Arthur Conan Doyle Zniknięcie młodego lorda Opowiadania



Pobieranie 0.85 Mb.
Strona1/17
Data05.05.2016
Rozmiar0.85 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

Arthur Conan Doyle


Zniknięcie

młodego lorda


Opowiadania



Tom



Całość w tomach



Polski Związek Niewidomych

Zakład Wydawnictw i Nagrań

Warszawa 1990


Przełożyli z angielskiego:

Jan Meysztowicz,

Jerzy Regawski,

Witold Engel,

Irena Szeligowa,

Jan Stanisław Zaus

Zawarte w niniejszym tomie opowiadania pochodzą z wydanych w r. 1960 tomów pt. „Sherlock Holmes niepokonany” i „Dr Watson opowiada”.

Tłoczono w nakładzie 20 egz.

pismem punktowym dla

niewidomych

w Drukarni PZN,

Warszawa, ul. Konwiktorska 9 Pap. kart. 140 g kl. III_bą1 Całość nakładu 100 egz.

Przedruk z „Wydawnictwa

Poznańskiego”,

Poznań, 1987

Pisał J. Podstawka

Korekty dokonały

K. Kopińska

i D. Jagiełło

„Gloria Scott”

pierwsza sprawa

Sherlocka Holmesa

Pewnego zimowego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy kominku, Sherlock Holmes zwrócił się do mnie:

- Mam tu ciekawe papiery,

Watsonie, które z pewnością cię zainteresują. Zresztą z innego jeszcze względu powinieneś się nimi zająć. Są to dokumenty dotyczące wypadku „Gloria Scott”. A oto zawiadomienie, którego treść tak przeraziła sędziego Trevora, iż zaraz po jego przeczytaniu zmarł.

Wyjął z biurka niewielki, pożółkły, kartonowy rulon. Rozwiązał tasiemkę i podał mi małą kartkę. Skreślono na niej kilka niezbyt wyraźnych zdań:

„Polowanie pod Londynem rozpoczęte. Główny łowczy Hudson zarządził chyba wszystko.

Wyraźnie już powiedział: Będzie


wielka obława. Dlatego trzeba ratować bażancich samic życie!”

Gdy w trakcie czytania tego zagadkowego zawiadomienia spojrzałem przelotnie na Holmesa, zauważyłem, że śmieje się z wyrazu mej twarzy.

- Wyglądasz na trochę

zdziwionego - powiedział.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego to zawiadomienie mogło kogoś przerazić? Raczej wygląda mi ono na groteskowe.

- Oczywiście. Niemniej pozostaje faktem, że rosły i krzepki mimo swych lat mężczyzna po przeczytaniu tej kartki zwalił się na ziemię, jakby otrzymał cios kolbą pistoletu.

- Zaciekawiasz mnie -

odparłem. - Dlaczego jednak wspomniałeś, iż z innych powodów powinienem zainteresować się tą sprawą?

- Ponieważ była ona pierwszą w mojej karierze.

Nieraz już próbowałem dowiedzieć się od mego przyjaciela, co skłoniło go do zajmowania się kryminalistyką. Dotychczas nigdy jednak nie udało mi się nakłonić go do zwierzeń. Teraz siedział w fotelu lekko pochylony do przodu i rozkładał na kolanach papiery. Po chwili zapalił fajkę i począł je przeglądać.

- Czy wspomniałem ci kiedy o

Wiktorze Trevor? - spytał. - To mój przyjaciel z czasów dwuletniego pobytu w Kolegium. Nigdy nie byłem zbyt towarzyski, Watsonie. Wolałem nudzić się w swoim pokoju, opracowując własne metody myślenia, niż przebywać dłużej w gronie kolegów z mego roku.

Oprócz szermierki i boksu nie

uprawiałem intensywniej innych

rodzajów sportu. Tak samo

kierunek moich studiów

całkowicie różnił się od

zainteresowań kolegów. Nie

miałem więc z nimi żadnej
wspólnej płaszczyzny porozumienia. Trevor był jedynym człowiekiem, którego poznałem bliżej, i to tylko dzięki przypadkowi. Pewnego ranka, gdy schodziłem do kaplicy, pies jego ugryzł mnie w nogę w okolicy kostki. Wprawdzie to bardzo prozaiczny sposób zawarcia przyjaźni, jednak okazał się skuteczny. Musiałem przeleżeć w łóżku dziesięć dni. Trevor zaś odwiedzał mnie, dowiadując się o stan mego zdrowia. Te krótkie pogawędki przekształciły się z czasem w coraz dłuższe wizyty, tak że w rezultacie pod koniec mojej choroby zostaliśmy już serdecznymi przyjaciółmi. Wiktor był przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną, pełnym energii i życia. Pomimo że pod wielu względami stanowił on moje przeciwieństwo, to jednak na większość spraw mieliśmy jednakowe poglądy. Podobnie jak ja nie miał on żadnych przyjaciół. I właśnie to zadecydowało o naszej przyjaźni. Po pewnym czasie Trevor zaprosił mnie do posiadłości swego ojca, która leżała w hrabstwie Norfolk w sąsiedztwie Donnithorpe. Przyjąłem zaproszenie, ustalając, że przyjadę w czasie wielkich wakacji na okres miesiąca.

Starszy Trevor był zamożnym i poważnym ziemianinem.

Przysługiwał mu też tytuł: „I.

P.” Donnithorpe natomiast jest

małą wsią położoną w pobliżu

Broads w północnej stronie

Langmere. Stał tam stary

obszerny dom, zbudowany z cegieł

i drzewa dębowego. Wiodła do

niego piękna, wysadzana lipami

aleja. Okoliczne bagna i

wrzosowiska stanowiły wspaniałe

tereny do polowania na dzikie

kaczki. Ponadto można tam było

łowić ryby. Wreszcie we dworze

Trevorów znajdował się

niewielki, lecz starannie

dobrany ksiągozbiór, jak


przypuszczałem, pozostałość po poprzednich właścicielach posiadłości. Kuchnia też okazała się całkiem niezła. Czegoż więcej potrzeba? Tak. Można tam było przyjemnie spędzić miesiąc wakacji. Tylko człowiek wyjątkowo wybredny miałby może co do tego jakieś zastrzeżenia.

Stary Trevor był wdowcem, a mój przyjaciel jego jedynym synem. Jak słyszałem, miał on jeszcze córkę, która jednak w czasie pobytu w Bromingham zmarła na dyfteryt. Trevor, choć nie odznaczał się wielką kulturą i oczytaniem, to jednak uchodził za człowieka mądrego. Umysł posiadał chłonny, a to, czego się nauczył, dobrze pamiętał. Podróżował wiele i zwiedził niemały szmat świata. Był krępym, tęgim szatynem o cerze brązowej, spalonej słońcem i wiatrem. Żywe, niebieskie oczy spoglądały niemal srogo. W całej okolicy słynął z uprzejmości i filantropii. Znano go również jako łagodnego sędziego, wydającego pobłażliwe wyroki.

Któregoś wieczoru, krótko po moim przybyciu, siedzieliśmy przy poobiedniej szklance porto. Młody Trevor skierował rozmowę na temat moich zainteresowań dotyczących obserwacji i wnioskowania. W tym czasie zdążyłem już ująć je w pewien system, chociaż jeszcze nie przeczuwałem, jak wielką rolę odegrają one w moim życiu. Starszy pan doszukiwał się prawdopodobnie przesady w opowiadaniach swego syna o niektórych z moich doświadczeń.

- No, Mr. Holmes, niech pan teraz wypróbuje swoje zdolności

- powiedział uśmiechając się dobrodusznie. - Może z mojego wyglądu potrafi pan coś wywnioskować? Stanowię podobno doskonały obiekt do dedukcji. - Obawiam się, że raczej nie - odpowiedziałem. - Mimo to pozwolę sobie zauważyć, iż w

ciągu ostatnich dwunastu miesięcy odczuwał pan lęk przed jakąś napaścią czy atakiem.

- Uśmiech zniknął z jego twarzy. Skierował na mnie wzrok, w którym odmalowało się zdumienie.

- W istocie, to odpowiada prawdzie. Wiesz, Wiktorze - zwrócił się do syna - ta banda kłusowników, którą rozbiliśmy, groziła, że nas wymorduje. Sir Edward Hoby został napadnięty. Od tej pory mam się na baczności. Ale zupełnie nie mogę zrozumieć, skąd pan dowiedział się o tym?

- Posiada pan bardzo ładną laskę - odparłem. - Sądząc po napisie, nie może pan mieć jej dłużej niż rok. Mimo to zadał pan sobie tyle trudu, aby rączkę jej wydrążyć i wypełnić roztopionym ołowiem. Dzięki temu laska ta stała się groźną bronią. Z pewnością nie przedsiębrałby pan takich ostrożności, gdyby pan nie obawiał się jakiegoś niebezpieczeństwa.

- Cóż więcej? - spytał Trevor z uśmiechem.

- Za młodu musiał pan

intensywnie uprawiać boks.

- Znowu zgadł pan. Z czego pan jednak to wywnioskował? Czy z tego, że mam trochę skrzywiony nos?

- Nie! - odpowiedziałem. -

Pańskie uszy to zdradzają. Mają one charakterystyczne spłaszczenia i zgrubienia, które znamionują boksera.

- I co dalej?

- Zgrubienia na pańskich dłoniach wskazują, iż długi czas pracował pan przy jakichś pracach ziemnych, posługując się łopatą.

- Tak. Cały swój majątek zdobyłem na „polach złotodajnych”.

- Był pan w Nowej zelandii.

- Znowu trafnie pan odgadł.

- Odwiedził pan również

Japonię.

- Tak jest.

- J. A. to inicjały osoby, z którą łączyły pana bardzo zażyłe stosunki. Później starał się pan o niej zupełnie zapomnieć.

Mr. Trevor uniósł się z wolna. W najwyższym osłupieniu utkwił we mnie swe wielkie, niebieskie oczy. Nagle zachwiał się i upadł zemdlony twarzą na stół między łupiny od orzechów.

Możesz sobie wyobrazić, Watsonie, jak to nas obu przeraziło, jego syna i mnie. Omdlenie jednak nie trwało długo. Gdy rozpięliśmy mu kołnierzyk i skropili twarz wodą, westchnął raz czy dwa razy, wreszcie oprzytomniał i usiadł.

- Ach, chłopcy! - powiedział siląc się na uśmiech. - Chyba nie bardzo was przestraszyłem? Pozornie wyglądam na silnego, jednak mam słabe serce i niewiele potrzeba, aby mnie zwalić z nóg. Nie mogę zrozumieć, Mr. Holmes, jak pan dochodzi do swoich wniosków. Wydaje mi się jednak, że wszyscy detektywi jacy obecnie istnieją i jakich można sobie wyobrazić w przyszłości, są dziećmi w porównaniu z panem. To jest pańskim powołaniem. Niech pan wierzy słowom człowieka, który nieźle zna świat.

Sąd sędziego Trevora, chociaż przesadnie oceniający moje zdolności, stał się punktem zwrotnym w moim życiu. Przekonał mnie on, że to, co dotychczas stanowiło jedynie przyjemne zajęcie amatora, można przekształcić w pracę zawodową.

Wtedy jednak zbyt byłem

zaabsorbowany nagłym

zasłabnięciem mojego gospodarza, by móc myśleć o czymkolwiek innym.

- Mam nadzieję - rzekłem - że nie powiedziałem nic takiego, czym mógłbym pana urazić?

- No, niewątpliwie odkrył pan

moją tajemnicę. - Ale czy wolno spytać, skąd pan o tym wie i co pan wie?

Chociaż mówił to na wpół żartobliwie, to jednak w oczach jego czaiło się jeszcze poprzednie przerażenie.

- To bardzo proste -

powiedziałem. - Gdy obnażył pan rękę, aby wciągnąć do łódki rybę, zauważyłem na zgięciu łokcia wytatuowane inicjały J. A. Można je było odczytać. jednak zamazane kształty liter i plamy na skórze wokół nich świadczą, iż starał się pan je usunąć. Nie ulega więc wątpliwości, iż osoba posiadająca te inicjały była panu kiedyś bardzo dobrze znana. Później natomiast starał się pan o niej zapomnieć.

- Pan jest bardzo

spostrzegawczy! - zawołał z westchnieniem ulgi. - Tak właśnie było, jak pan mówi. Ze wszystkich złych wspomnień najgorsze są wspomnienia dawnych nieszczęśliwych miłości. No, ale chodźmy do pokoju bilardowego na cygaro.

Od tego dnia w zachowaniu Mr. Trevora mimo serdeczności w stosunku do mnie wyczuwałem pewną dozę podejrzliwości. Zauważył to również jego syn.

- Wywarłeś na ojcu tak silne wrażenie - mówił - że nie jest teraz pewien, co wiesz, a czego nie możesz wiedzieć.

Stary Trevor wpradzie starał się nie okazywać mi swej podejrzliwości, jestem tego pewien, jednak nurtowała go nieustannie, tak że nie mógł jej ukryć. Wreszcie nabrałem pewności: to ja jestem przyczyną jego niepokoju. Wtedy postanowiłem zakończyć moją wizytę. Jednak w przeddzień mego wyjazdu zaszedł wypadek, który pociągnął za sobą poważne następstwa. Siedzieliśmy właśnie we trzech w ogrodowych fotelach ustawionych na trawniku.


Podziwialiśmy widok na Broads, rozkoszując się słońcem, gdy z domu wyszła do nas służąca. Oznajmiła jakiegoś mężczyznę, który pragnie widzieć się z Mr. Trevorem.

- Jak on się nazywa? - spytał mój gospodarz.

- Nie chce powiedzieć.

- Więc czego chce?

- Twierdzi, że pan go zna.

Prosi tylko o chwilę rozmowy.

- Przyślij więc go tutaj.

Po chwili zjawił się niski, wynędzniały człeczyna. Zbliżał się ku nam kołyszącym krokiem. Miał na sobie kurtkę z marynarską odznaką na rękawie, koszulę w czerwono_czarną kratę, spodnie z szorstkiego materiału i mocno zniszczone buty. Jego chudą, ogorzałą twarz cechowała przebiegłość. Błąkający się po niej nieszczery uśmiech odsłaniał nierówne, pożółkłe zęby. Dłonie trzymał na wpół zaciśnięte w charakterystyczny dla marynarzy sposób.

Gdy szedł przez trawnik swym niezgrabnym krokiem, Mr. Trevor zerwał się z fotela i pobiegł w kierunku domu. Po chwili wrócił. Gdy mijał mnie, poczułem od niego silny zapach wódki.

- No i cóż, mój przyjacielu, mogę dla was uczynić? - spytał.

Marynarz stał uśmiechając się i patrząc nań spod przymrużonych powiek.

- Nie poznaje mnie pan? - spytał.

- Ależ tak, mój drogi. Z pewnością nazywacie się Hudson.

- W głosie Mr. Trevora wyraźnie brzmiało zaskoczenie.

- Tak, sir jestem Hudson! - odpowiedział marynarz. - Mija już trzydzieści lat od czasu, gdy pana ostatni raz widziałem. Jak widzę, pan osiadł we własnych dobrach. Ja natomiast w dalszym ciągu tułam się po świecie i klepię biedę.

- Sam się zaraz przekonasz, że nie zapomniałem dawnych czasów -

odparł Mr. Trevor i zbliżywszy się do marynarza szepnął: - Idź do kuchni! - Głośno zaś dodał: - Oczywiście, pomogę ci. Zaraz dostaniesz coś do jedzenia i picia.

- Dziękuję, sir! - odparł przybysz, dotykając ręką daszka czapki. - Jestem zmęczony i pragnę odpoczynku. Mam nadzieję, iż udzieli mi go Mr. Beddoes lub pan.

- Ach! Wiesz więc, gdzie mieszka obecnie Mr. Beddoes? - zawołał Mr. Trevor.

- Tak się jakoś szczęśliwie składa, że wiem, gdzie przebywają teraz moi starzy przyjaciele! - odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.

Po tych słowach udał się wraz ze służącą do kuchni. Mr. Trevor w krótkich słowach poinformował nas, iż razem z tym człowiekiem pełnił służbę na statku, gdy wyruszał na poszukiwanie złota, po czym zostawiwszy nas samych udał się do domu. W godzinę później wróciliśmy do domu i zastaliśmy go leżącego na kanapie. Był kompletnie pijany. Całe to zdarzenie sprawiło na mnie bardzo nieprzyjemne wrażenie. Z ulgą opuściłem nazajutrz Donnithorpe, gdyż czułem doskonale, że dalsza moja obecność byłaby dla mojego przyjaciela bardzo krępująca.

Działo się to wszystko w pierwszym miesiącu moich wielkich wakacji. Po powrocie do Londynu następne siedem tygodni spędziłem w swym mieszkaniu, przeprowadzając kilka interesujących doświadczeń z chemii organicznej. Jesień była w pełni i wakacje dobiegały już końca, gdy pewnego dnia otrzymałem telegram od mojego przyjaciela. Błagał mnie, abym niezwłocznie przyjechał do Donnithorpe, gdyż bardzo potrzebuje mojej rady i pomocy. Oczywiście rzuciłem wszystko i pojechałem na północ.


Wiktor przybył po mnie na stację w małym powoziku. Od razu poznałem, że ostatnie dwa miesiące musiały być dla niego bardzo ciężkie. Schudł, postarzał się. Utracił całą wesołość i żywy temperament.

- Ojciec jest umierający! - brzmiały pierwsze jego słowa.

- Nie może być! - zawołałem. -

Co mu się stało?

- Apopleksja. Silny wstrząs nerwowy. Cały dzień walczył ze śmiercią i wątpię, czy zastaniemy go jeszcze przy życiu.

Możesz sobie wyobrazić, Watsonie, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie ta niespodziewana wiadomość.

- Co właściwie spowodowało atak? - spytałem.

- O to właśnie chodzi!

Wsiadaj! Podczas drogi wszystko ci opowiem. Czy przypominasz sobie tego marynarza, który odwiedził nas w przeddzień twojego wyjazdu?

- Doskonale!

- Lecz czy domyślasz się kogośmy wpuścili wówczas do domu?

- Nie mam pojęcia.

- Holmesie! To był szatan! - krzyknął.

Spojrzałem nań zdziwiony.

- Tak, to był szatan we własnej osobie. Od tego czasu nie zaznaliśmy ani chwili spokoju. Ojciec był wciąż okropnie przygnębiony, a teraz umiera. Dostał ataku serca przez tego przeklętego Hudsona.

- Ale jak on do tego

doprowadził?

- Ach! Wiele bym dał, żeby to wiedzieć. Mój stary, kochany, dobry ojciec. Jak mógł wpaść w szpony tego łotra?! Bardzo się cieszę, Holmesie, żeś przyjechał! Mam bezgraniczne zaufanie do twego zdania i rozsądku. Na pewno poradzisz mi jak umiesz najlepiej.

Jechaliśmy szybko równą, jasną
drogą wiejską. Przed nami rozpościerały się pola Broads w blasku promieni zachodzącego słońca.

Po lewej stronie spostrzegłem sterczące ponad gajem wysokie kominy i maszt flagowy, zdobiący siedzibę sędziego Trevora.

- Mój ojciec dał temu łotrowi posadę ogrodnika - odezwał się mój przyjaciel. - Ponieważ jednak to stanowisko nie odpowiadało mu, uczynił go głównym lokajem. Z tą chwilą cały dom zdany został na jego łaskę. Włóczył się wszędzie i robił, co mu się żywnie podobało. Służące skarżyły się na jego pijaństwo i ordynarne obejście, na co ojciec podniósł wszystkim płace jako rekompensatę za te przykrości. Ten łotr, Hudson, brał nieraz łódź i najlepszą strzelbę ojca, aby udać się na „małe polowanie”. A wszystko to robił z tak bezczelną, złośliwą i szyderczą miną, że już nieraz rąbnąłbym go w szczękę, gdyby był moim rówieśnikiem. Powiedz, Holmesie! Cały czas starałem się siłą woli opanowywać. Czy nie byłoby jednak lepiej działać energiczniej? Być może, postępowałem niewłaściwie.

Sytuacja coraz bardziej zaostrzała się. Bezczelność tego bydlaka, Hudsona, stawała się nie do zniesienia, aż wreszcie któregoś dnia, gdy w mojej obecności ordynarnie odpowiedział ojcu, chwyciłem go za kark i wyrzuciłem z pokoju. Podniósł się siny z wściekłości i zmierzył mnie jadowitym spojrzeniem. Zawierało ono większą groźbę, niżby mógł wypowiedzieć słowami. Nie wiem, co zaszło potem między nimi, w każdym razie ojciec następnego dnia przyszedł do mnie z propozycją, abym przeprosił Hudsona. Oczywiście odmówiłem.

Spytałem też ojca, jak może

tolerować chamskie zachowanie


się tego nędznika wobec siebie i reszty domowników.

- Ach, mój chłopcze! - odparł.

- Mówisz tak, bo nie zdajesz sobie sprawy, w jakiej znajduję się sytuacji. Ale powinieneś dowiedzieć się o wszystkim. Wiktorze! Co będzie, to będzie! Pal licho! Ciekaw jestem tylko, czy potem będziesz nadal przekonany o krzywdzie, jaka spotyka twego biednego ojca?

Był bardzo zdenerwowany. Zamknął się w gabinecie i spędził tam resztę dnia. Widziałem przez okno, jak pisał coś w pośpiechu.

Tego wieczoru myślałem, że nadchodzi wreszcie nasze wyzwolenie. Hudson bowiem oznajmił, że odchodzi.

Siedzieliśmy właśnie po obiedzie w jadalni, gdy wszedł. Był mocno wstawiony.

- Mam dość Norfolku! - powiedział grubym i ochrypłym głosem. - Odwiedzę teraz Mr. Beddoesa w Hampshire. Zapewne podobnie jak pan bardzo się ucieszy na mój widok.

- Mam nadzieję, Hudsonie, iż nie odchodzisz z urazą? - spytał ojciec łagodnie i nieśmiało, co w najwyższym stopniu mnie oburzyło.

- Nie otrzymałem jeszcze należnych mi przeprosin! - odparł, patrząc nadąsany w moją stronę.

- Wiktorze! Potraktowałeś tego zacnego człowieka trochę za ostro. Przyznasz chyba? - zwrócił się ojciec do mnie.

- Wręcz przeciwnie! Obaj wykazaliśmy wprost anielską cierpliwość, znosząc jego wybryki! - odparłem. - Takie jest moje zdanie.

- A więc to tak? - warknął. -

Doskonale, kolego. Jeszcze o tym porozmawiamy!

Zataczając się wyszedł z

pokoju i w ciągu pół godziny

opuścił nasz dom. Po jego

wyjeździe ojciec czuł się
kompletnie rozstrojony nerwowo. Co noc słyszałem, jak chodzi po swym pokoju. Wreszcie, gdy zaczął odzyskiwać równowagę duchową, spadł cios.

- Jak to się stało? -

spytałem.

- W zupełnie niezwykły sposób.

Otóż wczoraj wieczorem ojciec otrzymał list. Widniał na nim stempel pocztowy z Fordingbridge. Po przeczytaniu listu ojciec złapał się oburącz za głowę i począł biegać w kółko po pokoju. Robił wrażenie człowieka, który postradał zmysły. Gdy wreszcie udało mi się ułożyć go na kanapie, jedna połowa twarzy wraz z powieką i ustami wykrzywiła się. Zwykła oznaka ataku. Wiedziałem o tym dobrze. Niezwłocznie przybył dr Fordham i razem położyliśmy ojca do łóżka. Porażenie jednak postępowało dalej. Był ciągle nieprzytomny. Wątpię, abyśmy zastali go jeszcze przy życiu.

- Ależ to okropne, Wiktorze! - zawołałem. - Cóż takiego mógł jednak zawierać ten list, iż wywołał tak straszny skutek?

- Nic! W tym właśnie tkwi zagadka. Zupełnie zwykłe i nawet śmieszne zawiadomienie! Och! Mój Boże! Stało się to, czego się obawiałem!

Podczas rozmowy minęliśmy zakręt alei. W gasnącym świetle zachodzącego słońca ujrzeliśmy dwór Trevorów. We wszystkich oknach story były pospuszczane. Gdy podchodziliśmy do drzwi domu, na twarzy mojego przyjaciela pojawił się wyraz rozpaczy. Jakiś mężczyzna w czerni wyszedł nam naprzeciw.

- Kiedy to się stało,

doktorze? - spytał Trevor.

- Prawie zaraz po pana odejściu.

- Czy odzyskał przytomność?

- Na chwilę przed śmiercią.

- Czy zostawił mi jakąś wiadomość?

- Tylko to, że papiery

znajdują się w japońskim gabinecie w głębi biurka.

Wiktor przeprosił mnie na chwilę i udał się wraz z doktorem do pokoju ojca. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak źle, jak wówczas. Zastanawiałem się nad całą sprawą. Cóż mogła kryć w sobie przeszłość Trevora, boksera, podróżnika i poszukiwacza złota? W jaki sposób wpadł w ręce tego bezczelnego marynarza? Dlaczego zemdlał, gdy wspomniałem o na wpół zatartych inicjałach, jakie miał wytatuowane na ręce? Dlaczego wreszcie umarł z przerażenia po otrzymaniu listu z Fordingbridge? Teraz dopiero przypomniałem sobie, iż Fordingbridge leży w Hampshire. Tam też mieszka ów Mr. Beddoes, do którego Hudson wybrał się prawdopodobnie również w celu szantażu. List ten mógł więc pochodzić od niego i zawierać wiadomość o zdradzie tajemnicy jakiegoś przestępstwa, które prawdopodobnie kiedyś, w przeszłości popełniono. Ale list mógł również wysłać Beddoes, chcąc ostrzec starego wspólnika przed zagrażającym im tego rodzaju niebezpieczeństwem. Wnioski te wydawały mi się słuszne. Ale jakim sposobem list o takiej treści mógł być zabawny i pospolity? - bo przecież tak go właśnie określił młody Trevor. Musiał go chyba źle zrozumieć. Prawdopodobnie mamy w tym wypadku do czynienia z jakimś skomplikowanym szyfrem. Właściwa treść ma zupełnie inne znaczenie niż zdania zawarte w tekście. Muszę zobaczyć ten list. Jeśli jest tak, jak przypuszczałem, to z całą pewnością uda mi się go prawidłowo odczytać.

Już prawie godzinę siedziałem

w mroku, gdy moje rozmyślania

nad tą zagadkową sprawą

przerwała zapłakana służąca,

która przyniosła lampę. Zaraz za


nią wszedł mój przyjaciel Trevor, blady lecz spokojny. W ręku trzymał papiery, które teraz leżą tu na moich kolanach. Usiadł naprzeciw mnie, przysunął lampę i podał mi kawałek szarego papieru zawierającego kilka niewyraźnych zdań:

„Polowanie pod Londynem rozpoczęte. Główny łowczy Hudson zarządził chyba wszystko! Wyraźnie już powiedział: Będzie wielka obława! Dlatego trzeba ratować bażancich samic życie”.

Gdy po raz pierwszy czytałem to zawiadomienie, miałem chyba tak samo zdziwioną minę, Watsonie, jak ty przed chwilą. Drugi raz przeczytałem je bardzo uważnie. Te pozornie pozbawione sensu zdania, jak przypuszczałem, kryją w sobie jakąś zupełnie inną treść. Być może, niektóre słowa, jak na przykład |obława, lub |bażancie |samice, miały jakieś umowne znaczenie. Jeśli dobrane zostały całkiem dowolnie, to nie ma nawet mowy, aby je odgadnąć. Tajemnica szyfru, zdaje mi się jednak, nie na tym polega. Nazwisko Hudsona wskazywało na to, że sens zawiadomienia powinien być taki, jaki od początku przypuszczałem. Świadczyło ono ponadto o tym, iż list raczej pochodził od Beddoesa, a nie od marynarza. Spróbowałem czytać tekst od końca. Ale wyrażenie: |życie |samic |bażancich nie dawało wielkiej nadziei na rozwiązanie zagadki. Podobnie skończyło się fiaskiem odczytywanie co drugiego słowa: |polowanie... |Londynem... |główny..., lub też |pod... |rozpoczęte... |łowczy.

Wtem znalazłem właściwy klucz do

szyfru. Ułożyłem tekst,

wybierając co trzecie słowo,

począwszy oczywiście od

pierwszego. Tak! Teraz powstało

ostrzeżenie, które rzeczywiście
mogło doprowadzić do rozpaczy starego Trevora. Treść jego przeczytałem Wiktorowi. Była krótka i zwięzła:

„Polowanie rozpoczęte. Hudson wszystko powiedział. Obława! Ratować życie”!

Młody Trevor ukrył twarz w drżących dłoniach.

- Tak też chyba było! To gorsze niż śmierć! - jęknął. - To jeszcze hańba! Ale jakie mogą mieć znaczenie takie wyrazy, jak: |główny |łowczy lub |bażancie |samice?

- Dla samej treści ostrzeżenia nie posiadają one żadnego znaczenia. Ponieważ jednak nie możemy ustalić nadawcy listu, mogą one nam w tym bardzo pomóc. Widzisz sam, iż autor zaczął pisać |polowanie...

|rozpoczęte... i tak dalej, pozostawiając luki. Następnie w puste miejsca wpisał po dwa słowa, zgodnie z umówionym szyfrem. Były to pierwsze lepsze słowa, jakie mu przyszły na myśl. Między nimi wiele związanych jest z łowiectwem, co świadczyłoby o tym, iż autor listu był chyba zapalonym myśliwym lub hodowcą. A czy wiesz coś o tym Beddoesie?

- Teraz gdy o niego spytałeś - odparł - przypominam sobie, iż każdej jesieni przysyłał memu nieszczęśliwemu ojcu zaproszenie na polowanie. Urządzał je w swoich terenach łowieckich.

- Nie ulega więc wątpliwości - odparłem. - To on jest autorem listu. Teraz pozostaje nam tylko wyjaśnić tajemnicę, którą znał marynarz Hudson, a która stanowiła taką groźbę dla obu tych zamożnych i poważnych ludzi.

- Obawiam się, Holmesie - powiedział mój przyjaciel - że za tym wszystkim kryje się hańba i zbrodnia. Przed tobą jednak nie chcę nic ukrywać. Oto

oświadczenie ojca, które napisał, gdy przekonał się, iż grozi mu niebezpieczeństwo ze strony Hudsona. Zgodnie ze wskazówkami doktora znalazłem je w japońskim biurku. Weź i przeczytaj mi je, gdyż sam na to nie mam ani dość siły, ani odwagi.

- To są właśnie te papiery,

Watsonie, które wówczas mi wręczył. Teraz odczytam je tobie, podobnie jak w tamtą noc czytałem jemu w starym gabinecie. Jak widzisz na okładce widnieje tytuł: „Dzieje statku „Gloria Scott”” od chwili wypłynięcia z Falmouth dnia 8 października 1855 do momentu jego katastrofy na 15/020~* szerokości północnej i 25/014~* długości zachodniej dnia 6 listopada tegoż roku. Spisane zostały w formie listu. A oto ich treść:

Mój drogi synu!


: 2010
2010 -> Formularz cenowy Pakiet 1
2010 -> Język polski -„Słowa na czasie „ Podręcznik do kształcenia literackiego i kulturowego, klasa 1, Małgorzata Chmiel, Wilga Herman, Zofia Pomorska, Piotr Doroszewski, wyd. Nowa Era. Język polski
2010 -> 12 lipca – poniedziałek ck zamek, godz. 10. 00 (Grupy A1, C1, D1, E1, F1) wstęp wolny
2010 -> Iii turniej z cyklu Grand Prix Ziemi Pszczyńskiej w Piłce Ręcznej
2010 -> Dr hab inż. Krzysztof Stypuła, prof. Pk politechnika Krakowska Wydział Inżynierii Lądowej Instytut Mechaniki Budowli rozwój komunikacji podziemnej metro czy premetro w Krakowie?
2010 -> IdeaCentre A310 i A700 – Lenovo wprowadza na polski rynek dwa nowe komputery typu all-in-one
2010 -> Informacja prasowa Warszawa, 10 grudnia 2010 r. Stylowe święta z Lenovo premiera U260
2010 -> Plan ochrony dla rezerwatu przyrody „Kępa redłowska”
2010 -> Absolutorium za 2009 rok
2010 -> Biznes społecznie zaangażowany na uczelniach wyższych

Pobieranie 0.85 Mb.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna