Agatha christie dwanaście prac herkulesa tłumaczyła grażyna jesionek tytuł oryginału the labours of hercules scan-dal



Pobieranie 0.93 Mb.
Strona7/19
Data07.05.2016
Rozmiar0.93 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   19

- Naturalnie. Jego współpraca była konieczna.

- Czy nie odniósł pan wrażenia że on się czymś martwi? - zapytał Poirot.

Zdawało się, że uwaga ta zrobiła wrażenie na inspektorze.

- Tak, to prawda - odparł zamyślony.

- Może on boi się tylko dlatego, że nie chce mieć do czynienia z policją?

- Ale pan myśli, że jest w tym coś więcej? Myśli pan, że on może... coś wiedzieć? - Tak mi to tylko przyszło do głowy.

- Czy ja wiem? - bąknął posępnie Drouet. Po chwili dorzucił: - Myśli pan, że uda się z niego coś wyciągnąć?

Detektyw potrząsnął głową z powątpiewaniem.

- Moim zdaniem lepiej nie dać mu poznać, że go podejrzewamy. Niech pan ma na niego oko, to wszystko.

Drouet skinął głową i ruszył do drzwi.

- Nie ma pan żadnych pomysłów, panie Poirot? Znam pańską reputacje. U nas też było o panu słychać.

- W tej chwili niczego nie chciałbym sugerować - odrzekł Poirot z wahaniem. - Wciąż nie rozumiem powodu... powodu, dla którego ktoś chciałby się spotykać w takim miejscu. Na dobrą sprawę w ogóle nie rozumiem powodu ich spotkania.

- Pieniądze - wyjaśnił zwięźle Drouet.

- A więc ten biedny Salley został także okradziony?

- Tak, miał przy sobie znaczną sumę pieniędzy, która zniknęła.

- I sądzi pan, że spotkanie ma na celu podział łupu?

- To najlepsze wytłumaczenie.

Detektyw z niezadowoleniem potrząsnął głową.

- Tak, ale dlaczego akurat tutaj? To najgorsze z możliwych miejsc na spotkanie przestępców. Za to w takim miejscu, jak to, można by się umówić z kobietą...

Drouet z zapałem zrobił krok w przód.

- Myśli pan...? - rzucił z podnieceniem.

- Myślę, że madame Grandier to bardzo piękna kobieta - powiedział Poirot. - Myślę, że dla niej każdy mężczyzna wspiąłby się na wysokość dziesięciu tysięcy stóp... oczywiście gdyby mu to zaproponowała.

- Wie pan, że to interesujące - rzekł Drouet. - Nigdy jakoś nie łączyłem jej z tą sprawą. W końcu przyjeżdża tu co rok od kilku lat.

- Tak... i właśnie dlatego jej obecność tutaj nie wywołałaby żadnych komentarzy - oświadczył Poirot. -Mógłby to być powód, nie sądzi pan, żeby na miejsce spotkanie wybrać akurat Rochers Neiges?

- To jest myśl, panie Poirot - powiedział Drouet z ożywieniem. - Przyjrzę się całej sprawie od tej strony.
IV
Dzień minął bez szczególnych wydarzeń. Na całe szczęście hotel był dobrze zaopatrzony. Kierownik wyjaśnił, że nie ma powodu do obaw. Prowiantu nie brakowało.

Herkules Poirot spróbował nawiązać rozmowę z doktorem Lutzem, ale bez skutku. Lekarz jasno dał mu do zrozumienia, że psychologia interesuje go od strony zawodowej, więc nie ma zamiaru dyskutować o niej z laikiem. Siedział w kącie, zatopiony w opasłym niemieckim tpmisku o podświadomości, co chwila robiąc liczne notatki i przypisy.

Herkules Poirot wyszedł na dwór i spacerując bez widocznego celu, zawędrował w okolice kuchni. Spróbował wdać się w rozmowę ze starym Jacquesem, lecz ten był gburowaty i podejrzliwy. Jego żona, kucharka, okazała się bardziej przystępna. Na szczęście mają spory zapas żywności w puszkach - wyjaśniła Poirotowi. Ale ona konserw nie uznaje. Paskudnie drogie, a w dodatku czy można się czymś takim najeść? Dobry Pan Bóg nigdy nie miał zamiaru karmić ludzi konserwami.

Rozmowa zeszła na temat personelu hotelowego. Na początku lipca zjeżdżają pokojówki i dodatkowi kelnerzy. Ale przez najbliższe trzy tygodnie prawie nikt nie przyjedzie, tylko turyści, którzy zjadają tu obiad i zaraz wracają na dół. Ona, Jacques i jeden kelner radzą sobie z tym doskonale.

- Zanim przyjechał Gustave, był tu już chyba jakiś kelner, prawda? - zapytał Poirot.

- Tak, rzeczywiście, ale był do niczego. Nic miał wprawy, doświadczenia - żadna klasa.

- Długo tu pracował, zanim Gustave go zastąpił?

- Tylko kilka dni, niecały tydzień. Zwolniono go, oczywiście. Wcale nas to nie zaskoczyło. Musiało do tego dojść.

- I nie skarżył się z tego powodu?

- Nie, skąd, wyjechał całkiem spokojnie. W końcu czego mógł się spodziewać? To hotel wysokiej klasy. Tu się wymaga odpowiedniej obsługi.

Poirot pokiwał głową.

- Dokąd pojechał?

- Znaczy się, ten Robert? - Wzruszyła ramionami. - Pewnie wrócił do tej obskurnej kawiarni, z której przyjechał.

- Wyjechał stąd kolejką?

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Jakżeby inaczej, monsieur. Czy jest stąd inna droga?

- A czy ktoś go odprowadził? - zapytał Poirot.

Oboje wlepili w niego wzrok.

- Też coś, uważa pan, że ktoś by odprowadzał takiego nicponia... może jeszcze wyprawił mu uroczyste pożegnanie? Ma się swoje własne sprawy na głowie.

- No właśnie - rzekł Herkules Poirot.

Odszedł powoli, spoglądając w górę na budynek hotelu. Było to wielkie gmaszysko, w którym na razie otwarte było tylko jedno skrzydło. W pozostałych skrzydłach było wiele pokoi, zamkniętych na cztery spusty, do których zapewne nikt nie zaglądał...

Doszedł do rogu hotelu i niemal zderzył się z jednym z trójki karciarzy. Był to ten o ziemistej cerze i bladych oczach, którymi spojrzał na Poirota bez wyrazu.

Rozchylił nieco wargi, ukazując zęby jak narowisty koń.

Poirot minął go i ujrzał przed sobą wysoką, zgrabną postać - madame Grandier.

Przyspieszył kroku i zrównał się z nią.

- Przykra sprawa, ten wypadek z kolejką - odezwał się. - Mam nadzieję, madame, że pani plany na tym nie ucierpią?

- Jest mi to obojętne - odparła. Miała bardzo głęboki głos - pełny kontralt. Nie spojrzała nawet na Poirota, lecz skręciła w bok i małymi bocznymi drzwiami weszła do hotelu.

Herkules Poirot wcześnie położył się spać. Obudził się krótko po północy.

Ktoś majstrował przy zamku w jego drzwiach.

Usiadł na łóżku i zapalił światło. W tej samej chwili zamek ustąpił, drzwi się otworzyły i stanęli w nich trzej mężczyźni - trzej karciarze. Są nieco wstawieni, pomyślał Poirot. Ich twarze miały głupkowaty, a zarazem wrogi wyraz. Ujrzał błysk ostrza brzytwy.

Wysoki, barczysty mężczyzna zbliżył się do niego.

- Przeklęta świnio! - warknął.

Wybuchnął stekiem wyzwisk. Wszyscy trzej złowróżbnie zbliżyli się do bezbronnego człowieka w łóżku. - Potniemy go trochę, co chłopaki? Poszerzymy uśmiech panu detektywowi. Nie będzie dziś pierwszy.

Podchodzili do niego powoli, zdecydowanie, ostrza brzytew błyszczały...

Nagle za nimi odezwał się zaskakujący swym akcentem zza oceanu głos:

- Rączki do góry!

Odwrócili się błyskawicznie. W drzwiach stał Schwartz, ubrany w cudaczną piżamę w jaskrawe pasy. W ręku trzymał pistolet samopowtarzalny.

- Rączki do góry, chłopcy! - powtórzył. - Strzelam nie najgorzej.

Nacisnął spust. Kula świsnęła koło ucha najwyższego z nich i utknęła w drewnianej framudze okna. Trzy pary rąk momentalnie uniosły się w górę.

- Można pana prosić, panie Poirier? - rzekł Schwartz.

Herkules Poirot błyskawicznie wyskoczył z łóżka. Zebrał błyszczące brzytwy i obmacał wszystkich trzech, sprawdzając, czy nie mają innej broni.

- A teraz jazda! - rozkazał Schwartz. - W korytarzu stoi wielka szafa. Okien nie ma. W sam raz dla was.

Wepchnął ich do szafy i zamknął ją na klucz. Odwrócił się do Poirota. Głos łamał mu się z przyjemnego podniecenia.

- No i proszę! Wie pan, panie Poirier, że niektórzy w Fountain Springs śmieli się ze mnie, że wybieram się za granicę z bronią. "Jak ci się zdaje, dokąd jedziesz? - mówili. - Do dżungli?" Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Widział pan kiedyś takich drani?

- Drogi panie Schwartz, zjawił się pan w samą porę - oświadczył Poirot. - Zupełnie jak na scenie! Jestem panu wielce zobowiązany.

- Drobiazg. Ale co teraz? Powinniśmy tych tutaj przekazać policji, a nie mamy jak tego zrobić. Ot i problem. Może lepiej porozumieć się z kierownikiem?

- Kierownik, tak - bąknął Poirot. - Myślę, że wpierw jednak porozmawiajmy z kelnerem... Gustave'em, alias inspektorem Drouet. Ależ tak, kelner Gustave to w rzeczywistości detektyw.

Schwartz wybałuszył oczy.

- A więc, dlatego to zrobili!

- Kto co zrobił?

- Pan zajmował drugie miejsce na liście tych łajdaków. Najpierw pocięli Gustave'a.

- Co takiego?

- Proszę ze mną. Doktor już się nim opiekuje.

Drouet zajmował mały pokoik na najwyższym piętrze. Doktor Lutz, w szlafroku, bandażował właśnie jego twarz.

Kiedy weszli, odwrócił głowę.

- A, to pan, panie Schwartz! Paskudna sprawa. Co za rzeźnicy! Nieludzkie potwory!

Drouet leżał nieruchomo, pojękując.

- Czy to coś groźnego? - zapytał Schwartz.

- Nie umrze, jeśli o to panu chodzi. Ale nie wolno mu mówić... nie należy go denerwować. Opatrzyłem już rany, więc nie grozi mu zakażenie krwi.

Opuścili pokój we trzech.

- Mówił pan, że Gustave to oficer policji? - zwrócił się Schwartz do detektywa.

Herkules Poirot skinął głową.

- Więc co on tu robił?

- Śledził bardzo niebezpiecznego przestępcę.

Poirot w kilku słowach wyjaśnił sytuację.

- Marrascaud? - odezwał się doktor Lutz. - Czytałem o tej sprawie w gazetach. Bardzo bym chciał się z nim spotkać. Musi w nim tkwić coś z gruntu nienormalnego. Chciałbym wiedzieć, jakie było jego dzieciństwo.

- Ja natomiast chciałbym wiedzieć, gdzie on teraz jest - oświadczył detektyw.

- Czy nie jest on jednym z tych trzech, których właśnie zamknęliśmy w szafie? - zapytał Schwartz.

- Tak, to możliwe... tak - bąknął Poirot z niezadowoleniem. - Ale nie jestem pewien... Mam pomysł...

Przerwał, wpatrując się w płowego koloru chodnik, na którym widać było ciemne rdzawe plamy.

- Ślady stóp - powiedział. - Moim zdaniem to ślady kogoś, kto wdepnął w krew. Prowadzą do zamkniętego skrzydła hotelu. Chodźmy, musimy się spieszyć!

Weszli za nim przez drzwi wahadłowe w ciemny, zakurzony korytarz. Idąc śladem stóp skręcili za róg i doszli do uchylonych drzwi.

Poirot otworzył je i wszedł do środka. Wydał przeraźliwy krzyk.

Znajdował się w sypialni. Łóżko było niedawno używane, a na stole stała taca z jedzeniem.

Na środku podłogi leżały zwłoki mężczyzny. Był niewiele ponad średniego wzrostu. Zaatakowano go z dziką, niewiarygodną wręcz brutalnością. Na jego ramionach i piersiach widniał z tuzin ran, a głowę roztrzaskano mu prawie na miazgę.

Schwartz wydał zduszony jęk i odwrócił się, jak gdyby miał zwymiotować.

Doktor Lutz z przerażeniem krzyknął coś po niemiecku.

- Kto to? - zapytał Schwartz słabym głosem. - Czy ktoś z was wie?

- Wyobrażam sobie, że znano go tu jako Roberta, niezdarnego kelnera - odpowiedział Poirot.

Lutz podszedł do zwłok. Nachylił się i wskazał na coś palcem.

Do piersi zmarłego przypięto kartkę, na której ktoś nabazgrał kilka słów atramentem.

- Marrascaud nie będzie więcej zabijał ani oszukiwał przyjaciół!

- Marrascaud! - wykrzyknął Schwartz. - Więc to jest Marrascaud! Ale co go tu sprowadziło, na takie odludzie? I dlaczego twierdzi pan, że nazywa się Robert?

- On tu występował jako kelner - wyjaśnił Poirot. - I jak twierdzą, był wyjątkowo złym kelnerem. Na tyle złym, że nikt się nie zdziwił, kiedy go wyrzucono. Wyjechał, prawdopodobnie z powrotem do Aldermatt. Ale nikt nie widział jego odjazdu.

- Tak... a pańskim zdaniem, co tu się stało? - odezwał się Lutz powolnym, tubalnym głosem.

- Myślę, że wyjaśnia nam to zmartwiony wyraz twarzy kierownika - odparł Poirot. - Prawdopodobnie Marrascaud zaproponował mu dużą łapówkę w zamian za możliwość ukrywania się w tej nie używanej części hotelu... Ale kierownik nie był tym zachwycony - dorzucił w zamyśleniu. - Oj, nie był.

- Więc Marrascaud mieszkał w tej nie używanej części hotelu i nikt poza kierownikiem o tym nie wiedział?

- Na to wygląda. Widzi pan, to bardzo możliwe.

- A dlaczego go zabili? - spytał doktor Lutz. - I kto to zrobił?

- To proste - zawołał Schwartz. - Miał się podzielić łupem ze swoją bandą. Ale nie zrobił tego, oszukał ich. Zjawił się na tym odludziu, żeby się na jakiś czas przyczaić. Myślał, że to ostatnie miejsce, jakie im przyjdzie do głowy. Ale przeliczył się. Jakimś cudem zwiedzieli się o tym i przyjechali za nim. - Dotknął zwłok czubkiem buta. - I wyrównali z nim rachunki... w taki sposób. - Tak, nie było to spotkanie, jakiego się spodziewaliśmy - mruknął Herkules Poirot.

- Całe to gdybanie jest bardzo interesujące, ale mnie w tej chwili bardziej obchodzi nasza obecna sytuacja - warknął poirytowany doktor Lutz. - Mamy przed sobą trupa. Ja mam na głowie chorego, a brak mi dostatecznej ilości lekarstw. W dodatku jesteśmy odcięci od świata. Jak długo jeszcze?

- A my mamy trzech morderców zamkniętych w szafie! - dorzucił Schwartz. - Sytuacja, rzekłbym, interesująca.

- Więc co zrobimy? - spytał lekarz.

- W pierwszej kolejności musimy porozmawiać z kierownikiem hotelu - rzekł Poirot. - To nie przestępca, on tylko był chciwy. Poza tym jest tchórzem. Zrobi wszystko, co mu każemy. Być może dostaniemy od mojego przyjaciela Jacquesa albo od jego żony kawałek sznura. Trzeba znaleźć dla naszych trzech złoczyńców jakieś bezpieczne miejsce, gdzie będziemy ich mogli pilnować, póki nie nadejdzie pomoc. Sądzę, że pistolet Schwartza skutecznie pomoże nam zrealizować wszelkie plany.

- A ja? - zapytał doktor Lutz. - Co ja mam robić?

- Pan, doktorze, zrobi wszystko, co w pańskiej mocy dla dobra pacjenta - odparł Poirot poważnie. - My zaś będziemy bez ustanku czuwać... i czekać. Nic więcej nie możemy zrobić.


VI
Trzy dni później, skoro świt, przed hotelem zameldowało się kilku ludzi.

Herkules Poirot osobiście otworzył im frontowe drzwi, zapraszając ich zamaszystym gestem do środka.

- Witaj, mon vienx*.

Monsieur Lementeuil, komisarz policji, serdecznie uściskał dłoń Poirota obiema rękami.

- Przyjacielu, witam pana z prawdziwym wzruszeniem! Cóż za niebywałe wydarzenie... przez co pan musiał przejść! A my tam na dole, zdenerwowani, przerażeni... bez żadnych wieści, wciąż w strachu. Bez radia, bez możliwości nawiązania kontaktu. W tej sytuacji nadanie wiadomości za pomocą heliografu to doprawdy dowód pańskiego geniuszu.

- Ależ nie, nie. - Poirot usiłował zachować skromność. - W końcu gdy zawodzą wynalazki człowieka, można oprzeć się na siłach natury. Słońce zawsze jest na niebie.

Cała grupka weszła do hotelu.

- Nikt się nas nie spodziewa? - zapytał Lementeuil z ponurym uśmiechem.

Poirot również się uśmiechnął.

- Oczywiście, że nie! Wszyscy wierzą, że kolejka nieprędko zostanie naprawiona.

- No, to mamy wielki dzień - oświadczył Lementeuil z satysfakcją. - Pańskim zdaniem nie ma żadnych wątpliwości? To naprawdę Marrascaud?

- Tak, to Marrascaud, z całą pewnością. Proszę za mną.

Ruszyli po schodach na górę. Otworzyły się jakieś drzwi i stanął w nich Schwartz w szlafroku. Na widok przybyszów wytrzeszczył oczy.

- Usłyszałem jakieś głosy - wyjaśnił. - Co się dzieje?

- Nadeszła -pomoc - odparł pompatycznie Poirot. - Proszę z nami, monsieur. To wielka chwila.

Wszedł na schody prowadzące na następne piętro.

- Idziecie do Droueta? - spytał Schwartz. - A swoją drogą, co z nim?

- Wczoraj wieczorem doktor Lutz mówił, że nie jest źle.

Stanęli przed drzwiami Droueta. Poirot otworzył je na oścież i oświadczył:

- Panowie, a oto i wasz dzik. Schwytajcie go żywcem i dopilnujcie, żeby nie wywinął się od gilotyny.

Leżący w łóżku mężczyzna z obandażowaną twarzą spróbował się zerwać, lecz nim zdążył się ruszyć, policjanci trzymali go już pod ręce.

- Ależ to Gustave, kelner... to inspektor Drouet! - krzyknął oszołomiony Schwartz.

- To Gustave, owszem... ale nie Drouet. Drouet to był pierwszy kelner, kelner Robert, którego uwięzili w nie używanej części hotelu i którego Marrascaud zabił tej nocy, kiedy napadnięto na mnie.
VII
Przy śniadaniu Poirot spokojnie wyjaśnił sytuację oszołomionemu Amerykaninowi.

- Rozumie pan, są rzeczy, które się wie... wie się na pewno po latach spędzonych w zawodzie. Potrafi się na przykład odróżnić detektywa od mordercy! Gustave nie był kelnerem - to podejrzewałem od samego początku - ale też nie był policjantem. Całe życie miałem do czynienia z policjantami, więc znam ich. Ktoś z zewnątrz mógłby go wziąć za detektywa... ale nie człowiek, który sam służył w policji.

Dlatego też od razu nabrałem podejrzeń. Tego dnia nie wypiłem wieczorem kawy. Wylałem ją. I dobrze zrobiłem. Późnym wieczorem ktoś wszedł do mojego pokoju, wszedł z taką pewnością siebie, jak gdyby wiedział, że właściciel pokoju śpi pod wpływem narkotyków. Przeszukał moje rzeczy i znalazł w portfelu list, który trzymałem tam tylko po to, żeby go mógł znaleźć! Następnego dnia rano Gustave przynosi mi kawę. Zna moje nazwisko i odgrywa swą rolę z dużą pewnością siebie. Ale jest zdenerwowany, ponieważ policja jakimś cudem wpadła na jego trop! Dowiedzieli się, gdzie jest - a dla niego to wręcz katastrofa. To mu całkowicie pomieszało szyki. Znalazł się w pułapce jak szczur.

- Cóż za głupota z jego strony, przyjeżdżać tutaj! - powiedział Schwartz. - Po co mu to było?

- Nie było to takie głupie, jak się panu zdaje - odrzekł Poirot poważnie. - On musiał, i to pilnie, znaleźć jakieś odosobnione miejsce, z dala od świata, gdzie mógłby się z kimś spotkać i gdzie mogliby załatwić pewną sprawę.

- Z kim?


- Z doktorem Lutzem.

- Z doktorem Lutzem? On też jest przestępcą?

- Doktor Lutz to naprawdę doktor Lutz... ale nie jest on neurochirurgiem ani psychoanalitykiem. Jest chirurgiem, przyjacielu, chirurgiem specjalizującym się w operacjach plastycznych! Właśnie dlatego miał się tu spotkać z Marrascaudem. Żyje teraz w biedzie, wypędzony z kraju. Zaproponowano mu olbrzymie honorarium za spotkanie się tutaj z pewnym człowiekiem i zmianę jego powierzchowności za pomocą operacji plastycznej. Mógł się domyślać, że człowiek ten to przestępca, ale jeśli tak, to przymknął na to oko. Musi pan zdać sobie sprawę, że nie mogli ryzykować operacji w jakimś zagranicznym szpitalu. Nie, dopiero tutaj, gdzie z wyjątkiem przelotnych turystów nikt nie zagląda o tej porze roku i gdzie kierownikiem hotelu jest człowiek potrzebujący pieniędzy i dający się łatwo przekupić, znaleźli idealne miejsce.

Tyle, że jak już mówiłem, sprawy przybrały zły obrót. Marrascaud został zdradzony. Ci trzej - jego obstawa - jeszcze nie dotarli na miejsce, a już Marrascaud wziął się do działania. Uprowadza policjanta, który udaje kelnera, a sam zajmuje jego miejsce. Jego banda organizuje awarię kolejki liniowej. Idzie o czas. Wieczorem następnego dnia mordują Droueta i przypinają kartkę do jego zwłok. Mają nadzieję, że zanim łączność ze światem zostanie przywrócona, Drouet zostanie pochowany jako Marrascaud. Doktor Lutz bez zwłoki przeprowadza operację. Ale jednego człowieka należy uciszyć - Herkulesa Poirot. Dlatego też banda Marrascauda napada na mnie. I tylko dzięki panu, przyjacielu...

Herkules Poirot skłonił się z wdziękiem Amerykaninowi, który zapytał:

- Więc pan naprawdę jest Herkulesem Poirot?

- Nie inaczej.

- I te zwłoki ani na chwilę pana nie zmyliły? Wiedział pan od razu, że to nie Marrascaud?

- Naturalnie.

- Dlaczego pan tego nie powiedział?

Herkules Poirot przybrał nagle surowy wyraz twarzy.

- Ponieważ chciałem mieć pewność, że oddam prawdziwego Marrascauda w ręce policji. - A w duchu dodał: - I pojmać żywcem dzika z Erymantu.


STAJNIE AUGIASZA

I
- Sytuacja jest nadzwyczaj delikatna, panie Poirot. - Na ustach Herkulesa Poirot zaigrał nikły uśmieszek. "Jak zawsze" - miał ochotę odpowiedzieć detektyw, lecz opanował się i przybrał wyraz twarzy świadczący o jego bezgranicznej dyskrecji.

Sir George Conway z powagą mówił dalej. Z jego ust potoczyście płynął frazes za frazesem - wyjątkowa delikatność sytuacji, w jakiej się znalazł rząd - interes publiczny - partyjna solidarność - konieczność zaprezentowania zwartego frontu - potęga prasy - dobro kraju...

Wszystko to bardzo ładnie brzmiało, tyle że nic nie znaczyło. Herkules Poirot poczuł znajomy skurcz szczęk, chwytający w chwili, gdy ma się ochotę ziewnąć, lecz przez grzeczność nie wypada. Odczuwał to niekiedy czytając sprawozdania z obrad parlamentu - wówczas jednak nic nie wzbraniało mu ziewać.

Przyrzekł sobie, że wytrwa cierpliwie do końca, a jednocześnie poczuł, że współczuje sir George'owi Conwayowi. Widział jasno, że człowiek ten usiłuje mu coś powiedzieć, lecz równie jasno widział, że utracił on zdolność prostego wysławiania się. Słowa stały się dla niego narzędziem do ukrywania faktów, a nie ich ujawniania. Przejawiał niemałą biegłość w sztuce władania użytecznymi frazesami - to znaczy w posługiwaniu się zwrotami, które wprawdzie milo wpadają ucho, ale dokładnie nic nie znaczą.

Słowa płynęły i płynęły, aż biedny sir George poczerwieniał na twarzy. Z rozpaczą zerknął na człowieka siedzącego u szczytu stołu, który odpowiedział na to nieme wezwanie.

- Dobrze, George - odezwał się Edward Ferrier. - Ja mu to powiem.

Herkules Poirot przeniósł wzrok z ministra spraw wewnętrznych na premiera. Bardzo był ciekaw Edwarda Ferriera, a to z powodu przypadkowego zdania zasłyszanego niegdyś od osiemdziesięciodwuletniego staruszka. Uporawszy się z pewnym chemicznej natury problemem, co umożliwiło skazanie mordercy, profesor Fergus MacLeod przez chwilę zajął się polityką. Gdy sławny i uwielbiany John Hammett (obecnie lord Cornworthy) wycofał się z życia publicznego, zadanie utworzenia nowego gabinetu otrzymał jego zięć, Edward Ferrier. Jak na polityka, był to jeszcze młodzieniec - nie miał nawet pięćdziesięciu lat. Profesor MacLeod wyraził się o nim: "Ferrier był kiedyś moim studentem. To przyzwoity człowiek".

Niby niewiele, ale dla Herkulesa Poirot miało to ogromne znaczenie. Nazywając kogoś przyzwoitym człowiekiem, MacLeod wystawił mu świadectwo, przy którym bladły nawet najbardziej entuzjastyczne opinie prasy czy społeczeństwa.

Co prawda w tym wypadku zdanie starego profesora pokrywało się z opinią społeczną. Edwarda Ferriera uważano za człowieka przyzwoitego - właśnie tak. Nie dostrzegano w nim błyskotliwości, wielkości, szczególnych uzdolnień oratorskich czy też głębokiej wiedzy. Był to po prostu przyzwoity człowiek - wychowany w dobrej tradycji angielskiej, mąż córki Johna Hammetta; człowiek, który był prawą ręką swego teścia i któremu z pełnym zaufaniem można było powierzyć rządy w kraju, wiedząc, że będzie je sprawował zgodnie z duchem i zasadami poprzednika.

John Hammett był bowiem szczególnie bliski społeczeństwu i prasie Anglii. Reprezentował sobą wszystko to, co drogie jest każdemu Anglikowi. Mówiono o nim: "Hammett jest uczciwy, to się po prostu czuje". O jego prostym życiu domowym i zamiłowaniu do ogrodnictwa krążyły anegdoty. Sfatygowany deszczowiec, z którym Hammett nigdy się nie rozstawał, stał się odpowiednikiem fajki Baldwina i parasola Chamberlaina. Był to symbol - symbol angielskiego klimatu, angielskiej przezorności i przywiązania Anglików do tego, co stare. Co więcej, na typowy brytyjski sposób John Hammett był także mówcą. Jego przemówienia, wygłaszane ze spokojem i przekonaniem, zawierały proste, sentymentalne banały, jakże głęboko zakorzenione w sercach Anglików. Cudzoziemcy niekiedy krytykują je za hipokryzję i nieznośną szlachetność, ale John Hammett nie miał nic przeciwko temu, by uchodzić za człowieka szlachetnego.

Poza tym był mężczyzną doskonałej prezencji - wysoki, wyprostowany, o jasnych włosach i jasnoniebieskich oczach. Jego matka pochodziła z Danii, on sam zaś przez wiele lat piastował urząd Pierwszego Lorda Admiralicji, dzięki czemu zyskał przydomek Wiking. Kiedy w końcu stan zdrowia zmusił go do ustąpienia ze stanowiska, zapanował głęboki niepokój. Kto zostanie jego następcą? Błyskotliwy lord Charles Delofield? (Zbyt błyskotliwy - Anglia nie potrzebowała błyskotliwości.) Evan Whittler? (Sprytny, lecz nazbyt pozbawiony skrupułów.) John Potter? (Człowiek z gatunku tych, którzy widzieliby się w roli dyktatora, a my nie chcemy w naszym kraju żadnych dyktatorów, dziękujemy, co to, to nie.) Dlatego też z westchnieniem ulgi przyjęto wybór spokojnego Edwarda Ferriera. Ferrier był w porządku. Wyszkolony przez starego premiera, był mężem jego córki. Jak mówi klasyczne brytyjskie powiedzenie, Ferrier "pcha wózek dalej".



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   19


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna