierćprzytomny.



Upuścił Pan kiedyś?

Wtedy to musiałbym popełnić samobójstwo! Wszyscy tak z osiedla nosili i do piekarza, i z powrotem, to był istny pochód ludzi. A potem się ten kołocz chowało do zimnego i dopiero po obiedzie można było zjeść. Oczywiście podkradaliśmy go, szczególnie posypkę, bo była słodka i miała jeszcze kryształki cukru. Zresztą od posypki zaczynaliśmy jedzenie, kiedy tylko anatema na kołocz przestała funkcjonować. I wtedy to już można było jeść do woli.



Mama piekła w domu kołocz?

Jak po wojnie piekarze padli, to tak, ale piekarnik był mały, więc pieczenie cały dzień zajmowało. I to już nie był ten smak.



Spotkał Pan później na Śląsku kołocz smakujący jak Pana dzieciństwo?

Zawsze się tego smaku dzieciństwa szuka, na tym pewnie wszystko polega. Ale ja na taki kołocz nie trafiłem, nie przypominam sobie. W każdym razie do dziś to najlepiej smakują mi te z makiem i serem. I dobrze, że ktoś wpadł na pomysł, by go zarejestrować w UE. Choć pewnie trzeba będzie opracować nie tylko przepis, ale i technologię pieczenia. Ale to dobry pomysł, szczególnie teraz, kiedy jest taka walka o znak firmowy.



Co jest potrzebne do wniosku do UE

>> Stare przedwojenne przepisy na kołocze

>> Zdjęcia z uroczystości, na których widać, że je podawano

>> Spisane opowieści i anegdoty, które będą dowodem, że kołocz jest ciastem charakterystycznym dla Śląska



Dokumentację można przesyłać:

>> na nasz adres: "Gazeta Wyborcza Opole", ul. Kościuszki 1, 45-060 Opole, lub e-mail: listy@opole.agora.pl

>> do Związku Śląskich Rolników, ul. Słowackiego 10, 45-364 Opole

http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4363837.html?nltxx=1077785&nltdt=2007-08-04-03-06

Kołocz jest śląski? UE chce dowodów

Dorota Wodecka-Lasota
2007-08-03, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 12:20

Akcja "Gazety", portalu Gazeta.pl i Związku Śląskich Rolników. Kołocz śląski może być naszym produktem regionalnym zarejestrowanym w UE. Ale potrzeba dowodów, że się go na Śląsku od lat piecze. - My to wiemy, ale UE nie. Dlatego proszę czytelników "Gazety" o stare książki kucharskie, fotografie i wszelkie datowane zapiski nt. kołocza - apeluje Klaudia Kluczniok z ZŚR


Jeśli kołocz zostanie uznany za nasz produkt regionalny, to każdy cukiernik, który będzie go piekł wedle ustalonej receptury, może nakleić na swój towar znaczek UE. - A to gigantyczna promocja - twierdzi Kluczniok, pilotująca rejestrację produktu. - Badania marketingowe prowadzone na Zachodzie pokazują, że towary opatrzone takim znaczkiem sprzedają się nie dość, że drożej, to w większej ilości - zapewnia.

Podkreśla, że znaczek unijny daje konsumentom pewność, że zamiast sproszkowanych jajek będą użyte świeże albo że masło nie będzie zastąpione jego tańszym odpowiednikiem - słowem, gwarantuje wysoką jakość.

I choć kołocz najlepiej smakuje świeży, to cukiernicy już kombinują, jak wejść z ciastem na rynek krajów unijnych. - Zastanawiają się nad jego głębokim mrożeniem albo nad pakowaniem w szczelne metalowe pojemniki. W takie, jak pakuje się pierniki. Ale to na razie nie jest takie ważne - zauważa Kluczniok.

Ważne było znaleźć grupę producentów, którzy złożą wniosek z dokumentacją i zapewnią, że będą piec ciasto wedle wspólnie uzgodnionego przepisu. - Byłam spanikowana, czy to się uda, bo część cukierników podchodziła do naszej propozycji bardzo sceptycznie. Twierdzili, że każdy ma swój sekret w wypiekaniu ciasta. Bałam się, że się nie dogadają - opowiada Kluczniok.

Na pierwsze spotkanie przyszło 20 cukierników z przepisami przechowywanymi niekiedy przez kilka pokoleń. I okazało się, że nie ma w wypieku żadnych sekretów, bo wszyscy przygotowują tak samo ciasto drożdżowe. - Ich kołocze różnią się tylko dodatkami. A że we wniosku unijnym mogą być widełki w składnikach, to najpewniej się dogadają - przypuszcza Kluczniok.

Cukiernicy mają na to czas do końca roku, by na początku przyszłego Ministerstwo Rolnictwa wystąpiło do UE z gotowym wnioskiem.

Wtedy konieczne będzie dołączenie dokumentacji, że kołocz śląski jest na Śląsku wypiekany od dziesięcioleci. - Ta dokumentacja jest bardzo ważna. Dlatego bardzo prosimy Opolan o pomoc - apeluje Kluczniok.
http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4361129.html?nltxx=1077785&nltdt=2007-08-04-03-06

Nowe dzieła Ociepki i Sówki uratowane dla Śląska


Miały gnić upchane pod ścianami i na półkach w ciasnych pokojach. Teraz pięknie prezentują się w eleganckiej galerii. Największy w Polsce zbiór śląskiej sztuki nieprofesjonalnej na czele z poszukiwanymi na całym świecie pracami twórców grupy janowskiej czuje się świetnie w pałacu w Nakle Śląskim. A teraz wzbogaci się o późne dzieło słynnego przewodnika janowskich prymitywistów Teofila Ociepki i najnowszy obraz jego najlepszego ucznia Erwina Sówki.

Gdy ponad rok temu Gerard Trefoń, największy w Polsce kolekcjoner dzieł twórców słynnej grupy janowskiej - Teofila Ociepki, Erwina Sówki, braci Wróblów czy Ewalda Gawlika - opowiadał o swoim zbiorze, ukradkiem ocierał łzy. Bo te wybitne dzieła plus kilkaset obrazów słynnych profesjonalistów (Jerzego Dudy-Gracza czy Pawła Stellera), a także ponad tysiąc prac mniej znanych autorów śląskich nie mieściło się w już w domu kolekcjonera w Rudzie Śląskiej.

- Dlaczego nikt mi nie pomoże, by te wyjątkowe obrazy mogła oglądać młodzież, miłośnicy sztuki, miłośnicy Śląska? - pytał Trefoń, który 50 lat swego życia poświęcił na wyszukiwanie najlepszych prac naiwistów.

Po burzy, jaką wywołały teksty w DZ, kilka samorządów zapragnęło mieć u siebie kolekcję. Jednak tylko w Starostwie Powiatowym w Tarnowskich Górach doceniono szansę, jaką daje stworzenie galerii ze śląską sztuką nieprofesjonalną. I tylko tam zapał nie uleciał po kilku dniach. W pałacu w Nakle Śląskim umożliwiono Trefoniowi wystawianie zbioru. - Dzięki wystawom Nakło odżyło - mówi Józef Korpak, starosta tarnogórski. - W wyjątkowy sposób galeria ta ubogaca nasz region. Zbiór jest tak ogromny, że każdego miesiąca można prezentować coś innego. Mamy satysfakcję z tego, że ta kolekcja znalazła się u nas.

Dziś - po pół roku od otwarcia jest jasne, że był to strzał w dziesiątkę. - Każdego miesiąca odwiedza nas pół tysiąca gości, także z Krakowa, Warszawy, Pomorza - cieszy się Gerard Trefoń.

Wkrótce do najcenniejszych dzieł - o które bije się wiele światowych galerii, gdyż moda na prace grupy janowskiej nie przemija - dołączy obraz Teofila Ociepki z 1976 roku "Puszcza i smok" oraz najnowsza praca "Mistrz i uczeń" najwybitniejszego ucznia Ociepki - wciąż (choć rzadko) tworzącego Erwina Sówki.

- Wraz z otwarciem galerii pasja zbieractwa wcale we mnie nie wygasła. To gorzej niż choroba - uśmiecha się Trefoń, gdy tłumaczy, że mimo wieku i chorej nogi wciąż jeździ po galeriach i wyszukuje śląskie obrazy.

Pałacyk w Nakle Śląskim, po którym przez trzy lata przewijały się głównie ekipy remontowe dziś - dzięki galerii - tętni życiem. Właśnie teraz można tam oglądać wystawę związaną z głośną acz kontrowersyjną dla niektórych konferencją dotyczącą chrystianizacji Śląska (na której dowodzono, że można mówić o chrzcie Śląska znaczenie wcześniejszym niż chrzest Polski z 966 roku). Organizowane są też w Nakle plenery malarskie. - Śląsk musi pokazać swoją wartość. Cieszę się, że wreszcie ktoś ogląda dzieła, które już dawno docenił świat, a którym ja poświęciłem całe życie - mówi Trefoń.




Grupa janowska

Grupa artystów-amatorów związanych z kołem malarzy nieprofesjonalnych przy KWK Wieczorek w Janowie. Początki grupy sięgają lat 30. XX wieku, kiedy Teofil Ociepka założył gminę okultystyczną. Ociepka uważał, że malarstwo jest bożym posłannictwem, dlatego w obrazach twórców pojawiają się, obok motywów śląskich, także zasadnicze tematy walki dobra ze złem, śmierci, religii. Początkowo krytykowani przez środowisko artystyczne, z czasem zyskali powszechne uznanie. I to nie tylko w kraju. Dziś obrazy Ociepki, braci Wróblów, Ewalda Gawlika, czy Erwina Sówki są rozchwytywane w galeriach na całym świecie.



Marek Twaróg  -  Dziennik Zachodni

http://katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/756278.html

Boje z zachodnim sąsiadem o krakowskie zbiory

Po zniszczeniach, jakich dokonała w Polsce armia niemiecka, po tym, jak masowo wywożono polskie dzieła sztuki, domaganie się od nas zwrotu "zrabowanych" dóbr kultury jest bezczelnością - tak reagują Polacy na niemieckie roszczenia.

Ostatnią burzę wywołały wystąpienia niemieckiego rządu do władz Rosji i Polski o zwrot zagrabionego mienia. Muzealnicy zza zachodniej granicy gorączkowo sporządzają listy dzieł sztuki, które po II wojnie światowej trafiły do tych dwóch krajów. Według szacunków ma być ich ok. 180 tys.



Oddajcie Bibliotekę Narodową

W Krakowie mamy dwie kolekcje, o które toczymy boje z Niemcami. To Biblioteka Pruska, tzw. Berlinka, księgozbiór przechowywany w Bibliotece Jagiellońskiej. Drugim przedmiotem sporu jest część tzw. kolekcji Göringa, absolutnie unikatowy zbiór samolotów z początków awiacji, I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego, znajdujący się w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Czyżynach. - Sprawa Berlinki znana jest od lat - najnowsze doniesienia prasy komentuje wicedyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Krystyna Sanetra. - Jeśli chodzi o rewindykację zbiorów, to sprawa nie jest w gestii naszej ani Uniwersytetu Jagiellońskiego, tylko polskiego rządu. Jeżeli dostaniemy decyzję, że mamy zbiory oddać, to je oddamy. Na razie tylko je pieczołowicie przechowujemy - dodaje dyrektorka, która osobiście jest przeciwko zwracaniu czegokolwiek i przypomina zniszczoną przez Niemców polską Bibliotekę Narodową. - To nie były działania wojenne, a świadome spalenie zbiorów. Gdybyśmy chcieli się rozliczać, moglibyśmy powiedzieć "Oddajcie nam Bibliotekę Narodową, a my wtedy z radością oddamy wam Berlinkę". Żądanie od nas zwrotu mienia jest sprzeczne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.



Anulowane umowy

- Oficjalnie nikt się do nas nie zwracał w sprawie oddania samolotów. I nie boję się takich wystąpień - kategorycznie twierdzi Krzysztof Radwan, dyrektor Muzeum Lotnictwa. Według niego sprawa jest prosta -samoloty stanowią polską własność. Jednak przypomina, że już kilkadziesiąt lat temu strona niemiecka próbowała odzyskać samoloty. - Istniały umowy ze stroną niemiecką. Samoloty miały parami jechać na remont do Niemiec. Potem jeden miał wracać, a drugi zostać w stałym depozycie - przypomina Radwan. Umowę zakwestionowało polskie środowisko lotnicze. Zapis zmieniono. Samoloty owszem, miały być remontowane w Berlinie i tam eksponowane przez 10 lat, a potem wrócić. Nigdy też nie miało być ich za granicą więcej niż 10. Jednak gdy jeden z samolotów wrócił po remoncie, jakość remontu zakwestionowało polskie ministerstwo. Umowę rozwiązano. Samoloty od tej pory miały być odnawiane w Polsce. - Tu wyszła ciekawostka. W umowie był zapis, że samoloty są naszą własnością i ewentualne roszczenia rozstrzygane będą przed sądem polskim - komentuje Radwan. - Gdy umowa przestała obowiązywać, Niemcy natychmiast agresywnie zaczęli się domagać zwrotu samolotów. Stało się jasne, że umowy były pretekstem.



Własność niemiecka czy światowe dziedzictwo?

Wiedząc, czym jest kolekcja Göringa, należałoby się jednak zastanowić, czy niemieckie roszczenia są zasadne. I nie chodzi już tylko oto, że samoloty zostały znalezione w 1945 wcale nie na ziemiach przyznanych nam po wojnie, a w Kuźnicy Czarnkowskiej koło Poznania. - To maszyny pochodzące z niemieckiej kolekcji lotniczej, jaka w okresie międzywojennym znajdowała się w Berlinie, a którą w 1943 r. w czasie bombardowań Berlina stamtąd wywieziono i której trzecia część trafiła do nas - mówi znawca historii lotnictwa dr Krzysztof Wielgus. - Kolekcja składa się z trzech części, w tym z unikatowej grupy 21 samolotów sprzed I wojny światowej. W Muzeum Lotnictwa znajdziemy eksponaty dokumentujące nie niemiecką, lecz uniwersalną, światową historię awiacji - maszyny polskie, niemieckie, angielskie, francuskie i rosyjskie. Ze względu na sposób ich budowy - często z listew drewnianych czy bambusowych -na cud zakrawa, że się zachowały. W kolekcji znajdują się takie maszyny, jak pionierska Antoinette z 1908 r., rosyjska Mewa z 1913 i niemiecki Gołąb z 1911. - To najbogatsza tego typu kolekcja na świecie. Jak najbardziej zasadne jest prezentowanie samolotów z I wojny światowej na lotnisku, którego początki tej wojny sięgają - twierdzi Krzysztof Wielgus. I przewiduje, że roszczenia wobec muzeum jeszcze się nasilą, ze względu na zbliżającą się rocznicę zakończenia I wojny światowej.



Monika Frenkiel

http://wiadomosci.wp.pl/kat,12611,wid,9082962,wiadomosc.html?ticaid=14397

Łemkowska watra pod Legnicą

Aneta Augustyn
2007-08-05, ostatnia aktualizacja 2007-08-06 08:59

Ognisko, które zapalił w piątkowy wieczór najstarszy mieszkaniec Michałowa, 88-letni Jarosław Herbut, paliło się do piątej nad ranem w niedzielę. Mała podlegnicka wieś po raz 27. zamieniła się w tłoczne obozowisko: na polanie koło cerkwi stanęły namioty i scena, na której przez dwa dni i dwie noce śpiewały zespoły z Polski, Słowacji i Ukrainy. Dwa tysiące Łemków zjechało z całej Polski.

- Bywam tu co roku, odkąd pamiętam - mówi 22-letni Janek Fesz z pobliskiego Liśca. Jego dziadkowie zostali przesiedleni ze wsi Bartne w Beskidzie Niskim. - Jestem obywatelem Polski narodowości łemkowskiej. W domu, dzięki Bogu, zawsze mówiło się po łemkowsku. Polski wszedł do mojego życia dopiero, gdy zacząłem oglądać telewizję.

Tańczy w zespole Kyczera, z grupą rówieśników nagrywa wspomnienia starszyzny, przygotowuje łemkowską bibliotekę, studiuje filologię rosyjską z językiem rusińsko-łemkowskim, organizuje zabawy. - Bawimy się bez disco polo, przy dobrej ludowej muzyce, ubrani w garnitury - mówi. - Sami śpiewamy, w tym cała nasza dusza.

Niektórzy z watrowiczów odnajdywali się na eksponowanych fotografiach. - Poznajesz, Petro, to ja - grupka starszych panów wskazywała na szkolne przedwojenne zdjęcia.

W piątek złożono kwiaty pod obeliskiem upamiętniającym akcję „Wisła”. Dokładnie 60 lat temu Łemkowie zostali oskarżeni o współpracę z UPA i wysiedleni z Beskidu Niskiego na Ziemie Odzyskane. Na polowej wystawie pokazano dokumenty z tamtych czasów, m.in. pismo Ministerstwa Ziem Odzyskanych z 1947: „Zasadniczym celem przesiedlenia osadników W jest ich asymilacja w nowym środowisku polskim. Swoboda ruchu zasadniczo ma być ograniczona. Niedopuszczalnym jest powrót na dawne tereny. Nie stosować w stosunku do nich określenia » Ukrainiec «. W wypadku przedostania się z osadnikami na Ziemie Odzyskane elementu inteligenckiego należy taki umieścić bezwzględnie osobno, z dala od gromad, gdzie mieszkają osadnicy W”.

Zgodnie z oficjalnym spisem w Polsce jest 6 tys. Łemków, ale według Andrzeja Kopczy, prezesa ogólnopolskiego Stowarzyszenia Łemków, dziesięć razy tyle.


http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,4366198.html

PiS kontra Mniejszość Niemiecka: awantura o liceum

Anita Dmitruczuk

W sejmiku województwa radni PiS i Mniejszości Niemieckiej pokłócili się o szkołę, za której powstaniem zgodnie zagłosowali w jeszcze w marcu. PiS nazwał dwujęzyczne liceum "fanaberią Mniejszości", a Mniejszość stwierdziła, że radni PiS wykazują "ksenofobiczne poglądy". Za 326 tys. zł ruszy we wrześniu szkoła, w której będzie się uczyło na razie zaledwie 31 uczniów


W szkole miały być utworzone dwie klasy: jedna z wykładowym językiem niemieckim, a druga z angielskim. Nauka w szkole miała się kończyć maturą międzynarodową, a dzieci do niej mieli posyłać m.in. zagraniczni inwestorzy trafiający na Opolszczyznę.

Szkoła miała działać przy Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych i być placówką elitarną. Ale w Opolu klasy dwujęzyczne już istnieją i nie narzekają na nadmiar chętnych (w III LO można się uczyć po angielsku, a w II LO po niemiecku). - Klasy z wykładowym niemieckim zawsze są mniej liczne niż pozostałe i moim zdaniem nie ma zapotrzebowania na klasy dodatkowe. Co więcej, jeśli to liceum będzie się chciało utrzymać, to z czasem otworzy też zwykłe klasy, a kolejne liceum w Opolu jest po prostu niepotrzebne - mówi dyrektor II LO Aleksander Iszczuk, były kurator oświaty.



Sprawa polityczna...

Na razie słowa Iszczuka znajdują potwierdzenie w faktach, bowiem chętnych do nowego liceum nie ma i dostaje się tam każdy gimnazjalista, który składa papiery. O elitarności nie ma więc co mówić.

Sytuacja się zaostrzyła, gdy w "Schlesische Wochenblatt" ukazał się artykuł pt. " Elita mówi po niemiecku", w którym o klasie z wykładowym niemieckim napisano, że "otwiera ona drogę do utworzenia w przyszłym roku liceum z niemieckim jako językiem ojczystym" i że "to ma być szkoła uczniów zdolnych". - Chodzi po prostu o ambicję, bo Mniejszość Niemiecka chce się w końcu pochwalić, iż ma swoją szkołę na poziomie ponadgimnazjalnym. Niestety zarząd województwa nie umie przyznać się do błędu, bo rodzice o tej szkole "wypowiedzieli się nogami", posyłając swoje dzieci po naukę gdzieś indziej - uznał Jerzy Czerwiński, radny wojewódzki PiS.

...za publiczne pieniądze

W marcu tego roku radni sejmiku, w tym także PiS, podjęli uchwałę o powołaniu szkoły i przeznaczyli na ten cel 80 tys. zł. W lipcu koalicja PO-MN-PSL przegłosowała dodatkowe pieniądze na nowe liceum i na Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych, przy którym ma ono działać.

Jednak... - Wszystko, co mówiono na początku o tej szkole, okazało się bzdurą. Nie będzie kosztować 80 tys. zł, tylko 326 tysięcy, nie będzie elitarna, a będzie zbierała uczniów z łapanki, nie będzie się też kończyła międzynarodową maturą - wylicza Grzegorz Sawicki, radny PiS.

Danuta Humeniuk, szefowa departamentu edukacji urzędu marszałkowskiego, odpiera te zarzuty: - Po pierwsze, nikt nie mówił, że matura międzynarodowa będzie dotyczyła pierwszego rocznika, bo procedura, która umożliwia jej przeprowadzenie, to kwestia kilku lat. Po drugie, radni mieli czarno na białym, że 80 tys. zł dotyczy tylko pensji nauczycielskich, a nie remontu czy zakupu pomocy dydaktycznych, bo pieniądze na nie zawarte są w kwocie zapisanej w lipcowej korekcie budżetu. Poza tym to pierwszy rok naboru, więc to naturalne, że szkoła musi najpierw zdobyć zaufanie uczniów i rodziców - tłumaczy Humeniuk małe zainteresowanie uczniów nowym liceum. - Uważam, że pieniądze na edukację nigdy nie są pieniędzmi wyrzuconymi - dodaje.

Innego zdania jest wiceprezydent Opola Arkadiusz Karbowiak. - Jakiś czas temu zgłoszono się do nas z propozycją powstania takiego liceum. Zaoferowaliśmy tylko pomieszczenia i temat upadł. Miasto Opole i tak wydaje najwięcej pieniędzy w kraju na jednego ucznia. Tworzenie kolejnych szkół z małymi, elitarnymi klasami nas nie interesuje, bo dziś nas na to nie stać.
http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4369904.html?nltxx=1077785&nltdt=2007-08-07-03-06

Kołocze nie tylko nasze?

las
2007-08-06, ostatnia aktualizacja 2007-08-06 18:03

Dowody, że kołocz wypiekano na Śląsku, są niepodważalne. Ale trudno będzie udowodnić, że to tylko śląski wypiek - uważa dyrektor Muzeum Wsi Opolskiej.


Kołocz ma szansę stać się pierwszym regionalnym produktem Opolszczyzny zarejestrowanym w Unii Europejskiej. - Ściślej mówiąc, Opolszczyzna wystąpi o rejestrację, ale wiadomo, że to produkt charakterystyczny dla Śląska - zauważa Klaudia Kluczniok ze Związku Śląskich Rolników, który wziął na siebie przygotowanie dokumentacji potwierdzającej, że w naszym regionie kołocze wypieka się od lat. W jej przygotowaniu pomogą piekarze i cukiernicy, którzy do końca roku opracują wspólną recepturę, oraz, mamy nadzieję, Czytelnicy "Gazety", do których apelujemy o przesyłanie datowanych dokumentów potwierdzających tradycyjny charakter tego obrzędowego wypieku.

Na odzew nie trzeba było długo czekać. - Zacząłem sprawdzać i coś jest nie tak - mówi dyrektor Muzeum Wsi Opolskiej Jarosław Gałęza, który przejrzał skrupulatnie prywatny księgozbiór i internet.

W swoim niemiecko-angielsko-szwedzkim wydawnictwie z 1927 roku pt. "Szkoła i praktyka cukiernictwa" J.M Ericha Webera znalazł przepis na "Streuselkuchen", czyli "Sprinkle cake", ozdobiony zdjęciem. - To według słownika placek z kruszonką, ale przepis jest identyczny jak na kołocz. Czyli był popularny w Niemczech, nie tylko na Śląsku. W niemieckiej wikipedii jest wprawdzie zapis, że pochodzi ze Śląska, aczkolwiek autorzy odnotowują, że jest bardzo popularny w całych Niemczech. Zastanawiam się, czy łatwo będzie udowodnić, że jest przywiązany do Śląska, tym bardziej że na jednej z bawarskich stron internetowych o żywności natrafiłem na "Braada kung" wedle przepisu odpowiadający też kołoczowi. Więc teraz gdyby mnie ktoś spytał, czy kołocz to ciasto śląskie, to miałbym dylemat, bo jest powszechny, tyle że pod inną nazwą - zauważa Gałęza.

- Naszym atutem jest niewątpliwie tło kulturowe i to należałoby moim zdaniem podkreślić we wniosku. Przecież to pieczywo wypiekane na wszystkie ważne uroczystości związane z rokiem obrzędowym. A dowodów na jego wypiek na Śląsku mamy w naszym muzeum sporo i są niepodważalne - dodaje. W skansenie można zobaczyć m.in. pochodzące z początku wieku blachy do pieczenia, stojaki na nie, łopaty do wyciągania ciasta z pieca oraz drewniane niecki, w których gospodynie je wyrabiały.



http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4369490.html?nltxx=1077785&nltdt=2007-08-07-03-06

Urok starych zdjęć
Śląska fotografia rzemieślnicza początku wieku doczekała się pierwszej publikacji, do tego w wersji internetowej. Wszyscy zainteresowani historią fotografii mogą zajrzeć na stronę www.arkiva.pl, gdzie dostępny jest już bezpłatny "Krótki przewodnik po zakładach fotograficznych Górnego Śląska od początku fotografii do końca I Wojny Światowej".
Internetowa publikacja to słownik fotografów do 1918 roku uszeregowany według miejscowości i zakładów. Nie jest to jednak suchy indeks adresów i nazwisk, ale także zbiór ciekawych historii i anegdot.

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl

Międzynarodowy Dzień Ludności Tubylczej na Świecie

9 sierpnia, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ludności Tubylczej na Świecie, której życie, wierzenia, dziedzictwo kultury, języki i styl życia są wciąż zagrożone.

Dzień obchodzony jest w czasie trwania drugiej Międzynarodowej Dekady Ludności Tubylczej na Świecie (2005-14). Jej hasło to "Partnerstwo dla działania i godności".

Celem Dekady jest "wzmacnianie międzynarodowej współpracy na rzecz rozwiązania problemów, przed jakimi stoją ludy tubylcze w obszarach takich jak kultura, edukacja, zdrowie, prawa człowieka, środowisko oraz rozwój społeczny i gospodarczy, poprzez zorientowane na działania programy i specyficzne projekty, zwiększenie pomocy technicznej oraz ustanawiające standardy stosowne działania".

Nad zacieśnieniem współpracy pracuje Stałe Forum ds. Ludności Tubylczej, które umożliwia uczestnictwo w konferencjach także tym ludom tubylczym, których państwa nie należą do ONZ. Powstanie Forum to jedno z głównych osiągnięć bieżącej Dekady.

Ludy tubylcze to 300 mln ludzi w 70 krajach. Łączy je wyizolowanie i dyskryminacja wynikająca z odmiennego niż w kulturze dominującej postrzegania świata. Poddawane są presji do integracji kosztem własnego języka, tradycji i stylu życia. Niektóre z tych plemion żyją w rezerwatach, które nie zawsze zapewniają warunki życia właściwe ich kulturze.

Np. Buszmeni w Botswanie zmuszeni zostali w rezerwacie środkowego Kalahari do porzucenia zbieracko-łowieckiego trybu życia i stłoczeni w obozach. W tradycyjny sposób żyje jeszcze ok. 3000 członków plemienia Sanów, którzy w grupkach po 10-15 osób szukają pożywienia i wody i budują tymczasowe schronienia z gałęzi i trawy na pustyni Kalahari (zachodnia i środkowa część Botswany, po RPA i Namibię).

W 2000 roku sąd apelacyjny w Londynie uznał rząd brytyjski za winny "nadużycia władzy" w zwiazku z sytuacją 2000 mieszkańców archipelagu Czagos (ok. 65 wysepek na Oceanie Indyjskim, w połowie drogi między Afryką i Indonezją, należących do Brytyjskiego Terytorium Oceanu Indyjskiego). W latach 1967-1971 wysiedlono ich po tajnym porozumieniu, na mocy którego wydzierżawiono USA wyspę Diego Garcia.

Aborygeni - dwa procent (450 tys.) ludności Australii - tworzą różnorodną mozaikę kultur i tradycji, używają ponad 200 odrębnych języków. Ich tubylcze struktury zostały zniszczone przez baiałe osadnictwo; liczba Aborygenów zmniejszyła się o połowę od końca XVIII w. W ostatnich dziesięcioleciach wprowadzono ustawy i instytucje chroniące ich interesy.

Sytuacja Janomanów z lasów amazońskich na pograniczu Brazylii i Wenezueli stała się znana m.in. dzięki kampanii informacyjnej międzynarodowych mediów. Janomani w latach 80. przeżyli inwazję brazylijskich poszukiwaczy złota. Na skutek przywleczonych przez nich chorób zmarło 10 procent (2 tys.) Janomanów. Dopiero w 1992 roku uznano ich prawo do zamieszkiwanego przez nich terytorium.

W należącym do Indii archipelagu Andamanów żyją w rezerwatach - izolowanych z zastosowaniem metod wojskowo-policyjnych - pozostałości rdzennych plemion negroidalnych. Na wyspie Dugong Creek przetrwało niewielu ponad 100 przedstawicieli ludu Onge, którego ludność w ciągu stulecia zmalała o 90 proc. w wyniku wyrębu lasów, zapewniających źródło utrzymania. Podobny los spotkał ponad 5000 Andamańczyków z Andamanu Północnego - na wyspie Strait pozostało ich 30. W archipelagu Południowego i Środkowego Andamanu żyje plemię Jarawa - ok. 250 ludzi. Słyną z waleczności i wrogości do obcych. Na Północnym Sentinelu żyje w izolacji ok. 120 Sentinelczyków.


http://wiadomosci.onet.pl/1585993,12,1,0,120,686,item.html

Litwa: nowy projekt ustawy o mniejszościach narodowych



Litewski rząd na posiedzeniu zaaprobował sejmowy projekt ustawy o mniejszościach narodowych; projekt ten satysfakcjonuje polską mniejszość narodową.

Jak poinformował doradca premiera Litwy Tadeusz Andrzejewski, "przede wszystkim, zaaprobowany projekt ustawy zapewnia możliwość używania języka mniejszości narodowych w miejscu publicznym - w środowisku zwarcie zamieszkanym przez tę mniejszość, a także umieszczania napisów w miejscach publicznych w języku mniejszości".

- Projekt ten satysfakcjonuje nas. Jeżeli ostatecznie, w tej postaci, zostanie on zatwierdzony przez Sejm, Polacy na Wileńszczyźnie będą mieli zapewnione prawo porozumiewania się w urzędach w języku polskim, obok języka litewskiego, a także w tzw. polskich rejonach - wileńskim i solecznickim - prawo posiadania nazw ulic w wersji polskiej, obok litewskiej - powiedział Andrzejewski.

Prawo do używania języka polskiego i napisów w języku polskim Polacy na Wileńszczyźnie mają również teraz. Przewiduje to ustawa przyjęta jeszcze w czasach radzieckich (w 1989 roku). Obawy litewskich Polaków wzbudzał natomiast fakt, że autorzy projektu nowej ustawy chcieli pomniejszyć obecny stan posiadania mniejszości narodowych.

Ostatecznie rząd, na wniosek wiceministra spraw zagranicznych Litwy, Polaka Jarosława Niewierowicza, sprzeciwił się takim próbom i uznał, że zgodnie z ratyfikowaną przez Litwę Ramową Konwencją Ochrony Praw Mniejszości Narodowych nowe ustawodawstwo nie może pogarszać sytuacji mniejszości narodowych.
http://wiadomosci.onet.pl/1585966,12,1,0,120,686,item.html

ŚLĄZACY - SCHLESIER cz. II




Wpisał: Piotr Długosz   

07.08.2007.

Na rynku ukazała się druga część wydawnictwa "ŚLĄZACY od czasów najdawniejszych do współczesnych. SCHLESIER von den frühesten Zeiten bis zur Gegenwart". Praca zbiorowa pod redakcją prof. Joanny Rostropowicz (Uniwersytet Opolski) zawiera biogramy koeljnych 80 zasłużonych Ślązaków.

Całość została wydana w języku polskim i niemieckim. Książka ta powinna wraz z pierwszą częścią i kolejnymi, które będą się ukazywać w następnych latach, być obowiązkowym wyposażeniem każdej śląskiej domowej biblioteki.

Książkę można nabyć za 45 złoty. Osoby zainteresowan kupnem, proszone są o kontakt mailowy: ras@rasopole.org


http://www.rasopole.org/

Piękna mapa rolniczego Śląska

mac

Kopalnie i huty nie zawsze były symbolem Śląska. Cieszyńskie muzeum wzbogaciło się o piękną, najstarszą angielską mapę tego regionu, która podkreśla jego... rolniczy charakter.


"Silesiae Ducatus. Accurata et vera delineatio", czyli "Księstwo Śląska. Dokładne i wierne odwzorowanie". Tak zatytułowana jest mapa, która wzbogaciła właśnie zbiory Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Kolorowany miedzioryt powstał w 1681 roku w Oxfordzie i był częścią większego atlasu geograficznego, który trafiał wówczas do nielicznych bibliotek czy na uniwersytety. - To najstarsza z angielskich map całego Śląska, zachowana w znakomitym stanie. To rzadki egzemplarz, cenny dla naszego regionu. W naszych zbiorach znajduje się kilka map Śląska z XVII i XVIII wieku, ale takiej nie mieliśmy, dlatego bardzo nam na niej zależało - tłumaczy Marian Dembiniok, dyrektor placówki.

Muzeum kupiło mapę od prywatnego kolekcjonera z Wrocławia. Jej arkusz ma wymiary 69 na 59 cm. Przedstawia Górny i Dolny Śląsk oraz część sąsiednich terenów. W jej centralnym punkcie znajduje się Breslaw, czyli Wrocław. Można się też doszukać takich grodów i miejscowości, jak: Ratibor (Racibórz), Riebnick (Rybnik), Mieslowitz (Mysłowice), Plesa (Pszczyna), Bylitz (Bielsko), Skotzow (Skoczów) czy Teschen (Cieszyn). Zaznaczono też m.in.: Pragę, Kraków i Drezno.

Mapa jest wykonana w barokowym stylu, kunsztownie kolorowana. Jej szczegóły są utrzymane w żywych, kontrastowych i efektownych barwach. Specjaliści zachwycają się przede wszystkim kolorowym kartuszem mapy, czyli obrazkiem, który otacza jej tytuł. Widnieje na nim żniwiarka ze snopem zboża, kury, bażanty, bydło, trzoda. - To akcentuje ówczesny, wybitnie rolniczy charakter tego regionu - tłumaczy Dembiniok.

Mapa będzie przechowywana w zbiorach działu historii, ale zwiedzający będą mogli ją obejrzeć w trakcie niektórych wystaw. To pierwszy eksponat kupiony przez Muzeum Śląska Cieszyńskiego od kilku lat. Wykorzystano na to dotację z Ministerstwa Kultury.


http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4378694.html

Kowalczykom pozostaną wyroki

Dorota Wodecka-Lasota, współpraca szek
2007-08-09, ostatnia aktualizacja 2007-08-09 19:35

PRL uznał braci Kowalczyków za wrogów ustroju. Sąd Najwyższy w wolnej Polsce uznał w czwartek, że nowy proces w ich sprawie nie jest potrzebny


Dół formularza

Wniosek o wznowienie procesu złożyło Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej. - Wspólnie z adwokat Alicją Nabzdyk-Kaczmarek doszliśmy do wniosku, że są nowe dowody w sprawie, które pozwoliłyby na wznowienie procesu - mówi Wiesław Ukleja ze stowarzyszenia.

Te dowody to zmiana ustroju, czyli uzyskanie niepodległości, zmiana stosunku historycznego i oceny faktów przez społeczeństwo oraz zeznanie Uklei - dotyczące jego rozmowy w 1983 roku z Jerzym Kowalczykiem.

- Mówił mi wówczas, że intencją nie był zamach na kogokolwiek, tylko protest przeciwko zbrodniom komunistycznym i pacyfikacji na Wybrzeżu - twierdzi Ukleja. - Podnosiliśmy także, że materialne dowody zostały zebrane w czasie reżimu komunistycznego i choć właściwie się nie zmieniły, to jednak w wolnej Polsce winny być inaczej interpretowane - dodaje.

Mecenas Roman Maciejuk złożył wniosek w Sądzie Najwyższym, ale w czwartek SN go odrzucił.

- Wznowienie procesu było papierkiem lakmusowym, czy mamy do czynienia z ciągłością prawną PRL-u, kiedy wydano haniebny wyrok na patriotów. I przekonaliśmy się wyraźnie, że SN, odrzucając proces, potwierdził kompromis nowej formacji państwa niepodległego z państwem zaborczym - grzmi Ukleja.

Mecenas Maciejuk nie zna jeszcze uzasadnienia. - Przekazano mi je ustnie. Sąd uznał, że materiał dowodowy w tej sprawie jest wyczerpany. Ten wyrok zamyka drogę do dalszego postępowania. Nasz wniosek był rzutem rozpaczy, ale gdybym nie był przekonany o jego zasadności, tobym go nie podpisał. Miałem nadzieję, że sąd zechce zapoznać się nowymi dowodami, bo w końcu wyrok zapadł pod auspicjami innego systemu - mówi Maciejuk.

Ryszard Kowalczyk: - Miałem nadzieję, że sąd w wolnej Polsce, po 35 z górą latach, dokona pewnej historycznej, obiektywnej oceny naszego czynu. Że obiektywnie zważy nasze motywy, sytuację, jaka nas do tego czynu doprowadziła, bo my od winy się nie odżegnujemy. Niestety, decyzja jest dla nas niekorzystna. Przykre to, że zmiany w świadomości społecznej zachodzą tak bardzo wolno. Że wciąż pokutuje obraz wytworzony przez komunistyczną propagandę przedstawiający nas jako zwykłych bandytów.



Co się stało 36 lat temu

Bracia Jerzy i Ryszard Kowalczykowie w nocy 6 października 1971 r. wysadzili w powietrze aulę WSP w Opolu. Nazajutrz miała się tam odbyć dekoracja funkcjonariuszy MO i SB, wśród których byli odpowiedzialni za krwawe stłumienie robotniczych wystąpień w Szczecinie w Grudniu '70. Aula WSP w Opolu była dla nich symbolem reżimu.

Wybuch wyrwał podłogę i zniszczył dach. Nikomu nic się nie stało. - Bo nie pragnęliśmy niczyjej śmierci - mówi Ryszard.

Do aresztu bracia trafili pod koniec lutego 1972 r. Prokuratura wskazała jednoznacznie na polityczną motywację ich czynu i podkreśliła, że są "zdecydowanymi wrogami ustroju socjalistycznego Polski Ludowej". Zostali oskarżeni o zamach na życie funkcjonariuszy. Dla obu prokuratura zażądała kary śmierci. Po dwóch tygodniach procesu Sąd Wojewódzki w Opolu skazał Jerzego, który odpalił bombę, na karę śmierci, a Ryszarda, który pomagał w skonstruowaniu bomby, na 25 lat więzienia. PRL-owski Sąd Najwyższy utrzymał wyroki w mocy.

W ich obronie wystąpili przede wszystkim późniejsi działacze KOR Jacek Kuroń i Jan Józef Lipski, którzy zorganizowali akcję wysyłania listów do Rady Państwa z wnioskami o łaskę. Z prośbą o ułaskawienie wystąpili też polscy intelektualiści i artyści, m.in. Wisława Szymborska, Stanisław Lem, Kazimierz Dejmek i Daniel Olbrychski. W styczniu 1973 r. Jerzemu zamieniono karę śmierci na 25 lat więzienia.

O braci upomniano się ponownie po Sierpniu '80. Podczas wielu manifestacji żądano złagodzenia ich kar. Ryszard został zwolniony warunkowo w 1983 r., Jerzy dwa lata później.

Jerzy wyjechał w rodzinne strony pod Wyszkowem i zaszył się na odludziu. Ryszarda zatrudniono w końcu w Wyższej Szkole Inżynierii, ale tylko jako pracownika technicznego. Prawa obywatelskie przywrócił braciom prezydent Lech Wałęsa, który nakazał też zatarcie wyroku w rejestrze skazanych. Ryszard powrócił wówczas do wykładów na uczelni.

Od 1994 r. czyniono starania na rzecz kasacji wyroku. Wniosek złożył w 2001 r. ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Wniosek okazał się jednak prawniczym bublem i został oddalony. Kowalczyków zabolało uzasadnienie wniosku Kaczyńskiego, w którym minister pisał, jakoby "zasadniczym motywem wysadzenia auli były skłonności oskarżonych do destrukcji i fascynacja pirotechniką". - Gdyby sąd rozpatrywał to uzasadnienie, byłaby to dla mnie i mojego brata obraza - skwitował Ryszard. Kaczyński tłumaczył się, że nie wiedział, co podpisuje.


http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4378569.html

"SB zmuszało Niemców do sprzedaży majątku"



Sekretarze partyjni oraz oficerowie SB zmuszali niemieckich przesiedleńców wyjeżdżających na stałe z Polski do Niemiec do sprzedaży domów na Mazurach i Górnym Śląsku za symboliczne sumy - pisze warszawski korespondent niemieckiego dziennika "Sueddeutsche Zeitung" Thomas Urban, powołując się na opinie przedstawicieli niemieckiej mniejszości w Polsce.

Obecnie część tych nieruchomości, szczególnie na terenach turystycznych na Mazurach, "warta jest miliony" - zaznacza korespondent. Zdaniem jego informatorów z kręgów mniejszości niemieckiej, do takich nieprawidłowości doszło w kilkuset przypadkach.

Nawiązując do wywiadu udzielonego przez polską minister spraw zagranicznych Annę Fotygę w czwartek Polskiemu Radiu, w którym mówiła ona o niemieckich roszczeniach oraz sporze o dobra kultury, "Sueddeutsche Zeitung" zauważył, że szefowa polskiej dyplomacji nie uwzględniła aspektu nieprawidłowości przy wyjeździe Niemców z Polski oraz zysków prominentów z PZPR i SB.

Jak podkreśla Urban, Fotyga ponowiła natomiast postulat skierowany do niemieckiego rządu, by wspólnie z rządem Polski wydał oświadczenie, w którym Berlin i Warszawa stwierdzą, że roszczenia majątkowe nie mają żadnych podstaw. Korespondent przytacza słowa szefowej polskiego MSZ, która określiła dawne roszczenia niemieckich właścicieli mianem "skandalicznych".

"SZ" przypomina, że "późni przesiedleńcy", czyli osoby wyjeżdżające z Polski do Niemiec w latach 70. i 80., musieli podpisać przed wyjazdem wniosek o zrzeczenie się polskiego obywatelstwa. W kilkudziesięciu, a być może nawet kilkuset przypadkach, polscy urzędnicy tego nie dopilnowali.

Pisząc o polsko-niemieckich sporach w sprawie dóbr kultury Urban wytyka polskim mediom, że - podobnie jak w przypadku roszczeń - pomijają fakt, iż oba te tematy odgrywają w Berlinie jedynie "podrzędną rolę".

"Rząd federalny nie popiera roszczeń przekazania tytułów własności do nieruchomości. Rząd w Berlinie zwraca równocześnie uwagę, że nie może zabronić składania prywatnych pozwów" - pisze korespondent "Sueddeutsche Zeitung".

Dodaje że także w dziedzinie dóbr kultury nie było żadnej nowej inicjatywy niemieckiego rządu. Niemiecki negocjator Tono Eitel przypomniał jedynie w kilku wywiadach prasowych o aktualnym stanie negocjacji, wskazując, że prowadzone od początku lat 90. rozmowy zostały przerwane przez "narodowo konserwatywny rząd" polski w 2005 roku.



W sprawie roszczeń niemieckich w minionych latach zapadło kilka prawomocnych wyroków, na mocy których polskie rodziny muszą opuścić domy i nieruchomości, ponieważ przeszły one w ręce dawnych właścicieli - obywateli Niemiec. Sąd zdecydował m.in. o zwróceniu Agnes Trawny jej nieruchomości we wsi Narty. Kobieta w latach 70. wyjechała do RFN.
http://wiadomosci.onet.pl/1587089,12,1,0,120,686,item.html



©absta.pl 2016
wyślij wiadomość

    Strona główna