303 wpp, Konferencje, Jacek Salij op


Udział Matki w straszliwych cierpieniach Syna



Pobieranie 215.49 Kb.
Strona3/5
Data07.05.2016
Rozmiar215.49 Kb.
1   2   3   4   5

Udział Matki w straszliwych cierpieniach Syna

Zapewne nikogo nie trzeba o tym przekonywać, że stojąc pod krzyżem swojego Syna, Maryja cierpiała strasznie. Jej cierpienie pod Krzyżem było jedyne w swoim rodzaju. Cierpiała nie tylko jako matka, której Syn został tak potwornie storturowany i zamordowany. Cierpiała również dlatego, że rozumiała straszliwość ludzkiego grzechu, skoro doprowadził on aż do ukrzyżowania Syna Bożego.

Przejmująco wyjaśniał to św. Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia, 9: „Nikt tak jak Matka Ukrzyżowanego nie doświadczył tajemnicy krzyża, owego wstrząsającego spotkania transcendentnej Bożej sprawiedliwości z miłością, owego
, jakiego miłosierdzie udzieliło sprawiedliwości. Nikt też tak jak Ona – Maryja – nie przyjął sercem owej tajemnicy, Boskiego zaiste wymiaru Odkupienia, która dokonała się na Kalwarii poprzez śmierć Jej Syna wraz z ofiarą macierzyńskiego serca, wraz z Jej ostatecznym fiat”.

Natomiast w encyklice Redemptoris Mater, 18, Jan Paweł II zwrócił uwagę na to, że na Kalwarii dokonywało się poniekąd zaprzeczenie tej obietnicy, jaką złożył Maryi anioł Gabriel, zwiastując Jej, że ma zostać Matka Mesjasza. Anioł Gabriel zapowiadał o Jej Synu, że „będzie On wielki, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida, oraz że będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

„A oto – kontynuuje święty Papież – stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec. ”.

Ale właśnie wówczas Ona trwa w absolutnym zawierzeniu Bogu. Nawet Jej straszliwe cierpienie jako Matki nie jest w stanie w niczym zmącić Jej wiary. Jeszcze raz oddajmy głos naszemu Papieżowi: „Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec niezbadanych wyroków Boga! Jakże bez reszty powierza siebie Bogu, okazując pełną uległość rozumu i woli wobec Tego, którego drogi są niezbadane! A zarazem: jak potężne jest działanie łaski w Jej duszy, jak przenikliwy wpływ Ducha Świętego, Jego światła i mocy! Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu”.

Tego zjednoczenia Maryi z Chrystusem nie pojmiemy, możemy je tylko kontemplować. „Na Golgocie – to wciąż jest cytat z encykliki Redemptoris Mater – Jej Syn . U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka kenoza wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna – a jest to śmierć odkupieńcza. W przeciwieństwie do uczniów, którzy uciekli, była to wiara pełna światła. Jezus z Nazaretu poprzez Krzyż na Golgocie potwierdził w sposób definitywny, że jest owym, zapowiedzianym przez starca Symeona, . Równocześnie zaś spełniły się tam jego słowa skierowane do Maryi: . Zaiste, ! Te słowa, wypowiedziane niegdyś przez Elżbietę, tutaj, u stóp Krzyża, osiągają swą definitywną wymowę”.

Oto Matka twoja”

Nie wolno w naszej medytacji pominąć tego momentu, kiedy ukrzyżowany Jezus, zobaczywszy „Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja”.

Zauważmy, że apostoł Jan nie jest tu nazwany po imieniu, natomiast nazwany jest „uczniem umiłowanym”. To sygnał, że wydarzenie to dotyczy każdego z nas, pod tym jednak warunkiem, że staramy się być tak blisko Jezusa, żebyśmy również my mogli zaliczać się do Jego umiłowanych uczniów.

Św. Jan Paweł II poświęcił temu wydarzeniu dwie katechezy środowe, z 23 kwietnia i 7 maja 1997 r. Mówił wtedy: „Zwracając się u kresu swego ziemskiego życia do Matki i do ucznia, którego miłował, ukrzyżowany Mesjasz ustanawia nowe więzi miłości między Maryją i chrześcijanami. (...) To kolejny znak wielkiej miłości, która doprowadziła Jezusa do złożenia życia w ofierze za wszystkich ludzi. Miłość ta objawia się na Kalwarii poprzez przekazanie w darze matki, Jego Matki, która w ten sposób staje się naszą matką. (...) Jezus na krzyżu nie ogłosił formalnie powszechnego macierzyństwa Maryi, lecz ustanowił konkretną więź macierzyńską pomiędzy Nią a umiłowanym uczniem. W tym wyborze Pana widoczna jest troska, by macierzyństwo to nie było interpretowane tylko ogólnie, lecz by ukazywało głęboko osobistą relację Maryi z każdym chrześcijaninem”.

Jeszcze w katechezie z 24 września tamtego roku, przypominając wypowiedziane na Kalwarii słowa: „Niewiasto, oto syn Twój”, święty Papież podkreślił, że słowa te były skierowane nie tylko do apostoła Jana: „Tymi słowami bowiem Ukrzyżowany ustanowił głęboką wewnętrzną więź między Maryją a umiłowanym uczniem, który jest postacią typologiczną o znaczeniu powszechnym, zamierzając w ten sposób dać Ją jako Matkę wszystkim ludziom”.



Ukrzyżowanie błogosławione

Przenieśmy nasze rozważanie na obraz innego ukrzyżowania, o którym często wspomina Apostoł Paweł: „To wiedzcie, że dla zniszczenia grzesznego ciała dawny nasz człowiek został razem z Chrystusem ukrzyżowany po to, byśmy już więcej nie byli w niewoli grzechu” (Rz 6,6).

Otóż chociaż razem z Chrystusem zostaliśmy ukrzyżowani dla grzechu, przecież ukrzyżowanie przez chrzest różni się głęboko od ukrzyżowania Chrystusa. Zbawiciel dał się ukrzyżować, bo dał się przygnieść grzechowi świata. Ukrzyżowanie dla grzechu jest dziełem łaski, ze wszech miar pożądanym. Dlatego Chrystus Pan pozwolił się ukrzyżować ludziom starego świata, aby w każdym z nas mógł zostać ukrzyżowany stary człowiek. Po to Syn Boży poddał się haniebnemu ukrzyżowaniu, aby nam wszystkim umożliwić ukrzyżowanie, które przywraca godność i wyzwala.

Rozumie się samo przez się, że chcielibyśmy w tym błogosławionym ukrzyżowaniu być blisko Maryi. Wierzymy też, że towarzyszy nam w nim i wspomaga Matka Kościół. Ona gorąco pragnie tego ukrzyżowania, do niego się przyczynia i raduje się z niego, gdyż dzięki niemu stajemy się coraz więcej dziećmi Bożymi, uczestnikami Bożej świętości i Chrystusowego zmartwychwstania.

Zaczęło się to nasze błogosławione umieranie w dniu naszego chrztu, który otrzymaliśmy w Kościele i dzięki Kościołowi. Później Matka Kościół stale troszczy się o to, żeby to ukrzyżowanie w nas starego człowieka zostało doprowadzone do końca. Troszczy się zaś nie tylko poprzez stałe, aż do końca naszego doczesnego życia, pouczanie nas w wierze i obowiązkach wiary oraz posługę sakramentów. Troszczy się ponadto poprzez nieustanną modlitwę za swoje dzieci, poprzez dostarczanie nam wzorów prawdziwie chrześcijańskiego postępowania oraz umacnianie i dodawanie zachęty do wytrwania w godzinach próby lub nawet duchowego załamania, jakie może przyjść na każdego z nas.

Ból Matki z powodu tych, co krzyżują Syna Bożego

Nowy Testament zna jeszcze jedno ukrzyżowanie Chrystusa, najbardziej tragiczne. Mianowicie ochrzczeni wielcy grzesznicy i odstępcy od wiary „krzyżują w sobie Syna Bożego i wystawiają Go na pośmiewisko” (Hbr 6,6). Problem jest delikatny i drażliwy. Kościół od kilku już wieków oskarżany jest o nietolerancję wobec ludzi podejmujących niezgodne z Jego nauką wybory moralne i religijne. Stąd nieraz się zdarza, że współcześni chrześcijanie, nawet przez nikogo nie pytani, krzyczą głośno, że wiara albo niewiara, a nawet taki czy inny styl życia, to prywatna sprawa każdego człowieka.

A przecież relatywizm nie jest konieczną konsekwencją tolerancji. Owszem, na płaszczyźnie prawa, poglądy i postawy życiowe każdego z nas (jak długo nie godzą w interesy innych) są i powinny być moją lub twoją sprawą prywatną. Zarazem przecież żadne prawo ani obyczaj społeczny nie mogą zabronić mnie ani tobie cierpieć z powodu tych, którzy odchodzą od Chrystusa albo układają sobie życie w poprzek Bożych przykazań. Żadne też prawo nie może mi zakazać powiedzieć mojemu bratu, przyjacielowi lub znajomemu, który utracił wiarę, żeby się zastanowił, czy przypadkiem nie stało się to w wyniku jakichś jego zaniedbań lub nawet oczywistych grzechów.

Jeśli prawdą jest, że człowiek może krzyżować w sobie Chrystusa, to trudno wątpić, że zadaje wówczas ból również Jego Matce. A także Matka Kościół nie jest w stanie patrzeć na to obojętnie. Ojcowie Kościoła szczególnie chętnie poruszali ten temat w komentarzach i kazaniach na temat wskrzeszenia młodzieńca z Nain. Duchową śmierć każdego grzesznika Matka Kościół opłakuje tak, jakby on był jedynakiem, ponieważ dla Kościoła każdy poszczególny człowiek jest kimś jedynym i nie do zastąpienia.

Człowiek może również krzyżować Chrystusa w innych. Swojemu prześladowcy, Szawłowi, Pan Jezus powiedział to nawet bezpośrednio: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”. Niestety, można krzyżować Chrystusa Pana w innych w sposób bardziej jeszcze złowieszczy niż prześladowcy zabijający męczenników, mianowicie poprzez niszczenie wiary w Niego w sercach maluczkich. Otóż o stosunku Pana Jezusa do swoich prześladowców jedno wiemy z absolutną pewnością: że On niezmiennie ich kocha i modli się za nich (Łk 23,34).

Trudno też sobie wyobrazić, żeby Matka Bolesna stojąca pod krzyżem nie przyłączyła się wówczas do tej modlitwy swojego Syna za własnych morderców. Podobnie trudno się dziwić temu, że Matka Kościół stara się uczestniczyć w tej modlitwie, jaką za swoich morderców tak często zanoszą męczennicy. Matka Kościół zachęca swoje dzieci również do modlitwy za tych prześladowców Chrystusa, którzy starają się wyrzucić Go z serc dzieci i ludzi prostych.

Jednak Kościół – jakkolwiek raduje się, kiedy jego dzieci godnie znoszą prześladowania (1 P 4,13), i modli się za prześladowców – przede wszystkim modli się o to, żeby prześladowania ustały. Ta modlitwa Kościoła o kres prześladowań tylko pozornie jest modlitwą we własnym interesie. W swojej istocie jest to modlitwa o głębsze zapanowanie Królestwa Bożego, o zniknięcie przyczyn prześladowań. Cała tajemnica p o s t ę p u l u d z k o ś c i zależy na tym – pisze Cyprian Norwid w swoim Promethidionie – aby coraz bardziej stanowczo, przez wcielanie dobra i rozjaśnianie prawdy, broń największa, jedyna, ostateczna, to jest m ę c z e ń s t w o, uniepotrzebniało się na ziemi”.

KONFERENCJA V

Straszna dla sił ciemności
Niewiasta, której Potomek zmiażdżył łeb Smokowi

Niezwykłe treści kryją w sobie te pozornie proste słowa, jakie Elżbieta wypowiedziała do Maryi: „Błogosławiona jesteś między niewiastami”! Słowa te pochodzą ze Starego Testamentu. Dwa razy zostały tam wypowiedziane, oba razy w znamiennych okolicznościach. Mianowicie w jednym i drugim przypadku tymi słowami uczczone zostały kobiety, które miały odwagę z narażeniem własnego życia zabić wodza wojsk nieprzyjacielskich, śmiertelnie zagrażających ludowi Bożemu.

Po raz pierwszy na słowa te – błogosławiona jesteś między niewiastami! – zasłużyła dzielna Jael, która zwabiła do swojego namiotu Siserę, wodza wojsk kananejskich, a kiedy ten zasnął, zmiażdżyła mu głowę palem od namiotu. Czytamy w Księdze Sędziów, że Debora i Barak śpiewali potem: „Niech Jael będzie błogosławiona wśród niewiast, wśród niewiast żyjących w namiotach niech będzie błogosławiona” (Sdz 5,24).

Drugi raz na podobne słowa zasłużyła sobie dzielna Judyta. Oblężone przez nieprzyjaciół miasto już padało z wycieńczenia i wszyscy utracili nadzieję na jego ocalenie. Wtedy Judyta uzbroiła się wiarą w moc Bożą, udało się jej dotrzeć do wodza wojsk nieprzyjacielskich, Holofernesa, i wróciła do miasta z jego głową w worku. Ozjasz, jeden z przywódców oblężonego miasta, błogosławił wówczas Judytę: „Błogosławiona jesteś, córko, przez Boga Najwyższego spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi” (Jdt 13,18).

Po raz trzeci te słowa – błogosławiona jesteś między niewiastami – wypowiedziane zostały właśnie do Maryi. Dlaczego właśnie do Niej – do cichej i skromnej Dziewczyny z Nazaretu – skierowano słowa, na które dotąd zasłużyły sobie jedynie dzielna Jael i dzielna Judyta, które uderzeniem w głowę uśmierciły wodza nieprzyjaciół i uchroniły w ten sposób lud Boży od śmiertelnego zagrożenia? Mimo woli nasuwa się pytanie: Gdzież ten wódz nieprzyjaciół, przed którym obroniła nas Maryja, skoro Elżbieta błogosławi Ją tymi samymi słowami, na które zasłużyła pogromczyni Sisery, Jael, oraz Judyta, która zadała śmiertelny cios Holofernesowi?

Otóż Maryję Bóg powołał do walki już nie z jakimś tam Siserą czy Holofernesem. Maryję Bóg postawił przeciwko temu naszemu nieprzyjacielowi, który doprowadził do grzechu naszych prarodziców. To właśnie o Niej mówi proroctwo (nieraz nazywane protoewangelią), jakie znajduje się niemal na samym początku Pisma Świętego, w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju, proroctwo wypowiedziane przeciwko szatanowi: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a Niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a Potomstwo Jej: Ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15).

Warto przypomnieć, że również sam Pan Jezus wskazał na swoją Matkę, że to właśnie Ona jest tą Niewiastą, która została obiecana nam zaraz po upadku naszych prarodziców – On sam zaś jest tym Potomkiem Niewiasty, który miał zmiażdżyć, i rzeczywiście zmiażdżył, głowę naszemu największemu i ostatecznemu nieprzyjacielowi. To właśnie dlatego w dwóch kluczowych momentach swojego życia – mianowicie w Kanie Galilejskiej, na samym początku swojej publicznej działalności, oraz u jej końca, kiedy był już przybity do krzyża – Jezus mówi do swojej Matki: „Niewiasto”. W ustach innego syna i w odniesieniu do innej matki to słowo mogłoby nawet wyrażać brak szacunku. Ale Maryja jest Niewiastą w najwyższym tego słowa znaczeniu, błogosławioną między niewiastami, wybraną przez Boga do walki przeciwko Wężowi starodawnemu, naszemu największemu wrogowi. Wyraz „Niewiasta”, wypowiedziany przez Jezusa do własnej Matki, wyraża jedyne w dziejach świata powołanie, do jakiego Maryja została wezwana.

Nowa Ewa

Zauważmy, bo to naprawdę intrygujące: Dlaczego pierwsza w Piśmie Świętym zapowiedź Zbawiciela tak koncentruje się na Jego Matce?: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a Niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a Potomstwo Jej”. I drugi szczegół zauważmy: mówi się tu o Potomstwie, nie tylko o Potomku.

W liście apostolskim Mulieris dignitatem, 11, święty Jan Paweł II przywołuje tu wczesnochrześcijańską intuicję, że proroctwo to jest zapowiedzią nowej ludzkości. Już apostoł Paweł napisał, że Zbawiciel jest nowym Adamem: „Jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni. Stał się pierwszy człowiek , Adam, duszą żyjącą, a ostatni Adam duchem ożywiającym” (1 Kor 15,22.45). Kim zaś będzie ta nowa ludzkość, zostanie to później wyjaśnione w prologu Ewangelii Jana: To ci, „którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili”.

Ponieważ sam przedwieczny Syn Boży miał stać się nowym Adamem – ażeby zostać człowiekiem i jednym z nas, miał się narodzić z Niewiasty, z nowej Ewy. Inaczej niż w przypadku pierwszej pary ludzkiej, tym razem było odwrotnie: pierwsza Ewa została ukształtowana z ciała pierwszego Adama, natomiast nowy Adam przyjął ciało z nowej Ewy. To dlatego protoewangelia, czyli pierwsza zapowiedź Zbawiciela, tak bardzo akcentuje obecność Niewiasty, Jego Matki, w zwycięstwie nad siłami zła.

„Ewa – uczy Jan Paweł II we wspomnianym liście apostolskim – jako matka wszystkich żyjących jest świadkiem biblijnego początku, w którym zawiera się prawda o stworzeniu człowieka na obraz i podobieństwo Boga, i prawda o grzechu pierworodnym. Maryja jest świadkiem nowego początku i nowego stworzenia. Więcej, Ona sama, jako pierwsza odkupiona w dziejach zbawienia, jest nowym stworzeniem: jest łaski pełna. Trudno byłoby pojąć, dlaczego słowa protoewangelii tak mocno uwydatniają Niewiastę, gdyby się nie przyjęło, że w Niej ma swój początek nowe i ostateczne Przymierze Boga z ludzkością, Przymierze w odkupieńczej Krwi Chrystusa”.

Zło nie jest partnerem dobra

W encyklice Redemptoris Mater, 11, medytując nad tym samym proroctwem, Jan Paweł II zauważa: „Zwycięstwo Syna Niewiasty nie dokona się bez ciężkiej walki, która ma wypełnić całe ludzkie dzieje. Nieprzyjaźń zapowiedziana na początku, zostaje potwierdzona w Apokalipsie, która jest księgą spraw ostatecznych Kościoła i świata, gdzie znowu powraca znak Niewiasty, tym razem . Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia”.

Nie sądźmy jednak, że Syn Boży w tym celu stał się jednym z nas, żeby stanąć do walki z siłami ciemności. Dla Syna Bożego zły duch nie jest żadnym partnerem do walki. Samo Jego pojawienie się wzbudzało lęk w duchach nieczystych (por. Mt 8,29). Ewangelia powiada, że On po prostu „wypędzał je słowem” (Mt 8,16; 9,33), „rozkazywał im surowo” (Mk 1,25), „uzdrawiał opętanych” (Mt 12,22; 4,24). Jeden raz nawet wypędził złego ducha z dziewczyny przebywającej gdzieś daleko, na samą tylko prośbę jej matki (Mk 7,29).

Owszem, Pan Jezus podjął wezwanie do walnej rozprawy, jakie w Wielki Piątek rzucił Mu szatan. Jezus z własnej woli zgodził się wówczas wyjść naprzeciw tej nienawiści, niesprawiedliwości, okrucieństwu, szyderstwom i całej złej woli, których tyle na naszej ziemi, a które w Wielki Piątek rozszalały się na górze Golgota. Zło postanowiło wówczas pokazać, że to ono rządzi naszym światem. Postanowiło udowodnić, że o miłości mogą sobie ludzie mówić, ale ostatecznym horyzontem ludzkiego losu i tak jest rozpacz i przekleństwo.

Otóż ukrzyżowany Jezus z szatanem wcale nie walczył. On wtedy po prostu był sobą. Nawet w straszliwych cierpieniach, wśród szyderstw ze strony otaczających Go wrogów, doświadczając niewyobrażalnych ciemności, z wnętrza których wołał: „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” – Jezus był cały ogarnięty miłością. Nawet za własnych morderców się modlił. Ostatecznie udowodnił, że jednak miłość jest większa, że jest większa bezapelacyjnie. Rany, jakie po swoim zmartwychwstaniu Jezus pokazał swoim uczniom, są dowodem nie tylko Jego do nas miłości, ale zarazem są dowodem, że cały ten cyklon zła, który podniósł się przeciwko Niemu w Wielki Piątek, był bezsilny wobec Jego miłości.

Odtąd sama obecność Pana Jezusa wzbudza w złych duchach panikę. Przeczytajmy zapis świętej siostry Faustyny z 9 sierpnia 1934 roku: „Po skończonej adoracji, w połowie drogi do celi obstąpiło mnie mnóstwo psów czarnych, wielkich, skacząc i wyjąc, chcąc mnie poszarpać w kawałki. Spostrzegłam, że nie są to psy, ale szatani. Jeden z nich przemówił ze złością: Za to, żeś nam odebrała tej nocy tyle dusz, to my cię poszarpiemy w kawałki. – Odpowiedziałam, że jeżeli taka jest wola Boga najmiłosierniejszego, to szarpcie mnie w kawałki, bo na to słusznie zasłużyłam, bo jestem najnędzniejsza z grzeszników, a Bóg jest zawsze święty, sprawiedliwy i nieskończenie miłosierny. – Na te słowa odpowiedzieli wszyscy razem szatani: Uciekajmy, bo nie jest sama, ale jest z nią Wszechmocny. – I znikły jako pył, jako szum z drogi, a ja spokojnie, kończąc Te Deum, szłam do celi rozważając nieskończone i niezgłębione miłosierdzie Boże”.

Przypomnijmy jeszcze jedną opowieść o straszliwej potędze szatana, ale zarazem jego bezsile wobec tych, którzy należą do Chrystusa. Jest to starochrześcijańska opowieść o apostole Bartłomieju. Mianowicie kiedy zmartwychwstały Chrystus objawił się apostołom, Bartłomiej poprosił Go: "Panie, pokaż nam tego nieprzyjaciela ludzi – on musi być straszny, skoro doprowadził do tego, że Ciebie ukrzyżowano". Na co Pan Jezus: "Nie wiesz, o co prosisz". Wtedy jednak inni apostołowie zaczęli Go prosić: "Panie, pokaż go nam, pokaż". "Sami tego chcecie" – powiedział Jezus i dał rozkaz, żeby diabła przyprowadzić. Pięciuset sześćdziesięciu aniołów wprowadziło potężną, zionącą ogniem bestię, związaną ognistymi sznurami. Apostołowie są przerażeni. Wtedy Pan Jezus każe Bartłomiejowi: "Zbliż się do tej bestii i postaw stopę na jej karku". Na to Bartłomiej: "Wybacz, Panie Jezu, nie wiedziałem, o co Cię proszę!" A Pan Jezus: "Postaw stopę!" Kiedy Bartłomiej zbliżył się do bestii, diabeł przemienił się w trzęsącą się ze strachu galaretę.

Opowieść ta wyraża wielką prawdę na temat szatana. Nie wolno nam lekceważyć tego nieprzyjaciela, bo jest on potężny, a inteligencją na pewno mu nie dorównamy. Zarazem – jeśli trzymamy się mocno Pana Jezusa – nie bójmy się go. Niech raczej on nas się boi!

Straszliwa, jak wojsko uszykowane do boju”

Pan Jezus jest Zwycięzcą śmierci, piekła i szatana – zrozumiałe zatem, ze słudzy ciemności starannie Go unikają. Ale one uciekają nawet przed świętą Faustyna czy świętym Bartłomiejem, a nawet przede mną i przed tobą, ilekroć prawdziwie możemy powtórzyć za apostołem Pawłem: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). O ileż bardziej diabeł i jego aniołowie muszą się lękać świętości Matki Najświętszej – niepokalanej od pierwszego momentu swojego istnienia, najdosłowniej bezgrzesznej, dziewiczej Matki Syna Bożego! W jak wielką panikę muszą popadać duchy nieczyste, ilekroć poczują obecność tej Jedynej, która na Kalwarii całą sobą włączała się w ofiarę, jaką Jej Syn składał za grzechy całego świata!

W Pieśni nad pieśniami aż dwukrotnie zachwyty nad urodą Oblubienicy kończą się uwagą, że jest ona „groźna jak zbrojne zastępy” (Pnp 6,4 i 10). Św. Hieronim oddał ten zwrot jeszcze mocniej: że jest ona „straszliwa, jak wojsko uszykowane do boju” (terribilis ut castrorum acies ordinata). Ten motyw pobożności maryjnej, dawniej bardzo popularny, dzisiaj wydaje się raczej zapomniany. Wystarczy pod tym kątem przeglądać staropolskie pieśni i kazania maryjne, a znajdziemy takie sformułowania że „nieprzyjaciół samym Imienia Twojego wezwaniem odpędzasz”, że „jak morze czerwone zatopiło faraona z całym wojskiem jego, tak Ty, o Matko, zatapiasz nieprzyjaciół dusz naszych”, że „siły potężne piekielne sama łamiesz, a nas, sługi Twoje, w bezpieczeństwie i całości zachowujesz”, itp.

Kilkanaście lat po zwycięskiej obronie Jasnej Góry ukazał się duży poemat pt. Oblężenie Jasnej Góry Częstochowskiej, w którym Pani Jasnogórska przedstawiona jest jako groźna Bojowniczka, straszliwa dla tych, którzy chcą skrzywdzić jej dzieci. Oto Matka Boska jakby zstępuje z obrazu i obchodzi mury swojej oblężonej przez Szwedów twierdzy:



Nic nie mówiła, a przecie tak sroga

Była i taka od Jej twarzy trwoga

Na wojsko biła, że drudzy padali

I od Jej wzroku zaraz umierali;

Drudzy twarz, kędy chodziła schylali

Albo czapkami oczy zasłaniali.

Nie jedyna to forma Jej potężnej interwencji. W utworze wykorzystany został na przykład popularny w ikonografii motyw opiekuńczego płaszcza, którym Matka Boża osłaniała oblężonych:



A gdzie najbardziej strzelano z armaty,

Tam zasłaniała ściany krajem szaty.

Ani z żelaza ni z miedzi ulane

Ni z dyamentu baszty wykowane

Nigdy takowej twardości nie miały,

Jak te, które się szaty dotykały

Niebieskiej Pani, pod którą w pokoju

Stały i najmniej nie bały się boju.

Co więcej, Maryja stała się wówczas w wyobraźni anonimowego autora tego poematu Bojowniczką, która czynnie włączyła się do walki. Ujęcie takie umożliwiło poecie jego założenie, że walka oblężonych ze Szwedami była starciem sił dobrych z mocami zła:



Gniewliwa, straszna, i tak wykrącała

Mieczem, jakoby obóz wyciąć chciała;

Twarzą groziła, a z miecza błyskały

Ognie tak wielkie; że świat oświecały.

Za każdym machem tak się wszystkim zdało,

Jakby się niebo jasne otwierało,

A kędy tylko końcem sztych podała,

Chociaż z daleka, choć się nie tykała

Namniej ich ciała, od strachu padali

I bez zadanej rany umierali.

Potop szwedzki był wydarzeniem proroczym, w którym Polacy na całe wieki otrzymali wytyczną postępowania na sytuacje po ludzku beznadziejne. Dopóki trwa Jasna Góra, ta polska arka Noego, nie wolno nam wątpić w ratunek i odrodzenie




1   2   3   4   5


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna