Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona10/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   19

- Wie pani, myślę, że pani ma rację - rzekł Harold powoli.

- Wydaje mi się, że na całe szczęście nikt nic nie słyszał - ciągnęła pani Rice.

- Kto zajmuje pokój przylegający do sypialni Elsie?

- Te dwie polskie damy. One nic nie słyszały. Inaczej wyjrzałyby na korytarz. Philip przyjechał późno, poza portierem nikt go nie widział. Wiesz, Haroldzie, myślę, że uda nam się wszystko zatuszować... i załatwić akt zgonu Philipa, stwierdzający śmierć z przyczyn naturalnych! To kwestia przekupienia kogoś na samej górze... i znalezienia właściwej osoby. Może nawet samego naczelnika policji!

Harold uśmiechnął się blado.

- Zupełnie jak w operze komicznej, nie sądzi pani? Ale nie pozostaje nam nic innego, jak spróbować.


VI
Pani Rice była uosobieniem energii. Na początek wezwała kierownika. Harold pozostał u siebie, nie wtrącając się do niczego. Zgodził się z panią Rice, że najlepiej będzie przyjąć wersję kłótni małżeńskiej. Młodość i uroda Elsie powinny jej zapewnić stosowne współczucie.

Następnego dnia rano przybyło kilku policjantów, których zaprowadzono do pani Rice. Wyjechali w południe. Harold zatelegrafował po pieniądze, lecz na tym kończył się jego udział w całej sprawie. Zresztą trudno by mu się było w to włączyć, ponieważ żaden z policjantów nie znał angielskiego.

O dwunastej pani Rice weszła do jego pokoju. Była blada i zmęczona, lecz malująca się na jej twarzy ulga była wystarczająco wymowna.

- Poskutkowało! - oświadczyła zwięźle.

- Bogu dzięki! Była pani wspaniała! Aż mi się nie chce wierzyć!

- Sądząc z tego, jak łatwo nam poszło, to tutaj normalna praktyka - powiedziała pani Rice w zamyśleniu. - Właściwie to sami nadstawiali kieszenie. To... to doprawdy niesmaczne!

- Teraz nie pora zwalczać korupcję wśród urzędników państwowych - rzekł Harold sucho. - Ile?

- Taryfa jest raczej wysoka.

Odczytała listę nazwisk:

Naczelnik policji

Commisaire

Agent


Lekarz

Kierownik hotelu

Nocny portier

- Nocny portier chyba dostanie niewiele? - skomentował jedynie Harold. - To chyba tylko kwestia złotych lampasów.

- Kierownik upierał się, że śmierć w ogóle nie powinna mieć miejsca w jego hotelu - wyjaśniła pani Rice. - Oficjalna wersja będzie taka, że Philip dostał ataku serca w pociągu. Wyszedł na korytarz zaczerpnąć powietrza - wie pan, jak wciąż zostawiają tam otwarte drzwi - i wypadł na tory. To niebywałe, czego potrafi dokonać policja, jeśli tylko zechce!

- No cóż - mruknął Harold. - Bogu dzięki, że nasza policja nie jest taka sama.

I przepełniony duchem patriotyzmu i wyższości, zszedł na obiad.
VII
Po obiedzie Harold jak zwykle przysiadł się do pani Rice i jej córki na kawę. Postanowił nie zmieniać swych obyczajów.

W jadalni ujrzał Elsie po raz pierwszy od poprzedniej nocy. Była bardzo blada i najwyraźniej wciąż odczuwała skutki szoku, lecz starała się zachowywać jak zawsze i rzucała jakieś banalne uwagi o pogodzie i krajobrazie.

Rozmowa obracała się wokół nowego gościa, który właśnie przyjechał. Starano się odgadnąć jego narodowość. Harold sądził, że ktoś o takich wąsach musi być Francuzem, Elsie uznała go za Niemca, pani Rice zaś uważała, że może to być Hiszpan.

Poza nimi na tarasie nie było nikogo, jeśli nie liczyć dwóch dam z Polski, które siedziały po drugiej stronie i robiły na drutach.

Jak zawsze na ich widok, Harold poczuł, że przechodzi go dziwny dreszcz niepokoju. Te nieruchome twarze, te zakrzywione, podobne do dziobów nosy, te szponiaste dłonie...

Nadszedł goniec z wiadomością, że ktoś czeka na panią Rice. Wstała i poszła za nim. Elsie i Harold ujrzeli, jak przy wejściu do hotelu wita ją umundurowany policjant.

Elsie wciągnęła powietrze.

- Nie myślisz chyba... że coś się stało?

Harold pocieszył ją czym prędzej.

- Nie, to nic poważnego.

Ale i on poczuł nagły przypływ strachu.

- Twoja matka była wspaniała - powiedział.

- Wiem. Matka ma duszę bojownika. Nigdy nie poddaje się w obliczu porażki. - Elsie wzdrygnęła się.

- Ale to wszystko jest straszne, nie sądzisz?

- No, nie roztrząsaj już tego. Wszystko skończone.

- Nie mogę o tym zapomnieć - szepnęła Elsie.

- O tym, że to ja go zabiłam.

- Nie myśl o tym w ten sposób - powiedział szybko Harold. - To był wypadek. Wiesz, że naprawdę tak było.

Jej twarz nieco się rozchmurzyła.

- A zresztą, to już przeszłość - dodał Harold. - Było, minęło. Spróbuj nie myśleć o tym więcej.

Wróciła pani Rice. Po wyrazie jej twarzy poznali, że wszystko skończyło się szczęśliwie.

- Nieźle mnie wystraszyli - powiedziała niemal radośnie. - Ale to była tylko jakaś papierkowa formalność. Wszystko w porządku, moje dzieci. Wyszliśmy z opresji. Myślę, że dla uczczenia tego moglibyśmy napić się likieru.

Likier zamówiono i podano. Unieśli kieliszki.

- Za przyszłość! - wzniosła toast pani Rice.

Harold uśmiechnął się do Elsie i rzekł:

- Za twoje szczęście.

Odpowiedziała mu uśmiechem i unosząc kieliszek, powiedziała: - I za ciebie... za twoją pomyślność! Jestem pewna, że zostaniesz wielkim człowiekiem.

Kiedy strach minął, poczuli się weseli, niemal niefrasobliwi. Cień zniknął! Wszystko szło dobrze...

Dwie kobiety na przeciwległym skraju tarasu wstały. Starannie zwinęły robótki i ruszyły po kamiennych płytach.

Skłoniły się lekko i usiadły obok pani Rice. Jedna z nich zaczęła coś mówić. Druga nie spuszczała oka z Elsie i Harolda. Na jej wargach igrał nikły uśmieszek. Zdaniem Harolda, nie był to sympatyczny uśmiech...

Spojrzał na panią Rice. Słuchała jednej z Polek i choć nie rozumiał ani słowa, wyraz jej twarzy był wystarczająco wymowny. Wszystkie stare troski i zmartwienia powróciły. Pani Rice słuchała, od czasu do czasu wtrącając krótkie słówko.

Wkrótce obie siostry wstały i kłaniając się sztywno, wróciły do hotelu.

Harold pochylił się.

- Czego chciały? - zapytał ochryple.

Pani Rice odpowiedziała mu spokojnym, lecz pozbawionym nadziei tonem:

- One nas szantażują. Zeszłej nocy słyszały wszystko. A teraz, kiedy spróbowaliśmy wszystko zatuszować, sprawa przedstawia się tysiąckrotnie gorzej...


VIII
Harold Waring był nad jeziorem. Spacerował gorączkowo już ponad godzinę, usiłując fizycznym zmęczeniem pokonać przypływ desperacji. W końcu zawędrował na miejsce, gdzie po raz pierwszy ujrzał dwie ponure kobiety, które teraz trzymały życie jego i Elsie w swych złowieszczych szponach.

- Przeklęte wiedźmy! - powiedział na głos. - Para krwiożerczych harpii, niech je diabli! Odwrócił się, słysząc za sobą ciche kaszlnięcie. Ujrzał wyposażonego w bujne wąsy cudzoziemca, który właśnie wychynął z cienia drzew.

Harold stwierdził, że zabrakło mu słów. Ten mały człowieczek z pewnością usłyszał to, co przed chwilą powiedział.

Zbity z tropu, wyjąkał po angielsku:

- O... dzień dobry.

- Obawiam się jednak, że dla pana dzień ten nie jest zbyt dobry - odparł tamten doskonałą angielszczyzną.

- Ja... hm... - Harold znów się zająkał.

- Wydaje mi się, monsieur, że ma pan kłopoty - rzekł mały człowieczek. - Czy mógłbym panu w czymś pomóc?

- Ależ nie, nie, dziękuję! Tylko wyładowywałem złość, wie pan, jak to jest.

- A jednak myślę, że mógłbym panu pomóc - powiedział tamten łagodnie. - Nie mylę się, nieprawdaż, łącząc pańskie kłopoty z tymi dwiema paniami, które siedziały na tarasie?

Harold wlepił w niego wzrok.

- Pan coś o nich wie? A w ogóle, kim pan jest? Jak gdyby przyznając się do krwi królewskiej, mały człowieczek odparł skromnie:

- Jestem Herkules Poirot. Może przejdziemy się nieco po lesie i opowie mi pan o swoich kłopotach? Jak mówiłem, sądzę, że będę mógł panu pomóc.

Harold po dziś dzień nie jest pewien, co sprawiło, że nagle opowiedział całą historię człowiekowi, którego znał zaledwie od kilku minut. Może nadmierny stres. Tak czy inaczej, stało się. Opowiedział Herkulesowi Poirot o wszystkim.

Detektyw słuchał w milczeniu i tylko raz czy dwa poważnie skinął głową. Gdy Harold zakończył swą opowieść, odezwał się rozmarzonym głosem:

- Ptaki stymfalijskie, o dziobach z żelaza, żywiące się ludzkim mięsem i mieszkające nad jeziorem Stymfalos... Tak, wszystko się zgadza.

- Słucham? - bąknął Harold, wytrzeszczając na niego oczy.

Ten dziwny człowieczek to chyba wariat! - pomyślał.

Herkules Poirot uśmiechnął się.

- Pozwoliłem sobie na chwilę wspomnień. Rozumie pan, mam własną metodę postrzegania świata. Ale wracajmy do pańskiej sprawy. Znalazł się pan w wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji.

- Tego mi pan przypominać nie musi! - burknął Harold niecierpliwie.

- Szantaż to poważna sprawa - ciągnął detektyw. - Te harpie zmuszą pana, żeby pan płacił... płacił, wiecznie płacił! A jeśli odmówi pan, co wtedy?

- Wszystko wyjdzie na jaw - odrzekł Harold z goryczą. - Moja kariera będzie zrujnowana, a nieszczęśliwą dziewczynę, która nikomu nie wyrządziła krzywdy, czeka piekło, i Bóg jeden wie, jak to się dla niej skończy!

- Jednym słowem - oświadczył Herkules Poirot -trzeba coś z tym zrobić.

- Co? - zapytał bez ogródek Harold.

Herkules Poirot odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy.

- Pora skorzystać z grzechotek z brązu - oświadczył. Harold znów nabrał podejrzeń co do jego poczytalności.

- Czy pan całkiem zwariował? Nieznajomy potrząsnął głową.

- Mais non*! Zamierzam tylko pójść w ślady mojego wielkiego poprzednika, Herkulesa. Proszę o kilka godzin cierpliwości, przyjacielu. Do jutra rana postaram się uwolnić pana od prześladowców.
IX
Następnego dnia rano Harold Waring zszedł na dół i zastał Herkulesa Poirot siedzącego samotnie na tarasie. Mimo woli Harold był pod wrażeniem obietnicy Poirota.

Podszedł do niego i zapytał z niepokojem:

- No i?

Herkules Poirot spojrzał na niego rozpromieniony.



- W porządku.

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- Wszystko ułożyło się pomyślnie.

- Ale co się właściwie stało?

- Zastosowałem grzechotki z brązu - odrzekł marzycielsko Poirot. - Mówiąc językiem współczesnym, kazałem zabrzęczeć metalowym drutom... czyli skorzystałem z telegrafu! Pańskie ptaki stymfalijskie, monsieur, trafiły tam, gdzie przez dłuższy czas nie będą miały okazji wykorzystać swej pomysłowości.

- Były poszukiwane przez policję? Aresztowano je?

- Otóż to.

Harold odetchnął głęboko.

- Wspaniale! Że też na to nie wpadłem. - Wstał. - Muszę odszukać panią Rice i Elsie i powiedzieć im o tym.

- One już wiedzą.

- To dobrze. - Harold usiadł z powrotem. - Proszę mi powiedzieć, jak...

Przerwał.

Ścieżką od strony jeziora nadchodziły dwie postacie o ptasich profilach, ubrane w trzepoczące płaszcze.

- Myślałem, że je zabrano! - zawołał.

Herkules Poirot spojrzał w ślad za jego wzrokiem.

- Co, te dwie panie? One są całkiem nieszkodliwe. To dwie damy z Polski. Pochodzą z bardzo dobrych rodzin, jak twierdzi portier. Zapewne, nie wyglądają zbyt sympatycznie, ale to wszystko.

- Ależ ja nic nie rozumiem!

- Istotnie, nic pan nie rozumie. To tamte dwie panie były poszukiwane przez policje... pomysłowa pani Rice i łzawa pani Clayton! One to właśnie były drapieżnymi ptakami. Utrzymywały się z szantażu, mon cher.

Harold miał wrażenie, że świat zwariował.

- Ale tamten mężczyzna - wyszeptał słabym głosem. - Ten, który zginął.

- Nikt nie zginął. Nie było żadnego mężczyzny!

- Przecież sam go widziałem!

- Nie. Wysoka pani Rice ze swoim głębokim głosem wspaniale potrafi udawać mężczyznę. To ona odegrała rolę męża... uprzednio zdjąwszy siwą perukę i odpowiednio się charakteryzując.

Nachylił się i poklepał Harolda po kolanie.

- Nie należy być tak łatwowiernym, przyjacielu. Policję w żadnym kraju nie jest tak łatwo przekupić... prawdopodobnie to w ogóle niemożliwe, a już z pewnością wtedy, gdy w grę wchodzi morderstwo! Te kobiety opierały się na tradycyjnej u Anglików nieznajomości języków obcych. Ponieważ pani Rice zna niemiecki i francuski, to ona zawsze rozmawiała z kierownikiem i zajmowała się wszystkim. Policja po przyjeździe udała się do jej pokoju, to prawda. Ale co się właściwe stało? Pan tego nie wie. Może powiedziała im, że zgubiła broszkę... coś w tym rodzaju. Cokolwiek. Byleby sprowadzić tu policję tak, żeby mógł pan ich zobaczyć. A dalej, co było dalej? Pan telegrafuje po pieniądze, dużo pieniędzy, i przekazuje je pani Rice, która prowadzi negocjacje! I o to chodzi! Ale te drapieżne ptaki są chciwe. Zorientowały się, że jest pan dziwnie uprzedzony do tych dwóch dam z Polski. One zaś nawiązują całkiem niewinną rozmowę z panią Rice, która nie może się powstrzymać, żeby nie powtórzyć swej gry. Wie, że pan nic nie rozumie z ich rozmowy. W rezultacie musi pan zebrać jeszcze więcej pieniędzy, które pani Rice przekaże następnie odpowiednim osobom. Harold wciągnął powietrze.

- A Elsie? Co z Elsie?

Herkules Poirot unikał jego wzroku.

- Odegrała swoją rolę doskonale. Jak zawsze. To wyśmienita aktorka. Taka czysta... niewinna. Ona odwołuje się nie do seksu, lecz do rycerskości. A to - dorzucił Herkules Poirot z rozmarzeniem - zawsze skutkuje, gdy ma się do czynienia z Anglikiem.

Harold Waring odetchnął głęboko.

- Siadam do roboty i nauczę się wszystkich możliwych języków europejskich! - oświadczył stanowczo. - Nikt już po raz drugi nie wystrychnie mnie na dudka!


BYK KRETEŃSKI

I
Herkules Poirot w zamyśleniu przyglądał się swojemu gościowi.

Miał przed sobą bladą twarz o ostro zarysowanym podbródku, oczy raczej szare niż niebieskie i włosy w jakże rzadko spotykanym połyskliwym odcieniu czerni - hiacyntowe loki mieszkanki starożytnej Grecji.

Zwrócił uwagę na dobrze skrojoną, choć nieźle znoszoną tweedową garsonkę, podniszczoną torebkę i nieświadomą arogancje, widoczną mimo wyraźnego zdenerwowania dziewczyny,

"Tak, oto tak zwana ziemianka... bez pieniędzy! Musiało ją spotkać coś zupełnie niezwykłego, skoro przyszła z tym do mnie."

- Ja... nie wiem, czy będzie mi pan w stanie pomóc, panie Poirot - odezwała się Diana Maberly nieco drżącym głosem. - Sy... sytuacja jest zupełnie wyjątkowa.

- Tak? - mruknął Poirot. - A więc słucham.

- Przyszłam do pana, bo sama już nie wiem, co robić! - wybuchnęła Diana Maberly. - Nie wiem nawet, czy tu w ogóle można cokolwiek zrobić!

- Pozwoli pani, że to ja o tym zadecyduję.

Krew uderzyła jej do twarzy. Szybko, niemal bez tchu, wyjaśniła:

- Przyszłam do pana, ponieważ mężczyzna, z którym byłam zaręczona od ponad roku, zerwał zaręczyny.

Przerwała i spojrzała na niego wyzywająco.

- Pewnie pan myśli, że mam nie po kolei w głowie - dodała.

Herkules Poirot potrząsnął głową powoli.

- Wprost przeciwnie, mademoiselle, nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest pani niezwykle inteligentna. Godzenie zwaśnionych kochanków w żadnym razie nie jest moim métier* i wiem dobrze, że pani świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Stąd wniosek, że w zerwaniu waszych zaręczyn jest coś niezwykłego. Czyż nie tak?

Dziewczyna skinęła głową.

- Hugh zerwał zaręczyny, ponieważ uważa, że jest psychicznie chory - wyjaśniła spokojnie. - Jego zdaniem szaleńcy nie powinni się żenić.

Herkules Poirot minimalnie uniósł brwi.

- A pani się z nim nie zgadza?

- Sama nie wiem... A zresztą, cóż to jest choroba psychiczna? Każdy jest na swój sposób postrzelony.

- Podobno - przyznał detektyw dyplomatycznie.

- Dopiero jak człowiek zaczyna sobie wyobrażać, że jest jajkiem na twardo, czas, żeby go zamknąć.

- A pani narzeczony jeszcze nie jest na tym etapie?

- Ja w ogóle nie zauważyłam, żeby z nim się działo coś złego - odparła Diana Maberly. - On... ba, to najbardziej zrównoważony człowiek pod słońcem. Rozsądny, godny zaufania...

- Dlaczego więc sądzi, że jest chory psychicznie? - Poirot zamilkł na chwilę. - Czy w jego rodzinie choroba psychiczna przechodzi z pokolenia na pokolenie?

Diana niechętnie potwierdziła skinieniem głowy.

- Zdaję się, że jego dziadek był obłąkany... i chyba któraś z prababek. Ale ja twierdzę, że w każdej rodzinie można znaleźć kogoś nienormalnego. Wie pan, kogoś cofniętego w rozwoju albo nienaturalnie zdolnego, coś w tym rodzaju.

Jej oczy patrzyły na niego błagalnie. Herkules Poirot ze smutkiem potrząsnął głową.

- Bardzo żałuje, mademoiselle...

Gwałtownie zadarła brodę.

- Nie chcę, żeby mnie pan żałował! - krzyknęła. - Chcę, żeby pan coś zrobił!

- A cóż ja mogę zrobić?

- Nie wiem... ale coś się w tym wszystkim nie zgadza.

- Może mi pani opowiedzieć dokładnie o swoim narzeczonym?

Diana zaczęła mówić szybko:

- Nazywa się Hugh Chandler. Ma dwadzieścia cztery lata. Jego ojcem jest admirał Chandler. Mieszkają w Lyde Manor. Posiadłość ta należy do rodziny Chandlerów od czasu panowania królowej Elżbiety. Hugh jest jedynakiem. Służył w marynarce - wszyscy Chandlerowie są marynarzami, to tradycja z czasów, kiedy sir Gilbert Chandler żeglował z sir Walterem Raleighem gdzieś w szesnastym wieku. Hugh wstąpił do marynarki siłą rzeczy. Jego ojciec nie chciałby nawet słyszeć, że mogłoby być inaczej. A jednak... a jednak to właśnie ojciec nalegał, żeby Hugh porzucił służbę!

- Kiedy to było?

- Prawie rok temu. Zupełnie nagle.

- Czy Hugh Chandler był zadowolony ze swojego zawodu?

- Jak najbardziej.

- Nie było jakiegoś skandalu?

- W związku z Hughem? Żadnego. Radził sobie znakomicie. On... on nie mógł zrozumieć postępowania ojca..

- A jakie powody takiej decyzji podał sam admirał?

- Właściwie to nigdy nie wyjawił żadnego powodu - odparła Diana powoli. - Owszem, mówił, że Hugh musi nauczyć się zarządzać majątkiem... ale to był tylko pretekst! Nawet George Frobisher to zauważył.

- Kto to jest George Frobisher?

- Pułkownik Frobisher. To najstarszy przyjaciel admirała Chandlera i ojciec chrzestny Hugha. Większość czasu spędza u nich w Manor.

- I cóż pułkownik Frobisher sądził o decyzji admirała, żeby jego syn wystąpił z marynarki?

- Był zaskoczony. Zupełnie nie mógł tego zrozumieć. Nikt tego zresztą nie rozumiał.

- Nawet Hugh Chandler?

Diana nie odpowiedziała od razu. Poirot odczekał chwilę, po czym mówił dalej:

- Wtedy zapewne i on był zaskoczony. Ale teraz? Nic nie mówił na ten temat... absolutnie nic?

- Jakiś tydzień temu powiedział, że... że jego ojciec miał rację... że to było jedyne wyjście - mruknęła Diana niechętnie.

- Pytała go pani, dlaczego?

- Oczywiście. Ale nie chciał mi powiedzieć.

Herkules Poirot zamyślił się. Po chwili zapytał:

- Czy w waszych stronach miały miejsce jakieś niezwykłe wydarzenia? Takie, które zaczęły się mniej więcej przed rokiem? Coś, co dało podstawę lokalnym plotkom i domysłom?

- Nie wiem, o co panu chodzi! - wyrzuciła z siebie bez tchu. - Lepiej, żeby mi parli o tym powiedziała - doradził Poirot spokojnie, lecz autorytatywnie.

- Nic się nie działo... nic z tego, o czym pan myśli. - Więc co?

- Pan jest po prostu wstrętny! Na wsi często dzieją się dziwne rzeczy. A to jakaś zemsta, a to jakiś wsiowy głupek... takie tam rzeczy.

- Co się stało?

- Było dużo szumu z powodu jakichś owiec - powiedziała niechętnie. - Poderżnięto im gardła. To było okropne! Ale wszystkie one należały do tego samego farmera, a to trudny człowiek. Policja uznała, że ktoś mu zrobił na złość.

- Ale sprawcy nie znaleziono?

- Nie. Ale jeżeli pan myśli...

Poirot uniósł dłoń.

- Pani nie ma nawet bladego pojęcia, o czym ja myślę. Niech mi pani powie, czy pani narzeczony zasięgał porady lekarza?

- Nie, z całą pewnością nie.

- Czy nie byłoby to najprostsze wyjście?

- On tego nie zrobi - stwierdziła Diana powoli. - Nie... nie znosi lekarzy.

- A jego ojciec?

- Zdaje się, że admirał też nie ma wysokiego mniemania o lekarzach. Mówi, że to wciskacze kitu.

- A jak się miewa admirał? Jest zdrowy? Szczęśliwy?

- Bardzo się postarzał od... od - wyjąkała cicho Diana.

- Od zeszłego roku?

- Tak. To strzęp człowieka. Cień samego siebie.

Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

- Czy pochwalał zaręczyny swojego syna? - zapytał nagle.

- O tak. Widzi pan, tereny mojej rodziny przylegają do ich terenów. Mieszkamy tam od pokoleń. Był bardzo zadowolony, kiedy związałam się z Hughem.

- A teraz? Co teraz mówi o zerwaniu waszych zaręczyn?

Głos dziewczyny wyraźnie zadrżał.

- Spotkałam go wczoraj - odparła. - Wyglądał upiornie. Oburącz uścisnął mi dłoń i powiedział: "To dla ciebie bardzo ciężkie, moje dziecko. Ale chłopak postępuje słusznie.... w jedyny możliwy sposób".

- I w tej sytuacji zwróciła się pani do mnie? - rzekł Poirot.

Skinęła głową.

- Czy może mi pan pomóc? - zapytała.

- Tego nie wiem - odparł detektyw. - Ale mogę tam pojechać i przekonać się na własne oczy.


II
Największe wrażenie zrobiła na Herkulesie Poirot wspaniała aparycja Hugha Chandlera. Wysoki, potężnie zbudowany młody człowiek miał szerokie bary i ogorzałą twarz, okoloną bujnymi włosami. Biła z niego atmosfera siły i męskości.

Natychmiast po przyjeździe do posiadłości dziewczyna zadzwoniła do admirała Chandlera. Wkrótce udała się z detektywem do Lyde Manor, gdzie na długim tarasie czekała już na nich herbata, a wraz z herbatą - trzech mężczyzn. A więc admirał Chandler, siwowłosy, na pozór starszy niż w rzeczywistości, tak zgarbiony, jak gdyby jego barki dźwigały jakiś przytłaczający ciężar. Z jego ciemnych oczu przebijała zaduma. Kontrastował z nim jego przyjaciel, pułkownik Frobisher - zasuszony, twardy człowiek o rudych, siwiejących na skroniach włosach. Niespokojny, popędliwy i kostyczny, przypominający teriera, był jednocześnie właścicielem pary niebywale sprytnych oczu. Miał zwyczaj opuszczać brwi nisko nad oczy i wyrzucać do przodu głowę, podczas gdy bystre oczka świdrowały człowieka badawczo. Trzecim mężczyzną był Hugh.

- Piękny okaz, co? - odezwał się pułkownik Frobisher, widząc, jak bacznie Poirot przygląda się młodemu człowiekowi.

Herkules Poirot pokiwał głową. Siedział koło Frobishera. Pozostała trójka skupiła się na drugim końcu stołu do herbaty, rozmawiając z ożywieniem, choć nieco sztucznie.

- O tak, jest wspaniały... absolutnie wspaniały -mruknął Poirot. - Młody byk... tak, można by rzec, że to młody byk poświęcony Posejdonowi... Doskonały przykład zdrowia i męskości.

- Wygląda wcale krzepko, co?

Frobisher westchnął. Jego bystre oczka co chwila uciskały w bok, badając Poirota. Po chwili milczenia odezwał się:

- Wiem, kim pan jest.

- O, to żadna tajemnica!

Poirot wyniośle skinął ręką. Nie jestem tu incognito - zdawał się mówić ten gest. - Podróżuję pod własnym nazwiskiem.

- Czy ściągnęła tu pana ta dziewczyna? - zapytał Frobisher po kolejnej chwili milczenia. - W tej sprawie?

- W jakiej sprawie?

- W związku z młodym Hughem... Widzę, że wie pan o tym. Ale nie całkiem rozumiem, dlaczego zwróciła się z tym do pana. Trudno przypuścić, żeby zajmował się pan takimi sprawami. Moim zdaniem to raczej coś dla lekarza.

- Zajmuję się najróżniejszymi sprawami... zdziwiłby się pan, gdyby pan o nich wiedział.

- Chciałem powiedzieć, że nie rozumiem, czego ta dziewczyna oczekuje od pana.

- Panna Maberly to wojownicza dusza - stwierdził Poirot.

Pułkownik Frobisher przytaknął gorliwie.

- O tak, wojownicza. Świetna dziewczyna. Nie poddaje się. A jednak są sprawy, z którymi wojować nie sposób... Jego twarz stała się nagle stara i zmęczona.

Poirot jeszcze bardziej ściszył głos.

- Rozumiem, że rodzina jest obciążona chorobą psychiczną? - szepnął dyskretnie.

Frobisher skinął głową.

- Ujawnia się co jakiś czas - mruknął. - Opuszcza jedno czy dwa pokolenia. Dziadek Hugha był ostatni.



1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna