Aby się nie wypalić



Pobieranie 17.54 Kb.
Data30.04.2016
Rozmiar17.54 Kb.
Aby się nie wypalić

Doświadczenie uczy, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Jeśli wyjścia nie widać albo każde możliwe wydaje się nie do przyjęcia to może oznaczać, że sytuacja nie została dość wnikliwie rozpoznana. Każdy kryzys ludzki wymaga rzetelnej diagnozy i opracowania strategii. Jeśli któryś ze sposobów nie daje oczekiwanych rezultatów - należy zmienić sposób. Tak, wiem, to nie jest popularny sposób myślenia o pomaganiu. Dużo częściej popełniamy grzech zaniechania tłumacząc, że klient jest oporny, że nie chce pomocy albo że sprawy zaszły za daleko i nic się nie da zrobić. Pomaganie cierpiącym niesie ze sobą ryzyko popełnienia błędu. Pułapek jest wiele ale chcę o napisać o kilku najbardziej dolegliwych, żeby ci, którzy niosą pomoc innym mogli uświadomić sobie ich powszechność.

Pułapka nadmiernej odpowiedzialności za efekt
Przytrafia się ludziom szczerze zaangażowanym w niesienie pomocy. Kiedy już nawiążemy kontakt z potrzebującym pomocy, rozpoznamy jego potrzeby, ustalimy cele i strategię przychodzi pora na kontrakt: umowę zawartą między nami a podopiecznym.

Wyobraźmy sobie pomoc materialną, polegającą na udzieleniu zapomogi. W takim przypadku pomagający może postawić podopiecznemu warunki - na przykład taki, że pieniądze zostaną przeznaczone na określony, udokumentowany cel. Czasami udzielający zapomogi pragnie sprawdzić w jaki sposób podopieczny wywiązał się ze swojej części umowy.

Spotykam się jednak z próbą przeniesienia tej metody na grunt zgoła odmienny. Tam, gdzie podopieczny jest osobą cierpiącą emocjonalnie (alkoholikiem, narkomanem, sprawcą lub ofiarą przemocy lub po prostu duszą zbłąkaną okrutnie i dotkniętą depresją) a nasza pomoc ma charakter wsparcia, terapii lub duchowej porady raczej nie warto stosować analogii z wcześniej opisaną sytuacją pomocy finansowej. Nie warto choćby z tego powodu, że nie da się rozliczyć człowieka z przemiany wewnętrznej. Owszem, możemy stwierdzić, czy kierowany przez nas na terapię narkoman trwa w abstynencji, czy sprawca przemocy kontroluje swoje zachowania ale tak naprawdę wewnętrzny świat drugiego człowieka pozostanie dla nas nieodgadniony. Znam wielu alkoholików, którzy przestali pić i równie wielu, którzy nie przestali. Mimo podejmowanych prób. W żadnym przypadku długotrwała abstynencja nie była wynikiem nadzoru czy rozliczania. W każdym przypadku była to dojrzała osobista decyzja.

Nie sugeruję, żeby podopiecznych pozostawiać samym sobie, kiedy uznamy nasze zadanie za zakończone. Pragnę jedynie przestrzec przed rozliczaniem ich z "wykonania zadania". A już na pewno nie warto uzależniać naszej życzliwości i zaangażowania od czynionych "postępów".

Zmiana w człowieku zachodzi powoli. Towarzyszą jej niepewność, lęk i ból. Zdarzają się nawroty i regresje, po dniach dobrych przychodzą chwile zwątpienia. Pomagający chce zobaczyć efekty swojej pracy, więc popędza, pogania, sprawdza. Podopieczny ucieka: "wypada z pomocy" - mówimy.

W niewesołej sytuacji są pomagający, którzy biorą na siebie odpowiedzialność za to, jak człowiek wykorzysta otrzymaną pomoc. Wobec nawrotu, chwilowej porażki czy nie poradzenia sobie przez "ich" podopiecznego doświadczają oni osobistej klęski i zwątpienia w sens pomagania. A jest to zjawisko tyleż powszechne, co zbędne.



Pułapka złego doboru strategii
Pomaganie może być tak beznadziejne jak próba jedzenia zupy widelcem albo nakładanie prawego buta na lewą nogę. Wystarczy pomylić się co do problemu albo co do potrzeb podopiecznego. A nawet co do własnych kompetencji. Taki błąd zaowocuje zaplanowaniem skądinąd mądrej i starannej strategii, która do niczego nas nie doprowadzi.

Jak w hipotetycznym przypadku pacjenta z bólem kolana, który trafia do jedynego lekarza w mieście. I lekarz ten okazuje się dentystą, więc powiada: mogę wyleczyć dowolny pana ząb ale na kolanie się nie znam. Ale mnie boli kolano - żali się pacjent. - To pana problem, ja jestem dentystą - odpowiada doktor niewzruszenie.

I co my na to? Czy pacjent powinien skorzystać z oferty doktora? A może lekarz nie miał niezwłocznie metodą prób i błędów nauczyć się leczyć kolana?

Pragmatyzm podpowiada, że raczej obydwaj powinni skupić się nad znalezieniem kogoś bardziej kompetentnego (co dwie głowy, to nie jedna). Zdrowy rozsądek dodaje, że byłby nieźle, gdyby dentysta umiał doraźnie ukoić ból pacjenta. I tyle.

Pod podobnymi objawami ludzkiego cierpienia: depresja, smutek, obsesje, agresywność czy bieda i bezradność - kryją się różne problemy. I te, tak jak różne choroby, wymagają zróżnicowanych strategii pomagania. Inaczej pomagamy kobiecie, która jest ofiara przemocy i stąd bierze się jej wyuczona bezradność i lęk a inaczej uzależnionej od leków bezrobotnej matce trojga dzieci. Kiedy mamy do czynienia z konfliktem małżeńskim użyjemy innych środków niż wtedy, kiedy partner znęca się nad żoną. Kłopoty wychowawcze mogą mieć swoje źródło po stronie rodzica a nie dziecka. Różni się pomoc, której udziela się alkoholikowi od tej, której wymaga postępowanie z osobą nadmiernie agresywną. Słowem po pierwszym kontakcie należy uważnie i wnikliwie zdiagnozować sytuację i problem podopiecznego. Do jego widzenia własnych problemów warto dodać nasz - zewnętrzny - ogląd oparty na analizie sytuacji. Oto jej składniki:


  • co jest największym (naszym zdaniem) problemem podopiecznego,

  • jak on sam nazywa swój problem,

  • jakie są jego oczekiwania wobec pomagającego,

  • co potrzeba, żeby problem ustąpił lub się zmniejszył,

  • jakie inne problemy i kłopoty należy wziąć pod uwagę,

  • jakie mamy możliwości oddziaływania,

  • czego nam brakuje,

  • do kogo w związku z tym musimy się zwrócić,

  • jakie zasoby wewnętrzne podopiecznego powinniśmy zmobilizować,

  • po czym poznamy, że nasza strategia jest odpowiednia.

Taka najprostsza diagnoza pozwoli nam zmniejszyć ryzyko błędu co do strategii pomagania. A jeszcze lepsze efekty odnosimy diagnozując każdy przypadek zespołowo: w ramach punktu konsultacyjnego, na zebraniach, na superwizji.

W taki sposób zamiast narzekać na "trudnych" czy "nie rokujących" podopiecznych zwiększamy ich szanse na uzyskanie realnej pomocy. A sobie oszczędzamy zniechęcenia i irytacji.



Pułapka wypalenia
Ta najbardziej dolegliwa, pustosząca duszę bierze się ze wszystkich naszych błędnych posunięć, nierealistycznych oczekiwań i nadmiernych ambicji. Zawiera w sobie wszystkie inne pułapki, jest ich efektem i puentą. Jak to się objawia?

Czasem wydaje nam się, że siejemy ziarno na jałowej ziemi. Nic bardziej błędnego ale czasem na plony czeka się tak długo, że słabnie wiara i zaczynamy powątpiewać w sens pomagania w ogóle. Coraz trudniej jest życzliwie nieść wsparcie innym, miłość bliźniego zastępuje irytacja. Wszystkie problemy wydają się takie same a wszyscy ludzie mówią to samo. Wypalenie może skradać się w ciszy i przyjść nieoczekiwanie, jak zimny podmuch, który czyni nas istotami zgorzkniałymi i pełnymi zwątpienia. Czy tak być musi? Nie, ale wypalenie często przytrafia się ludziom pracującym z rodziną w ciężkim kryzysie: alkoholowym, przemocowym, związanym z biedą i bezradnością lub kalectwem. Nikt nie cierpi w próżni, rodzina to wrażliwe terytorium, na którym rozgrywają się wielkie dramaty. A pomoc musi być wielodyscyplinarna i długotrwała, o czym często zapominamy. Albo, co gorsza, nie mamy wsparcia w innych służbach powołanych do pomagania w kryzysie. Taki pozostawiony sam sobie pomagający staje wobec muru nie do przebycia: granic własnych kompetencji wobec ludzkiego cierpienia. Bez pomocy i życzliwości kolegów, samotnie, nie powinniśmy pomagać innym.

Lekarstwem przeciw wypaleniu są spotkania superwizyjne (takie, na których pomagający mogą zająć się swoimi problemami) albo wręcz samopomocowe grupy dla "ludzi pracujących z ludźmi."

I jeszcze jedno:


Nie pomagać na oślep, na wyczucie lub co najgorsze - wyłącznie na podstawie własnych doświadczeń i przekonań. Własne doświadczenia mogą być cennym kapitałem ale nie mogą zastąpić rzetelnej diagnozy. Cudze cierpienie zawsze różni się od naszego choć może nazywać się tak samo. I drogi wyjścia bywają różne. Wielu uczestników moich szkoleń ze zdumieniem odkrywa, że własne zranienia mogę być pomocne dopiero wtedy, kiedy przestaną być żywe i bolesne. Uczą się odróżniać własne przeświadczenia od rzeczywistych potrzeb innych ludzi. Zadają sobie trud sprawdzenia, czy własne doświadczenia pozwalają im pomagać ludziom podobnie cierpiącym. I do jakich granic. Nierzadko zdarza się, że pomagaący decyduje się na "przepracowanie" własnych problemów. Po to żeby wzrosło jego bezpieczeństwo emocjonalne w kontakcie z cierpieniem. Po to, by uzyskać dostęp do tego bezcennego kapitału, jakim są własne "oswojone" problemy.

Uważam, że praca nad sobą jest (powinna być) częścią przygotowania do pracy z innymi ludźmi. Bez wyjątków! Kompetencje emocjonalne pomagającego często przesądzają o jego merytorycznych decyzjach i warto uświadomić sobie tę prawidłowość. Spokój własnego serca niesie możliwość głębszego współodczuwania.



Wraz ze wzrostem kompetencji rośnie wrażliwość i umiejętność skutecznego pomagania a tym samym satysfakcja ze stawania się coraz doskonalszym narzędziem.

Anna M. Nowakowska

Pobieranie 17.54 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna