303 wpp, Konferencje, Jacek Salij op



Pobieranie 215.49 Kb.
Strona5/5
Data07.05.2016
Rozmiar215.49 Kb.
1   2   3   4   5

KONFERENCJA VIII

Najważniejsza modlitwa maryjna
Trudno nawet sobie wyobrazić, żeby człowiek wierzący się nie modlił. Podobnie jak nasze płuca powietrza, tak samo nasza wiara potrzebuje modlitwy. Jeśli modlimy się mało i byle jak, nasz wiara więdnie i staje się bylejaka. „Byłoby błędem sądzić – pisał św. Jan Paweł II w liście apostolskim wydanym na początek trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa (Novo millennio ineunte, 34) – że zwyczajni chrześcijanie mogą się zadowolić modlitwą powierzchowną, która nie jest w stanie wypełnić ich życia. Zwłaszcza w obliczu licznych prób, na jakie wystawiona jest wiara w dzisiejszym świecie, byliby oni nie tylko chrześcijanami połowicznymi, ale nawet ich wiara byłaby zagrożona. Znaleźliby się w niebezpiecznej sytuacji, która prowadzi stopniowo do osłabienia wiary, i w końcu mogliby ulec urokowi różnych namiastek, wybierając którąś z innych religii, czy oddając się wręcz jakimś osobliwym zabobonom”.

Różaniec w życiu i nauczaniu św. Jana Pawła II

Święty Papież przede wszystkim sam modlił się dużo i na modlitwę czasu nie żałował. Nie ograniczał się do codziennej mszy świętej i odmawiania liturgii godzin, potocznie nazywanej brewiarzem. Szczególnie wiele czasu poświęcał Jan Paweł II na adorację eucharystyczną i modlitwę różańcową. Do jednej i drugiej modlitwy wielokrotnie zachęcał zarówno wiernych, jak pasterzy. Wczytując się w te jego zachęty, wiele możemy dowiedzieć się, jak on sam obie te modlitwy przeżywał. Teraz przypatrzmy się temu, w jaki sposób św. Jan Paweł II zachęcał nas do modlitwy różańcowej.

Na pytanie, dlaczego tak często nawołuje nas, żebyśmy modlili się na różańcu, sam Jan Paweł II odpowiedział następująco: „by zachęcić do kontemplowania oblicza Chrystusa w towarzystwie i w szkole Jego Najświętszej Matki. Odmawiać różaniec to bowiem nic innego, jak kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa” (Rosarium Virginis Mariae, 3).

„Najważniejszym motywem – kontynuuje święty Papież – by zachęcić z mocą do odmawiania różańca, jest fakt, że stanowi on bardzo wartościowy środek, sprzyjający podejmowaniu we wspólnocie wiernych tego wysiłku kontemplacji chrześcijańskiego misterium, który stanowi prawdziwą pedagogikę świętości, której podłożem powinno być chrześcijaństwo wyróżniające się przede wszystkim sztuką modlitwy. Kiedy we współczesnej kulturze, mimo tak licznych sprzeczności, pojawia się nowa potrzeba duchowości, pobudzana również przez wpływ innych religii, bardziej niż kiedykolwiek przynagla wezwanie, by nasze wspólnoty chrześcijańskie stały się prawdziwymi szkołami modlitwy. Różaniec należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej. Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd czy , która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (tamże, 5).

Kiedy 7 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II przyjechał do Ludźmierza na Podhalu, modlitwie różańcowej poświęcił wówczas całą homilię. Modlimy się na różańcu – powiedział wtedy – „aby od Maryi uczyć się miłości do Chrystusa”. Różaniec jest niewątpliwie najlepszą szkołą takiej miłości, „rozważając bowiem tajemnice różańcowe patrzymy na misterium życia, męki, śmierci i zmartwychwstania Pana Jej oczyma, przeżywamy je tak, jak Ona w swym matczynym sercu je przeżywała”. Z drugiej natomiast strony – i na tym polega szczególna wielkość modlitwy różańcowej – „odmawiając różaniec, rozmawiamy z Maryją, powierzamy Jej ufnie wszystkie nasze troski i smutki, radości i nadzieje. Prosimy o to, by pomagała nam podejmować Boże plany i by wypraszała dla nas łaskę u swojego Syna”.

Pasterze Kościoła jako pierwsi eksperci i promotorzy różańca

Sześć lat wcześniej, 2 czerwca 1997 r. – w dniu beatyfikacji biskupa przemyskiego, Józefa Sebastiana Pelczara – nawiedzając jego przemyską katedrę, św. Jan Paweł II przedstawił go jako męża wielkiej modlitwy i biskupa rozmiłowanego w modlitwie różańcowej. Święty Papież cytuje biskupa Pelczara, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że słowa te odnoszą się również do niego, do papieża z rodu Polaków. Przypomnijmy szczególnie znamienny fragment tamtej wypowiedzi: „Duchowość nowego błogosławionego była zrośnięta z nabożeństwem do Matki Bożej. Często , a różaniec uważał za ciągle aktualną modlitwę człowieka.


".

W adhortacji Pastores gregis na temat obowiązków biskupa w Kościele katolickim św. Jan Paweł II napisał, iż w ogóle każdego biskupa powinna cechować głęboka pobożność maryjna, znakomitym zaś narzędziem w jej utrwalaniu i pogłębianiu jest właśnie modlitwa różańcowa. Ponieważ każdy biskup powinien być promotorem tej modlitwy, rozumie się samo przez się, że najpierw sam powinien być w niej ekspertem. Warto zauważyć, że właśnie w tej adhortacji skierowanej do biskupów Jan Paweł II odmawianie różańca nazwał „kompendium Ewangelii”. Powód, dla którego Janowi Pawłowi II tak zależało na tym, ażeby wszyscy biskupi byli ekspertami w zakresie modlitwy różańcowej, jest jasny: Właśnie biskupi mogą szczególnie wiele przyczynić się do tego, ażeby różaniec stał się codzienną modlitwą możliwie wszystkich katolików.

Omówiona przed chwilą wypowiedź z adhortacji Pastores gregis zasługuje na to, ażeby ją jeszcze zacytować: „Jest zadaniem biskupa sprawić, aby liturgia jawiła się zawsze jako przykład, źródło inspiracji, stały punkt odniesienia i ostateczny cel pobożności maryjnej Ludu Bożego. W świetle tej zasady, biskup również pielęgnuje swoją osobistą i wspólnotową duchowość maryjną poprzez pobożne ćwiczenia zatwierdzone i polecane przez Kościół, szczególnie zaś poprzez odmawianie owego kompendium Ewangelii, jakim jest Różaniec święty. Będąc ekspertem w tej modlitwie, całkowicie skoncentrowanej na kontemplacji zbawczych wydarzeń z życia Chrystusa, z którymi ściśle złączona była Jego święta Matka, każdy biskup jest zaproszony, aby być także jej gorliwym promotorem” (Pastores gregis, 14).

Różaniec świętych

Jak powszechnie wiadomo, w ciągu długich lat swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II rozdał bezmiar różańców i z całą pewnością popularność modlitwy różańcowej ogromnie na tym zyskała. W związku z tym warto przypomnieć niezwykle piękne wyjaśnienie symboliki koronki różańcowe, jakie Papież Polak umieścił pod koniec swojego listu o różańcu:



36. Tradycyjnie do odmawiania różańca używa się koronki. W najbardziej powierzchownej praktyce staje się ona często przedmiotem, który służy po prostu do odliczania kolejnych Zdrowasiek. Służy ona jednak również wyrażeniu symboliki, która może nadać kontemplacji nową treść. W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca.

Jako pomoc w liczeniu, wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej. Bł. Bartłomiej Longo widział w niej również <łańcuch> łączący nas zBogiem. Owszem, łańcuch, ale łańcuch słodki; taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. Synowski łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, służebnicą Pańską, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się dla naszej miłości (por. Flp 2, 7). Piękne jest także rozciągnięcie symbolicznego znaczenia koronki na nasze wzajemne odniesienia – przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem.

Wspomniany przed chwilą bł. Bartłomiej Longo już raz był w tym liście o różańcu się pojawił. Wymienił go święty Papież, kiedy przypomniał, że „niezliczona rzesza świętych znalazła w różańcu autentyczną drogę uświęcenia”: „8. Wystarczy wspomnieć św. Ludwika Marię Grignion de Montfort, autora cennego dzieła o różańcu, a bliżej naszych czasów Ojca Pio z Pietrelciny, którego dane mi było niedawno kanonizować. Szczególny zaś charyzmat, jako prawdziwy apostoł różańca, miał bł. Bartłomiej Longo. Jego droga świętości oparta była na natchnieniu, jakie usłyszał w głębi serca: . Na tej podstawie czuł się powołany do zbudowania w Pompei świątyni pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej na tle ruin starożytnego miasta, do którego zaledwie zdążyła dotrzeć nauka chrześcijańska, zanim zostało pochłonięte w 79 roku przez erupcję Wezuwiusza, a które po wiekach wyłoniło się ze swych prochów, dając świadectwo o światłach i cieniach cywilizacji klasycznej”.

W tym miejscu aż się prosi o to, żeby przypomnieć, jakie dwa rysy Matki Teresy z Kalkuty wydobył św. Jan Paweł II w homilii, jaką wygłosił podczas jej beatyfikacji: „Bardzo wymownie przedstawia to obraz ukazujący nową błogosławioną, która jedną ręką trzyma dziecko, a w drugiej przesuwa paciorki różańca. Kontemplacja i działanie, ewangelizacja i promocja człowieczeństwa; Matka Teresa głosi Ewangelię swoim życiem w całości ofiarowanym ubogim, ale jednocześnie w całości spowitym w modlitwie”.

Szczególnym potwierdzeniem znaczenia modlitwy różańcowej są ci uprzywilejowani świadkowie wiary, których śmierć męczeńską spodobało się Opatrzności Bożej powiązać z różańcem. Zacznijmy od pierwszego wyniesionego do chwały ołtarzy Cygana, bł. Zefiryna Gimenez Malla, którego św. Jan Paweł II beatyfikował w roku 1997 wśród innych ofiar rewolucji hiszpańskiej z roku 1936. został on skazany na śmierć w okolicznościach następujących. Kiedy czerwona Hiszpania szalała nienawiścią do wszystkiego co katolickie, Zefiryn ujął się za prowadzonym na rozstrzelanie młodym księdzem, którego całą winą było tylko to, że był księdzem. Było to w Barbastro pod koniec czerwca 1936 r. Rzecz jasna, Zefiryn tyle tylko osiągnął, że sam został aresztowany. „Gdy jeszcze znaleziono w jego kieszeni różaniec, jego los był przesądzony. Jeden z milicjantów, który znał Zefiryna jako dobrego człowieka, próbował go ratować, prosząc o dyskretne oddanie różańca w jego ręce. Zefiryn pozostał jednak wierny swoim przekonaniom. Odważnie wyznał wiarę, godząc się na więzienie i śmierć. W więzieniu modlił się na różańcu i pocieszał innych (Zygmunt Podlejski, Sól ziemi i światłość świata. Święci i błogosławieni wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II, Kraków 2000, Wydawnictwo Księży Sercanów,. t. 4 s. 211).

Dwóch jednoznacznych bohaterów różańca znajduje się w grupie 108 męczenników z czasów II wojny światowej, których Jan Paweł II beatyfikował w Warszawwie 13 czerwca 1999 r. Pierwszy z nich, ks. Władysław Demski z Inowrocławia, został z powodu różańca zatłuczony na śmierć 26 maja 1940 roku w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. A było to tak: Kiedy przypadkowo wypadł mu z kieszeni różaniec, esesmani kazali mu go podeptać. Kiedy ks. Władysław odmówił, Niemiec rzucił różaniec w błoto i kazał go księdzu pocałować. Ksiądz ukląkł i odszukał wargami krzyżyk różańca, co wywołało wściekłość strażników. Pobili go na śmierć i jeszcze próbowali się bawić nad ciałem męczennika.

Z kolei w Oświęcimiu, 4 lipca 1942 roku, poniósł śmierć inny męczennik różańcowy, ks. Józef Kowalski, salezjanin. Za odmowę podeptania różańca został pobity i przeniesiony do obozowej kompanii karnej. Kiedy kazano mu wejść na beczkę i wygłosić kazanie, ksiądz Józef „spokojnym głosem odmówił Ojcze nasz, Pod Twoją obronę i Witaj Królowo. Kapo Karl Langenhagen zepchnął go z beczki i skopał niemiłosiernie. Ksiądz Józef wrócił do baraku i modlił się, przeczuwając najgorsze. Po jakimś czasie zjawił się kapo Józef Mitas i zabrał go ze sobą. Ksiądz Kowalski oddał koledze ostatnią kromkę chleba i poprosił, żeby pomodlić się za niego i prześladowców. Został zmasakrowany i utopiony w beczce z fekaliami” (Z. Podlejski, dz.cyt., t. 5 s. 226).

To jeszcze dodajmy na koniec, że św. Jan Paweł II był wielkim czcicielem Matki Bożej Fatimskiej, która podczas pierwszej wojny światowej wzywała narody świata do pokuty oraz zachęcała do modlitwy różańcowej. Punktualnie w rocznicę jej objawień – 13 maja 1981 r. – miał miejsce pamiętny zamach, ocalenie z którego święty Papież przypisywał opiece Matki Bożej Fatimskiej. Natomiast szesnaście lat później – 13 maja 2000 r. – Jan Paweł II beatyfikował Franciszka i Hiacyntę Marto, dzieci fatimskie, które Matka Najświętsza nierozerwalnie związała z modlitwą różańcową.
KONFERENCJA IX

Wniebowzięta
Hipoteza archeologiczna

Święto wniebowzięcia Matki Bożej zostało ustanowione dopiero pod koniec VI wieku i błyskawicznie, w ciągu jednego pokolenia, stało się najważniejszym świętem maryjnym, przyćmiewając znaczenie dwóch innych istniejących wówczas świąt ku czci Maryi. Fakt ten od dawna stanowił pasjonującą zagadkę dla historyków liturgii. Rewelacyjne światło na tę zagadkę rzuciły wykopaliska archeologiczne przeprowadzone w roku 1972 przez B Bagattiego w jerozolimskim kościele Getsemani, uważanym tradycyjnie za miejsce pogrzebania Matki Jezusa.

Niewielki kościółek stanął tam dopiero na początku V wieku, zastąpiony bazyliką wybudowaną pod koniec wieku VI przez cesarza Maurycjusza. Ale co najważniejsze: grób, znajdujący się w tym kościele, wykuty w skale, pochodzi z I wieku ery chrześcijańskiej i nie udało się w nim stwierdzić żadnych śladów zwłok ludzkich. Jak wytłumaczyć ten zdumiewający fakt, że na małym cmentarzyku mógł przez całe pokolenia stać grób, w którym nigdy nikogo nie pogrzebano? Jak wykazuje Bagatti, grób ten odpowiada dokładnie opisowi grobu, jaki znajduje się w syryjskim apokryfie z II-III wieku, relacjonującym wniebowzięcie Maryi.

Bagatti, starannie wykorzystując wszelkie wzmianki związane z tym tematem, jakie zachowały się w starożytnych źródłach, proponuje następującą rekonstrukcję wydarzeń. Prawdopodobnie jeszcze za życia Maryi jakiś chrześcijanin przygotował dla niej grób w skale. Miejsce zostało wybrane idealnie. Właśnie tam, do Getsemani, Jej Syn przychodził często wraz ze swymi uczniami na modlitwę i właśnie tam pocił się krwawo w wieczór swojego aresztowania.

Po swojej śmierci Maryja została prawdopodobnie złożona właśnie w tym grobie. Wkrótce potem grób stał się miejscem tajemniczych wydarzeń, których rdzeniem był absolutnie empiryczny fakt, że ciała Maryi w grobie już nie było. Chrześcijanie jerozolimscy zapewne głęboko przeżyli te wydarzenia, zaś ów grób uczynili miejscem kultu. Świadczyłby o tym fakt, że w grobie tym przez całe pokolenia już nikogo nie pogrzebano.

To, że mimo kultu nie wybudowano na tym grobie żadnego kościoła oraz że milczą na ten temat najstarsi chrześcijańscy pisarze, Bagatti objaśnia bardzo prosto: Miejsce to (podobnie zresztą jak Wieczernik, o którym również milczą starożytne źródła) znajdowało się przez parę pierwszych stuleci – zapewne z jakąś przerwą po roku 132, tzn. po powstaniu Bar Kochby, ale wtedy było ono miejscem niczyim – w rękach chrześcijan pochodzenia żydowskiego, którzy nigdy na grobach nie budowali kościołów i wobec których wielki Kościół, Kościół pochodzący z pogan, zachowywał daleko idącą rezerwę, niekiedy uważając ich nawet za sekciarzy.

Otóż właśnie na początku V wieku miejsce to znalazło się pod zarządem wielkiego Kościoła. W rezultacie nie tylko szybko pojawił się tu kościółek, ale przede wszystkim ogromnie wzrosło zainteresowanie wiernych tajemnicą wniebowzięcia Maryi. Późniejsze oficjalne ustanowienie święta zostało poniekąd wymuszone przez ówczesną świadomość ludu Bożego i tu prawdopodobnie leży rozwiązanie zagadki, dlaczego tak błyskawicznie święto to osiągnęło w Kościele tak wielką rangę.

Krótko na temat dogmatu o wniebowzięciu Matki Najświętszej

Dogmat o wniebowzięciu Matki Bożej ogłosił papież Pius XII, 1 listopada 1950 r. Cztery i pół roku wcześniej, w encyklice Deiparae Virginis Mariae, papież zwrócił się do całego Kościoła, a zwłaszcza do biskupów i wydziałów teologicznych, z zapytaniem – jak o tym mówił Jan Paweł II 2 lipca 1997 r. – „czy jest możliwe i wskazane ogłoszenie Wniebowzięcia Maryi z duszą i ciałem jako dogmatu wiary. Spotkało się to z bardzo pozytywnym odzewem: jedynie 6 z 1181 odpowiedzi wyrażało pewne wątpliwości co do charakteru objawionego tej prawdy”.

Kogoś może dziwić kilkuletnia i obejmująca cały Kościół konsultacja doktrynalna w sprawie, która przecież już wtedy była w Kościele oczywista. Bo przecież już od kilkunastu wieków w Kościele zarówno wschodnim jak zachodnim ta prawda wiary była przedmiotem uroczystego święta. Mianowicie 15 sierpnia od dawien dawna obchodzono święto – jak je nazywano w Kościele wschodnim – zaśnięcia Bogurodzicy Dziewicy, w Kościele zachodnim częściej nazywane świętem Jej wniebowzięcia. Za chwilę spróbujemy pokazać, jak wspaniale się te dwie nazwy uzupełniają.

Warto wiedzieć, że analogiczną konsultacje doktrynalną przeprowadził w całym Kościele papież bł. Pius IX przed ogłoszeniem dogmatu o niepokalanym poczęciu Matki Bożej. Pamiętajmy o tych faktach, bo inaczej trudno nam będzie zrozumieć, że papież jest szczególnym sługa wiary Kościoła i temu zadaniu jest całkowicie podporządkowana jego nauczycielska nieomylność.

Śmierć Maryi nie miała w sobie nic pokutnego, nic z kary za grzech, nie wiązała się też z żadnym bólem ani lękiem. Była bardziej podobna do zaśnięcia niż do śmierci. mówił o tym bardzo głęboko św. Jan Paweł II w katechezie z 25 czerwca 1997 r.: „Ojcowie Kościoła przedstawiają śmierć Maryi jako wydarzenie miłości, które doprowadziło Ją do spotkania z Boskim Synem, by dzielić Jego nieśmiertelne życie. U kresu ziemskiej egzystencji doświadczyła Ona podobnie jak Paweł, a nawet bardziej niż on, pragnienia odłączenia się od ciała, by być na zawsze z Chrystusem (por. Flp 1,23). Doświadczenie śmierci wzbogaciło osobę Maryi Panny: mając udział w powszechnym losie ludzi, potrafi Ona z większą skutecznością otaczać swym duchowym macierzyństwem tych, którzy przeżywają ostatnią godzinę życia”.

Wsłuchajmy się jeszcze w refleksję na ten temat wielkiej XX-wiecznej mistyczki, Adrianny von Speyr: „Dla Maryi śmierć nie oznacza spełnienia się kary jako nieuchronnej konsekwencji grzechu. Ani jeden moment nie oddziela jej śmierci od szczęścia wieczności. Maryi nie czeka sąd, chwila śmierci przechodzi bezpośrednio w chwilę wniebowzięcia. Ona nie potrzebuje oczyszczenia, nawrócenia, wyroku Bożego oddzielenia dobra od zła. Taka, jaką jest, może wejść do nieba. Ojciec, czyniąc z tego dar dla Syna, przyjmuje w niebie Jego Matkę, tak jak przyjął Go wstępującego do nieba. Wzięta jest do nieba z tym ciałem, dzięki któremu stała się na ziemi Pośredniczką łaski. Sama jest bez winy, tak jak bez winy jest Jej Syn, umierający na krzyżu. Lecz Matka umiera nie tylko we wspólnocie z innymi, ale też we wspólnocie z Synem, w więzi z Nim, uczestnicząc w Jego misji”.



Już teraz zbawiona cała i bez reszty

Maryja jest pierwszym człowiekiem, który przyjął Chrystusa Zbawiciela naprawdę całym sobą i bez reszty. Sam Bóg ją do tego uzdolnił – przygotowując ją na Matkę swojego Syna, uczynił ją świętą i niepokalaną, wolną od najmniejszego grzechu. Toteż ona, Matka Zbawiciela, jest zarazem pierwszym człowiekiem, który dostąpił zbawienia cały i bez reszty, z duszą i ciałem. Nie godziło się, ażeby to ciało, z którego narodził się sam Syn Boży, Stwórca nieba i ziemi, pozostało w grobie i doznało rozkładu.

Takim właśnie zbawieniem, całkowitym, z duszą i ciałem, Bóg zamierza obdarzyć nas wszystkich. Nie tylko w naszych duszach będziemy oglądać Boga twarzą w twarz, również nasze ciała zostaną kiedyś wskrzeszone i obdarzone niewyobrażalną teraz dla nas bliskością z Bogiem. Nie po to Bóg karmi nas teraz Eucharystią, Ciałem swojego Jednorodzonego Syna, ażeby ciała nasze miały zakończyć swoje bytowanie w chwili naszego zgonu. Wprawdzie stanie się to dopiero w Dniu Ostatecznym, ale nawet ciała nasze dostąpią zbawienia. Jak czytamy w Liście do Filipian (3,21), Jezus Chrystus „przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować”.

Zatem prawda o wniebowzięciu Matki Bożej z jednej strony napełnia nas radością i dziękczynieniem Bogu Wszechmogącemu za to, że tak wielkie rzeczy uczynił Maryi. Świętując jej wniebowzięcie, przyłączamy się do wszystkich poprzednich pokoleń Kościoła, które błogosławiły Maryję za jej macierzyńską posługę wobec naszego Zbawiciela oraz gratulowały jej tego, że spoczęła na niej tak wielka miłość Boża. Zarazem jednak wniebowzięcie Maryi stanowi wspaniałą obietnicę i gwarancję, jaką Bóg składa nam wszystkim całemu Kościołowi – że my wszyscy, cały święty Kościół Boży, w dniu powszechnego zmartwychwstania staniemy przed Chrystusem jako prawdziwa oblubienica Baranka. Staniemy wówczas przed Chrystusem – żeby przypomnieć sformułowania Listu do Efezjan (5,27) – jako Kościół chwalebny, nie mający już żadnej skazy ani zmarszczki ani żadnej niedoskonałości, lecz święty i nieskalany.

Nie daj Boże jednak, żeby ktoś z nas zasiedział się w niewoli u szatana, który jest niszczycielem obrazu Bożego w człowieku i wrogiem naszego zbawienia. Właśnie czas dzisiejszy dany jest nam po to, żebyśmy uciekli spod władzy szatana, który chce nas wyprowadzić jak najdalej od dróg Bożych przykazań i zamknąć nas w granicach życia doczesnego. Już teraz powinniśmy przyłączyć się do tej Niewiasty, która ucieka przed Smokiem na pustynię. Już teraz uciekajmy z niewoli grzechu i coraz więcej zbliżajmy się do Boga. Już teraz Chrystus Pan chce odnawiać w każdym z nas obraz Boży i przywracać nam podobieństwo do Boga, który jest miłością i prawdą, sprawiedliwością i miłosierdziem.

Niech Maryja wniebowzięta, Maryja przepełniona Bożą miłością, wstawia się za nami, aby nikogo z nas nie zabrakło wśród Bożych przyjaciół w dniu powszechnego zmartwychwstania. Niech Ta, której orędownictwo jest Bogu szczególnie miłe, Wstawia się za każdym z nas, abyśmy już teraz byli coraz bliżej Boga.



Rocznica Cudu nad Wisłą

Nam, Polakom, uroczystość wniebowzięcia Matki Najświętszej chyba już na zawsze będzie przypominała zwycięską bitwę pod Warszawą z sierpnia 1920, dzięki której załamały się bolszewickie plany opanowania nie tylko całej Polski, ale wręcz Europy. Zapamiętaliśmy tamto zwycięstwo jako Cud nad Wisłą.

Św. Jan Paweł II przez całe swoje życie czuł się wręcz osobiście związany z tamtymi wydarzeniami. „Wiecie – mówił 13 czerwca 1999 r. na cmentarzu żołnierzy poległych pod Radzyminem – że urodziłem się w r. 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem”.

Wydaje się, że więcej powinniśmy pamiętać o wielkiej modlitwie, którą cały naród wspomagał wówczas walkę swoich żołnierzy. Charakterystyczne świadectwo na ten temat zostawił lord Edgar Vincent d’Abernon, członek brytyjskiej Misji Wojskowej, który przybył do Warszawy 25 lipca: „Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem, przejeżdżając przez miasto w drodze z dworca do Poselstwa Angielskiego, było to zdziwienie, wywołane normalnym, codziennym nastrojem ludności. Na ulicach ani śladu alarmu czy paniki. Jedynym zjawiskiem niezwykłym były liczne procesje religijne. Z powodu nich musieliśmy się zatrzymywać przy każdym niemal zbiegu ulic”.

Episkopat polski wysłał wtedy dramatyczny telegram do papieża Benedykta XV z prośbą o błogosławieństwo i szczególną modlitwę za Polskę: „Ojcze Święty! Jeżeli Polska ulegnie nawale bolszewickiej, klęska ta grozi całemu światu. Nowy potop nas zaleje. Ojcze Święty, w tak ciężkiej chwili prosimy Cię, módl się za Polskę, abyśmy murem piersi własnych zasłonili świat przed grożącym mu niebezpieczeństwem. Ojcze Święty, błogosław Polskę!”. Biskupi polscy wysyłali wezwania do biskupów całego świata, ażeby razem ze swoimi Kościołami modlili się o zwycięstwo nad bolszewikami, gdyż są oni jawnymi wrogami krzyża Chrystusowego. Natomiast 5 sierpnia papież Benedykt XV zwrócił się z apelem do całego Kościoła o modlitewne wsparcie dla Polaków.

O tej modlitewnej batalii wspominał również Jan Paweł II – bezpośrednio po powrocie z Radzymina – w swoim przemówieniu na warszawskiej Pradze: „Było to wielkie zwycięstwo wojsk polskich, tak wielkie, że nie dało się go wytłumaczyć w sposób czysto naturalny i dlatego zostało nazwane Cudem nad Wisłą. To zwycięstwo było poprzedzone żarliwą modlitwą narodową. Episkopat zebrany na Jasnej Górze poświęcił cały naród Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i oddał go w opiekę Maryi Królowej Polski”.

Cztery dni później, podczas ostatniej już swojej pielgrzymki na Jasną Górę, Jan Paweł II prosił Matkę Najświętszą, ażeby również w naszych czasach miała w opiece cały nasz naród: „Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha, aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jaka przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością przekroczy próg trzeciego tysiąclecia i jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie apostołów”.

A na zakończenie tego przemówienia święty Papież po prostu zaśpiewał:



"Miej w opiece naród cały,

Który żyje dla Twej chwały.

Niech rozwija się wspaniały,

Maryjo!"
NOTATKI

NOTATKI




1   2   3   4   5


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna