Analiza społeczeństwa biblioteka Główna Uniwersytetu Gdańskiego



Pobieranie 2.64 Mb.
Strona5/47
Data29.04.2016
Rozmiar2.64 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   47

BEHAWIORYZM: kierunek postulujący badanie elementarnych zachowań ludzkich jako reakcji na bodźce płynące z otoczenia lub od innych ludzi oraz traktowanie wszelkich złożonych przejawów życia społecznego jako kombinacji zachowań.

CYWILIZACJA „GORĄCA": społeczność, w której reguły kulturowe dopuszczają publiczną ekspresję emocji, a nawet jej wymagają.

CYWILIZACJA „ZIMNA": społeczność, w której reguły kulturowe wymagają opanowania i powściągliwości w publicznym wyrażaniu uczuć.

CZYNNOŚĆ SPOŁECZNA: działanie celowo adresowane do innych ludzi. DZIAŁANIE: zachowanie, z którym związane jest znaczenie motywacyjne i kulturowe.

DZIAŁANIE SPOŁECZNE: działanie, które bierze pod uwagę rzeczywiste lub spodziewane reakcje partnera i jest nieustannie modyfikowane w zależności od takich reakcji.

EMPATIA: wczuwanie się w stany psychiczne, motywacje, zamiary innych, co ma szansę powodzenia, ponieważ repertuar ludzkiej psychiki jest typowy i podobny dla wielu ludzi.

INSTRUMENTALNE UCZENIE SIĘ: utrwalanie repertuaru zachowań gratyfikujących, a eliminowanie zachowań przynoszących przykrość, na podstawie wcześniejszych „prób i błędów".

JĘZYK: wspólny dla całej zbiorowości, podzielany przez jej członków system znaczeń kulturowych wiązanych ze stosowanymi w celu komunikacji dźwiękami lub znakami graficznymi.

ODCZAROWYWANIE ŚWIATA: zmniejszanie roli działań tradycjonalnych i afektywnych na rzecz działań racjonalnych, opartych na zimnej kalkulacji.

PRZEŻYTKI KULTUROWE: działania lub obiekty, pozornie identyczne jak dawniej, których funkcja społeczna uległa jednak całkowitej zmianie i które uzyskały nowy sens.

RACJONALNOŚĆ AUTOTELICZNA: właściwość działań, w których jednostka zmierza do celu tak dla niej wartościowego, że nie liczy się z najwyższymi nawet kosztami.

RACJONALNOŚĆ INSTRUMENTALNA: właściwość działań, które są efektem kalkulacji kosztów i zysków zmierzającej - w subiektywnym rozeznaniu działającego - do uzyskania jak najwięcej najmniejszym kosztem.

UTYLITARYSTYCZNY (INACZEJ WOLUNTARYSTYCZNY LUB TELEOLOGICZNY) MODEL DZIAŁANIA: interpretowanie działań ludzkich jako dobierania środków (narzędzi) do realizacji postawionych celów.

ZACHOWANIE: zewnętrznie obserwowalny ruch fizyczny przejawiany przez ludzi.

ZNACZENIE KULTUROWE: wspólny dla całej zbiorowości, podzielany przez jej członków, sens wiązany z określonymi działaniami.

ZNACZENIE MOTYWACYJNE, PSYCHOLOGICZNE: indywidualne zamiary, intencje, motywacje, jakie jednostka wiąże ze swoim działaniem.

Książki godne uwagi

41, 75, 93, 94 (patrz: STO KSIĄŻEK..., s. 633)

Rozdział 3



Od działań społecznych do interakcji

Działanie wspólne, czyli kontakt społeczny

Dotychczas patrzyliśmy na aktywność ludzką i jej różne formy od strony jednostki. Co prawda, jednostkę postrzegaliśmy w otoczeniu społecznym, wśród innych ludzi, ale ci inni pojawiali się co najwyżej albo jako bierni adresaci czynności społecznych, albo jako „wirtualni", wyobrażeni tylko, potencjalni partnerzy działań społecznych. Czyniąc kolejny krok w naszej analizie, musimy ten obraz poszerzyć. Zauważmy mianowicie, że ci inni, których reakcje antycypujemy, podejmując działanie, sami też, reagując, podejmują działanie wobec nas. I jest to też działanie społeczne, zawierające te wszystkie elementy co poprzednio. A więc reagując, identyfikujemy najpierw, „wskazujemy sobie" tego, kto do nas się zwrócił. Nie wybieramy go, bo to on nas wybrał, ale skierowujemy ku niemu swoją uwagę. Staramy się następnie rozszyfrować znaczenie - motywacyjne i kulturowe - jego działania: o co mu chodzi, do czego zmierza, oraz czego możemy oczekiwać po kimś takim, biorąc pod uwagę domniemane reguły kulturowe, które go wiążą. Przypisujemy mu więc pewne intencje i pewne wzorce realizowania tych intencji. Następnie pytamy samych siebie, jak chcemy zareagować i jak powinniśmy zareagować, zgodnie z uznawanymi przez nas zasadami postępowania, a więc definiujemy znaczenie motywacyjne i kulturowe naszej potencjalnej reakcji. I dopiero uwzględniwszy te wszystkie okoliczności, działamy w określony sposób. Nie znaczy to, że każdą reakcję poprzedza taka złożona, mozolna deliberacja. W rzeczywistości może się to dokonywać błyskawicznie, na poziomie zakodowanych, nawykowych repertuarów postępowania w danych sytuacjach, może włączać te utrwalone w podświadomości zapisy doświadczeń wcześniejszych, które nazywamy intuicją, może sprowadzać się do odruchów lub instynktów, może też obejmować szybko przebiegające procesy myślowe.

Zobaczmy przykład: siedzę w hotelowej kawiarni. Podchodzi ostro wymalowana i dość ostentacyjnie ubrana kobieta: „Czy mogę się przysiąść?". Myślę: „kim ona jest?". Sądząc po wyglądzie, chyba dama lekkich obyczajów. A o co jej chodzi? Chyba szuka klienta, kierując się regułami kulturowymi półświatka. Bo przecież porządna kobieta nie przysiada się normalnie do stolika obcego mężczyzny. Tak więc zdefiniowałem w wyobraźni znaczenia - motywacyjne i kulturowe - przejawiające się w jej działaniu. A teraz kolej na znaczenia mojej możliwej reakcji. Czy mam ochotę na taką znajomość i czy w myśl moich zasad wolno mi ją zawrzeć. Nie bardzo się palę, a poza tym wstyd by mi było, gdyby zobaczył mnie ktoś znajomy. Więc powiadam: „bardzo mi przykro, ale czekam na kogoś". I zamykam ten epizod. A teraz inny przykład, gdzie wystąpię w roli przeciwnej: jadę pociągiem i chcę nawiązać znajomość z sąsiadką w przedziale. Liczę, że ona też będzie mieć na to ochotę. Zadaję więc jakieś zdawkowe pytanie o godzinę i możliwe spóźnienie pociągu. Przeliczyłem się. Ona patrzy na zegarek, rzuca bardzo oficjalnie, że jest piąta szesnaście i pogrąża się demonstracyjnie w lekturze „Twojego Stylu". Milczę jak zmyty, rezygnuję i zamykam ten epizod, sam wyciągając „Politykę".

Działanie inicjujące i działanie reagujące ma więc taką samą anatomię. Wiążą się w parę działań społecznych wzajemnie zorientowanych ku sobie. Taką parę działań nazwiemy kontaktem społecznym. Ta dama, kimkolwiek była, nawiązała ze mną przelotny kontakt społeczny. Ja też wymieniłem jedno zdanie z sąsiadką z pociągu. W obu przypadkach sprawa zakończyła się na jednej rundzie wzajemnie zorientowanych działań. Dla kontaktów społecznych charakterystyczna jest właśnie ta przelotność czy jednorazowość. Pytam przechodnia: „która godzina?". On odpowiada: „piętnaście po trzeciej" i idziemy każdy swoją drogą. „Poproszę bilet", mówi konduktor w pociągu. „Proszę bardzo", odpowiada pasażer i na tym się kończy (o ile bilet jest w porządku). Zderzam się z kimś w przejściu, mówię „przepraszam", słyszę „drobiazg", i tyle. „Niech Pani siądzie", mówię do staruszki w tramwaju. Ona siada. Taka wymiana nie musi więc być werbalna. Obywa się w ogóle bez dialogu, gdy uśmiecham się do ładnej dziewczyny w dyskotece, ona uśmiecha się i idzie tańczyć ze swoim chłopcem. A jeszcze subtelniej, w innej wersji wcześniej opisanego epizodu -rzucam okiem, niby przypadkiem, na sąsiadkę w przedziale kolejowym, na moment spotykam jej spojrzenie, nawiązujemy „kontakt wzrokowy", ale zaraz potem odwracamy głowy i oboje zanurzamy się w lekturze. Tutaj w naszym działaniu znalazła wyraz reguła kulturowa, którą w socjologii określa się jako wymóg „grzecznej nieuwagi" (polite inattention), a która żąda, aby nachalnie nie przyglądać się nieznajomym.

Przytoczone przykłady dotyczą kontaktów bezpośrednich, które następują przy współobecności inicjującego i reagującego w tej samej przestrzeni i czasie. Ale oczywiście, tak jak w przypadku działań pojedynczych, tak i tu mogą występować kontakty pośrednie, poprzez media komunikacyjne. Po pierwsze -między osobami znajdującymi się w różnych miejscach, gdy np. dzwoni telefon, odpowiadam „pomyłka" i odkładam słuchawkę. Po drugie - między osobami podejmującymi działania w różnym czasie, gdy np. biznesmen otrzymuje listem ofertę handlową i odpisuje, że nie jest zainteresowany.

Anatomia interakcji społecznej

Kontakt społeczny, przez swoją przelotność, chwilowość, ma na ogół nikłe konsekwencje. Ale może być tak, że stanowi tylko pierwszą rundę, otwierającą jakąś dłuższą sekwencję wzajemnie zorientowanych działań. Znów zobaczmy przykład: jestem za granicą, w obcym mieście, chcę spytać o drogę na uniwersytet. Rozglądam się za kimś, kto wygląda na tutejszego. Wybieram eleganckiego pana z teczką. Podchodzę i pytam, z nadzieją, że on zna drogę, że mnie potraktuje uprzejmie i że wskaże mi kierunek. Rzeczywiście, trafiam dobrze, bo to akurat profesor uniwersytetu, ofiarowuje się nawet mnie zaprowadzić. Idziemy razem i rozmawiamy, mimo że nie miałem zamiaru zawierać znajomości. Dochodzimy na miejsce, żegnamy się, a ja zapraszam go na mój odczyt następnego dnia. Rozwinęło się działanie, a właściwie sekwencja działań, zainicjowanych moim wyborem, moimi oczekiwaniami oraz oczekiwaniami i reakcjami partnera. Lokalny profesor odpowiedział mi zgodnie ze swoim wyobrażeniem, że jestem zagubionym cudzoziemcem, i domniemaniem, że jako człowiek kulturalny, życzliwie i z wdzięcznością potraktuję jego sugestię zaprowadzenia mnie na miejsce. (Bo mógłbym przecież odpowiedzieć niegrzecznie: daj Pan spokój, co mnie Pan będziesz odprowadzał, nie jestem dzieckiem!). Ja z kolei, zgodnie z domniemaniem, że rzeczywiście nieznajomy widać zna drogę, skoro chce mnie zaprowadzić, zareagowałem pozytywnie, przystając na wspólny spacer. I tak rozpoczęła się rozmowa, a może i przyszła znajomość.

Doszło tu do czegoś więcej niż pojedynczego działania społecznego i więcej niż do przelotnego kontaktu. Pojawiły się działania społeczne - moje i partnera -zorientowane wzajemnie na siebie, powiązane w parę działań, za którą idą dalsze wymiany działań - słów, gestów, nawiązuje się na przykład rozmowa. Trwa to przez pewien czas i obejmuje pewną sekwencję kolejnych działań między nami, gdzie jedna osoba działa, orientując się ku drugiej, a potem druga działa, orientując się ku pierwszej, a potem znów pierwsza ku drugiej itd. Kolejno również modyfikują swoje działania, dopasowując je do tego, co czyni partner. Tutaj kluczową sprawą jest już nie tylko antycypujące kształtowanie działania w zależności od oczekiwań co do reakcji partnera, ale ciągłe modyfikowanie działań w zależności od tego, co partner rzeczywiście robi lub mówi. Taka dynamiczna, ciągła sekwencja nawzajem ku sobie zwróconych działań społecznych nosi w socjologii nazwę interakcji. Przykładów jest nieskończenie wiele: rozmowa, kłótnia, randka, negocjacje finansowe, targowanie się, wizyta u lekarza, aresztowanie przestępcy, kondolencje na pogrzebie, plotkowanie, bójka, mecz tenisowy itp.

Weźmy ten ostatni przykład, laboratoryjny niemal, gdzie najbardziej naocznie widać istotę interakcji, z tymi definicyjnymi elementami wzajemnej orientacji na spodziewane reakcje drugiego i ciągłego modyfikowania działań w oparciu o reakcje rzeczywiste. Toczy się mecz tenisowy. Sampras biegnie w lewy róg kortu, bo spodziewa się, że Agassi zagra forhendem, ale on widzi ten ruch i posyła piłkę w przeciwną stronę, Sampras natychmiast więc zawraca i zagrywa w poprzek siatki, licząc, że Agassiemu trudno będzie dobiec. Ale to jest Agassi, więc dobiega swoim typowym truchcikiem, wyłapuje piłkę i kończy smeczem wzdłuż linii, zdobywając punkt.

Aby mówić o tej samej interakcji (jednym epizodzie interakcyjnym), musi być zachowana, mówiąc językiem teatru, jedność osób (ci sami partnerzy), akcji (o to samo chodzi), miejsca (partnerzy są współobecni) i czasu (akcja toczy się bez przerwy). To jest modelowy rodzaj interakcji. Warunek pierwszy i drugi są oczywiste. Rozmowa między Tomaszem i Janem to jest inna rozmowa niż między Janem i Anną. Warunek drugi, jedność akcji, oznacza tu, że partnerzy zgadzają się wspólnie, co robią, i przyjmują wspólne reguły postępowania. W meczu tenisowym wiedzą obaj, że grają w tenisa i akceptują wspólny regulamin gry. W bójce uznają minimalne ograniczenia co do chwytów nie fair, a także kryteria, kto zwycięży i jak walka się skończy („do pierwszej krwi", „kładąc na łopatki", „na śmierć i życie"). W rozmowie mają wspólny temat, ale co najważniejsze posługują się wspólnym językiem. W dyskusji wiedzą, że chodzi o uzasadnienie swoich stanowisk i przyjmują wspólne zasady argumentowania. Bez takiej jednolitej platformy minimalnych nawet, ale uznanych przez partnerów zasad - reguł gry w sporcie, wspólnego języka w rozmowie, zasad argumentacji w debacie, dopuszczalnego poziomu eskalacji w sprzeczce małżeńskiej, granic przyzwoitości we flircie, dozwolonych chwytów w negocjacjach handlowych - żadna interakcja nie może się toczyć.

Współobecność przestrzenna i równoczesność czasowa występuje w większości interakcji codziennych. Nazwijmy je bezpośrednimi. W zależności od treści interakcji kształtuje się typowa odległość między partnerami, większa lub mniejsza. Edward Hali wyliczył nawet bardzo konkretnie, że istnieją cztery typy dystansów interakcyjnych. Po pierwsze, dystans intymny, np. między rodzicami i dziećmi, narzeczonymi, kochankami, który, jego zdaniem, wynosi 1-1,5 stopy. Po drugie, dystans osobisty, np. między przyjaciółmi, dobrymi znajomymi, od 1,5 do 4 stóp. Po trzecie, dystans socjalny, np. między dyrektorem i pracownikiem „na dywaniku", od 4 do 12 stóp. I po czwarte, dystans publiczny, np. mówca na trybunie, ksiądz na ambonie, aktor w teatrze, powyżej 12 stóp. Partnerzy mogą wykorzystywać te relacje przestrzenne, aby sugerować lub narzucać charakter interakcji. Zbliżam się i szepcę coś na ucho szefowi, aby koledzy widzieli, jakie nas łączą zażyłe stosunki. Niech zazdroszczą i uważają! Przesłuchiwany na policji siedzi na krzesełku na środku pokoju, w sporej odległości od śledczego, aby było jasne, że to nie pogawędka towarzyska. Ale wytrawny śledczy manipuluje też pozorowaną intymnością, wstaje zza biurka, podchodzi do oskarżonego, pochyla się, zbliża, patrzy w oczy i powiada: „No, panie Janku, niech się pan przyzna, ja naprawdę panu dobrze życzę". Stalin przyjmował podobno delegacje w ogromnym gabinecie, zza gigantycznego biurka wielkości niemal kortu tenisowego. Tutaj dystans formalny już nie wystarczał, przy każdej okazji narzucany był dystans publiczny. Podobnie inni dyktatorzy mieli zwyczaj rozciągać i dystans publiczny, przemawiając do tłumów z wysokich betonowych trybun, balkonów pałaców czy dachów mauzoleów.

Dystans przestrzenny między partnerami zależy nie tylko od treści i charakteru interakcji, ale także od pewnych zwyczajów kulturowych. W różnych społecznościach spotykamy odmienne niepisane reguły na temat „cywilizowanej odległości", jaką należy zachować np. przy rozmowie. Rzuca się na przykład w oczy różnica między kulturą arabską czy żydowską, gdzie rozmawia się z bardzo bliska, a kulturą anglosaską wymagającą znacznie większego oddalenia.

W interakcjach bezpośrednich znaczenie może mieć nie tylko dystans, ale ramy przestrzenne, kształt, forma otoczenia, w którym interakcje zachodzą. Czasem ramy takie ułatwiają lub przeciwnie, utrudniają kontakt, zwiększają lub zmniejszają szansę nawiązania interakcji, nadają im szczególny rys. Weźmy z jednej strony sytuację sąsiadów w wielkim bloku mieszkalnym, z typową izolacją i anonimowością, gdzie znamy najwyżej rodzinę z tego samego piętra, a z drugiej strony znacznie większą wzajemną widoczność i otwartość na sąsiedzkie kontakty w tradycyjnej wiosce czy nawet osiedlu domków jednorodzinnych. Albo porównajmy długie rzędy wspólnych ław i stołów w stołówce w akademiku z pojedynczymi stolikami w restauracji, przedzielonymi jeszcze parawanami lub przepierzeniami. Warunki przestrzenne są także terenem celowej manipulacji, mającej sprzyjać lub przeszkadzać interakcjom. W uniwersytetach amerykańskich istnieje zwyczaj, że nikt nie zamyka drzwi od pracowni czy gabinetów, aby można było w każdej chwili wejść i porozmawiać. W pubie wysokie stołki przy wspólnej ladzie barowej sprzyjają nawiązaniu rozmowy między nieznajomymi. I przeciwnie, studentów sadzamy przy osobnych stolikach podczas testu egzaminacyjnego, aby nie ściągali od kolegów, a więźniów zamykamy w izolowanych w celach, między innymi po to, aby wspólnie nie planowali ucieczki.

Podobnie kiedy mówimy o równoczesności działań partnerów w interakcjach bezpośrednich, to mogą się tu mieścić różne skale czasowe. Szybkość działania, oczekiwany czas reakcji, interwały między kolejnymi wymianami, czyli inaczej: tempo i rytm interakcji związane są z charakterem i treścią samych działań, a także swoistością sytuacji, w której działania zachodzą. Porównajmy licytację dzieł sztuki z mszą w kościele; dyskusję na żywo w telewizji z rozmową przy stoliku w kawiarni; mecz bokserski i turniej golfowy. Występują także różnice kulturowe, nawet w odniesieniu do interakcji tego samego rodzaju, a mamy je na myśli, mówiąc o powolnym tempie życia w społecznościach tradycyjnych czy nieustannym pośpiechu w krajach nowoczesnych.

Współcześnie, coraz powszechniejsze stosowanie mediów komunikacyjnych każe bardziej luźno traktować warunek współobecności i równoczesności w interakcji. Nie są one bezwzględnie konieczne, występuje bowiem coraz więcej interakcji pośrednich. Partnerzy mogą prowadzić interakcje z daleka (np. telefonicznie czy elektronicznie), a także mogą kolejno reagować z opóźnieniem (np. wymieniając serię listów). Rozmowa z kimś w Singapurze jest równie łatwa (choć droższa) jak z kolegą z Radomia. W zglobalizowanym świecie odległość przestała odgrywać rolę. Podobnie „skurczył się" czas. Kiedy byłem w latach siedemdziesiątych na stypendium w Berkeley, list lotniczy szedł do kraju trzy tygodnie, więc pojedyncza interakcja z rodziną, zanim nadeszła odpowiedź, trwała co najmniej sześć tygodni. Dziś wymieniamy e-maile z kolegą z Kalifornii w ciągu sekund.

Tutaj jako dygresję wskazać trzeba na zupełnie rewolucyjne znaczenie telefonów komórkowych, zmieniających bardzo istotnie charakter interakcji. Otóż w przypadku tradycyjnej rozmowy telefonicznej, mimo że partnerzy byli odlegli w przestrzeni, to jednak mieli swoją przestrzenną lokalizację, była ona wyobrażona i brana pod uwagę przez telefonującego. Dzwoniłem do kolegi „do domu" albo „do biura", albo „do hotelu", albo „do pensjonatu wczasowego", albo „do szpitala" itp. Każdy taki adres miał przywiązane pewne kulturowe reguły, co wypada, a co nie wypada, np. w sprawach służbowych dzwoniłem raczę] do biura, a z kolei w prywatnych raczej do domu. Unikałem telefonowania w sprawach biurowych, jeśli kolega był na wczasach. Ale łapałem go bez oporów w hotelu na delegacji, żeby zreferować, co się dzieje w biurze. Z każdym telefonicznym adresem wiązało się także przynajmniej ogólne wyobrażenie i przewidywanie, co kolega może w danej chwili robić. Nie dzwoniłem do biura, kiedy wiedziałem, że ma zazwyczaj wtedy odprawę u szefa. A także czekałem z telefonem do domu, aż skończy się jego ulubiony serial telewizyjny. Telefon komórkowy po raz pierwszy całkowicie i ostatecznie oderwał interakcję od jakiejkolwiek przestrzeni. Zawiesił też wszelkie reguły kulturowe dotyczące tego, kiedy i dokąd wypada dzwonić. Nawet najprostsza reguła, że nie powinno się dzwonić w nocy, przestaje obowiązywać, kiedy partner jest w innej strefie czasowej. „Oj, wyrwałeś mnie z łóżka" - mówi kolega, do którego dzwonię w południe, ale który jest właśnie w interesach w Singapurze. Pozbawieni też jesteśmy jakichkolwiek wskazówek, gdzie partner się znajduje i co wobec tego może robić. Dzwonię do kolegi i nie wiem, czy on jedzie samochodem, czeka na lotnisku, ogląda telewizję, je obiad, bierze prysznic czy szusuje na nartach w Alpach. Nie ma żadnych szans realizacja prostej reguły grzecznościowej, aby w pewnych sytuacjach nie przeszkadzać. W ten sposób telefonowanie ulega daleko posuniętej brutalizacji. Patrząc na to od strony tego, do kogo dzwonimy, traci on wszelką prywatność, bo nawet jeśli wyłączy „komórkę", to wzbudzi podejrzenie, że ma coś do ukrycia. Zyskuje natomiast pełną anonimowość i nieprzejrzystość sytuacji, w której się znajduje.

Tę korzyść zilustruję epizodem, którego byłem świadkiem w hotelu Sheraton w Bari, na dalekim południu Włoch. Przy śniadaniu, przy sąsiednim stoliku siedzi typowy człowiek biznesu w towarzystwie bardzo urodziwej i znacznie młodszej dziewczyny. Wśród nieustannego gwaru „komórek", którymi Włosi posługują się jeszcze bardziej namiętnie niż Polacy, dzwoni i jego telefon. I co ja słyszę? „Ach, dzień dobry, kochanie. Jak dzieci, już poszły do szkoły? Jaka u was pogoda w Mediolanie? Wyobraź sobie, że taki jestem ogromnie zapracowany, a do tego dzisiaj tu we Florencji zimno i leje od rana". Przypomnę, że byliśmy w Bari, kilkaset kilometrów na południe od Florencji i panował niemiłosierny skwar.

GEORGE H. MEAD (1863-1931)

Filozof, psycholog i socjolog amerykański, twórca oryginalnej i wpływowej koncepcji teoretycznej - tzw. „symbolicznego interakcjoni-zmu". Zasłynął ze znakomitych wykładów na Uniwersytecie w Chicago, które spisane zostały i wydane przez uczniów w dwóch tomach Mind, Self and Society [Umysł, osobowość i społeczeństwo] (1934) i Philosophy of the Act [Filozofia czynu] (1938).

Za główny problem psychologii społecznej i socjologii uważał stosunek jednostki i zbiorowości. Sam rozdział jest sztuczny. Nie ma jednostki i jaźni ludzkiej poza procesami interakcji i komunikacji toczącymi się w społeczeństwie. A społeczeństwo z kolei wyłania się z sieci aktów interakcji i komunikacji, z transakcji jednostek zorientowanych wzajemnie ku sobie. Interakcja i komunikacja przebiega za pośrednictwem gestów i języka, a wiec zakłada wspólnie rozpoznawane i interpretowane symbole. Symbol to więcej niż znak, znak bowiem to tylko naturalny symptom, wskaźnik jakiegoś stanu, natomiast symbol to konwencjonalne, uzgodnione między członkami jakiejś zbiorowości skojarzenie z jakimś przedmiotem czy stanem. Uczestnicy interakcji nieustannie dopasowują do siebie wzajemnie swoje działania, w oparciu o odczytywanie symbolicznych przekazów otrzymywanych od partnera. Warunkiem zajścia interakcji jest wspólnota języka symbolicznego, jakim operują.

W toku interakcji jednostka kształtuje jaźń, czyli świadomość samego siebie, zdolność uczynienia się przedmiotem dla własnej refleksji i oceny. Wskazówki dla takiej refleksji ludzie czerpią od partnerów w zbiorowości. Jaźń refleksyjna (w terminologii Meada „me") to zapis reakcji, sądów, oczekiwań innych ludzi, a zwłaszcza „istotnych innych". Jaźń spontaniczna (w terminologii Meada „I") to wyraz niepowtarzalnej indywidualności kształtującej swoiste reakcje na naciski innych.

Społeczna geneza jaźni oznacza nie tylko, że treści zapisane w osobowości są proweniencji społecznej, ale także i to, że sama zdolność przyjmowania społecznych treści, sam mechanizm psychologiczny osobowości, tworzy się w interakcjach z innymi. Są trzy etapy takiego tworzenia jaźni, które występują już w dzieciństwie: (a) zabawa, czyli spontaniczne działania w obecności innych, obok innych, ale jeszcze nieskoordynowane z innymi, (b) gra, czyli działania przebiegające według uznanych reguł i skoordynowane z działaniami partnerów, (c) uogólnione wyobrażenie samych reguł właściwego postępowania, w oderwaniu od konkretnego udziału w grze. Ten trzeci szczebel rozwoju jaźni stwarza możliwość stawiania się w wyobraźni w sytuacji partnerów, „wirtualnego" odgrywania ich ról, interpretowania ich zamysłów i racji, co jest niezbędnym warunkiem skutecznej interakcji.

LITERATURA

G. H. Mead, Umysf, osobowość i społeczeństwo, Warszawa 1975, PWN

I. Krzemiftskl, Symboliczny interakcjonizm i socjologia, Warszawa 1986, PWN

I. Krzemiński, „Mead", w: Encyklopedia Socjologii, ŁII, Warszawa 1999, Oficyna Naukowa, s. 190-1M. Ziótkowski, Znaczenie, interakcja, rozumienie, Warszawa 1981, PWN

E. Hałas, Społeczny kontekst znaczeń w teorii symbolicznego interakcjonizmu, Lublin 1987, Wydawnictwo KUL

H. Blumer, „Implikacje socjologkzne myśli George'a Herberta Meada, w: W. Derczyński, A. Jasińska-Kania, J. Szacki (red.), Elementy teorii socjologicznych, Warszawa 1975, PWN, s. 70-84 J. Szacki, Historia myśli socjologicznej, t. II, Warszawa 1981, PWN, s. 538

Wielu socjologów traktuje interakcje jako centralny fenomen życia społecznego. Bywa, że socjologia jest definiowana jako nauka o interakcjach społecznych. Przeglądając dwanaście wydanych w Ameryce elementarnych podręczników, w ośmiu z nich znalazłem takie właśnie określenie socjologii. Dlatego też interakcja pojawia się jako ważna kategoria w różnych teoriach socjologicznych, w ramach różnych orientacji teoretycznych, nieraz zasadniczo odmiennych co do swoich założeń. Obrazy interakcji, jakie teorie te prezentują, zwracają uwagę na różne jej aspekty i można je traktować jako komplementarne. Pierwszą, najprostszą wizję interakcji znajdujemy w teorii behawioralnej. Tutaj interakcja to wzajemnie powiązane zachowania jednostek, sekwencja bodźców i reakcji. „Interakcja to wzajemne modyfikowanie zachowania poprzez wymianę bodźców", pisze Robert Fairchild1. „Interakcja społeczna to wzajemna relacja między dwiema lub więcej jednostkami, których zachowania są od siebie zależne", formułuje tę samą myśl E. Hollander2. Rozwija takie ujęcie polski psycholog społeczny Stanisław Mika: „Interakcja jest to wzajemne oddziaływanie na siebie partnerów, polegające na tym, że w określonym czasie zachowanie jednej osoby staje się zbiorem bodźców dla drugiej osoby, na które ona reaguje; z kolei jej reakcje są zbiorem bodźców dla osoby pierwszej, która na nie reaguje, te reakcje, będąc bodźcami dla partnera, wywołują jego kolejną reakcję itd., aż do chwili, kiedy ten proces wymiany bodźców i reakcji nie ulegnie przerwaniu"3. A kropkę nad i stawia wspominany wcześniej twórca teorii elementarnego zachowania społecznego George Homans. Wyjaśnia mianowicie: „Kiedy zauważamy fakt, że pojedyncza jednostka aktywności jakiegoś człowieka następuje po, albo jeśli bardziej lubimy inne słowo, jest stymulowana przez jakąś jednostkę aktywności innego, to zupełnie niezależnie od tego, jaka jest treść tej aktywności, mamy do czynienia z interakcją"4. Interakcja jest tu pojmowana jako zjawisko obserwowalne zewnętrznie, niezależnie od treści, znaczeń psychologicznych czy kulturowych, wiązanych z aktywnością przez partnerów. To, co obserwujemy naocznie, to następujące po sobie zachowania, które pełnią dla siebie nawzajem zarazem rolę bodźców i reakcji. Tak samo moglibyśmy obserwować interakcje wśród szczurów, kotów, psów: np. jeden podchodzi do drugiego, drugi warczy, pierwszy się oddala. To, co zachodzi pomiędzy zadziałaniem bodźca a wystąpieniem reakcji, jest niewiadomą. Mówimy dlatego, że taki obraz interakcji to odmiana modelu „czarnej skrzynki". Podejście behawioralne mówi nam coś o interakcji, ale niezwykle mało. Jest bardzo ubogie poznawczo. Dlatego inne orientacje teoretyczne próbują otwierać „czarną skrzynkę", wyjaśniać, co dzieje się między zachowaniem jednego partnera a zachowaniem drugiego.



1 R. Fairchild, Dictionary ofSociology, Totowa 1966: Littlefield and Adams, s. 160.

2 E. P. Hollander, Principles and Methods of Social Psycbology, New York 1971: Oxford Univer-sity Press, s. 243.

3 S. Mika, Wstęp do psychologii społecznej, Warszawa 1972: PWN, s. 154-155.

4 G. C. Homans, The Human Group, New York 1950: Harcourt Brace, s. 36.

Najbliższa podejściu behawioralnemu, ale wnikająca już nieco głębiej w treść zachowań, jest teoria wymiany, czy jej najnowsza odmiana - teoria racjonalnego wyboru. Traktuje ona interakcję jako wzajemną wymianę pewnych dóbr czy wartości między partnerami. Modelem myślowym jest tutaj transakcja ekonomiczna, akt kupna i sprzedaży. W tym przypadku zakłada się, że obaj partnerzy działają racjonalnie, a więc obaj starają się uzyskać pewną nadwyżkę korzyści nad kosztami. Zarówno korzyści, jak i koszty mogą być przy tym bardzo różne. Korzyści to z jednej strony zdobycie pewnej wartości wymiennej, np. pieniędzy, ale z drugiej może to być uzyskanie jakiejś wartości użytkowej, np. potrzebnego mi przedmiotu, a z trzeciej, zaspokojenie jakiegoś impulsu emocjonalnego, np. zachcianki. Koszty z kolei to z jednej strony nakłady, a więc np. cena, jaką płacę, ale także z drugiej strony inne dobra, z których rezygnuję, decydując się na zakup tego właśnie, czy wreszcie pewne uciążliwości samej transakcji, czas, który na to poświęcani, wysiłek wyszukania towaru, argumentacja w czasie targowania się itp. Do transakcji dochodzi, gdy obaj partnerzy uznają, że ich bilans korzyści i kosztów jest pozytywny. Jest to możliwe dlatego, że obaj są racjonalni subiektywnie, to znaczy prowadzą rachunek według własnych preferencji czy przekonań. Sprzedawca chce pozbyć się towaru i zyskać pieniądze. Kupujący gotów jest zapłacić za upragniony towar. W wyniku transakcji obaj są zadowoleni, sprzedawca jest bogatszy, ale nie ma już towaru. Kupujący jest biedniejszy, ale szczęśliwszy, bo zrealizował swoje pragnienia.

Główna idea teorii wymiany to przeniesienie tego modelu ekonomicznego na wszelkie, także pozaekonomiczne dziedziny życia społecznego. Wymieniamy coś w każdej interakcji. Niekoniecznie towary czy dobra ekonomiczne, także inne wartości. Kiedy radzę coś przyjacielowi, wymieniam swoją wiedzę na uznanie, prestiż w jego oczach. Kiedy otaczam dziecko miłością, zazwyczaj otrzymuję w zamian jego miłość. Kiedy daję komuś prezent, mogę liczyć na wdzięczność. Kiedy pomagam koledze w pracy, mogę liczyć na jego pomoc. Zgodnie z tym punktem widzenia, nawet w działaniach pozornie całkowicie altruistycznych, filantropijnych, bezinteresownych, kryje się - nie zawsze uświadamiana - chęć uzyskania czegoś w zamian: podziwu, prestiżu, sławy, świętości.

W teorii wymiany bogatszy sens uzyskuje centralna dla pojęcia interakcji idea wzajemności. W ujęciu behawioralnym oznaczała tylko tyle, że zachowania partnerów następują kolejno po sobie, pełnią raz rolę bodźca, a kiedy indziej -reakcji. Tutaj wzajemność odnosi się już do treści podejmowanych zachowań, oznacza pewną współmierność wymienianych wartości. Tak rozumianą wzajemność silnie podkreślali w oparciu o swoje obserwacje w społecznościach prymitywnych antropologowie społeczni. Bronisław Malinowski uważał, że zasada do ut des (ja tobie, a ty mnie) jest podstawową prawidłowością życia plemiennego. Marcel Mauss analizował rozmaite formy daru, ujawniając ukryte oczekiwania rewanżu. Claude Levi-Strąuss odkrywał skomplikowane, wzajemne wymiany kandydatów do małżeństwa w rozmaitych strukturach pokrewieństwa. Poszerzyli oni obraz wzajemności, wskazując na przykładach, że wzajemność nie musi przychodzić od tych samych osób, które coś od nas uzyskały, że nie musi być natychmiastowa, a także że nie musi być wymierzona „w tej samej walucie". Te ostatnie okoliczności są bardziej oczywiste: gdy zapraszam znajomego na kolację, nie znaczy to, że on mnie zaprosi zaraz potem do sąsiedniej restauracji. Rewanż może być odłożony, nawet na długi czas. Kiedy komuś pomagam, nie znaczy to, że on musi mi zaraz pomóc, mogę natomiast na to liczyć kiedyś w przyszłości, gdy sam będę w kłopotach. Rewanż nie musi też polegać na tym samym: ja mu pożyczyłem pieniądze, a on pomógł mi dostać się do szpitala.

Mniej oczywiste jest to, że rewanżować się mogą nie ci, którzy uzyskali coś ode mnie, ale zupełnie inni. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy istnieją skomplikowane łańcuchy interakcji. Bardzo malowniczy przypadek tego typu odnalazł Bronisław Malinowski na wyspach Polinezji i określił w języku tubylców mianem kręgu „Kula". W archipelagu, który badał, znajdowało się kilka wysp, rozrzuconych jakby wzdłuż okręgu. I działy się tam takie mniej więcej dziwne rzeczy (upraszczam celowo złożony etnograficzny opis). Wczesną wiosną mieszkańcy jednej z wysp, nazwijmy ją „A", zaczynali przygotowywać czółna, kobiety produkowały ozdobne naszyjniki i naramienniki. Pewnego dnia wyruszała wyprawa na sąsiednią wyspę „B". Po przypłynięciu wręczano bardzo ceremonialnie dary tamtejszym mieszkańcom, tańcząc wokół ognisk na plaży. W jakiś czas później tubylcy z wyspy „B" podejmowali podobne działania i po zebraniu ozdobnych darów udawali się na wyspę „C", gdzie ceremonia przyjęcia darów powtarzała się. A później ci z wyspy „C" jechali na wyspę „D", żeby tam złożyć dary, z kolei mieszkańcy „D" udawali się w tym samym celu na wyspę „E" i gdzieś pod koniec roku tubylcy z wyspy „E" lądowali z darami z powrotem na wyspie „A". Taki rytuał powtarzał się w cyklu rocznym. Otóż, chociaż nikt nie wymieniał tu darów bezpośrednio i pozornie mieliśmy do czynienia z jednostronnymi darowiznami, w rzeczywistości, dzięki powiązaniu tych interakcji w zamknięty łańcuch, wyspiarze z każdej wyspy byli i darczyńcami, i obdarowanymi. Dawali co prawda innym, a otrzymywali od innych, ale w końcu odzyskiwali podobne wartości, w całym systemie zachowana była więc wzajemność. Malinowski zapytywał też, po co to wszystko, skoro nikt nic nie zyskuje i nikt nic nie traci. I odpowiadał, że miało to znaczenie czy, jak to określał, istotne „funkcje" dla integracji społecznej, pokojowego współżycia zbiorowości wyspiarskich, dawanie bowiem i otrzymywanie darów było symbolem życzliwości, dobrych intencji wobec sąsiadów, a fakt, że dary, choć nie te same, ale podobne co do wartości, były w końcu odzyskiwane, zaspokajał proste poczucie sprawiedliwości5. Przenosząc się z wysp Trobriandzkich do naszych okolic, zobaczmy, jak duża rodzina zebrana przy wigilijnej choince obdarowuje się upominkami świątecznymi, według zasady „każdy coś każdemu". Każdy przychodzi z workiem prezentów i każdy wychodzi z podobnym workiem, tyle że trochę innych prezentów. Mimo że wzajemność sprawia, iż nikt nie wzbogacił się ani nikt nie zubożał, cała ceremonia ma sens podobny jak krąg „Kula". Wzmacnia więzi rodzinne, podkreśla wzajemną życzliwość, integruje zbiorowość poprzez skomplikowaną sieć ekwiwalentnych wymian.

Amerykański socjolog Alvin Gouldner traktował zasadę wzajemności jako pewną uniwersalną regułę kulturową, normę społeczną nakładającą na ludzi powinność rewanżowania się za uzyskane dobra, powszechne oczekiwanie, że gdy coś się dostało, zostaje się dłużnikiem darczyńcy. Stanowi ona, jego zdaniem, podstawę wszelkiego porządku społecznego. Duński antropolog Bent Jensen uważał zasadę wzajemności za fundamentalną właściwość natury ludzkiej, określając człowieka już nie jako homo economicus czy homo politicus, ale jako homo reciprocus (budując brzmiący łacińsko neologizm z angielskiego terminu reciprocity, czyli właśnie wzajemność).



Przejdźmy z kolei do trzeciej orientacji teoretycznej, która jeszcze szerzej otwiera „czarną skrzynkę", głębiej analizując treść znaczeniową - psychologiczną i kulturową - interakcji. Kierunek symbolicznego interakcjonizmu, którego twórcami byli klasycy amerykańskiej socjologii Charles H. Cooley i George H. Mead, powiada, że w interakcji wymiana i wzajemność dotyczą nie tyle obiektów materialnych, co idei, symboli, znaczeń. Istotą interakcji jest więc komunikacja. Najważniejszy w tak rozumianej interakcji jest cały złożony proces myślowy, który rozwija się po obu stronach, od momentu zetknięcia się partnerów ze sobą. W procesie tym występuje kilka etapów. Pierwszym jest pojawienie się świadomości partnera, rozpoznanie go, „wskazanie sobie", wybranie spośród wielu innych osób obecnych na ogół w każdej sytuacji, jako potencjalnego uczestnika interakcji. Podejdę do tego pana, spytać o drogę, podejdę do tej dziewczyny na balu, żeby ją poprosić do tańca, napadnę i obrabuję tego przechodnia. Drugim jest identyfikacja partnera jako kogoś ważnego dla mnie lub nieważnego („istotnego innego" lub „nieistotnego innego") z punktu widzenia tego, co chcę osiągnąć, a także określenie jego tożsamości (kim on jest?). Pytam tego pana o drogę, bo wygląda na tutejszego, proszę tę dziewczynę do tańca, bo mi się spodobała, obrabuję tego przechodnia, bo robi wrażenie zagubionego, bogatego cudzoziemca. Trzecim etapem procesu jest definicja sytuacji, w jakiej razem z partnerem się znajdujemy, rozpoznanie wszystkich istotnych okoliczności otoczenia, tła, w którym interakcja zachodzi. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli jesteśmy w dyskotece, a inaczej w kościele, inaczej na meczu piłkarskim, a inaczej w operze. Są takie warunki sytuacyjne, które sprzyjają nawiązywaniu i prowadzeniu interakcji, i takie, które przeszkadzają. Rozmowa w kawiarni jest czymś normalnym, a nawet oczekiwanym, rozmowa na wykładzie uniwersyteckim budzi niezadowolenie profesora. Nawiązanie kontaktu z nieznajomą na wieczorku zapoznawczym czy intymna propozycja w częstych np. w Nowym Jorku tzw. barach dla samotnych (single's bars) to zachowanie nie tylko dopuszczalne, ale właściwe. To samo wywołałoby zdumienie kasjerki siedzącej za okienkiem w banku. Rzucanie się na szyję nieznajomym kibicom po strzeleniu gola przez „naszych" nie jest niczym nadzwyczajnym, ale to samo byłoby dziwne na odczycie naukowym. Fałszywa definicja sytuacji sprawia, że interakcja nie może się rozwinąć. Widzę piękną ekspozycję z egzotycznymi owocami przy alei w Hawanie, wchodzę i chcę kupić ananasy, ale okazuje się, że to doroczna wystawa rolnicza i żadnej sprzedaży nie ma. Mafioso siedzi w pokoju hotelu Hilton, ktoś puka, on myśli, że to napad, więc ucieka przez okno, a to był kelner z kolacją. Przechodzień widzi, że dwóch się bije, próbuje ich rozdzielić, a to był trening bokserski w plenerze. Mnóstwa podobnych przykładów dostarczają komedie filmowe. Czwartym etapem symbolicznej interakcji jest interpretacja gestów, słów, „języka ciała", fizjonomii czy aparycji partnera i rozszyfrowanie ich symbolicznej treści. Co oznaczają, co partner chce mi przekazać? Czemu on się uśmiecha, zastanawia się dziewczyna, czemu do mnie macha ręką, o co mu chodzi, gdy pyta -jak w piosence - „czy Pani mieszka sama?". Piąty wreszcie i kluczowy etap to „postawienie się w roli innego" (taking the role ofthe other), spojrzenie na sytuację, a także na siebie samego z perspektywy partnera, wyobrażenie sobie, jak on mnie postrzega, jak definiuje, kim jestem, jak definiuje sytuację, w której się znajdujemy. Wreszcie przypisuję mu cele, intencje, motywacje, jakie chce zrealizować, podejmując czy kontynuując interakcje ze mną. To jest jakby próba generalna interakcji w wyobraźni, zanim jeszcze decyduję się interakcję nawiązać. Ogromną rolę w takiej projekcji odgrywają zapisane w pamięci moje wcześniejsze doświadczenia z interakcjami podobnego rodzaju, a także ukształtowana pod wpływem rozmaitych doświadczeń społecznych moja ogólna samoocena. Wróćmy do sceny w przedziale kolejowym i zobaczmy dwie wersje wypadków. Jeden myśli tak: podoba mi się ta dziewczyna, muszę się z nią umówić, ona na pewno widzi, że na nią patrzę, założę się, że ona tylko czeka, aż się odezwę, bo jestem taki przystojny i elegancki biznesmen, w butach Gucciego, z Rolexem na ręce i ciągle dzwoniącą komórką w kieszeni, jak w piosence „ja jestem macho, mnie dziewczyny nie wybaczą", no i rzeczywiście zawsze mi się podboje udają, więc czemu nie tym razem. I dość obcesowo zaczyna rozmowę. Wysoka samoocena prowadzi do zachowania asertywnego, gotowości do inicjowania interakcji. Kto inny myśli inaczej: podoba mi się ta dziewczyna, fajnie by było się z nią umówić, ale ona na pewno śmieje się ze mnie w duchu, że tak się na nią gapię, czeka tylko, żeby mi dać szkołę, jak się odezwę, bo cóż we mnie można widzieć atrakcyjnego z tą łysiną, w sztruksowej marynareczce, zresztą zawsze, kiedy próbowałem nawiązać kontakt z nieznajomą, nic mi nie wychodziło, nie będę się narażał na śmieszność i upokorzenie, więc sobie tylko pomarzę. I oddaje się lekturze „Playboya". Niska samoocena prowadzi do wycofania się, izolacji, unikania kontaktów, powstrzymywania się od nawiązywania interakcji.

* B. Malinowski, Argonauci Zachodniego Pacyfiku (Dzieła, tom 3), Warszawa 1981: PWN.

Takie złożone procesy myślowe zachodzą po obu stronach, wzajemnie in-terferują. Do interakcji dochodzi, kiedy spotykają się, uzgadniają, pokrywają ze sobą, a więc kiedy partnerzy się rozumieją, kiedy się dogadali. Mówimy czasem przenośnie: kiedy ludzie „nadają" na tej samej częstotliwości czy na tej samej fali. Natomiast interakcja nie udaje się, ulega zerwaniu, gdy procesy wzajemnej orientacji rozchodzą się, biegną odmiennymi torami, w inne strony. Pomijam tu konkretne ilustracje, ponieważ wszystkich tych kategorii wywodzących się z symbolicznego interakcjonizmu używałem już wcześniej, kiedy analizowałem przejście od czynności społecznych do działań społecznych, od działań do kontaktów społecznych i od kontaktów do interakcji. Kategorie te nie są dziś własnością jednej tylko orientacji teoretycznej, weszły do powszechnie używanego kanonu pojęć socjologicznych stosowanych przy opisywaniu wzajemnych oddziaływań ludzi na siebie.

Czwarty kierunek, w którym kategoria interakcji zajmuje poczesne miejsce, bywa niekiedy nazywany teorią dramaturgiczną, a wiąże się głównie z twórczością amerykańskiego socjologa Endnga Goffmana. Nazwa bierze się stąd, że w tle prowadzonej przez Goffmana bardzo pomysłowej i wnikliwej analizy interakcji leży analogia codziennego życia społecznego do teatru. W myśl tej koncepcji, ludzie kierują się w swoich działaniach przede wszystkim dążeniem do zrobienia na partnerach czy audytoriach dobrego wrażenia. W tym celu posługują się całym repertuarem „kontrolowania wrażeń" (impression management), starając się emitować pozytywne sygnały na swój temat. Coś nieustannie grają przed drugimi, starając się przedstawić siebie samych w dobrym świetle. Szczególnie dbają o swój „fronton": wygląd zewnętrzny, postawę, gesty, bo to są pierwsze informacje, jakie otrzymują na ich temat partnerzy interakcji6.

6 E. Goffman, The Presentation ofSelfin Everyday Life, New York 1959: Doubleday.

Czemu ludzie tak czynią? Czasami po to, aby osiągnąć jakieś wymierne korzyści. Wykładając dość często na Uniwersytecie w Los Angeles, obserwowałem, jak tamtejsi studenci, na co dzień bardzo nieformalni w ubiorze, chodzący w szortach, T-shirtach i adidasach, nagle pewnego dnia pojawiają się w kampusie w ciemnych garniturach, białych koszulach i krawatach. Strzygą się także i golą. Jest to ten dzień w roku, kiedy przyjeżdżają przedstawiciele wielkich korporacji i prowadzą wywiady z kandydatami do przyszłego zatrudnienia i specjalnych stypendiów. Chodzi więc o to, aby na potencjalnym pracodawcy zrobić wrażenie człowieka eleganckiego, schludnego, zdyscyplinowanego, wzbudzić zaufanie i zdobyć posadę.

Nie zawsze jednak chodzi o taki wymierny rezultat. Ogólny mechanizm, który sprawia, że ludzie grają przed innymi, starając się trafić w gusty partnerów, zaspokoić ich oczekiwania, odkrył daleko wcześniej przed Goffmanem klasyk amerykańskiej socjologii Charles H. Cooley. Opisał on mianowicie efekt tzw. jaźni odzwierciedlonej. Otóż Cooley uważał, że ludzie kształtują swoją jaźń, czyli wizję samego siebie i samoocenę, w oparciu o reakcje, jakie napotykają ze strony partnerów interakcji. Jak inaczej mogliby niejako wyjść poza siebie i popatrzeć na siebie krytycznie z zewnątrz? Inni ludzie dostarczają im zwierciadła, w którym mogą się przejrzeć. Kiedy traktują nas dobrze, z szacunkiem, uznaniem, sympatią, nagradzają i chwalą - mamy prawo sądzić, że jesteśmy wiele warci. Kiedy z nas szydzą, unikają, krytykują, atakują, karzą i ganią - nasza samoocena obniża się. Taki proces budowania samooceny nie jest prosty, angażuje również myślowe interpretacje zachowań partnera. Musimy przecież odczytać zachowanie partnerów, które samo w sobie nie jest oczywiste, jako aprobatę lub przyganę, „postawić się w ich roli" i wyobrazić sobie, co o nas myślą.

Dodatkowa komplikacja to fakt, że społeczeństwo dostarcza nam wiele zwierciadeł, reakcje różnych partnerów na to samo nasze zachowanie mogą bowiem być rozmaite. Gramy naraz przed różnymi audytoriami, krążąc między rozmaitymi kontekstami życia społecznego. To, co spodoba się kumplom z podwórka, może być potępione w szkole, to, czym zyskam uznanie w pracy, może być mało istotne na boisku sportowym. Można oczywiście próbować każdorazowo dostosowywać działanie do spodziewanych oczekiwań partnerów w różnych kontekstach społecznych. Ale taka „orientacja radarowa" czy nieustanny kamuflaż nie zawsze są możliwe, a poza tym nie zawsze dysponujemy umiejętnościami i predyspozycjami niezbędnymi do takiej elastyczności. Także w teatrze nie każdy aktor potrafi grać dzisiaj Króla Leara, a jutro Pana Jowialskiego, dziś Marię Stuart, a jutro Panią Dulską. Częściej więc konstruujemy sobie prywatną hierarchię „istotnych innych", na których nam bardziej

Od działań społecznych do interakcji

zależy, i mniej istotnych innych, z którymi liczymy się mniej. Chcemy dobrze wypaść w oczach rodziny, a mniej nam zależy na kolegach z podwórka, albo odwrotnie, szukamy uznania w drużynie sportowej, a lekceważymy pouczenia dziadka, że powinniśmy odrobić lekcje. I dopiero w takim własnym, skonstruowanym przez nas zwierciadle społecznym przeglądamy się, budując własną jaźń'.

Ludzie starają się wyglądać w tym społecznym zwierciadle dobrze, ponieważ wysoka samoocena przynosi im satysfakcję, a niska przykrość. I dlatego taką wagę przywiązują do społecznego odbioru swojej osoby i swoich działań. Dlatego starają się to, co robią, podporządkować oczekiwaniom widowni, tak jak te oczekiwania sobie wyobrażają. Starają się kształtować swoje działania, wyczuwając, co inni, a zwłaszcza „istotni inni", o nich myślą. Jedni są w tym lepsi, inni gorsi, tak jak aktorzy na scenie, gdzie jedni mają kontakt z widownią, a inni grają w próżnię. Ale i jedni, i drudzy starają się widownię zadowolić, otrzymać oklaski i kwiaty. Są autorzy, którzy twierdzą, że takie dążenie do zdobycia wysokiej samooceny jest podstawową motywacją, jaka kieruje działaniami ludzi. Spotykamy tu jeszcze jeden model człowieka: po homo economi-cus, homo socius, homo politicus, homo reciprocus - homo reflectans.

Raz ukształtowana jaźń odzwierciedlona uruchamia ciekawy mechanizm samorealizującej się prognozy. Jeżeli mam o sobie bardzo dobre mniemanie, jestem pewny siebie, asertywny, łatwo nawiązuję interakcje, mam szansę zyskania sympatii i uznania innych, co podwyższa jeszcze moją samoocenę. Biznesmen z przedziału kolejowego z każdym udanym podbojem jest coraz bardziej pewny swojej wartości. I tym łatwiej idą mu dalsze podboje. Oczywiście, do pewnej granicy, gdy nadmierna, nierealistycznie wysoka samoocena przeradza się w zarozumialstwo, bezczelność, agresywne chamstwo, brutalną butę i prędzej czy później wywołuje korygującą „reakcję bumerangową" u audytoriów społecznych. Odwrotnie, ten nieśmiały urzędnik z magistratu, o niskiej samoocenie, zamknięty w sobie, każdą rezygnację z nawiązania kontaktu traktuje już z góry jako kolejną porażkę, odbiera tym samym sobie szansę miłej znajomości, która mogłaby poprawić jego wizerunek we własnych oczach, samym wyglądem, „językiem ciała" budzi u innych politowanie i pogarsza coraz bardziej swoją jaźń odzwierciedloną. Przerwać ten łańcuch może nawet pojedynczy sygnał uznania, szacunku, sympatii, który inicjuje proces rekonstrukcji jaźni.



7 C. H. Cooley, Human Naturę and the Social Order, New York 1964 [1902]: Schocken Books.

CHARLES H. COOLEY (1864-1929)

Jeden z twórców socjologii amerykańskiej, reprezentujący typowe dla niej zainteresowania mikrosocjologiczne, na pograniczu psychologii społecznej. Pozostawił trzy ważne dzieła: Natura ludzka i porządek społeczny (1902), Organizacja społeczna (1909), Proces społeczny (1918),

Za centralny problem socjologii uważał relację jednostki i społeaeństwa. Oba rodzaje bytów są nierozdzielne, stanowią aspekty jednej rzeczywistości. „Jednostka i społeczeństwo to narodzone równocześnie bliźnięta" - pisze Cooley. Nie ma społeaeństwa poza wyobrażeniami ludzi, nie ma jednostek, które nie byłyby kształtowane przez społeczeństwo. Ta jedność wytwarza się w procesach interakcji i komunikacji międzyludzkiej. Ewolucja form komunikacji, od gestu i „języka dala", przez język mówiony, pismo, aż po druk - to najważniejszy aspekt rozwoju społecznego.

Jednostka ludzka staje się w pełni człowiekiem, dopiero gdy ukształtuje swoją jaźń, refleksyjne przekonanie o sobie samym. Jaźń tworzy się przez interpretację opinii, orientacji, postaw innych ludzi wyrażanych pod adresem jednostki. Jednostka przegląda się jakby w zwierciadle innych, obserwując reakcje innych na swoje czyny. Gdy są pozytywne (a dokładniej, gdy odczytuje je jako pozytywne), jej samoocena poprawia się, gdy zaś są negatywne (lub lepiej: postrzegane jako negatywne), samoocena ulega obniżeniu. Ukształtowana jaźń odzwierciedlona jest źródłem konformistycznego postępowania, gdyż spełnienie oczekiwań społecznych prowadzi do pozytywnych reakcji, a tym samym wysokiej samooceny. Jestem tym, co sądzę, że ty sądzisz o mnie. A chcę, abyś sądził dobrze, więc staram się działać tak, jak byś pragnął. W tym tkwi tajemnica skutecznej socjalizacji i kontroli społecznej.

Nabywanie jaźni odzwierciedlonej, a także procesy socjalizacyjne i kontrolne dokonują się najpełniej na terenie tzw. „grup pierwotnych", rodziny, grupy rówieśniczej i grupy sąsiedzkiej. Stanowią one pierwsze agendy społeaeństwa, z którymi styka się dziecko, i które wpajają mu społeczne wzory. Oddziałują w okresie największej plastyczności psychiki. Stają się dla jednostki grupami najważniejszymi, z którymi najbardziej się liczy i na których oaekiwania najmocniej się orientuje. Ich niewielki rozmiar pozwala na szaególnie intensywne i intymne interakcje „twarzą w twarz". Jednostka uaestniay w nich całą swoją osobą, a nie tylko w ramach jednej wyspecjalizowanej roli. Dobrze funkcjonujące grupy pierwotne to najlepsza szkoła wartości i norm: miłości, solidarności, przyjaźni, zaufania, lojalności, pomocy, życzliwości.

LITERATURA

J. Mucha, Cooley, Warszawa 1992, Wiedza Powszechna

J. Mucha, „Cooley", w: Encyklopedia Socjologii, 1.1, Warszawa 1998, Oficyna Naukowa, s. 99-1

J. Szacki, Historia myśli socjologiczne], t. II, Warszawa 1981, PWN, s. 578-6l



: studia -> inzynierskie
inzynierskie -> Marketing przemysłowy literatura: T. Wojciechowski :”Marketing I logistyka na rynku środków produkcji” Białecki : „Marketing producenta I eksportera”
studia -> Matematyka zad. Opisz technikę sprytnego mnożenia przez: a 50, b 99 Za
studia -> Techniki decyzyjne – wykłady – dr Marek Sołtysik A. Podstawowe informacje egzamin pisemny, testowy – wtorek, 29 stycznia 2008 roku, J. Supernat: „Techniki decyzyjne”
studia -> Sylabus podstawowe informacje o przedmiocie
studia -> Tytuł projektu wpisany czcionką Times New Roman 14 pt pogrubioną, prostą, tekst wyśrodkowany, interlinia pojedyncza Imię i nazwisko Studenta, czcionka 12 pt., pogrubiona
studia -> Tytuł projektu wpisany czcionką Times New Roman 14 pt pogrubioną, prostą, tekst wyśrodkowany, interlinia pojedyncza Imię i nazwisko Studenta, czcionka 12 pt., pogrubiona
studia -> `Kryterium jakości oprogramowania

Pobieranie 2.64 Mb.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   47




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna