Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona16/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

- Na razie - oświadczył Mistrz - widzi on jeszcze w sposób niedoskonały... przez pryzmat swej cielesnej natury. Nadejdzie jednak dzień, gdy zacznie widzieć duchowo... twarzą w twarz.

Panna Carnaby była zbita z tropu. Oczywiście, jeżeli tak to ująć... Czym prędzej więc wystrzeliła z mniejszego kalibru protestem:

- A czy Lipscomb naprawdę musi być tak okropnie grubiański?

I znów Mistrz obdarzył ją anielskim uśmiechem.

- Lipscomb to wierny pies łańcuchowy. Jest szorstki, to prymitywna dusza... ale jest wierny, wierny jak pies.

Ruszył dalej. Panna Carnaby ujrzała, jak podchodzi do pana Cole'a, przystaje i kładzie mu dłoń na ramieniu. Miała nadzieję, że wpływ Mistrza pohamuje nieco dalsze widzenia.

A zresztą festiwal jesienny miał się odbyć już za tydzień.
VI
Po południu w dniu poprzedzającym festiwal panna Carnaby spotkała się z Herkulesem Poirot w małej herbaciarni w sennym miasteczku Newton Woodbury. Była zarumieniona i jeszcze bardziej niż zwykle brakowało jej tchu. Siedziała popijając herbatę i krusząc w palcach bułeczkę.

Poirot zadał jej kilka pytań, na które odpowiedziała monosylabami. Wreszcie zapytał:

- Ile osób będzie na festiwalu?

- Myślę, że sto dwadzieścia. Będzie Emmeline i pan Cole... ostatnio naprawdę zdziwaczał. Ma widzenia. Opowiedział mi niektóre z nich... doprawdy, nader dziwne. Mam nadzieję, że nie jest obłąkany. Będzie też sporo nowych członków... blisko dwudziestu.

- Dobrze. Wie pani, co robić?

Po chwili milczenia panna Carnaby odezwała się dziwnym głosem:

- Wiem, co mi pan powiedział, panie Poirot...

- Tres bien!

- Ale ja tego nie zrobię! - dokończyła Amy Carnaby głośno i wyraźnie.

Herkules Poirot wytrzeszczył oczy. Panna Carnaby wstała. Mówiła szybko i histerycznie:

- Wysłał mnie pan, żebym szpiegowała doktora Andersena. Pan go podejrzewa o najgorsze. A to cudowny człowiek, wielki nauczyciel. Wierzę mu z całego serca! Nie będę więcej dla pana szpiegować, panie Poirot! Jestem jedną z owieczek Pasterza. Mistrz ma nowe posłanie do świata i od tej pory należę do niego ciałem i duszą. A za herbatę sama zapłacę.

I przeskakując od spraw wzniosłych do przyziemnych, panna Carnaby rzuciła na stół szylinga i trzypensówkę i wybiegła na ulicę.

- Nom d'un nom d'un nom* - mruknął Herkules Poirot.

Kelnerka zwracała się do niego dwa razy, nim zorientował się, że przyniosła rachunek. Napotkał ciekawski wzrok posępnego mężczyzny przy sąsiednim stoliku, zarumienił się, zapłacił i wyszedł.

Myślał intensywnie.
VII
I znów owieczki zebrały się w Wielkiej Zagrodzie. Odmówiono rytualne pytania i odpowiedzi.

- Czy jesteście gotowi przyjąć ten sakrament?

- Jesteśmy gotowi.

- Zakryjcie oczy i wyciągnijcie prawe ręce. Wielki Pasterz, wspaniały w swej zielonej szacie, przechodził wśród zebranych. Żywiący się kapustą i wizjami pan Cole, siedzący obok panny Carnaby, wydał bolesny jęk ekstazy, kiedy igła wbiła mu się w ciało.

Wielki Pasterz stanął przy pannie Carnaby. Dotknął jej ramienia...

- O nie! Nic z tego!

Słowa niespodziewane, nie do wiary. Zamieszanie, gniewny pomruk. Zielone szarfy zerwane z oczu - niewiarygodny widok - Wielki Pasterz szarpie się z odzianym w owczą skórę panem Cole, któremu pomagał jeszcze jeden wyznawca.

Szybkim, profesjonalnym tonem niedawny pan Cole mówił:

- ...a tutaj mam nakaz aresztowania pana. Ostrzegam, że od tej chwili wszystko, co pan powie, może być wykorzystane w sądzie.

W drzwiach Wielkiej Zagrody pojawiły się nowe postacie - w niebieskich mundurach.

- To policja! - krzyknął ktoś. - Zabierają nam Mistrza! Zabierają Mistrza...

Wszyscy byli wstrząśnięci, przerażeni... Dla nich Wielki Pasterz był męczennikiem, cierpiącym, jak wszyscy wielcy nauczyciele, z powodu ignorancji i prześladowań ze strony zewnętrznego świata...

Tymczasem detektyw inspektor Cole ostrożnie pakował strzykawkę, która wypadła z dłoni Wielkiego Pasterza.
VIII
- Moja dzielna koleżanko!

Poirot gorąco uściskał dłoń panny Carnaby i przedstawił jej nadinspektora Jappa.

- Robota pierwszej klasy, panno Carnaby - pochwalił Japp. - Bez pani nie dalibyśmy rady, to fakt.

- Ależ skąd! - Panna Carnaby była wyraźnie połechtana. - To bardzo miło z pana strony. Boję się tylko, że niestety to mi się podobało. To podniecenie, odgrywanie swej roli. Czasami całkiem mnie ponosiło. Naprawdę czułam, że staję się jedną z tych głupich kobiet.

- I w tym tkwi pani sukces - stwierdził Japp. - Była pani autentyczna. Inaczej ten jegomość nie dałby się nabrać! To kawał sprytnego łajdaka.

Panna Carnaby zwróciła się do Poirota:

- To była straszna chwila, tam w herbaciarni. Nie wiedziałam, co robić. Musiałam coś wymyślić na poczekaniu.

- Była pani wspaniała - odrzekł detektyw ciepło. - Przez chwilę myślałem, że któreś z nas postradało zmysły. Przez mgnienie oka zdawało mi się, że pani mówi poważnie.

- To był taki wstrząs. Akurat, kiedy sobie rozmawialiśmy, zobaczyłam w szybie, że Lipscomb, który pilnuje Sanktuarium, siedzi zaraz za mną. Nie wiem, czy był to przypadek, czy może on mnie śledził. Jak mówiłam, musiałam wymyślić coś na poczekaniu i wierzyć, że pan zrozumie. Poirot uśmiechnął się.

- Zrozumiałem. Tylko jeden człowiek siedział w zasięgu słuchu, więc natychmiast po wyjściu z herbaciarni załatwiłem, żeby go śledzono. Kiedy poszedł wprost do Sanktuarium, zrozumiałem, że mogę na pani polegać i że pani mnie nie zawiedzie... ale balem się, ponieważ znalazła się pani w jeszcze większym niebezpieczeństwie.

- Czy... czy to naprawdę było niebezpieczne? Co było w tej strzykawce?

- Mam wyjaśnić, czy pan to zrobi? - wtrącił Japp.

- Mademoiselle - odparł poważnie Poirot - ten doktor Andersen obmyślił plan wyzyskiwania i mordowania... mordowania w sposób naukowy. Większość życia poświęcił badaniom bakteriologicznym. Posiada on, zarejestrowane na inne nazwisko, laboratorium chemiczne w Sheffield. Hoduje tam szczepy różnych bakterii. Na festiwalach miał zwyczaj wstrzykiwać swym wyznawcom niewielkie, lecz wystarczające dawki konopi indyjskich, znanych także jako haszysz. Powoduje on złudne poczucie radości i zadowolenia. Dzięki temu wierni przywiązywali się do niego jeszcze bardziej. To były te radości ducha, które obiecywał.

- Zadziwiające - wtrąciła panna Carnaby. - To absolutnie zadziwiające uczucie.

Poirot pokiwał głową.

- To były jego atuty: dominująca osobowość, zdolność wywoływania masowej histerii i reakcja powodowana przez narkotyki. Ale na uwadze miał inny cel. Samotne kobiety, z wdzięczności i oszołomienia, zapisywały swoje pieniądze sekcie, po czym jedna po drugiej umierały. Umierały w swych domach, najwyraźniej z przyczyn naturalnych. Postaram się to wyjaśnić bez wdawania się w zbytnie szczegóły. Można wyhodować szczepy pewnych bakterii o spotęgowanych właściwościach, na przykład pałeczkę Coli communis, powodującą zapalenie wrzodu żołądka. Można wprowadzić do organizmu pałeczkę duru brzusznego, podobnie jak i Pneumococcusa. Jest także bakteria nieszkodliwa dla osób zdrowych, ale powodująca odnowienie się gruźlicy u osób, które na nią kiedyś chorowały. Widzi pani teraz przebiegłość tego człowieka? Zgony następowały w różnych częściach kraju, świadectwa wystawiali różni lekarze i nie istniało ryzyko nawet cienia podejrzeń. Zdaje się, że wyhodował on także coś, co opóźnia, a zarazem wzmaga działanie wybranych bakterii.

- To diabeł wcielony! - rzucił nadinspektor Japp.

- Na moje polecenie wyznała mu pani, że chorowała pani na gruźlicę. Kiedy Cole go aresztował, w strzykawce była owa bakteria powodująca nawrót gruźlicy. Nie wyrządziłaby pani krzywdy, jako że jest pani zdrowa - właśnie dlatego kazałem pani zwrócić jego uwagę na gruźlicę. Ale bałem się, że mimo tego może on wybrać jakiś inny; związek. Mam jednak wielki szacunek dla pani odwagi, więc zdecydowałem się na to ryzyko.

- Och, nie ma o czym mówić - rzuciła lekko panna Carnaby. - Nie boję się ryzyka. Mnie strachu napędzają na przykład byki na pastwisku czy coś takiego. Ale czy macie panowie dość dowodów, żeby go skazać?

Japp wyszczerzył zęby.

- Całe mnóstwo dowodów - odparł. - Mamy jego laboratorium, jego hodowle, wszystko!

- Moim zdaniem bardzo możliwe, że popełnił on cały szereg morderstw - dodał Poirot. - Powiedziałbym, że przyczyną wyrzucenia go z uniwersytetu w Niemczech wcale nie był fakt, że jego matka była Żydówką. To był tylko wygodny pretekst tłumaczący, dlaczego tu przyjechał, i zjednujący mu współczucie. O ile wiem, to czystej krwi Aryjczyk. Panna Carnaby westchnęła.

- Qu'est-ce qu'il y a?* - zapytał Poirot.

- Myślałam właśnie o cudownym śnie, który miałam na pierwszym festiwalu... pewnie po haszyszu. Tak wspaniale zorganizowałam cały świat! Bez wojen, bez biedy, bez chorób, bez brzydoty...

- To musiał być piękny sen - powiedział Japp z zazdrością.

Panna Carnaby poderwała się nagle.

- Muszę wracać do domu - oświadczyła. - Emily tak się niepokoi. I słyszałam, że kochany August strasznie za mną tęskni.

- Może się boi - powiedział detektyw z uśmiechem - że podobnie jak on, także i pani chce "umrzeć za Herkulesa Poirot"!


JABŁKA HESPERYD

I
Herkules Poirot wodził zamyślonym wzrokiem po twarzy mężczyzny siedzącego pod drugiej stronie wielkiego mahoniowego biurka. Zwrócił uwagę na wydatne czoło, wąskie usta, drapieżny zarys szczęk i przeszywające oczy wizjonera. Patrząc na tego człowieka rozumiał, dlaczego Emery Power został potentatem finansowym.

Kiedy zaś jego oczy przesunęły się na dłonie, delikatne dłonie o subtelnym kształcie, spoczywające na biurku, zrozumiał także, dlaczego Emery Power cieszył się sława, wielkiego kolekcjonera. Po obu stronach Atlantyku znano go jako konesera dzieł sztuki. Jego zamiłowanie do sztuki szło w parze z jego zamiłowaniem do historii. Nie wystarczało mu, że coś jest piękne - dla niego to coś musiało mieć jeszcze historię.

Emery Power odezwał się. Mówił spokojnie, głosem cichym i wyraźnym, co skutkowało dużo lepiej niż najgłośniejsze wrzaski.

- Wiem, że obecnie bardzo rzadko podejmuje się pan nowych zadań. Myślę jednak, że weźmie pan tę sprawę.

- Czyżby było to coś wielkiej wagi?

- Dla mnie to sprawa bardzo wielkiej wagi - rzekł Emery Power.

Poirot, z głową lekko przechyloną na bok, zachowywał wyczekującą postawę. Wyglądał jak zamyślony drozd.

- Chodzi o odzyskanie dzieła sztuki - ciągnął kolekcjoner. - Ściślej mówiąc, szczerozłotego, cyzelowanego kielicha, pochodzącego z epoki Renesansu. Podobno kielicha tego używał papież Aleksander VI - Roderigo Borgia. Czasami pozwalał napić się z niego wybranemu gościowi. Gość taki, panie Poirot, zazwyczaj umierał.

- Ładna historia - mruknął Poirot.

- Dzieje tego naczynia były nieodłącznie związane z gwałtem. Kradziono je wielokrotnie. Aby je zdobyć, popełniano morderstwa. Pasmo krwi ciągnie się za nim przez wieki.

- Z powodu jego wartości czy też z jakichś innych przyczyn?

- Jego wartość sama w sobie z całą pewnością jest znaczna. To arcydzieło - podobno kielich ten wyszedł spod ręki Benvenuto Celliniego. Wyobrażono na nim jabłoń, którą opasuje wysadzany kamieniami wąż. Same jabłka wykonane są z nadzwyczaj pięknych szmaragdów.

- Jabłka? - powiedział cicho Poirot, nagle wyraźnie zainteresowany.

- Szmaragdy są wyjątkowo wspaniałe, podobnie zresztą jak i rubiny na wężu, ale naturalnie prawdziwa wartość kielicha tkwi w jego historii. W 1929 roku wystawił go na sprzedaż markiz di San Veratrino. Kolekcjonerzy prześcigali się w licytacji, aż w końcu zdobyłem go dla siebie za sumę równą - po ówczesnym kursie przeliczeniowym - trzydziestu tysiącom funtów.

Poirot uniósł brwi.

- W rzeczy samej, królewska cena! - mruknął. - Markiz di San Veratrino miał szczęście.

- Jeśli czegoś chcę, panie Poirot, to płacę - oświadczył Emery Power.

- Nie wątpię, że zna pan hiszpańskie przysłowie: "Bierz, co chcesz, i płać za to - tak mówi Bóg"?

Przez chwilę finansista zmarszczył brwi; w jego oczach mignął gniewny błysk.

- Ma pan usposobienie filozofa, panie Poirot - rzekł sucho.

- Doszedłem do wieku, w którym człowiek staje się refleksyjny, monsieur.

- Nie wątpię. Ale same refleksje nie zwrócą mi mojego kielicha.

- Tak pan sądzi?

- Moim zdaniem należy działać.

Herkules Poirot łagodnie pokiwał głową.

- Wielu ludzi popełnia ten sam błąd. Ale wybaczy pan, panie Power, odeszliśmy od tematu. Mówił pan, że nabył pan ten kielich od markiza di San Veratrino.

- Właśnie. A teraz muszę panu powiedzieć, że skradziono go, zanim jeszcze przeszedł w moje ręce.

- Jak do tego doszło?

- W nocy w. dniu licytacji ktoś włamał się do pałacu markiza i skradł osiem czy dziewięć cennych eksponatów, wśród nich mój kielich.

- Co zrobiono w tej sprawie? Poirot wzruszył ramionami.

- Oczywiście, policja wzięła sprawę w swoje ręce. Ustalono, że kradzieży dokonała znana międzynarodowa szajka złodziei. Dwóch z nich, Francuza nazwiskiem Dublay i Włocha Riccovettiego złapano i skazano... znaleziono u nich część przedmiotów pochodzących z tej kradzieży.

- Ale kielicha Borgiów nie było?

- Kielicha Borgiów nie było. Z tego, co zdołała ustalić policja, w kradzież zamieszane były trzy osoby - ci dwaj, których właśnie wymieniłem, i trzeci - Irlandczyk nazwiskiem Patrick Casey. Ten ostatni był doświadczonym włamywaczem. Powiadano, że to właśnie i on dokonał tej kradzieży. Dublay był mózgiem szajki i obmyślał plany napadów, a Riccovetti czekał w samochodzie na łupy.

- A skradzione przedmioty? Czy podzielili je miedzy sobą na trzy części?

- Być może. Z drugiej strony, odzyskano tylko najmniej cenne przedmioty. Bardzo możliwe, że najbardziej godne uwagi i wartościowe dzieła czym prędzej wywieziono za granice.

- A co z tym trzecim, Caseyem? Czy jego nie dosięgło ramię sprawiedliwości?

- Nie w takim sensie, jak pan myśli. Nie był już taki młody. Jego mięśnie nie pracowały już tak jak kiedyś. Dwa tygodnie później spadł z piątego piętra, ponosząc śmierć na miejscu.

- Gdzie?

- W Paryżu. Próbował okraść dom bogatego bankiera nazwiskiem Duvauglier.

- I nigdy więcej nie widziano tego kielicha?

- Otóż to.

- Nigdy nie wystawiono go na sprzedaż?

- Nie, jestem tego pewny. Muszę dodać, że szukała go nie tylko policja, lecz także prywatni detektywi.

- A co się stało z pieniędzmi, które pan włożył?

- Markiz, człowiek bardzo dbały o konwenanse, zaproponował mi ich zwrot, jako że kielich skradziono z jego domu.

- Ale pan odmówił?

- Tak.


- Dlaczego?

- Powiedzmy, że wolałem wziąć sprawę w swoje ręce.

- Innymi słowy, gdyby przyjął pan propozycję markiza, kielich po odzyskaniu wróciłby do niego, tymczasem teraz należy do pana?

- Właśnie tak.

- Co się za tym kryje?

- Widzę, że docenia pan ten aspekt sprawy - rzekł Emery Power z uśmiechem. - Widzi pan, panie Poirot, to proste. Myślałem, że wiem, u kogo jest kielich.

- To bardzo ciekawe. A któż to taki?

- Sir Reuben .Rosenthal. On jest nie tylko kolekcjonerem, lecz w owym czasie był także moim osobistym wrogiem. Rywalizowaliśmy ze sobą w .interesach... w sumie ja wyszedłem na tym lepiej. Kulminacją naszej animozji była rywalizacja o ten kielich Borgiów. I on, i ja byliśmy zdecydowani go zdobyć. Postawiliśmy to sobie jakby za punkt honoru. Nasi przedstawiciele na licytacji przebijali się nawzajem.

- I ostateczna oferta pańskiego przedstawiciela zapewniła panu ten skarb?

- Niezupełnie. Przezornie wynająłem drugiego agenta - z pozoru, przedstawiciela paryskiego handlarza. Rozumie pan, żaden z nas nie był skłonny ustąpić przed drugim, ale pozwolić komuś trzeciemu wejść w posiadanie kielicha, to zupełnie inna sprawa. Potem można by się po cichu zwrócić do tego kogoś.

- Jednym słowem, un petite déception*.

- Otóż to.

- Które dało pozytywne wyniki... i zaraz potem sir Reuben odkrył, że został wprowadzony w pole?

Power uśmiechnął się wymownie.

- Teraz rozumiem - rzekł Poirot. - Wierzył pan, że sir Reuben, nie chcąc się dać pobić, sam zorganizował tę kradzież?

Emery Power uniósł dłoń.

- Ależ nie, nie! Nie tak ostro. Po prostu krótko potem sir Reuben nabyłby renesansowy kielich nieznanego pochodzenia.

- Którego opis policja rozesłałaby na cały świat?

- Kielicha nie wystawiono by na widok publiczny.

- Myśli pan, że sir Reubenowi wystarczyłaby sama świadomość, że wszedł w jego posiadania?

- Tak. Co więcej, gdybym przyjął ofertę markiza, to sir Reuben mógłby później wejść z markizem w prywatny układ, dzięki czemu kielich stałby się legalnie jego własnością.

Zamilkł na chwilę, po czym rzekł:

- Ale zachowując legalne prawo własności, zostawiłem sobie otwartą drogę do odzyskania mojego kielicha.

- Chce pan powiedzieć, że starał się pan go ukraść z domu sir Reubena? - walnął Poirot prosto z mostu.

- Nie ukraść, panie Poirot. Ja tylko chciałem odzyskać to, co moje.

- Ale się panu nie powiodło, jak rozumiem?

- Nic dziwnego.

Rosenthal nigdy nie miał tego kielicha!

- Skąd pan wie?

- Niedawno nastąpiła fuzja w branży naftowej. Teraz interesy Rosenthala i moje są zbieżne. Jesteśmy sprzymierzeńcami, a nie wrogami. Rozmawiałem z nim szczerze na ten temat i zapewnił mnie natychmiast, że nigdy nie posiadał tego kielicha.

- I pan mu uwierzył?

- Tak.


- A więc przez niemal dziesięć lat, jak to się mówi, gonił pan w piętkę? - rzekł Poirot w zamyśleniu.

- Tak, dokładnie tak! - przyznał finansista z goryczą.

- A teraz..; zaczyna pan wszystko od początku? Kolekcjoner skinął głową.

- I ja mam wkroczyć na tym etapie? Mam być psem, którego puszcza pan starym tropem... bardzo starym?

- Nie wzywałbym pana, gdyby sprawa była prosta - odrzekł sucho magnat. - Oczywiście, jeżeli uważa pan, że to niemożliwe...

Trafił w sedno. Herkules Poirot zesztywniał w fotelu.

- Ja nie znam słowa "niemożliwe", monsieur - odparował zimno. - Ja tylko zadaję sobie pytanie, czy sprawa ta jest dostatecznie ciekawa, żebym miał się jej podjąć.

Emery Power uśmiechnął się po raz drugi.

- Jest dostatecznie ciekawa... bo sam pan określi wysokość swojego honorarium.

Mały człowieczek spojrzał na dużego.

- Aż tak zależy panu na tym dziele sztuki? - zapytał cicho. - Chyba nie!

- Powiedzmy, że, tak jak pan, nie przyjmuję porażki do wiadomości - rzekł Emery Power.

Herkules Poirot pochylił głowę.

- Tak - mruknął. - Jeśli tak, to rozumiem...


II
Inspektor Wagstaffe był zaciekawiony.

- Kielich Veratrino? Tak, pamiętam doskonale. Prowadziłem tę sprawę z naszej strony. Wie pan, mówię trochę po włosku, więc pojechałem tam i pogadałem sobie z makaroniarzami. Ten puchar nigdy się już nie pojawił na widoku. Śmieszna sprawa.

- A jak pan to sobie tłumaczy? Prywatna sprzedaż? Wagstaffe potrząsnął głową.

- Wątpię. Oczywiście, nie jest to wykluczone... Ale nie, ja to tłumaczę dużo prościej. Towar zamelinowano, a jedyny człowiek, który wiedział gdzie, już nie żyje.

- Myśli pan o Caseyu?

- Tak. Mógł go schować gdzieś we Włoszech albo udało mu się go wywieźć za granicę. Ale on go gdzieś ukrył i do tej pory ten kielich tam leży.

Herkules Poirot westchnął.

- Bardzo romantyczna teoria. Perły schowane w gipsowych rzeźbach... jakże się nazywało to opowiadanie... Popiersie Napoleona, nieprawdaż? Ale w tym wypadku mamy nie klejnoty, lecz duży, solidny złoty puchar. To już nie tak łatwo ukryć.

- Bo ja wiem? - bąknął Wagstaffe. - Sądzę, że dałoby się zrobić. Pod podłogą, czy coś w tym rodzaju.

- Czy Casey miał własny dom?

- Tak, w Liverpoolu. - Inspektor uśmiechnął się szeroko. - Nic tam nie było pod podłogą. Sprawdziliśmy.

- A co z jego rodziną?

- Żona była przyzwoitą kobietą... chorowała na gruźlicę. Zamartwiała się postępowaniem męża. Wierzyła... była gorliwą katoliczką i nie mogła się zdecydować, żeby od niego odejść. Zmarła kilka lat temu. Opiekowała się nią córka... teraz jest zakonnicą. Syn był inny... wykapany ojciec. Z tego, co ostatnio słyszałem, odsiaduje wyrok w Ameryce.

Herkules Poirot zapisał w notatniku: "Ameryka".

- Czy to możliwe, żeby syn Caseya znał miejsce kryjówki? - zapytał.

- Nie wierzę. Inaczej kielich już dawno wpadłby w ręce paserów.

- Mogli go przetopić.

- Możliwe, to nawet bardzo prawdopodobne. Ale bo ja wiem... dla kolekcjonerów miał olbrzymią wartość, zdziwiłby się pan! Czasami - dorzucił inspektor cnotliwie - mam wrażenie, że ci kolekcjonerzy są wyzbyci jakiejkolwiek moralności.

- Aha! Czy zdziwiłoby pana, gdyby na przykład sir Reuben Rosenthal był zamieszany w tę, jak pan to określił, "śmieszną sprawę"?

Wagstaffe wyszczerzył zęby.

- Nie wykluczałbym tego. Tam, gdzie w grę wchodzą dzieła sztuki, nie ma on opinii człowieka szczególnie uczciwego.

- A co z resztą szajki?

- Riccovetti i Dublay odsiadują wysokie wyroki. Zdaje mi się, że już niedługo powinni wyjść.

- Dublay to Francuz, tak?

- Tak, był mózgiem bandy.

- Kto jeszcze do ich należał?

- Jakaś dziewczyna... wołali na nią Ruda Kaśka. Zatrudniała się jako pokojówka i wywiadywała co i jak.... gdzie trzymają forsę i tak dalej. Zdaje się, że po rozbiciu gangu wyjechała do Australii.

- To wszyscy?

- Podejrzewano, że ma z nimi powiązania taki jeden o nazwisku Yougouian. To handlarz. Kwaterę główną ma w Istambule, ale ma też sklep w Paryżu. Wprawdzie niczego mu nie udowodniono... ale to śliski gość.

Poirot westchnął. Zerknął na swój mały notes, gdzie zapisał: Ameryka, Australia, Włochy, Francja, Turcja...

- I Ziemię opasać... mruknął.

- Słucham? - bąknął inspektor Wagstaffe. - Mówiłem tylko - oświadczył Herkules Poirot - że wskazana będzie podróż dookoła świata.


III
Do stałych zwyczajów Herkulesa Poirot należało omawianie aktualnie prowadzonych spraw z jego służącym doskonałym - Georgesem. Znaczy to, że Herkules Poirot rzucał luźne uwagi, na które Georges reagował z doświadczeniem życiowym, nabytym w ciągu swej wieloletniej kariery lokaja.

- Georges, gdybyś stanął w obliczu konieczności prowadzenia śledztwa w pięciu różnych częściach kuli ziemskiej, jak byś się do tego zabrał?

- No cóż, proszę pana, podróże samolotem są bardzo szybkie, choć niektórzy twierdzą, że źle wpływają na żołądek. Trudno mi o własne zdanie na ten temat.

- Należy zadać sobie pytanie, jak w takiej sytuacji postąpiłby Herkules?

- Czy mówi pan o tym fabrykancie rowerów?

- Albo - ciągnął Herkules Poirot - zapytać jeszcze prościej: jak on naprawdę postąpił? Odpowiedź zaś, Georges, brzmi: podróżował, i to energicznie. W końcu jednak musiał zasięgnąć informacji... według jednych u Prometeusza, według innych - u Nereusa.

- Doprawdy, proszę pana? - rzekł Georges. - Nigdy nie słyszałem o żadnym z tych dwóch panów. Czy oni prowadzą biura podróży?

Herkules Poirot, napawając się brzmieniem swojego głosu, ciągnął:

- Mój klient, Emery Power, rozumie tylko jedno: działać! Tymczasem niepotrzebne trwonienie energii to bezsens. W życiu, Georges, należy kierować się złotą zasadą: nigdy nie rób nic, co inni mogą zrobić za ciebie. Zwłaszcza - dodał, wstając i podchodząc do półki z książkami - kiedy cena nie gra roli.

Zdjął z półki teczkę oznaczoną literą "D" i otworzył ją na słowach "Detektywistyczne agencje - godne zaufania".

- Współczesny Prometeusz - mruknął pod nosem. - Bądź łaskaw, Georges, wynotować mi kilka nazwisk i adresów. Panowie Hankerton z Nowego Jorku, panowie Laden i Bosher z Sydney, signor Giovanni Mezzi z Rzymu, monsieur Nahum z Istambułu i panowie Roget i Franconard z Paryża.

Przerwał, czekając, aż Georges skończy pisać. Następnie polecił:

- I bądź tak dobry zorientować się w rozkładzie jazdy pociągów do Liverpoolu.



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna