5. Kapłani zrodzeni przez słowo Boże Roman Brandstaetter w „Kręgu biblijnym”



Pobieranie 31.69 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar31.69 Kb.
5. Kapłani zrodzeni przez słowo Boże
Roman Brandstaetter w „Kręgu biblijnym” zastanawia się, dlaczego Jezus nie dał ludziom za swojego ziemskiego życia świadomości swego bóstwa, dlaczego pozostał Bogiem ukrytym. Pisarz szuka odpowiedzi w Starym Testamencie, w którym Bóg pozostaje dla człowieka niewidzialny. Spotkanie z Bogiem napawa lękiem, gdyż człowiek jest grzeszny, nie jest godny stanąć wobec świętości Boga. Stąd przekonanie, że kto ujrzał Boga, musi umrzeć. Bóg jednak daje się poznać Izraelowi. Przede wszystkim poprzez swoje działanie w historii i przez różnorakie manifestacji za pomocą zjawisk natury (burza, ogień, wiatr). Jest jednak jedna szczególny wyraz objawienia się Boga − Głos. Mojżesz tak mówi o spotkaniu narodu wybranego z Bogiem na Synaju: „Pan przemawiał do nas ze środka ognia. Głos słów Jego słyszeliście, lecz postaci żadnej nie widzieliście poza głosem” (Pwt 4,12). Widzenie Głosu − ono jest udziałem Jana Ewangelisty na wyspie Patmos, jak czytamy w Apokalipsie: „Obejrzałem się, aby ujrzeć Głos, który do mnie mówił” (Ap 1,12). W Głosie ukryty jest nieskończony majestat Boga. Ukryty i niewidzialny Bóg staje się dostępny człowiekowi poprzez swój Głos. W tym samym kluczu trzeba odczytać tajemnicę Wcielenia Syna Bożego. Ludzie nie rozpoznali bóstwa Jezusa, gdyż było ono ukryte w ludzkim ciele. Ale to właśnie Ciało kryło w sobie odwieczne Słowo Boga. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. […] Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. Zatem Pan Bóg nie ukrył się przed człowiek, ale konsekwentnie objawiał się poprzez Głos, by wreszcie w osobie Jezusa Chrystusa, Słowa Wcielonego, przemówić jawnie, otwarcie do człowieka.

Patrząc na księgę Pisma Świętego jest uzasadnione przywołanie tajemnicy Wcielenia. Biblia też kryje w sobie tajemnicę wcielenia Słowa Bożego w szatę ludzkiego słowa. Stąd ciągłe wyzwanie, by odkrywać Boga w Jego słowie, które ukryło się w ludzkim słowie. By tak się stało, potrzeba usłyszeć Głos. Trzeba, by to Słowo przemówiło, stało się słyszalnym Głosem, poprzez który zamanifestuje się obecność Boga w świecie. Dlatego warto czytać głośno Pismo Święte − by usłyszeć Głos − odwieczne Słowo Boga, Słowo Wcielone, Słowo tchnące Duchem.

Ukrycie Boga w Słowie Pisma uświadamia nam jeszcze jedną prawdę. Słowo Boże musi być nie tylko czytane − ono musi być głoszone, by móc zobaczyć Głos dzisiaj. Tak oto dochodzimy do tematu naszej obecnej refleksji rekolekcyjnej − „Kapłani zrodzeni przez Słowo”. Temat ważny, bo przecież przeżywamy Rok Kapłański. Zarazem te myśli dotyczą każdego z nas, bo jako ochrzczeni mamy udział w kapłaństwie Chrystusa, powołani jesteśmy do świadczenia o Jego Słowie. Co mamy czynić, by udzielić swego głosu temu jedynemu Głosowi, którym jest Bóg?
1. Zrodzeni przez Słowo

Gdy myślimy o Głosie Boga i o widzeniu go przez lud Starego Testamentu, to nie sposób nie przywołać postaci proroków, których powołanie było od początku do końca w służbie Słowa. Słowo Boga nie pozostawało jednak wobec nich czymś zewnętrznym. Praktycznie każdy z nich, gdy wspomina swoje powołanie, przywołuje moment, w którym słowo Boże, niekoniecznie tylko w sposób symboliczny, zostało przez niego spożyte, wypełniło jego wnętrzności, stało się częścią jego ciała. Ale to nie prorok przyswajał sobie słowo Boga − to słowo Boga przejmowało ciało proroka, przemieniało jego życie w siebie, werbalizowało się poprzez jego działanie. Prawdziwy prorok musiał oddać się słowu, bo tylko w ten sposób głos Boga mógł być rozpoznany, słyszany przez lud.

To prorockie wcielenie słowa Bożego było w istocie aktem zrodzenia proroka przez Boga. Ta świadomość była szczególnie bliska Jeremiaszowi, któremu Bóg obwieszcza: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię; nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię” (Jr 1,5). Boże poznanie, wybranie i umiłowanie, które uprzedza ludzkie narodziny. A jednak prorok ma wątpliwości odnośnie tej relacji z Bogiem, bo widzi swoje słowo, które jest całkowitym zaprzeczeniem słowa Bożego. Izajasz wyznaje, iż jest mężem o nieczystych wargach, za czym może kryć się przyznanie do tego, iż to, co dotąd mówił o Bogu, rozmijało się z prawdą o Bogu. Jeremiasza będzie oponował, bo jest młodzieńcem i nie umie mówić, przez co przyznaje, iż jego słowo jest dalekie od mądrości, brak mu autorytetu budzącego posłuch wśród słuchaczy. W odpowiedzi Pan Bóg obdarowuje proroka swoim słowem, które rodzi głos proroka przepowiadający z mocą Boże słowo, głos tchnący Ducha Bożego w słowie, który dociera do ludu, głos mający władzę samego Boga w słowie, które jest nie tylko słowem kary, ale przede wszystkim słowem rodzącym nowe życie.

Papież Benedykt XVI na spotkaniu z kapłanami w maju 2006 roku w archikatedrze warszawskiej podkreślał, iż „wierni oczekują od kapłanów tylko jednego − aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem”. I doprecyzował to nieco dalej: „wierni oczekują od kapłana, że będzie świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego słowa”. W powołanie kapłańskie wpisuje się zatem otwarcie ust. Ale nie tylko to związane z głoszeniem słowa. Musi je poprzedzać inne otwarcie ust, które jak w życiu proroków, będzie karmieniem się słowem Boga. Nie chodzi tylko o wiedzę, znajomość Pisma Świętego. Parafrazując św. Augustyna, trzeba powiedzieć, iż kapłan może karmić tylko tym, czym sam żyje (Inde pasco, unde pascor). Pan Jezus mówi o uczonym w Piśmie, który „podobny jest do ojca rodziny wydobywającego ze skarbca swego serca rzeczy nowe i stare” (Mt 13,52). Zatem można prawdziwie głosić Słowo Boże, gdy jest ono przyswojone przez głoszącego, gdy jest w skarbcu jego serca, gdy jest tak przyswojone przez niego, że stanowi jego własność, prawdę, o której może zaświadczyć sobą, swoim życiem. To jest możliwe tylko wtedy, gdy kapłan będzie pierwszym słuchaczem słowa Bożego. Owo słuchanie dokonuje się poprzez modlitwę. Tego uczy nas Jezus, gdy usuwał się na miejsce ustronne, by się modlić, by rozmawiać z Ojcem, by rozeznawać wolę Ojca, która była Jego pokarmem (por. Łk 5,15). Bez modlitwy nie doświadczy się mocy słowa, bo nie płynie ona z erudycji, lecz jest owocem działania Ducha Świętego, który, jak mówił Jezus, jest udzielany tym, którzy o Niego proszą Ojca Niebieskiego (por. Łk 11,13). Tylko w ten sposób ludzkie słowo, które udziela głosu temu jedynemu Słowu Boga, będzie słowem prawdziwym, trwałym, na wieczność. Modlitwa sama w sobie jest już aktem posłuszeństwa wobec Boga, jest wyrazem pragnienia słuchania słowa Bożego, otwiera na działanie Ducha obecnego w słowie. Spożywanie słowa, rozsmakowanie się w nim, przyswojenie go sobie dokonuje się poprzez modlitwę, której treścią jest słowo Boga.




2. Głosić Słowo

Kapłan ma być „szafarzem tajemnic Bożych” (1 Kor 4,1). Jan Paweł II w swojej książce „Dar i tajemnica” podkreśla szczególnie znaczenie tego zadania: „Szafarz nie jest właścicielem. Jest tym, któremu właściciel powierza swoje dobra, ażeby nimi zarządzał w sposób sprawiedliwy i odpowiedzialny. Tak właśnie kapłan otrzymuje od Chrystusa dobra zbawienia, ażeby je we właściwy sposób rozdzielał ludziom, do których jest posłany. I dlatego kapłan jest człowiekiem słowa Bożego, człowiekiem sakramentu, człowiekiem «tajemnicy wiary»” (s. 70). Równocześnie kapłan sam zostaje włączony „w tajemnicę «szczególnej wymiany» pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Człowiek oddaje Chrystusowi swoje człowieczeństwo, by mógł się On nim posłużyć jako narzędziem zbawienia. Chrystus zaś przyjmuje ten dar, czyni owego człowieka jakby swoim alter ego”. Stąd też kapłan działa in persona Christi, na co zwraca uwagę Sobór Watykański II w Konstytucji o liturgii:



Aby urzeczywistnić tak wielkie dzieło, Chrystus jest obecny zawsze w swoim Kościele, zwłaszcza w czynnościach liturgicznych. Jest obecny w ofierze Mszy świętej tak w osobie celebrującego, gdyż «Ten sam, który kiedyś ofiarował siebie na krzyżu, obecnie ofiaruje się przez posługę kapłanów», jak zwłaszcza pod postaciami eucharystycznymi. Jest obecny swoją mocą w sakramentach, tak że gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci. Jest obecny w swoim słowie, bo gdy w Kościele czyta się Pismo święte, On sam przemawia. Jest obecny, gdy Kościół modli się i śpiewa psalmy, gdyż On sam obiecał: «Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich»” (Mt 18,20)».
W podobnej perspektywie można odczytać powołanie każdego chrześcijanina, powołanego również do udziału w misji prorockiej i kapłańskiej Jezusa. Przemawiający obraz z końca wojny. Zniszczone miasto niemieckiego. Ruiny kościoła, a w niej figura Chrystusa bez rąk. Pod nią kartka z napisanym zdaniem: Nie mam innych rąk jak tylko Twoje. Dodać można: Głos będzie widziany tylko poprzez mój głos, moje słowa, moje świadectwo. Jak czynić Głos widzialnym?

• Po pierwsze, głosić Chrystusa. Pokusa, by mówić o sobie, by siebie postawić na pierwszym miejscu, wyeksponować własną osobę. Ta pokusa dotyka nie tylko kapłanów.

Kapłan ma być jak witraż w kościele. Musi przepuszczać światło, którym jest Chrystus, bo tylko wtedy rozbłyśnie pięknem.

Dlatego też św. Paweł w swoich listach gani podziały, które brały się w gminach z powodu rywalizacji między głoszącymi Słowo Boże, a właściwie samych siebie: „Ja jestem od Pawła, a ja od Apollosa, ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa” (1 Kor 1,12). „Niektórzy z zawiści i przekory głoszą Chrystusa… powodowani niewłaściwym współzawodnictwem, obłudnie” (Flp 1,15-17). Paweł uroczyście oświadcza: „Nie głosimy bowiem siebie samych, lecz Chrystusa Jezusa jako Pana” (2 Kor 4,5). Trzeba być wiernym uczniem Jezusa, który sam wielokrotnie podkreślał, iż przyszedł pełnić dzieło Ojca. Dlatego też w polemice z Żydami podkreśla: „Ja nie szukam własnej chwały” (J 8,50).

• Po drugie, głosić z pokorą. W głoszenie słowa trzeba zaangażować wszystkie swoje możliwości, całe bogactwo swojej osoby. Znając swój potencjał językowy, pewnie nietrudno pociągnąć słuchaczy, zachwycić ich sobą, skupić na sobie. Tak było też w gminie korynckiej. Paweł staje w pokorze wobec swoich słuchaczy i podkreśla, iż „Chrystus posłał go, aby głosił Ewangelię i to nie w mądrości słowa, by nie zniweczyć Chrystusowego słowa” (1 Kor 1,17). W przepowiadaniu nie chodzi o wyeksponowania swojej wielkości, ale wielkości Boga. Ona musi nas przejąć, porazić, napawać bojaźnią. To było udziałem Pawła: „Tak też i ja przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej” (1 Kor 2,1-5).

• Po trzecie, radość głoszenia. Nie chodzi o to, by nie cieszyć się sukcesem, skutecznością słowa. Trzeba jednak zachować w tym równowagę, a co więcej, umieć dostrzec, w czym powinno zawierać się źródło radości. Jezus uczył tego swoich apostołów, którzy z radością i dumą opowiadają o swoich sukcesach apostolskich. „Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10,18-20). Przykładem pokory głosiciela może by osoba Jana Chrzciciela − człowieka sukcesu, bo przecież ciągnęły do niego tłumy z Jerozolimy i z całej Judei. „Przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,27-31). Świadomość daru, posłania, ale też intymnej relacji z Oblubieńcem, z Głosem, który jest źródłem radości. On ma wzrastać. Im więcej Go, tym większa moja radość.

• Po czwarte, wziąć udział w losie słowa. Przyjęcie słowa, wcielenie go w swój głos, prowadzi w konsekwencji do udziału w losie głoszonego słowa. Doświadczali tego prorocy. Jeremiasz skarży się, iż „stał się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mu urągają. Albowiem ilekroć ma zabierać głos, musi obwieszczać: «Gwałt i ruina!” Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem” (Jr 20,7-8). Odrzucenie z powodu słowa. Podobnie Jezus uprzedza swoich uczniów, iż to powodu Jego imienia, Jego Ewangelii będą prześladowani, będą w nienawiści nawet u najbliższych (por. Mk 13,9-13 i par.). Ale jest to konieczne, by Ewangelia dotarła aż po krańca świata (por. Mt 24,14). Jeśli wytrwają, doświadczą mocy Słowa, bo nie oni będą mówili, ale Duch Święty przez nich (por. Mk 13,11).

To doświadczenie jest niezbędne, by mogło nastąpić pełne zjednoczenie ze Słowem Boga, którym jest Jezus Chrystus. Paweł mówi Filipianom o łasce cierpienia dla Chrystusa: „Wam bowiem z łaski dane jest to dla Chrystusa: nie tylko w Niego wierzyć, ale i dla Niego cierpieć” (Flp 1,29). Bez tego cierpienia nie objawi się moc Chrystusa zmartwychwstałego. „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele” (2 Kor 4,10-11). Wiara Pawła w Chrystusa zmartwychwstałego sprawia, że nie boi się głosić słowa: „Mam tego samego ducha wiary, według którego napisano: «Uwierzyłem, dlatego przemówiłem»; my także wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami” (2 Kor 4,13-14).

Można odrzucić słowo Chrystusa. Ale co wtedy pozostanie z naszych słów, które głosimy. Prorok Izajasz przyrównuje człowieka do trawy, kwiatu polnego: „Trawa usycha, więdnie kwiat, lecz słowo Boga naszego trwa na wieki” (Iz 40,8). Słowo, którym jest Chrystus. Uświadamiają to sobie uczniowie, gdy odsuwają się od Jezusa ludzie, którym mowa Jezusa o chlebie eucharystycznym wydawała się być zbyt trudna. „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68).
3. Umiłować słowo

Żyjemy w czasach, w których wszystko podlega ocenie, ewaluacji. Chrześcijaństwo jest religią, w której jest również miejsce na ocenę, bo czym przecież jest rachunek sumienia. Interesujące jest pytanie o kryteria oceny przepowiadania w Kościele: siła perswazji, użyte środki retoryczne, skuteczność przepowiadania, rezonans społeczny? Górę biorą kryteria zewnętrzne, ilościowe, przekładające się na konkretne liczby. A tymczasem zasadniczym kryterium warunkującym pozostałe powinna być miłość. „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13,1). Pisze to Koryntianom, dla których erudycja, retoryka mówcą była zasadnicza w ocenie ich przepowiadania. Paweł tymczasem konsekwentnie zwraca ich uwagę na rolę serca w głoszeniu słowa Bożego, w spotkaniu przepowiadającego ze słuchaczami. Zamiast chlubić się rzeczami powierzchownymi, Apostoł eksponuje wnętrze ludzkiego serca jako podstawę oceny tego, kto głosi słowo Boże (por. 2 Kor 5,12). Paweł nie szuka siebie, dobra swojej osoby, ale swoich słuchaczy, ich dobra: „Nie szukam tego, co wasze, ale was samych” (2 Kor 12,14). Nie chodzi tu tylko o bezinteresowność, uczciwość wobec słuchaczy, ale o miłość wobec nich. „Pozostajecie w sercach naszych na wspólną śmierć i na wspólne z nami życie” (2 Kor 7,3). Podkreśla, że „nie brak miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno” (2 Kor 6,12). Paweł jest żywo zatroskany o dobro swoich słuchaczy, autentycznie ich miłuje. Szanuje ich słabość. Jeśli ociąga się z przybyciem do gminy w Koryncie, to nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że chce ich oszczędzić (por. 2 Kor 1,23), nie chce ich zasmucać, wytykając im grzechy (por. 2 Kor 2,1). Upominając, wzywając ich do przemiany, bolejąc nad ich postępowaniem, Paweł pisze do nich słowa „w wielkiej rozterce i ucisku serca, wśród wielu łez, nie po to, by ich zasmucić, lecz żeby wiedzieli, jak tym bardziej ich miłuje” (2 Kor 2,4). Słowa upomnienia, które wypowiada Apostoł, są wyrazem jego bólu, smutku, cierpienia. Miłość sprawia, iż nawet gdy są one gorzkie i przykre dla słuchaczy, są przyjmowane: „W obliczu Boga w Chrystusie mówimy, a wszystko, najmilsi, ku zbudowaniu waszemu” (2 Kor 12,19). Słowa są weryfikowane przez miłość, przez szukane dobro, przez cierpienie i ofiarę w intencji słuchaczy.

Ta swoista strategia miłości w przepowiadaniu słowa Bożego nie jest wymysłem Pawła. On jest podpowiadana, jest czyniona przez Jezusa. Ewangelia dzisiejsza: słowo Prawa, które wyklucza kobietę; Słowo Wcielone, które widzi miłość, wyzwala miłość, obdarowuje miłością.

To jest Jezus, o którym kilkakrotnie w Ewangelii jest powiedziane, iż patrzy na lud, widzi, że jest znękany i zmęczony, podobny do owiec pozbawionych pasterza i jest tym poruszony wewnętrznie (por. Mt 9,36). Czasownik splanhnidzo użyty w tym kontekście budowany jest na rzeczowniku splanhon, który jest odpowiednikiem hebrajskiego rehem: łono matczyne, w konsekwencji − wnętrzności. To poruszenie wewnętrzne jest współczuciem, którym jest powodowana matka wobec swoich dzieci. Więź ciała, krwi nie pozwala jej być obojętną na los dzieci. Litość jest współ-odczuwaniem, współ-cierpieniem, współ-przeżywaniem. Mówimy „znaleźć się w skórze drugiego człowieka”. Tego uczy nas Jezus. Tego potrzeba w głoszeniu słowa. Wmyślenia się w drugiego człowieka, wejście w jego położenie, spojrzenie z jego perspektywy na świat. Może się okazać, że wcale nie potrzeba słowa, ale milczenia, obecności, spotkania, towarzyszenia.



Ewangelię miłości można głosić jedynie z miłości. Jeżeli nie miłujemy tych osób, które mamy przed sobą, to słowa łatwo przekształcają się w trzymane w ręku kamienie, które ranią. Miłość do ludzi, ale tez miłość do Chrystusa. Paweł wobec Koryntian tłumaczy, skąd bierze się w nim gorliwość apostolska: „Miłość Chrystusa przynagla nas…” (2 Kor 5,14). Piotr jest pytany przez zmartwychwstałego Pana: Czy miłujesz mnie? Bez umiłowania Jezusa nie można prawdziwie miłować tych, do których jest się posłanym. Trzeba miłować Jezusa, ponieważ tylko ten, kto jest zakochany w Jezusie, może Go głosić światu z wewnętrznym przekonaniem (R. Cantalamessa). Z żarliwością można mówić tylko o tym, co się prawdziwie kocha.

Umiłować Chrystusa, umiłować Głos, umiłować słowo Boże. Bóg tę miłość odwzajemnia. Trzeba nam zamieszkać w Słowie Pisma, by doświadczyć miłości ze strony Słowa. Zmarły w 1972 r. amerykański rabin Abraham Joshua Heschel mówił, że ten, kto czyta, studiuje Biblię, nie jest sam. Jest z nim zawsze Bóg obecny w słowie Pisma.




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna