Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona4/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19

- Mamy tak mało konkretów, na których można by się oprzeć - odparł Poirot ze smutkiem.

- Tak, wiem, panie Poirot, ale jeżeli dojdzie do ekshumacji, to oczywiście wszystko się wyjaśni.

- To racja - przyznał detektyw. - Wtedy wszystko się wyjaśni.

- Oczywiście, znane są podobne wypadki - ciągnęła panna Leatheran. Jej nos drgał z przyjemnego podniecenia. - Armstrong, na przykład, i ten drugi człowiek... jakże on się nazywał?... no i Crippen, oczywiście. Zawsze byłam ciekawa, czy Ethel Le Neve była jego wspólniczką, czy nie. Oczywiście, Jean Moncrieffe to bardzo miła dziewczyna, na pewno... daleka jestem od twierdzenia, że to ona go do tego popchnęła... ale przecież mężczyźni zupełnie tracą głowę dla dziewcząt, czyż nie mam racji? No i, oczywiście, oni tyle czasu spędzali razem!

Poirot nie odezwał się. Spoglądał na nią niewinnym wzrokiem, mając nadzieje usłyszeć dalszy potok słów. W głębi duszy zabawiał się liczeniem, ile razy w rozmowie padło słowo "oczywiście".

- I, oczywiście, po dokonaniu sekcji zwłok i tak dalej wszystko wyszłoby na jaw, prawda? Wie pan, przepytywanie służby... Służący zawsze tyle wiedzą, prawda?; I, oczywiście, nie sposób ich powstrzymać od plotkowania. Beatrice Oldfieldów została odprawiona prawie natychmiast po pogrzebie... Zawsze uważałam, że to bardzo dziwne, zwłaszcza teraz, kiedy tak trudno o pokojówkę. Wygląda to tak, jakby doktor Oldfield obawiał się, że ona coś wie.

- Z całą pewnością wygląda na to, że istnieją dostateczne podstawy do wszczęcia śledztwa - powiedział Poirot uroczyście.

Panna Leatheran wstrząsnęła się z odrazą.

- Wzdragam się już na samą myśl o tym - powiedziała. - Nasze spokojne miasteczko na czołówkach gazet... cały ten rozgłos!

- Boi się pani tego? - spytał detektyw.

- Tak. trochę. Widzi pan, jestem starej daty.

- W dodatku, jak pani mówi, prawdopodobnie to tylko plotka.

- Noo... nie powiedziałabym tego z ręką na sercu. Widzi pan, uważam, że to takie prawdziwe... to powiedzenie, że "nie ma dymu bez ognia".

- Uważam dokładnie tak samo - rzekł Poirot. Powstał. - Czy mogę liczyć na pani dyskrecję, mademoiselle?

- Ależ oczywiście! Nikomu nie powiem ani słowa! Poirot uśmiechnął się i skierował do wyjścia.

W drzwiach zwrócił się do pokojówki, która podała mu płaszcz i kapelusz:

- Przyjechałem tu w celu wyświetlenia okoliczności śmierci pani Oldfield, ale byłbym wdzięczny, gdybyś zachowała tę wiadomość dla siebie.

Gladys, służąca panny Leatheran, omal nie przewróciła się na stojak na parasole.

- Och, proszę pana, to jednak doktor ją załatwił? - wydusiła z podnieceniem.

- Przecież myślałaś tak już od pewnego czasu, prawda?

- To nie ja, proszę pana, to Beatrice. Ona tam była, kiedy umarła pani Oldfield.

- I to ona myślała - Poirot celowo wybrał ten melodramatyczny zwrot - że miała tam miejsce jakaś nieczysta gra?

Gladys z ożywieniem pokiwała głową.

- Właśnie tak. I powiedziała, że tak samo myślała pielęgniarka, która tam wtedy była, siostra Harrison. Siostra była taka przywiązana do pani Oldfield, i taka zrozpaczona po jej śmierci, i Beatrice zawsze mówiła, że ona coś na pewno o tym wie, bo nie chce doktora widzieć na oczy, odkąd to się stało, a przecież gdyby wszystko było w porządku, to by tak nie zrobiła, nie?

- Gdzie teraz pracuje siostra Harrison?

- U starej pani Bristow... to na samym skraju miasteczka. Na pewno pan trafi. Dom ma kolumny i werandę.
IV
Krótko potem Herkules Poirot siedział naprzeciw kobiety, która z pewnością wiedziała więcej niż ktokolwiek na temat okoliczności będących podstawą plotek.

Siostra Harrison była niebrzydką jeszcze kobietą, dobiegającą czterdziestki. Miała spokojne, poważne rysy Madonny i wielkie ciemne oczy, w których malowało się współczucie. Słuchała swojego gościa cierpliwie i uważnie.

- Tak, wiem, że w miasteczku krążą te nieprzyjemne historie - przyznała. - Robiłam, co w mojej mocy, żeby temu zapobiec, ale to beznadziejna sprawa. Ludzie lubią tego rodzaju podniety, sam pan wie.

- Coś jednak musi leżeć u podstawy tych plotek? - rzekł detektyw.

Zauważył, że wyraz strapienia na jej twarzy jeszcze bardziej się pogłębił. Potrząsnęła jednak tylko głową z zakłopotaniem.

- A może państwo Oldfield nie żyli ze sobą w zgodzie i stąd się wzięły te plotki?

Siostra Harrison potrząsnęła głową zdecydowanie.

- O nie, doktor Oldfield zawsze był dla żony nadzwyczaj serdeczny i cierpliwy.

- Czy rzeczywiście ją kochał? Zawahała się. - Nie... tego bym nie powiedziała. Pani Oldfield była trudną kobietą i dogodzić jej wcale nie było łatwo. Wiecznie domagała się współczucia i troskliwości, co nie zawsze było usprawiedliwione.

- Chce pani powiedzieć, że przesadzała ze swoim zdrowiem?

Pielęgniarka skinęła głową.

- Tak, jej choroba była w dużej mierze wytworem jej wyobraźni.

- A jednak umarła... - rzekł Poirot poważnie.

- Tak, wiem...

Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę; jej zażenowaniu, jej wręcz namacalnej niepewności.

- Myślę, a raczej jestem pewny, że pani wie, co legło u podstaw tych plotek - odezwał się po pewnym czasie.

Siostra Harrison zarumieniła się.

- No cóż... - bąknęła. - Mogę się tylko domyślać. Wydaje mi się, że to Beatrice, pokojówka, zaczęła rozpuszczać te pogłoski i sądzę, że wiem, skąd jej to przyszło do głowy.

- Tak?

- Widzi pan, było to coś, co usłyszałam zupełnie przypadkowo - strzęp rozmowy między doktorem Oldfieldem a panną Moncrieffe - i właściwie jestem pewna, że Beatrice także to usłyszała, tyle że nie chce się do tego przyznać - powiedziała siostra Harrison nieco bez związku.



- Czego dotyczyła ta rozmowa?

Pielęgniarka milczała przez chwile, jak gdyby chciała sprawdzić, czy pamięć jej nie zawodzi, po czym rzekła:

- To się wydarzyło mniej więcej trzy tygodnie przed ostatnim atakiem, który zabił panią Oldfield. Oni byli w jadalni. Schodziłam po schodach, kiedy usłyszałam, jak Jean Moncrieffe mówi: "Jak długo jeszcze to będzie trwało? Dłużej już nie wytrzymam". A doktor odpowiedział jej: "Już niedługo, kochanie, przysięgam". Ona mu na to: "Nie zniosę tego wyczekiwania. Naprawdę wierzysz, że wszystko się uda?" A on powiedział: "Oczywiście. Musi się udać. Za rok o tej porze będziemy już małżeństwem"... Przerwała.

- Wtedy po raz pierwszy zorientowałam się, że między doktorem Oldfieldem a panną Moncrieffe coś jest, panie Poirot - ciągnęła po chwili. - Naturalnie wiedziałam, że on ją podziwia i że są bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale myślałam, że to wszystko. Wróciłam po schodach na górę - porządnie mną to wstrząsnęło -ale zauważyłam, że drzwi kuchni były otwarte i uważam, że Beatrice musiała wtedy podsłuchiwać. Jak pan widzi, rozmawiali w taki sposób, że można to było zrozumieć dwojako. Mogło to oznaczać, że doktor zdawał sobie sprawę z poważnego stanu żony i wiedział, że ona nie ma przed sobą długiego życia - ja zresztą nie wątpię, że o to mu właśnie chodziło - ale komuś w rodzaju Beatrice mogło się wydawać inaczej... mogło to wyglądać tak, jakby doktor i Jean Moncrieffe... no... zamierzali raz na zawsze pozbyć się pani Oldfield.

- Ale pani tak nie uważa?

- Nie... oczywiście, że nie...

Poirot przypatrywał się jej badawczo.

- Siostro Harrison, czy jeszcze coś pani wiadomo? Coś, o czym mi pani nie powiedziała?

Zarumieniła się i odrzekła gwałtownie:

- Nie. Z całą pewnością nie. O czym jeszcze mogłabym wiedzieć?

- Tego nie wiem. Ale myślałem, że jeszcze wie pani... coś.. Potrząsnęła głową, a wyraz zatroskania wrócił na jej twarz.

- Bardzo możliwe, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zażąda ekshumacji zwłok pani Oldfield! - rzekł nagle detektyw.

- Och, nie! - Pielęgniarka była przerażona. - To straszne!

- Myśli pani, że byłaby to szkoda?

- Myślę, że to byłoby okropne! Niech pan tylko pomyśli, jak by tu o tym plotkowano! Dla biednego doktora Oldfielda to by było straszne... straszne.

- A nie sądzi pani, że mogłoby mu to wyjść na dobre?

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- Jeżeli jest niewinny, to jego niewinność zostanie dowiedziona - wyjaśnił Poirot.

Przerwał. Patrzył, jak myśl ta dociera powoli do siostry Harrison, ujrzał, jak pielęgniarka marszczy brwi z zakłopotaniem, i wreszcie jak jej twarz się rozjaśnia. Po chwili pielęgniarka odetchnęła głęboko i spojrzała na niego.

- Nie pomyślałam o tym - powiedziała po prostu. - Oczywiście, to najlepsze wyjście.

Nad nimi ktoś zaczął stukać w podłogę. Pielęgniarka zerwała się na nogi.

- To moja pani, stara panna Bristow. Obudziła się z drzemki. Muszę iść ją wygodnie ułożyć, zanim podadzą jej herbatę i zanim będę mogła wyjść na spacer. Tak, panie Poirot, uważam, że ma pan zupełną słuszność. Sekcja zwłok raz na zawsze zakończy tę sprawę. Wszystko się wyjaśni i wreszcie te ohydne plotki o biednym doktorze Oldfieldzie ucichną.

Uścisnęła dłoń detektywa i pośpiesznie opuściła pokój.

Herkules Poirot skierował się na pocztę i zamówił połączenie z Londynem.

Po drugiej stronie sznura odezwał się rozdrażniony głos:

- Poirot, mój drogi, czy wciąż musi pan niuchać za takimi sprawami? Jest pan pewien, że to coś dla nas? Wie pan chyba, ile jest prawdy w tych prowincjonalnych plotkach? Tyle co nic.

- Ta sprawa jest wyjątkowa - oświadczył Poirot.

- No dobrze... skoro pan tak twierdzi. Ma pan wyjątkowo męczącą cechę, że zwykle ma pan rację. Ale jeżeli okaże się, że to niewypał, to niech pan się nie spodziewa, że będziemy zadowoleni.

Herkules Poirot uśmiechnął się do siebie.

- Nie, to ja będę zadowolony.

- Co pan powiedział? Nic nie słyszę.

- Nic, nic takiego.

Zakończył rozmowę, wyszedł z kabiny telefonicznej i nachylił się ku dziewczynie w okienku.

- Czy przypadkiem nie wie pani, madame - odezwał się swoim najbardziej ujmującym tonem - gdzie mieszka teraz pokojówka, która pracowała niegdyś u państwa Oldfield... na imię ma Beatrice?

- Beatrice King? Od tej pory zmieniła dwie posady. Teraz jest u pani Marley, za bankiem.

Poirot podziękował, kupił dwie kartki pocztowe, znaczki i jakiś bibelot miejscowego wyrobu. W trakcie zakupów udało mu się sprowadzić rozmowę na temat śmierci pani Oldfield. Szybko zauważył dziwny, ukradkowy wyraz, który przemknął po twarzy urzędniczki. - Bardzo nagła ta śmierć, prawda? - powiedziała.

- Narobiła tu niemało szumu, jak pan już pewnie słyszał.

- W jej oczach pojawił się przebłysk zaciekawienia, gdy po chwili spytała: - Może to właśnie dlatego chce się pan widzieć z Beatrice King? My tu wszyscy uważaliśmy, że to dziwne, wymówić jej tak jakoś ni stąd, ni zowąd. Ktoś myślał, że ona coś wiedziała... i rzeczywiście może coś wiedzieć. Dawała do zrozumienia to i owo.

Beatrice King była niską dziewczyną o przebiegłym wyrazie twarzy i bełkotliwej wymowie. Sprawiała wrażenie chodzącej głupoty, ale jej oczy były bardziej inteligentne, niż można się tego było spodziewać po jej zachowaniu. Wyglądało jednak na to, że z Beatrice King nic się nie wydusi.

- Ja tam nic o niczym nie wiem - powtarzała w kółko. - Nie mnie oceniać, co tam się działo... Nie wiem, co ma pan na myśli, mówiąc, że podsłuchałam jakąś rozmowę doktora z panną Moncrieffe. Ja nie z tych, co to podsłuchują pod drzwiami, i nie ma pan prawa tak mówić. Nic nie wiem.

- Czy słyszałaś kiedyś o otruciu arszenikiem? Przez posępną twarz dziewczyny przemknął błysk tajonego zainteresowania.

- A więc to było w tej butelce z lekarstwem?

- W jakiej butelce?

- W jednej z tych butelek z lekarstwami, które panna Moncrieffe przygotowywała dla pani - wyjaśniła Beatrice. - Widziałam, że pielęgniarka była tym okropnie zdenerwowana. Posmakowała, a jakże, potem powąchała, a potem wylała to do zlewu i napełniła butelkę czystą wodą z kranu. To lekarstwo było zresztą przezroczyste jak woda. A raz, kiedy panna Moncrieffe zaniosła pani dzbanek herbaty, pielęgniarka zabrała go i zaparzyła świeżą... powiedziała, że woda nie była dobrze przegotowana, ale to niemożliwe! Myślałam, że ona tak tylko marudzi, jak to u pielęgniarek, ale sama nie wiem... może i coś w tym było. Poirot skinął głową.

- Lubiłaś pannę Moncrieffe, Beatrice? - zapytał.

- Nie miałam nic przeciwko niej... Chociaż trochę była zarozumiała. Oczywiście od początku wiedziałam, że kocha się w doktorze. Starczyło widzieć, jak na niego patrzy.

Poirot znowu skinął głową i wrócił do zajazdu. Tam wezwał Georgesa i dał mu pewne instrukcje.
VI
Doktor Alan Garcia, laborant Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zatarł ręce i mruknął do Herkulesa Poirot:

- Spodziewam się, że jest pan zadowolony, panie Poirot? Pan, który ma zawsze rację.

- Jest pan nazbyt uprzejmy - mruknął detektyw.

- Co pana na to naprowadziło? Plotka?

- Jakby pan zgadł... Na scenę wchodzi Plotka, wymalowana od stóp do głów w języki.

Następnego dnia Poirot raz jeszcze wsiadł w pociąg do Market Loughborough.

W Market Loughborough huczało jak w ulu. Huczało tam już zresztą od czasu, kiedy przystąpiono do ekshumacji zwłok.

Teraz jednak, kiedy wyniki autopsji przedostały się do wiadomości publicznej, podniecenie osiągnęło stan wrzenia. Poirot był w zajeździe niecałą godzinę i właśnie skończył obiad złożony ze steku i cynaderek popitych piwem, kiedy powiadomiono go, że chce się z nim widzieć jakaś kobieta.

Była to siostra Harrison. Twarz miała bladą i wymęczoną. Podeszła wprost do Poirota.

- Czy to prawda? Panie Poirot, czy to wszystko prawda?

Posadził ją łagodnie na krześle.

- Tak. Znaleziono arszenik, i to w ilościach większych niż potrzeba do spowodowania śmierci.

- Nigdy nie myślałam... ani przez chwilę nie sądziłam... - krzyknęła siostra Harrison i rozpłakała się.

- Prawda musiała wyjść na jaw - powiedział Poirot łagodnie.

Pociągnęła nosem.

- Powieszą go?

- Wiele rzeczy trzeba będzie jeszcze udowodnić. Okazja, dostęp do trucizny, sposób, w jaki ją podano...

- Przypuśćmy jednak, panie Poirot, że on nie miał z tym nic wspólnego... zupełnie nic.

- W takim wypadku - Poirot wzruszył ramionami - zostanie uniewinniony.

- Jest coś - oświadczyła pielęgniarka powoli - coś, o czym, jak sądzę, już wcześniej powinnam panu powiedzieć... ale naprawdę nie myślałam, że może to mieć jakieś znaczenie. To było po prostu dziwne.

- Wiedziałem, że jest coś jeszcze. Niech mi pani lepiej o tym teraz opowie.

- Niewiele tego. Tyle że pewnego dnia, kiedy zeszłam po coś do ambulatorium, Jean Moncrieffe robiła coś... dziwnego.

- Tak?

- To tak głupio brzmi. Chodzi o to, że napełniała swoją puderniczkę, taką emaliowaną na różowo...



- Tak?

- Ale nie napełniała jej pudrem... to znaczy nie był to puder do twarzy. Upychała ją czymś z jednej z tych buteleczek z szafki z truciznami. Kiedy mnie zobaczyła, wzdrygnęła się, zamknęła puderniczkę i schowała ją do torby, a potem szybko odstawiła buteleczkę do szafki, tak że nie zdążyłam zobaczyć, co to było. Prawdopodobnie to jest bez znaczenia, ale teraz, kiedy wiem, że pani Oldfield została naprawdę otruta... - Zawiesiła głos.

- Przepraszam panią na chwilę - powiedział Poirot. Wyszedł i zadzwonił do detektywa-sierżanta Greya z policji w hrabstwie Berkshire.

Po powrocie usiadł w milczeniu obok pielęgniarki. Przed oczyma miał obraz twarzy rudowłosej dziewczyny, a w uszach dźwięczał mu jej czysty, twardy głos, kiedy mówiła: "nie zgadzam się". Jean Moncrieffe nie chciała dopuścić do autopsji. Podała wprawdzie całkiem sensowne powody, ale fakt jest faktem. Dziewczyna zdolna, fachowa, Zdecydowana. Zakochana w mężczyźnie związanym z wiecznie utyskującą, chorą żoną, która - sądząc z tego, co mówiła siostra Harrison - spokojnie mogła żyć jeszcze całe lata. Herkules Poirot westchnął.

- O czym pan myśli? - zapytała siostra Harrison.

- O tym, że szkoda...

- Nigdy nie uwierzę, że on coś wiedział na ten temat - stwierdziła pielęgniarka stanowczo.

- Nie. Jestem pewny, że nie wiedział. Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł detektyw-sierżant Grey. W ręku trzymał jakiś przedmiot, zawinięty w jedwabną chusteczkę. Rozwinął chustkę i delikatnie położył przedmiot na stole. Była to różowa, emaliowana puderniczka,

- To ta, którą wtedy widziałam - powiedziała siostra Harrison.

- Znalazłem ją schowaną na samym dnie szuflady w biurku panny Moncrieffe - rzekł Grey. - W torebce na chusteczki. Z tego, co widzę, nie ma na niej odcisków palców, ale będę ostrożny.

Trzymając puderniczkę przez chusteczkę, nacisnął zatrzask. Puderniczka otworzyła się.

- To nie jest puder do twarzy - powiedział. Zanurzył palec w proszku i ostrożnie spróbował czubkiem języka.

- Nie ma smaku.

- Biały arszenik nie ma smaku - powiedział Poirot.

- Natychmiast dam to do analizy - rzekł Grey i spojrzał na pielęgniarkę. - Może pani przysiąc, że to ta sama puderniczka?

- Tak. Jestem absolutnie pewna, że tak. To ta sama puderniczka, którą widziałam u panny Moncrieffe mniej więcej na tydzień przed śmiercią pani Oldfield.

Sierżant Grey westchnął. Spojrzał na detektywa i skinął głową. Poirot potrząsnął dzwonkiem.

- Proszę tu przysłać mojego służącego.

Georges, służący doskonały, dyskretny i nie rzucający się w oczy, wszedł i spojrzał pytająco na swojego pana.

- Zidentyfikowała pani tę puderniczkę, panno Harrison, jako tę, którą widziała pani u panny Moncrieffe ponad rok temu - powiedział Poirot. - Zapewne więc zdziwi panią wiadomość, że kupiono ją u Woolwortha zaledwie kilka tygodni temu, a co więcej, że puderniczki tego kształtu i koloru produkuje się dopiero od trzech miesięcy?

Siostra Harrison jęknęła. Wlepiła wzrok w Poirota. Ciemne oczy miała szeroko otwarte.

- Georges, czy widziałeś już kiedyś tę puderniczkę? George zrobił krok w przód.

- Tak, proszę pana. Widziałem, jak ta osoba, panna Harrison, kupowała ją u Woolwortha w piątek, osiemnastego. Zgodnie z pańskimi instrukcjami, śledziłem wszystkie kroki tej pani. W dniu, o którym mowa, pojechała autobusem do Darnington i nabyła tam tę puderniczkę. Zabrała ją do domu. Tego samego dnia, ale później, udała się do domu, który wynajmuje panna Moncrieffe. Działając zgodnie z pańskimi wytycznymi, byłem już wtedy w tym domu. Widziałem, jak ta osoba weszła do sypialni panny Moncrieffe i ukryła ten przedmiot w głębi szuflady biurka. Miałem dobry widok przez szparę w drzwiach. Następnie wyszła z domu, przekonana, że nikt jej nie zauważył. Dodam jeszcze, że nikt tu nie zamyka frontowych drzwi na klucz i że zapadał zmrok.

W głosie Poirota, kiedy odezwał się do panny Harrison, zabrzmiała twarda, jadowita nuta.

- Czy może nam pani wyjaśnić te fakty, siostro? Chyba nie. W tej puderniczce nie było arszeniku, kiedy opuszczała sklep Woolwortha, ale był już, kiedy opuszczała dom pani Bristow. Nie był to mądry pomysł z pani strony - dorzucił cicho - żeby trzymać u siebie zapas arszeniku.

Siostra Harrison ukryła twarz w dłoniach.

- To prawda - wyznała cichym, matowym głosem. - To wszystko prawda. Zabiłam ją. I Wszystko to na nic... zupełnie na nic. Byłam szalona.
VII
- Musze pana prosić o wybaczenie, panie Poirot - powiedziała Jean Moncrieffe. - Taka byłam na pana zła... po prostu wściekła. Wydawało mi się, że pan tylko wszystko pogarsza.

- Na początku tak to właśnie wyglądało - przyznał .Poirot z uśmiechem. - To tak, jak w tej starej legendzie o hydrze lernejskiej. Na miejscu każdej uciętej głowy wyrastały jej dwie nowe. Dlatego też na początku plotki rosły i mnożyły się z każdą chwilą. Ale widzi pani, moje zadanie, tak jak zadanie mojego imiennika, Herkulesa, polegało na dotarciu do tej pierwszej, pierwotnej głowy. Kto zaczął rozpuszczać te pogłoski? Nie zabrało mi wiele czasu odkrycie, że ich źródłem była siostra Harrison. Wybrałem się do niej. Sprawiała wrażenie osoby bardzo miłej... inteligentnej i sympatycznej. Ale prawie na samym wstępie popełniła poważny błąd - powtórzyła mi rozmowę, która jakoby miała miejsce między panią a doktorem, tyle że w tej rozmowie nic się nie kleiło. Psychologicznie była zupełnie nieprawdopodobna. Oboje z doktorem jesteście zbyt inteligentni i rozsądni, żeby planując otrucie pani Oldfield rozmawiać o tym przy otwartych drzwiach, w pokoju, gdzie bez trudu można was było podsłuchać z kuchni czy ze schodów. Co więcej, słowa, które siostra Harrison pani przypisywała, zupełnie nie odpowiadały pani konstrukcji psychicznej. Były to słowa kobiety starszej, i to całkiem innej niż pani. Były to słowa, jakich w takiej sytuacji użyłaby siostra Harrison.

Wtedy jeszcze uważałem, że sprawa jest całkiem prosta. Pani Harrison, jak się przekonałem, była kobietą stosunkowo młodą i przystojną, przez prawie trzy lata blisko związaną z doktorem, no a doktor był z niej zadowolony i wdzięczny za jej takt i wyrozumiałość. Wyobraźnia podpowiedziała jej, że w wypadku śmierci pani Oldfield doktor prawdopodobnie poprosiłby ją o rękę. A tymczasem po śmierci pani Oldfield dowiedziała się, że doktor kocha panią! Natychmiast więc, powodowana gniewem i zazdrością, zaczyna rozpuszczać plotki, że to doktor otruł żonę.

Jak powiadam, w ten sposób widziałem sytuację na samym wstępie. Był to przypadek zazdrosnej kobiety siejącej kłamliwe plotki. Ale ciągle chodziło mi po głowie stare wyświechtane powiedzonko, że "nie ma dymu bez ognia". Zacząłem się zastanawiać, czy siostra Harrison, oprócz rozpuszczania plotek, nie odegrała większej roli w tej sprawie. Niektóre rzeczy z tego, co mówiła, brzmiały trochę dziwnie. Na przykład, że choroba pani Oldfield była przede wszystkim wynikiem jej wyobraźni... że w rzeczywistości ona wcale tak bardzo nie cierpiała. Ale sam doktor nie miał wątpliwości co do choroby żony. Jej śmierć go nie zaskoczyła. Tuż przed tym zdarzeniem wezwał innego lekarza, który od razu docenił powagę sytuacji. Na wszelki wypadek wysunąłem propozycję przeprowadzenia sekcji zwłok... W pierwszej chwili siostra Harrison niemal dostała pomieszania zmysłów ze strachu. Ale prawie natychmiast zazdrość i nienawiść wzięły górę. Niech znajdą arszenik - na nią nie padnie najmniejsze podejrzenie. To doktor i Jean Moncrieffe na tym ucierpią.

Pozostawała tylko jedna nadzieja. Doprowadzić do tego, żeby siostra Harrison przechytrzyła. Wydawało mi się, że jeżeli zaistnieje szansa, że Jean Moncrieffe uniknie kary, to siostra Harrison postara się zrobić wszystko, byleby tylko wplątać ją w tę zbrodnię. Poinstruowałem więc odpowiednio mojego zaufanego Georgesa - najmniej rzucającego się w oczy człowieka, którego zresztą ona nic znała. Miał jej nie spuszczać z oka. No i wszystko skończyło się dobrze.

- Był pan wspaniały - powiedziała Jean Moncrieffe.

- O tak, to prawda - dorzucił doktor Oldfield. - Nigdy nie uda mi się panu odwdzięczyć. Ależ ja byłem ślepy i głupi!

- Czy pani była równie ślepa, mademoiselle? - zapytał Poirot z ciekawością w głosie.

- Byłam strasznie zmartwiona - odparła Jean powoli. - Widzi pan, nie zgadzała się ilość arszeniku w szafce...

- Jean, chyba nie myślałaś... - krzyknął Oldfield.

- Nie, nie. Nie myślałam o tobie. Ja tylko myślałam, że pani Oldfield w jakiś sposób zdobyła ten arszenik... i że zażywała go, żeby pogłębić swoją chorobę i wzbudzać jeszcze większe współczucie. Sądziłam, że mimowolnie mogła wziąć za dużą dawkę. Ale bałam się, że jeżeli sekcja zwłok ujawni ślady arszeniku, to moja teoria nikomu nie przyjdzie do głowy i ciebie uznają winnym śmierci żony. Dlatego nigdy nie powiedziałam ani słowa o brakującym arszeniku. Sfałszowałam nawet wpisy w wykazie trucizn! Ale siostra Harrison była ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewała.

- Ja również - powiedział Oldfield. - Taka była łagodna, taka kobieca. Jak Madonna.

- Tak - przyznał Poirot ze smutkiem. - Prawdopodobnie byłaby dobrą żoną i matką... Niestety, nie potrafiła pohamować swych uczuć. - Westchnął i raz jeszcze mruknął pod nosem: - Szkoda.

Po chwili uśmiechnął się do uradowanego mężczyzny w średnim wieku i siedzącej naprzeciw niego rozpromienionej dziewczyny.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna