Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona3/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19

- Ależ nie, panie Poirot, August świetnie potrafi sam chodzić po ulicach. Wytresowałam go bardzo starannie. Zrozumiał nawet zasady ruchu na ulicach jednokierunkowych.

- W takim razie - oświadczył Herkules Poirot - jest mądrzejszy od większości ludzi!


VIII
Sir Joseph przyjął Herkulesa Poirot w gabinecie.

- I co, panie Poirot? - zapytał. - Ma pan się czym pochwalić?

- Pozwoli pan, że najpierw o coś spytam - odrzekł detektyw, sadowiąc się w fotelu. - Wiem, kto jest przestępcą, i sądzę, że mógłbym dostarczyć wystarczających dowodów do skazania tej osoby. Wątpię jednak, żeby w takim wypadku odzyskał pan pieniądze.

- Nie odzyskałbym własnych pieniędzy?

Sir Joseph spurpurowiał.

- Ja jednak nie jestem policjantem - ciągnął Herkules Poirot. - W tej sprawie działam wyłącznie w pańskim interesie. Myślę, że mógłbym odzyskać pańskie pieniądze, pod warunkiem, że nie będzie pan wszczynał dalszych kroków.

- Hę? - bąknął sir Joseph. - Trzeba by nad tym pomyśleć.

- Decyzja należy do pana. Szczerze mówiąc, sądzę, że w interesie publicznym powinien pan oddać sprawę do sądu. Większość ludzi byłaby tego zdania.

- A, na pewno - zareplikował ostro sir Joseph.

- W końcu to nie ich pieniądze diabli by wzięli. Jednego nie znoszę, żeby mnie ktoś okradał. Jeszcze nikt nigdy nie okradł mnie bezkarnie.

- Cóż więc pan postanowił?

- Wybieram forsę! Nikt nie powie, że dałem się naciąć na dwieście funtów!

Herkules Poirot wstał, podszedł do stolika i wypisał czek na dwieście funtów, który wręczył rozmówcy.

- Niech skonam! - rzekł sir Joseph słabym głosem.

- Któż to jest, do diabła?

Poirot potrząsnął głową.

- Jeżeli decyduje się pan na pieniądze, nie wolno panu o nic pytać.

Sir Joseph złożył czek i schował go do kieszeni.

- Szkoda. Ale grunt to forsa. Ile jestem panu winien, panie Poirot?

- Moje honorarium nie będzie wysokie. Jak posiedziałem, to była zupełnie niepoważna sprawa.

Przerwał. - Ostatnio zajmuję się niemal wyłącznie morderstwami... Sir Joseph wzdrygnął się.

- To pewnie ciekawe? - bąknął.

- Czasami. Dziwnym trafem przypomina mi pan jedną z pierwszych spraw, które prowadziłem jeszcze w Belgii... protagonista był nadzwyczaj podobny do pana. Był to bogaty fabrykant mydła. Otruł żonę, żeby poślubić swoją sekretarkę... Tak, podobieństwo doprawdy niezwykłe...

Z ust sir Josepha wydarł się cichy dźwięk: wargi mu zsiniały, rumieńce odpłynęły ż policzków, oczy wyszły z orbit. Osunąwszy się w fotelu, wpatrywał się w detektywa.

Po chwili drżącą ręką sięgnął do kieszeni. Wyciągnął czek i podarł go na strzępy.

- Było, nie ma. Niech pan to potraktuje jako swoje honorarium.

- Ależ, sir Joseph, moje honorarium nie byłoby aż tak wysokie.

- Nie ma o czym mówić. To dla pana.

- Wyślę ten czek na jakiś cel dobroczynny.

- Niech go pan sobie wysyła, gdzie się panu żywnie podoba.

Poirot pochylił się w fotelu.

- Nie muszę panu chyba tłumaczyć, sir Joseph, że w pańskiej sytuacji powinien pan zachować daleko idącą ostrożność.

- Może pan być spokojny - odparł sir Joseph ledwie dosłyszalnym szeptem. - Będę ostrożny.

Herkules Poirot wyszedł.

- A jednak - mruknął pod nosem, schodząc po schodkach na ulicę. - Nie myliłem się.
IX
- Dziwne, to lekarstwo smakuje zupełnie inaczej - oznajmiła lady Hoggin mężowi. - Wcale już nie jest gorzkie. Ciekawe dlaczego?

- Same brakoroby, ci aptekarze - warknął sir Joseph.

- Za każdym razem wszystko robią inaczej.

- Chyba masz racje - przyznała lady Hoggin powątpiewająco.

- Oczywiście. Potrafisz znaleźć inny powód?

- Czy ten człowiek dowiedział się już czegoś w sprawie Shan Tunga?

- Tak. Odzyskał moje pieniądze.

- Kto go porwał?

- Tego nie powiedział. Małomówny gość, ten Poirot. Ale nie musisz się już więcej martwić.

- Zabawny z niego człowieczek, nie sądzisz?

Sir Joseph zadrżał lekko i zerknął spod oka w górę, jak gdyby poczuł nad prawym ramieniem obecność niewidzialnego Herkulesa Poirot. Miał wrażenie, że nigdy się już od tego uczucia nie uwolni.

- To kawał spryciarza! - odparł, w duchu zaś pomyślał sobie: "Greta może się wypchać! Dla żadnej platynowej blondynki nie będę ryzykował własną głową!"


X
- Och!

Amy Carnaby z niedowierzaniem oglądała czek na dwieście funtów.

- Emily! Emily, posłuchaj tylko!

Szanowna panno Carnaby, niech mi będzie wolno przekazać cegiełkę na Pani jakże godny wsparcia fundusz, zanim zostanie ostatecznie zamknięty. Z wyrazami głębokiego szacunku

Herkules Poirot.

- Miałaś niewiarygodne szczęście, Amy - powiedziała Emily Carnaby. - Pomyśl tylko, gdzie mogłabyś teraz być.

- W Wormwood Scrubbs... a może w Holloway? - mruknęła jej siostra. - Ale to już koniec... prawda, Auguście? Nie będziemy już więcej zabierali do parku przyjaciółek mamusi i nożyczek.

Jej oczy zaszły mgiełką. Westchnęła z rozrzewnieniem.

- Kochany August! A jednak to szkoda. Jest taki mądry... Można go nauczyć dosłownie wszystkiego...
HYDRA LERNEJSKA

I
Herkules Poirot spoglądał na siedzącego przed nim mężczyznę wzrokiem pełnym otuchy.

Doktor Charles Oldfield miał około czterdziestu lat, jasne lekko posiwiałe na skroniach włosy i niebieskie oczy, z których przebijało zatroskanie. Siedział przygarbiony i jakby trochę speszony. Wszystko wskazywało na to, że trudno mu jest przystąpić do rzeczy.

- Przyszedłem do pana, panie Poirot, z nieco dziwną prośbą - odezwał się w końcu, zacinając się lekko. - Teraz jednak, kiedy już "tu jestem, mam ochotę wycofać się. Nareszcie widzę wyraźnie, że w sprawie takiej jak ta nikt nic nie jest w stanie zrobić.

- Pozwoli pan, że o tym ja zadecyduję - mruknął Poirot.

- Sam nie wiem, dlaczego zdawało mi się... - bąknął Oldfield i zamilkł.

- Że będę w stanie panu pomóc? - dokończył za niego Poirot. - Eh bien, zobaczymy. Niech mi pan opowie o swoich kłopotach.

Lekarz wyprostował się. Poirota znowu uderzył mizerny wygląd jego rozmówcy.

- Widzi pan, nie ma najmniejszego sensu zwracać się z tym do policji - rzekł Oldfield. W jego głowie brzmiała nuta rozpaczy. - Oni nic nie poradzą. A tymczasem... z dnia na dzień jest coraz gorzej. Ja... ja już sam nie wiem, co robić...

- Z czym jest coraz gorzej?

- Z plotkami... No więc, panie Poirot, to całkiem proste. Nieco ponad rok temu zmarła moja żona. Ostatnie kilka lat spędziła przykuta do łóżka. I mówią, oni wszyscy mówią, że to ja ją zabiłem... że ją otrułem!

- Hm... - mruknął Poirot. - A otruł ją pan?

- Panie Poirot! - Doktor Oldfield zerwał się na nogi.

- Proszę się uspokoić i usiąść - rzekł detektyw. - A zatem przyjmujemy, że nie otruł pan żony. Ale że, jak mi się zdaje, praktykuje pan na prowincji...

- Właśnie. W Market Loughborough, w Berkshire. Zdawałem sobie sprawę, że w takich miasteczkach ludzie plotkują, ale nie wyobrażałem sobie, że jest to możliwe aż na taką skalę. - Przysunął się z krzesłem do detektywa. - Panie Poirot, nie ma pan pojęcia, co ja ostatnio przeżyłem. Z początku nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Zauważyłem, że ludzie odnoszą się do mnie mniej przyjaźnie, że starają się mnie unikać... ale kładłem to na karb... na karb mojej niedawnej żałoby. Później jednak stało się to jeszcze bardziej widoczne. Nawet na ulicy ludzie na mój widok przechodzą na drugą stronę. Policjanci uciekają ode mnie. Wszędzie, gdzie tylko się ruszę, mam świadomość przyciszonych głosów, wrogich oczu, które obserwują mnie, podczas gdy złośliwe języki szeptem sączą swój śmiertelny jad. Dostałem kilka listów... podłość! - Przerwał na chwilę. - I... i zupełnie już nie wiem, co począć. Nie wiem, jak z tym walczyć... z tą siecią nikczemnych kłamstw i podejrzeń. Jak można odeprzeć zarzuty, których nikt nie stawia prosto w oczy? Jestem bezsilny... osaczony... czeka mnie powolna, lecz nieuchronna zguba.

Poirot w zamyśleniu kiwał głową. - Tak' - przyznał. - Plotka to rzeczywiście hydra lernejska o dziewięciu głowach. Nie sposób jej zniszczyć, bo na miejscu jednej odciętej głowy wyrastają dwie nowe.

- Waśnie w tym rzecz - przytaknął Oldfield. - Nic nie mogę zrobić... nic! Pan jest moją ostatnią deską ratunku, ale ani przez chwilę nie łudzę się, że będzie mi pan mógł pomóc.

Przez dłuższy czas Herkules Poirot siedział w milczeniu.

- Nie jestem taki pewien - odezwał się w końcu. - Pańska sprawa mnie interesuje, doktorze. Chciałbym spróbować swych sił, przekonać się, czy uda mi się zniszczyć tego wielogłowego potwora. Na początek proszę mi powiedzieć coś więcej na temat okoliczności, które dały początek tym złośliwym plotkom. Powiedział pan, że pańska żona zmarła nieco ponad rok temu. Co było przyczyną śmierci?

- Choroba wrzodowa żołądka.

- Czy przeprowadzono autopsję?

- Nie. Żona od lat miała kłopoty z żołądkiem. Poirot pokiwał głową.

- A objawy zapalenia żołądka i zatrucia arszenikiem są bardzo podobne... dzisiaj już każdy o tym wie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odnotowano przynajmniej cztery sensacyjne morderstwa, których ofiary pochowano bez cienia podejrzeń, wystawiając świadectwo zgonu z powodu zaburzeń żołądka. Czy pańska żona była młodsza od pana, czy starsza?

- Starsza o pięć lat.

- Jak długo byli państwo małżeństwem?

- Piętnaście lat.

- Czy żona zostawiła jakiś majątek

- Tak. Była bardzo dobrze sytuowana. Zostawiła w przybliżeniu trzydzieści tysięcy funtów.

- Sumka niczego sobie. To pan jest spadkobiercą?

- Tak.


- Czy był pan z żoną w dobrych stosunkach?

- Naturalnie.

- Żadnych awantur? Scen małżeńskich?

- Cóż... - Charles Oldfield zawahał się. - Żonę można by zaliczyć do tak zwanych trudnych kobiet. Była schorowana i nieco przewrażliwiona na punkcie swojego zdrowia - stąd jej drażliwość. Trudno jej było dogodzić. Zdarzało się i tak, że czego bym nie zrobił, było źle.

Poirot kiwnął głową.

- Tak, znam ten gatunek. Prawdopodobnie skarżyła się, że nikt o nią nie dba, nie docenia jej... że znudziła się już mężowi, który tylko czeka na jej śmierć.

Wyraz twarzy Oldfielda potwierdzał trafność domysłów detektywa.

- Trafił pan w samo sedno! - stwierdził lekarz z wymuszonym uśmiechem.

- Czy miała do pomocy pielęgniarkę? - ciągnął indagację Poirot. - Albo damę do towarzystwa? Może oddaną sobie, pokojówkę?

- Miała pielęgniarkę, która była zarazem damą do towarzystwa. To bardzo rozsądna i fachowa kobieta. Naprawdę nie wierzę, żeby plotkowała.

- Nawet rozsądne i fachowe kobiety le bon Dieu* wyposażył w język, z którego robią nie zawsze najmądrzejszy użytek. Nie ma wątpliwości, że ta pielęgniarka plotkowała, że plotkowała służba, że wszyscy plotkowali! Mieli pod ręką wszystko, co potrzebne do wywołania jakże przyjemnego prowincjonalnego skandalu. A teraz zadam panu jeszcze jedno pytanie. Kim jest ta kobieta?

- Nie rozumiem - odparł doktor Oldfield, rumieniąc się z gniewu.

- Ja myślę, że pan jednak rozumie - powiedział Poirot łagodnie. - Pytam, jak się nazywa kobieta, z którą ludzie łączą pańskie nazwisko?

Doktor Oldfield powstał. Jego twarz była zimna, zacięta.

- W tej sprawie nie ma żadnej kobiety - oświadczył. - Przykro mi, panie Poirot, że zabrałem panu tyle czasu.

Ruszył do drzwi.

- Ja również żałuję - rzekł detektyw. - Pańska sprawa mnie interesuje. Chciałbym panu pomóc. Nic jednak nie mogę poradzić, skoro nie znam całej prawdy.

- Powiedziałem prawdę.

- Nie...

Doktor Oldfield zatrzymał się i odwrócił.

- Dlaczego upiera się pan, że jest w to zamieszana jakaś kobieta?

- Mon cher docteur! Czy sądzi pan, że nie znam mentalności kobiet? Prowincjonalne plotki zawsze, zawsze oparte są na relacjach między obiema płciami. Jeżeli mężczyzna otruje żonę dlatego, że chce się wybrać na Biegun Północny albo nacieszyć urokami stanu kawalerskiego, to ani przez sekundę nie wzbudzi zainteresowania otoczenia! Plotka powstaje i krąży tylko wtedy, gdy ludzie są przekonani, że mężczyzna dopuścił się morderstwa, by móc poślubić inną kobietę. To podstawy psychologii.

- Nie odpowiadam za to, co myśli kupa ciekawskich, plotkujących bab! - warknął zirytowany Oldfield.

- To oczywiste. A zatem może wróci pan, usiądzie i odpowie na pytanie, które panu przed chwilą zadałem.

Ociągając się, lekarz wrócił powoli i zajął swoje miejsce.

- Nie wykluczam, że mogli wziąć na języki pannę Moncrieffe - powiedział, rumieniąc się po same uszy. - Jean Moncrieffe to pielęgniarka, którą zatrudniam. Wspaniała dziewczyna.

- Od dawna pracuje u pana?

- Od trzech lat.

- Czy pańska żona ją lubiła?

- Eee... prawdę mówiąc, niezupełnie.

- Była zazdrosna?

- Też coś!

Poirot uśmiechnął się.

- Zazdrość żon jest przysłowiowa - oświadczył. - Coś panu jednak powiem. Wiem z doświadczenia, że zazdrość, choćby nawet najbardziej wydumana i szaleńcza, prawie zawsze znajduje oparcie w rzeczywistości. Jest takie powiedzonko, że klient ma zawsze rację, prawda? To samo tyczy się zazdrosnych mężów i żon. Oni także w zasadzie zawsze mają rację, nawet jeśli nie dysponują żadnymi konkretnymi dowodami.

- Bzdura - odparł doktor Oldfield stanowczo. - Nie powiedziałem pannie Moncrieffe ani słowa, którego żona nie mogłaby, usłyszeć.

- Być może. Co jednak nie zmienia faktu, że to, co powiedziałem, to prawda. - Herkules Poirot pochylił się. W jego głowie pojawiła się natarczywa, zniewalająca nuta. - Doktorze, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby panu pomóc. Ale musi pan być wobec mnie zupełnie szczery, bez względu na konwenanse czy pańskie prywatne uczucia. Czy nie jest prawdą, że żona przestała pana interesować już na długo przed śmiercią?

Przez pewien czas Oldfield nie odpowiadał. Wreszcie wyznał:

- Ta historia mnie wykończy. Ale muszę mieć nadzieję. Coś mi podpowiada, że będzie pan w stanie mi pomóc. Dlatego też będę z panem szczery, panie Poirot. Nie żywiłem w stosunku do żony głębokich uczuć. Myślę, że byłem dobrym mężem, ale tak naprawdę to nigdy jej nie kochałem.

- A tę dziewczynę, Jean?

Na czoło lekarza wystąpiły drobne krople potu.

- Ja... ja już dawno poprosiłbym ją o rękę, gdyby nie cały ten skandal i gadanie - wyznał.

Poirot odchylił się w fotelu.

- Nareszcie przeszliśmy do faktów! Eh bien, doktorze, podejmę się pańskiej sprawy. Ale proszę pamiętać... interesuje mnie wyłącznie prawda.

- Prawda mi nie zaszkodzi - odrzekł Oldfield z goryczą. Po chwili wahania dorzucił: - Wie pan, zastanawiałem się, czy nie wytoczyć procesu o zniesławienie! Gdybym tylko mógł przypisać komuś formalną zniewagę... wtedy z pewnością oczyściłbym się z zarzutów? Przynajmniej tak mi się czasami wydaje... A znów innym razem myślę, że to by tylko pogorszyło sytuację... nadało tej sprawie większego rozgłosu. Ludzie by gadali: "Możliwe, że tego nie udowodniono, ale nie ma dymu bez ognia". - Spojrzał na detektywa. - Niech mi pan powie, ale szczerze, czy z tego koszmaru jest jakieś wyjście?

- Zawsze jest jakieś wyjście - oświadczył Herkules Poirot.
II
- Georges, wyjeżdżamy na wieś - oznajmił Herkules Poirot swojemu służącemu.

- Naprawdę, proszę pana? - odrzekł Georges, jak zwykle nieporuszony.

- A celem naszej wyprawy jest zgładzenie potwora o dziewięciu głowach.

- Doprawdy, proszę pana? Takiego w rodzaju potwora z Loch Ness?

- To coś jeszcze mniej namacalnego. Nie miałem na myśli istoty z krwi i kości.

- Niezupełnie rozumiem, proszę pana.

- Gdyby tak było, to nasze zadanie przedstawiałoby się prościej. Trudno o coś równie nieuchwytnego, równie trudnego do zlokalizowania, jak źródło plotki.

- Istotnie, proszę pana, to racja. Czasami trudno dociec, skąd się właściwie coś wzięło.

- Ano właśnie.

Herkules Poirot nie zatrzymał się u doktora Oldfielda, wybierając zamiast tego miejscowy zajazd. Następnego dnia po przyjeździe udał się z samego rana na pierwszą rozmowę z Jean Moncrieffe.

Powitała go wysoka dziewczyna o miedzianorudych włosach i spokojnych niebieskich oczach. Sprawiała wrażenia kogoś, kto stale ma się na baczności.

- A więc doktor Oldfield zwrócił się jednak do pana - powiedziała na wstępie. - Wiedziałam, że się nad tym zastanawia. - W jej tonie trudno było się doszukać cienia entuzjazmu.

- Pani była temu przeciwna? - spytał detektyw. Spojrzała mu prosto w oczy.

- A cóż pan może poradzić - powiedziała zimno.

- Być może znajdę jakieś wyjście z tej sytuacji - odparł Poirot spokojnie.

- Wyjście? Jakie wyjście? - rzuciła z pogardą. - Czy zamierza pan obejść po kolei wszystkie te stare baby i powiedzieć każdej: "Och, naprawdę, proszę przestać tak mówić. To tylko szkodzi biednemu doktorowi Oldfieldowi". Wie pan, co by panu odpowiedziały? "Oczywiście, ja w to ani przez chwilę nie wierzyłam!" Właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze... żadna z nich nie powie: "Czy nie przyszło ci do głowy, kochana, że z tą śmiercią pani Oldfield to nie było całkiem tak, jak by się zdawało?" Nie, one mówią: "Ależ oczywiście, złociutka, że nie wierzę w to, co opowiadają o doktorze Oldfieldzie i jego żonie. Jestem pewna, że on nigdy by nie zrobił czegoś podobnego, chociaż prawdą jest, że troszeczkę ją zaniedbywał, i po prawdzie uważam, że nie był to mądry pomysł, zatrudniać młodą pielęgniarkę... A czy ja mówię, że między nimi coś było? Nie, jestem pewna, że tam było wszystko jak należy..." - Przerwała. Twarz miała zarumienioną, łapała powietrze szybkimi haustami.

- Wygląda na to, że jest pani doskonale zorientowana, o czym się tu mówi - powiedział Poirot.

Dziewczyna zacisnęła wargi w twardą linię. Po chwili odparła z goryczą:

- Aż za dobrze!

- A czy pani widzi jakieś rozwiązanie?

- Dla niego byłoby najlepiej, gdyby odstąpił swoją praktykę i przeniósł się gdzie indziej.

- A czy nie sądzi pani, że ta historia ciągnęłaby się za nim wszędzie?

Wzruszyła ramionami.

- Musi zaryzykować.

Poirot milczał przez pewien czas.

- Panno Moncrieffe - zapytał po chwili - czy wyjdzie pani za doktora Oldfielda?

Dziewczyna nie wykazała śladu zdziwienia tym pytaniem.

- Nie prosił mnie o rękę - odrzekła zwięźle.

- Dlaczego?

Spojrzała na detektywa swymi niebieskimi oczyma i zamrugała.

- Nie dałam mu dojść do głosu.

- Cóż to za szczęście spotkać kogoś, kto potrafi być szczery!

- Będę tak szczera, jak pan tylko chce. Kiedy uświadomiłam sobie, że, ludzie posądzają Charlesa o to, że pozbył się żony, by móc się ze mną ożenić, pomyślałam, że gdybyśmy się rzeczywiście pobrali, to by tylko dolało oliwy do ognia. Miałam nadzieję, że jeżeli okaże się, że między nami nie ma mowy o małżeństwie, to cały ten głupi skandal ucichnie.

- Ale nie ucichł?

- Nie.

- Czy nie wydaje się to pani dziwne?



- Oni nie mają tu wiele rozrywek - odrzekła Jean z goryczą.

- Czy chce pani wyjść za Charlesa Oldfielda? - zapytał Poirot.

- Tak, chcę - odparła dziewczyna spokojnym tonem. - Chciałam wyjść za niego niemal od chwili, kiedy go poznałam.

- Jednym słowem śmierć jego żony jest pani bardzo na rękę?

- Pani Oldfield była wyjątkowo antypatyczna. Szczerze mówiąc, jej śmierć bardzo mnie ucieszyła.

- O, tak - stwierdził detektyw. - Jest pani niewątpliwie szczera.

Odpowiedziała mu tym samym co przedtem, pogardliwym uśmiechem.

- Mam pewną propozycję - rzekł detektyw.

- Tak?

- Trzeba tu będzie zastosować drastyczne metody. Proponuję więc, żeby ktoś - może to być pani - napisał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.



- A cóż takiego pan zamierza?

- Jestem zdania, że najlepszym sposobem na uwolnienie się od tej całej historii będzie ekshumacja zwłok i sekcja.

Cofnęła się o krok. Otworzyła usta i zamknęła je z powrotem. Poirot obserwował ją uważnie.

- A więc, mademoiselle? - zapytał po dłuższej chwili.

- Nie zgadzam się z panem - odparła Jean Moncrieffe spokojnie.

- Dlaczego? Bez wątpienia orzeczenie stwierdzające śmierć z przyczyn naturalnych uciszy wszystkie plotki.

- Tak... jeżeli zapadnie takie właśnie orzeczenie.

- Zdaje pani sobie sprawę z tego, co pani implikuje, mademoiselle?

- Wiem, co mówię - odrzekła dziewczyna niecierpliwie. Pan myśli o arszeniku... mógłby pan udowodnić, że nie została nim otruta. Są jednak inne trucizny... alkaloidy roślinne. Wątpię, żeby było możliwe wykrycie ich obecności w zwłokach po roku, nawet jeżeli kiedyś się tam znajdowały. Ja wiem, jacy są ci urzędowi laboranci. Mogą wydać wymijające orzeczenie i podać, że nie stwierdzono nic takiego, co mogło być przyczyną śmierci. Dopiero wtedy języki poszłyby w ruch!

Herkules Poirot milczał przez dłuższą chwilę. Następnie zapytał:

- Kto, zdaniem pani, jest najbardziej dokuczliwą plotkarką w miasteczku?

Dziewczyna zastanowiła się nad odpowiedzią. Po chwili stwierdziła:

- Moim zdaniem najgorszą sekutnicą jest stara panna Leatheran.

- Aha! A czy mogłaby pani przedstawić mnie jakoś pannie Leatheran... jeśli to możliwe, przypadkowo.

- Nic łatwiejszego. O tej porze wszystkie te plotkary wychodzą na żer, niby załatwiając zakupy. Musimy tylko przejść się główną ulicą.

Jak to przewidziała Jean, zadanie nie należało do najtrudniejszych. Przed budynkiem poczty dziewczyna zatrzymała się i odezwała do wysokiej, chudej kobiety w średnim wieku, o długim nosie i bystrych, wścibskich oczkach:

- Dzień dobry, panno Leatheran.

- Dzień dobry, Jean. Piękny dziś dzień, prawda? Świdrujące oczka z wścibstwem biegały po postaci towarzysza Jean Moncrieffe.

- Pozwoli pani - rzekła Jean - to pan Herkules Poirot, który przyjechał tutaj na kilka dni.
III
Delikatnie skubiąc jęczmienny placuszek i balansując filiżanką herbaty na kolanie Herkules Poirot pozwolił sobie na pewne niedyskrecje w stosunku do gospodyni. Panna Leatheran w uprzejmości swojej zaprosiła go na herbatę i od samego początku przystąpiła do wyjaśniania, w jakim to celu przyjechał do nich ten egzotyczny mały cudzoziemiec.

Przez pewien czas detektyw zręcznie odpierał ataki, wzmagając tylko jej apetyt. Wreszcie, gdy uznał, że chwila już dojrzała, pochylił się w fotelu.

- Panno Leatheran, widzę, że jest pani dla mnie za sprytna! - powiedział. - Odgadła pani mój sekret. Przyjechałem tu na polecenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ale błagam - tu ściszył głos - niech pani zachowa tę informację wyłącznie dla siebie.

- Oczywiście... oczywiście - Panna Leatheran była podekscytowana i wstrząśnięta do głębi. - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych... czy chce pan powiedzieć... chyba nie w sprawie biednej pani Oldfield?

Poirot pokiwał głową powoli.

- Aha! - W tym jednym krótkim słówku panna Leatheran zawarła cała gamę przyjemnych uczuć.

- To delikatna sprawa, rozumie pani - rzekł Poirot. - Mam się zorientować, czy istnieją dostateczne podstawy do ekshumacji.

- Chcecie odgrzebać tę biedaczkę! - wykrzyknęła panna Leatheran. - To okropne!

Gdyby zamiast "to okropne" powiedziała "to wspaniałe", wówczas jej słowa lepiej odpowiadałyby brzmieniu jej głosu.

- A co pani myśli o tej sprawie, panno Leatheran?

- No... oczywiście, panie Poirot, dużo się tu o tym mówiło. Ale ja nigdy nie słucham takich rewelacji. Zawsze krąży tu mnóstwo plotek, zupełnie bezzasadnych. Bez wątpienia doktor Oldfield zachowuje się od tej pory nieco dziwnie, ale - jak to wiele razy mówiłam - nie musi to być wynikiem nieczystego sumienia. Może to tylko żal. Co nie znaczy, oczywiście, że jego pożycie z żoną układało się naprawdę dobrze. Wiem o tym... i to z pierwszej ręki. Pielęgniarka Harrison, która opiekowała się panią Oldfield przez trzy czy cztery lata, aż do jej końca, sama to potwierdziła. A wie pan, ja zawsze czułam, że siostra Harrison ma jakieś podejrzenia... nic wprawdzie na ten temat nie mówiła, ale przyzna pan, że można poznać takie rzeczy po czyimś zachowaniu?



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna