Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona17/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

- Tak jest, proszę pana. Czy wybiera się pan do Liverpoolu?

- Tak, niestety. Niewykluczone, Georges, że udam się nawet dalej. Ale to jeszcze nie teraz.
IV
Trzy miesiące później Herkules Poirot stał na skalnym nawisie, spoglądając na Ocean Atlantycki. Mewy, krzycząc przeciągle i melancholijnie, wzbijały się w niebo i opadały. Powietrze było ciepłe i wilgotne.

Herkules Poirot miał wrażenie, dość powszechne u ludzi po raz pierwszy odwiedzających Inishgowlen, że dotarł na skraj świata. Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie niczego równie dalekiego, osamotnionego i opuszczonego. Była to piękna okolica; piękna melancholijną, obsesyjną pięknością odległej przeszłości, w którą trudno uwierzyć. Tutaj, na zachodzie Irlandii, nigdy nie stanęła noga rzymskich legionów; tu nigdy Rzymianie nie rozstawili obozów warownych, nie pobudowali porządnych, użytecznych dróg. Była to ziemia, gdzie nie znano zdrowego rozsądku i uporządkowanego życia.

Herkules Poirot spojrzał na czubki swoich lakierków i westchnął. Czuł się opuszczony i samotny. Tutaj nie doceniano standardu życia, do którego przywykł.

Omiótł wzrokiem opustoszałe wybrzeże i raz jeszcze spojrzał na morze. Gdzieś tam, jak głosi tradycja, leżą Wyspy Błogosławione, Kraina Młodości....

- Jabłoń, śpiew i złoto - szepnął do siebie.

Nagle znów stał się sobą - czar chwili prysnął.

Gdzieś w pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Znajomy sygnał. Z tym dźwiękiem był obeznany od dzieciństwa.

Żwawym krokiem ruszył wzdłuż nabrzeża. Dziesięć minut później zobaczył na skalnym nawisie budynek, otoczony wysokim murem, w którym osadzono wielkie, nabite ćwiekami drewniane drzwi. Herkules Poirot podszedł do nich i zapukał żelazną kołatką. Następnie pociągnął ostrożnie za zardzewiały łańcuch, na co po drugiej stronie drzwi zabrzmiał wesoło mały dzwoneczek.

Otworzyło się małe okienko w bramie i ukazała się twarz. Twarz podejrzliwa, okolona nakrochmaloną bielą. Nad górną wargą widniał wyraźny wąsik, lecz głos należał do kobiety. Był to głos z gatunku tych, które Herkules Poirot określał mianem femme formidable.

Głos zapytał, o co chodzi.

- Czy to klasztor pod wezwaniem świętej Marii i Wszystkich Aniołów?

- A cóżby innego? - odparł kobiecy głos opryskliwie. Herkules Poirot nie próbował znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

- Chciałbym się widzieć z siostrą przełożoną - powiedział do smoka.

Smoczysko opierało się, lecz wreszcie ustąpiło. Odsunięto rygle, drzwi się otworzyły i wprowadzono Herkulesa Poirot do małego, prostego pomieszczenia, w którym przyjmowano gości odwiedzających klasztor.

Wkrótce pojawiła się siostra z różańcem u pasa.

Herkules Poirot był od urodzenia katolikiem. Atmosfera, w której się znalazł, była mu bliska.

- Przepraszam za kłopot, ma mere* - odezwał się -ale zdaje mi się, że ma pani tutaj religieuse*, która dla ludzi nazywała się Kate Casey.

Siostra przełożona skłoniła głowę.

- To prawda. Dla Boga to siostra Maria Urszula.

- Wydarzyło się zło, które trzeba naprawić - rzekł detektyw. - Wierzę, że siostra Maria Urszula mogłaby mi w tym pomóc. Ma ona informacje, które mogą się okazać bezcenne.

Siostra przełożona potrząsnęła głową. Twarz miała łagodną, a głos spokojny.

- Siostra Maria Urszula nie może panu pomóc.

- Ależ zapewniam...

Przerwał. Siostra przełożona rzekła:

- Siostra Maria Urszula zmarła dwa miesiące temu.
V
Herkules Poirot siedział niewygodnie oparty o ścianę w sali barowej hotelu Jimmy'ego Donovana. Hotel nie odpowiadał jego wyobrażeniom o tym, czym hotel być powinien. Jego łóżko było w rozsypce, podobnie jak i dwie szyby w oknie pokoju, co umożliwiało wstęp nocnemu powietrzu, któremu detektyw tak bardzo nie ufał. Gorąca woda, którą mu przyniesiono, okazała się letnia, po posiłku zaś odczuwał w swym wnętrzu dziwne, bolesne skurcze.

W barze siedziało pięciu mężczyzn; wszyscy rozmawiali o polityce. Przez dłuższy czas Herkules Poirot nie mógł zrozumieć, o czym mówią. Mało go to zresztą obchodziło.

Wkrótce jeden z mężczyzn przysiadł się do niego. W pewien sposób odróżniał się od pozostałych. Miał typowy wygląd mieszczucha.

- Coś panu powiem - odezwał się z godnością. - Powiem panu... Pegeen's Pride nie ma szans... ani cienia szansy. Przyjdzie na szarym końcu, na szarym końcu. Pan wierzy w moje typy. Wie pan, kto ja jestem... no, wie pan? Atlas, jestem Atlas z "Dublin Sun".., typowałem zwycięzców na cały sezon. Czyż nie przewidziałem Larry's Girl? Płacili za nią dwadzieścia pieg do jednego... dwadzieścia pięć do jednego! Słuchajcie Atlasa, a dobrze na tym wyjdziecie.

Herkules Poirot spojrzał na niego z uwielbieniem.

- Mon Dieu, toż to omen! - mruknął drżącym głosem.


VI
Minęło kilka godzin. Księżyc wychodził co chwila, kokieteryjnie zerkając spoza chmur. Poirot i jego nowy przyjaciel przeszli kilka mil. Detektyw kulał. Przyszło mu na myśl, że w końcu istnieją inne buty, bardziej stosowne do chodzenia w terenie niż lakierki. Właściwie to nawet Georges zwracał mu na to uwagę. "Jakieś ładne obuwie z juchtowej skóry" - radził z szacunkiem.

Herkulesowi Poirot nie spodobał się ten pomysł. Uważał, że jego stopy powinny być porządnie, elegancko obute. Teraz jednak, wędrując kamienistą ścieżką, uświadomił sobie, że istnieją jeszcze inne buty...

Nagle jego towarzysz odezwał się:

- Czy ksiądz nie będzie miał do mnie za to pretensji? Nie chciałbym mieć żadnego grzechu na sumieniu.

- Oddajesz tylko cesarzowi to, co cesarskie - zapewniał go detektyw.

Dotarli do murów klasztoru. Atlas przygotował się do wypełnienia swej roli.

Jęknął potężnie i oświadczył cichym, rozgoryczonym tonem, że jest kompletnie zniszczony!

- Spokój! - nakazał detektyw autorytatywnie. - Nie musisz dźwigać na barkach ciężaru świata... tylko ciężar Herkulesa Poirot.


VII
Atlas obracał w palcach dwa nowiutkie banknoty pięciofuntowe. - Może do rana zapomnę, w jaki sposób je zarobiłem. Przestałem się już przejmować ojcem O'Reilly.

- Zapomnij o wszystkim przyjacielu. Jutro należy do ciebie.

- I na co mam je postawić? - mruknął Atlas. - Jest Working Lad, to wspaniały koń, cudowny! Jest też Sheila Bayne. Dostałbym za nią siedem do jednego.

Zamilkł na chwilę.

- Czy mi się zdaje, czy słyszałem, że wspomniał pan imię jakiegoś pogańskiego boga? Mówił pan o Herkulesie, i chwała Bogu, o trzeciej trzydzieści biegnie jutro Herkules.

- Przyjacielu, postaw całe pieniądze na tego konia - doradził detektyw. - Wierz mi, Herkules nie może przegrać.

I stało się, że następnego dnia Herkules ze stajni pana Rosylyna całkiem niespodziewanie wygrał gonitwę o puchar Baynana. Płacono sześćdziesiąt do jednego.
VIII
Herkules Poirot zręcznie rozpakował starannie zawiniętą paczkę. Najpierw szary papier, potem watę, a na końcu bibułkę.

Na biurku przed Emerym Powerem ustawił błyszczący złoty kielich, ozdobiony wizerunkiem jabłoni o owocach wykonanych ze szmaragdów.

Finansista, odetchnął głęboko.

- Gratuluję, panie Poirot.

Herkules Poirot skłonił się. Emery Power wyciągnął rękę.

Dotknął brzegu naczynia, przesuwając palcem po jego krawędzi.

- Mój! - powiedział głębokim głosem.

- Pański - zgodził się Poirot.

Kolekcjoner odetchnął i rozparł się w fotelu.

- Gdzie go pan znalazł? - zapytał rzeczowym tonem.

- Na ołtarzu - odparł detektyw. Emery Power wytrzeszczył oczy.

- Córka Caseya była zakonnicą. Miała właśnie składać ostatnie śluby, kiedy umarł jej ojciec. Była niedouczona, za to wierząca. Zabrała go do klasztoru, aby - jak sądzę - odpokutować za grzechy ojca. Oddała go na użytek ku chwale Pana. Wątpię, czy siostry poznały się na jego prawdziwej wartości. Prawdopodobnie uważały, że to rodzinny spadek. W ich oczach było to zwykłe naczynie liturgiczne i używały go zgodnie z przeznaczeniem.

- Niebywała historia! - rzekł Emery Power. - A co pana skłoniło, żeby tam pojechać?

Poirot wzruszył ramionami.

- Być może rezultat eliminacji. A także zadziwiający fakt, że nikt nie próbował się pozbyć tego kielicha. Rozumie pan, wyglądało na to, że znajduje się on gdzieś, gdzie zwykłe materialne wartości nie mają znaczenia. Przypomniałem sobie, że córka Patricka Caseya była zakonnicą.

- No, jak już mówiłem, gratuluję - rzekł Power serdecznie. - Proszę mi podać wysokość pańskiego honorarium, zaraz wystawię czek.

- Nie żądam honorarium - powiedział detektyw.

Finansista wlepił w niego wzrok.

- Jak to?

- Czy w dzieciństwie czytał pan baśnie? Gdzie królowie zwykle mówili: "Proś, o co chcesz". - Więc jednak prosi pan o coś?

- Tak, ale nie o pieniądze. Mam tylko jedno proste życzenie.

- Jakie? Chce pan, żebym panu podsunął, jak zagrać na giełdzie?

- To też byłyby pieniądze, tyle że w innej postaci. Moja prośba jest dużo prostsza.

- Więc słucham?

Herkules Poirot położył obie dłonie na kielichu.

- Niech go pan zwróci do klasztoru.

Zapadła cisza. Po chwili Emery Power zapytał:

- Czy pan oszalał?

Herkules Poirot potrząsnął głową.

- Nie, nie oszalałem. Coś panu pokażę. Podniósł kielich i mocno wbił paznokcie w otwartą paszczę węża oplatającego drzewo. Malutki fragment rzeźbionego wnętrza złotego kielicha przesunął się, odsłaniając otwór prowadzący do pustej w środku nóżki naczynia.

- Widzi pan? - rzekł detektyw. - Był to kielich papieża Borgii. Przez ten otworek trucizna dostawała się do napoju. Sam pan powiedział, że historia tego pucharu jest nierozłącznie związana ze złem. Gwałt, krew i przemoc towarzyszyły jego właścicielom. Kto wie, czy teraz nie kolej na pana.

- Zabobony!

- Być może. Ale dlaczego tak bardzo chciał pan zdobyć ten puchar? Nie dla jego urody. Ani dla wartości. Ma pan setki, być może tysiące pięknych i rzadkich dzieł sztuki. Chciał pan tylko zaspokoić swą pychę. Postanowił pan za wszelką cenę nie dać się pokonać. Eh bien, no i nie dał się pan. Pan wygrał! Kielich jest w pańskich rękach. Ale dlaczego nie zdobyć się na wielki, największy gest? Niech go pan zwróci tam, gdzie przebywał przez niemal dziesięć lat. Niech oczyści się tam ze zła, które go otaczało. Kiedyś należał on do Kościoła... więc niech tam też wróci. Niech znów stanie na ołtarzu, oczyszczony i rozgrzeszony, tak jak - miejmy nadzieje - i ludzie będą oczyszczeni i rozgrzeszeni. Pochylił się.

- Pozwoli pan, że opiszę miejsce, w którym go odnalazłem... ogród pokoju, wychodzący na zachodnie morze w kierunku zapomnianego raju młodości i wiecznej piękności...

Mówił jeszcze przez chwilę, w prostych słowach opisując odległy urok Inishgowlan.

Emery Power odchylił się w fotelu i zasłonił dłonią oczy. W końcu powiedział:

- Urodziłem. się na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Opuściłem ją jako dziecko, by wyjechać do Ameryki.

- Słyszałem o tym - wtrącił Poirot łagodnie.

Finansista wyprostował się w fotelu. Jego oczy znów stały się przebiegłe.

- Jest pan dziwnym człowiekiem, panie Poirot - powiedział, a na jego wargach zaigrał nikły uśmieszek. - Postawił pan na swoim. Niech pan zawiezie ten kielich do klasztoru jako prezent ode mnie. Raczej kosztowny prezent. Trzydzieści tysięcy funtów... a co dostanę w zamian?

- Siostry będą się modlić za pańską duszę - odrzekł Poirot poważnie.

Bogacz uśmiechnął się szerzej - drapieżnym, wygłodniałym uśmiechem.

- A więc to jednak inwestycja! Być może najlepsza w mojej karierze...
IX
W niewielkiej sali przyjęć w klasztorze Herkules Poirot opowiedział całą historię i przekazał kielich siostrze przełożonej.

- Niech mu pan powie, że dziękujemy i że będziemy się za niego modlić - powiedziała cicho.

- On potrzebuje waszych modlitw - rzeki detektyw łagodnie.

- Czyżby był nieszczęśliwy?

- Tak bardzo nieszczęśliwy, że zapomniał, czym jest szczęście. Jest tak nieszczęśliwy, że sam o tym nie wie.

- Ach, bogaty... - szepnęła zakonnica.

Herkules Poirot nie odpowiedział - wiedział, że wszelkie słowa są zbędne.
POJMANIE CERBERA

I
Herkules Poirot, kiwając się z boku na bok w wagonie metra i obijając raz o tego, raz o innego sąsiada, myślał w duchu, że na świecie jest stanowczo za dużo ludzi! A już z całą pewnością było ich za dużo w podziemnym świecie Londynu o tej konkretnej godzinie (szóstej trzydzieści wieczorem). Upał, hałas, tłum, ścisk... niemiły dotyk dłoni, ramion, brzuchów i pleców! Otoczony i ściśnięty przez obcych... okropność, pomyślał z niesmakiem - przez szarych i nieciekawych obcych! Ludzkość oglądana tak en masse nie przedstawia się zbyt atrakcyjnie. Jakże rzadko spotyka się twarz promieniującą inteligencją, jak rzadko widuje się teraz femme bien mise*! Jakaż to namiętność każe kobietom robić na drutach nawet w najbardziej nieodpowiednich po temu warunkach? Kobieta robiąca na drutach nigdy nie wygląda zbyt korzystnie; zaabsorbowana, wzrok szklany, niespokojne, pracowicie migające palce! Potrzeba kociej zwinności i napoleońskiej siły woli, aby robić na drutach w zatłoczonym metrze, ale kobietom jakoś się to udaje. Gdy tylko złapią miejsce siedzące, natychmiast wyciągają jakąś nędzną robótkę i druty ze stukotem wkraczają do akcji!

Ani chwili wytchnienia, myślał Poirot, ani odrobiny kobiecego wdzięku! Jego staroświecka dusza buntowała się przeciw stresom i pośpiechowi współczesnego świata. Wszystkie te młode kobiety, które go otaczały - tak podobne jedna do drugiej, tak pozbawione uroku, tak wyzbyte bujnej, ponętnej kobiecości! On wymagał czegoś barwniejszego. Ba, ujrzeć jakąś femme du monde*, szykowną, sympatyczną, spirituelle*... kobietę o obfitych wypukłościach, kobietę zabawnie, ekstrawagancko ubraną! Kiedyś były takie kobiety, ale teraz... teraz...

Pociąg zatrzymał się na stacji. Ludzie rzucili się do wyjścia, niemal nabijając Poirota na czubki drutów; wpychali się do środka, przez co Poirot, wgnieciony w sąsiadów, czuł się niczym sardynka. Pociąg ruszył z szarpnięciem. Detektyw zatoczył się na korpulentną kobietę z sękatymi pakunkami, powiedział: Pardon! i odbił się z powrotem wpadając na wysokiego, kanciastego mężczyznę, którego neseser uderzył go w krzyże. Powtórzył "Pardon!" Poczuł, że jego wąsy wilgotnieją i prostują się. Quel enfer*! Na całe szczęście wysiadał na następnej stacji!

Razem z nim wysiadło także sto pięćdziesiąt innych osób - ponieważ była to stacja Piccadilly Circus - jak wielka fala przypływu. Ludzie wylewali się na peron, wkrótce Poirot uwiązł w ścisku na schodach ruchomych, wynoszących go ku powierzchni Ziemi.

W górę, myślał Poirot, z dala od regionów piekielnych... Jak wyjątkowo bolesna może stać się walizka, wbita od tyłu pod kolana na jadących w górę ruchomych schodach!

W tej samej chwili usłyszał swoje nazwisko. Zaskoczony, podniósł wzrok. Nie wierząc własnym oczom, zobaczył naprzeciwko siebie, na schodach jadących w dół, wizję dawno minionej przeszłości: kobietę o bujnych, obfitych kształtach. Jej grzywę farbowanych na rudo włosów przykrywał cienki słomkowy kapelusz, do którego przyczepiony był co najmniej pułk małych, jaskrawo upierzonych ptaszków. Z ramion spływało jej egzotycznie wyglądające futro.

Purpurowe usta miała szeroko otwarte, a jej pełny głos o cudzoziemskim akcencie rozbrzmiewał tubalnie. Miała krzepkie płuca.

- Tak! - wrzasnęła. - Ależ tak! Mon cher Hercule Poirot! Musimy się znowu spotkać! Ja nalegam!

Lecz nawet przeznaczenie nie jest tak nieubłagane, jak schody ruchome poruszające się w przeciwnych kierunkach. Nieuchronne, bezlitosne. Herkules Poirot wznosił się w górę, podczas gdy hrabina Vera Rossakoff opadała w dół.

Przekręcając się na bok i przechylając nad poręczą, detektyw; zawołał z rozpaczą:

- Chere madame, gdzie mogę panią znaleźć?

Z dołu dobiegła go jej cicha odpowiedź. Była nieoczekiwana, a jednak w tej chwili wydawała się dziwnie na miejscu.

- W piekle...

Herkules Poirot mrugnął. Mrugnął drugi raz. Nagle zachwiał się - nie zauważył, że dojechał już na samą górę, i nie zszedł ze schodów w odpowiednim momencie. Tłum otoczył go ze wszystkich stron. Z boku inny gęsty tłum ściskał się, by wsiąść na schody jadące na dół. Czy powinien się do niego przyłączyć? Czy właśnie to hrabina miała na myśli? Nie da się ukryć, że podróżowanie we wnętrznościach Ziemi w godzinach szczytu to piekło. Jeżeli to właśnie hrabina miała na myśli, to zgadzał się z nią bez zastrzeżeń.

Poirot zdecydował się, ustąpił na bok, wcisnął się w zjeżdżający tłum i wrócił do głębin. U stóp schodów ani śladu hrabiny. Do wyboru miał ruszyć za niebieskimi, bursztynowymi lub innymi światłami.

Czy hrabina zwykła jeździć linią Bakerloo czy Piccadilly? Poirot po kolei zwiedził wszystkie perony. Przepychany przez tłum wsiadających lub wysiadających pasażerów, nigdzie jednak nie wyśledził barwnej rosyjskiej postaci - hrabiny Very Rossakoff.

Zmęczony, sponiewierany i bezgranicznie zasmucony, Herkules Poirot raz jeszcze wyjechał na powierzchnię Ziemi i wyszedł w gwar Piccadilly Circus. Do domu doszedł w nastroju miłego podniecenia.

Nieszczęście małych pedantycznych mężczyzn polega na tym, że pociągają ich duże, obfite w kształtach kobiety. Poirotowi nigdy nie udało się otrząsnąć z fatalnej fascynacji hrabiną. I chociaż minęło już pewnie ze dwadzieścia lat, odkąd widzieli się ostatnim razem, ów czar trwał nadal. To prawda, że jej obecny makijaż przypominał zachód słońca, który wyszedł spod pędzla pejzażysty, a kobieta pod tym makijażem była ukryta przed oczami świata, lecz dla Herkulesa Poirot wciąż była ona uosobieniem przepychu i powabu. W małym mieszczuchu arystokratka nadal wywoływała dreszczyk podniecenia. Wspomnienie pomysłowości, z jaką ukradła biżuterię, jeszcze bardziej rozbudziło jego podziw. Przypomniał sobie, z jak imponująco zimną krwią przyznała się do wszystkiego, kiedy stanęła w obliczu faktów. Kobieta jedna na tysiąc... jedna na milion! A on spotkał ją po latach... aby ją stracić!

"W piekle" - powiedziała. Wszak słuch go chyba nie mylił? Tak właśnie powiedziała?

Ale co ona miała na myśli? Czyżby londyńskie metro? A może jej słowa należy rozumieć w sensie religijnym? A jednak, nawet jeżeli jej styl życia powodował, że piekło było najbardziej prawdopodobnym miejscem spoczynku jej duszy po śmierci, to przecież rosyjska grzeczność nie pozwoliłaby jej sugerować, że i Herkules Poirot trafi w to samo miejsce.

Nie, na pewno chodziło jej o co innego. Z pewnością myślała... Herkules Poirot poczuł zamęt w głowic. Cóż za intrygująca, nieobliczalna kobieta? Kobieta mniejszego kalibru krzyknęłaby pewnie "W Ritzu" albo "U Claridge'a". Ale Vera Rossakoff zawołała zjadliwie i nieprawdopodobnie: "W piekle!"

Poirot westchnął. Ale nie był jeszcze pokonany. Następnego dnia rano wybrał najprostsze i najłatwiejsze wyjście - zapytał swoją sekretarkę, pannę Lemon.

Panna Lemon była nieprawdopodobnie szpetna i niewiarygodnie kompetentna. Poirot nie był dla niej nikim szczególnym - jedynie pracodawcą. Ze swoich obowiązków wywiązywała się doskonale. Jej prywatne myśli i marzenia obracały się wokół nowego systemu gromadzenia akt, który powoli udoskonalała w skrytości ducha.

- Panno Lemon, czy mogę panią o coś zapytać?

- Oczywiście, panie Poirot. - Panna Lemon zdjęła palce z klawiatury maszyny do pisania i czekała uważnie.

- Jeżeli ktoś zaproponowałby pani spotkanie - z nim albo z nią - w piekle, to co by pani zrobiła?

Panna Lemon, jak zwykle, odpowiedziała bez namysłu. Znała jak to się mówi, wszystkie odpowiedzi.

- Uważam, że byłoby wskazane zarezerwować stolik. Herkules Poirot przyglądał się jej w osłupieniu.

- Pani by zarezerwowała stolik? - wyjąkał staccato. Panna Lemon skinęła głową i przysunęła sobie telefon. - Na dzisiaj? - zapytała, a przyjmując jego milczenie za zgodę, szybko nakręciła numer.

- Temple Bar jeden, cztery, pięć, siedem, osiem? Czy to "Piekło"? Proszę zarezerwować stolik na dwie osoby. Dla pana Herkulesa Poirot. Na jedenastą.

Odłożyła słuchawkę i zawiesiła dłonie nad maszyną do pisania. Na jej twarzy pojawił się wyraz lekkiego, bardzo lekkiego zniecierpliwienia. Zrobiła, co do niej należało, zdawała się mówić jej mina; wobec czego może pracodawca łaskawie zechce odejść i pozwoli jej wrócić do pracy.

Herkules Poirot domagał się jednak wyjaśnień.

- A cóż to takiego, to "Piekło"? - zapytał stanowczo. Panna Lemon była nieco zaskoczona.

- Czyżby pan nie wiedział, panie Poirot? To klub nocny... zupełnie nowy i bardzo na fali. Zdaje się, że prowadzi go jakaś Rosjanka. Jeszcze dziś przed wieczorem bez trudu mogę pana zapisać na członka klubu.

Po czym, zmarnowawszy (co jasno dała do zrozumienia) dosyć czasu, panna Lemon zaczęła trzaskać na swojej maszynie z szybkością karabinu maszynowego.

Tego dnia, o jedenastej wieczorem, Herkules Poirot przeszedł przez drzwi, nad którymi dyskretny neon oświetlał po kolei litery nazwy klubu. Podszedł do niego jakiś osobnik i odebrał płaszcz.

Gestem ręki wskazał mu szerokie, prowadzące na dół schody. Na każdym stopniu wypisano jedno zdanie. Pierwsze z nich brzmiało:

"Chciałem dobrze..."

Drugie:


"Zapomnij o tym, co było, i zacznij na nowo..."

Trzecie:


"Mogę z tym skończyć w każdej chwili..."

- Dobre chęci, którymi wybrukowana jest droga do piekła - mruknął Herkules Poirot. - C'est hien imaginé, ça*!

Zszedł na dół. U stóp schodów znajdował się basen, w którym pływały szkarłatne lilie. Nad basenem przerzucono most w kształcie łodzi. Poirot przeszedł po nim.

Po lewej stronie, w czymś w rodzaju marmurowej groty, siedział największy, najbrzydszy i najczarniejszy pies, jakiego Poirot kiedykolwiek widział! Prawdopodobnie, pomyślał detektyw z nadzieją, nie jest prawdziwy. Ale w tej samej chwili pies uniósł dziką, brzydką głowę, a z głębi jego czarnego cielska wyrwał się niski, grzmiący pomruk. Przerażający dźwięk.

Jednocześnie Poirot zauważył ozdobny koszyk z małymi, okrągłymi biszkoptami. Obok niego znajdowała się tabliczka z napisem: "Łapówka dla Cerbera".

Oczy psa utkwione były w koszyku. Znowu rozległ się niski, grzmiący pomruk. Poirot czym prędzej złapał biszkopt i rzucił go wielkiemu psisku.

Przepastny czerwony pysk otworzył się i po chwili potężne szczęki zamknęły się z kłapnięciem. Cerber przyjął łapówkę! .Poirot przeszedł przez otwarte drzwi.

Sala była niezbyt duża, upstrzona małymi stolikami, na środku zaś miała wydzielony parkiet do tańca. Za oświetlenie służyły małe czerwone lampki, na ścianach widniały freski, a naprzeciwko wejścia znajdował się olbrzymi ruszt, przy którym uwijali się kucharze przebrani za diabły z rogami i ogonami.

Wszystko to Poirot zdążył obrzucić wzrokiem, zanim - z właściwą Rosjanom impulsywnością - hrabina Vera Rossakoff rzuciła się na niego z otwartymi ramionami, cała w blasku szkarłatnej sukni.

- Ach, więc przyszedł pan! Mój drogi, mój kochany przyjacielu, cóż to za radość znów pana spotkać! Po tylu latach, po tylu... po ilu? Nie, nie będziemy mówić, po ilu! Mam takie wrażenie, jakby to było wczoraj. Pan się nie zmienił... nie zmienił się pan ani trochę!

- Pani też nie, chere madame - zawołał Poirot, nachylając się nad jej ręką.

Niemniej był w pełni świadomy, że dwadzieścia lat to dwadzieścia lat. Nie siląc się na złośliwość, można by określić hrabinę Rossakoff jako ruinę. Ale przynajmniej była ruiną imponującą. Jej bujne kształty, jej pełnokrwista radość życia były takie same jak kiedyś, no i jak nikt inny potrafiła łechtać męską próżność.

Zaciągnęła Poirota do stolika, przy którym siedziały dwie osoby.

- Mój przyjaciel, mój sławny przyjaciel pan Herkules Poirot - przedstawiła go. - Postrach złoczyńców! Kiedyś sama się go bałam, ale teraz prowadzę krańcowo inne życie, cnotliwie nudne. Czyż nie mam racji?

- Hrabino, niech pani nigdy nie wymawia słowa "nuda" - odpowiedział wysoki, szczupły mężczyzna w starszym wieku, do którego się zwróciła.

- Profesor Liskeard - oświadczyła hrabina. - Wie wszystko o przeszłości i to właśnie on udzielił mi bezcennych wskazówek co do wystroju tego wnętrza.



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna