Brat antoni, na drugie imie ave



Pobieranie 21.7 Kb.
Data03.05.2016
Rozmiar21.7 Kb.
O. Leonard Głowacki OMI
BRAT ANTONI, NA DRUGIE IMIE - AVE
Rok Maryjny, przedłużony dla nas z łaskawości Ojca św. o kilka miesięcy, jest także poszukiwaniem wzorów pobożności ma­ryjnej. Nie może więc w jego przeżywaniu zabraknąć miejsca na człowieka, który swoim postępowaniem zdobył u postronnych tak niezwykłe imię: Ave, Brat Ave. Rozumiemy wszyscy to słowo, choć jest łacińskie: Zdrowaś. Ileż to razy śpiewamy pełną piersią: Ave, Ave, Ave, Maria!

Bratem Ave został w dalekiej Kanadzie, na Północy, syn Wiel­kopolskiej Ziemi, dziecko polskiej wsi i chłopskiej chaty - Anto­ni Kowalczyk. Nazwa wsi: Dzierżanów, tak bardzo swojska nam, rdzennie polska, nastręcza niemałych trudności obcokrajowcom, gdy chcą wymówić ją poprawnie. Szkoda, że nie mogą zobaczyć samej wsi, która jest piękna i charakterystyczna. Latem tonie wśród zieleni, a krągły rok wita przybywających szczególnym klimatem życz­liwości i dobrosąsiedztwa.

Sytuację poprawia nieco łatwiejsza dla cudzoziemców nazwa pa­rafii: Lutogniew. Odległość między wioskami niewielka, zaledwie dwa kilometry, toteż dzwonienie z wieży lutogniewskiego kościoła niesie się wyraźnie nad Dzierżanowem, a trafia do samych serc. Sięga ono także do pobliskiego Krotoszyna, w kierunku wschodnim, i wszyscy słuchają go radośnie, bo w nim brzmi nuta maryjna. Lutogniew to stare sanktuarium Matki Boskiej Pocieszenia, słynące w Archidiecezji Poznańskiej wzruszającym obrzędem błogosławienia dzieci podczas uroczystości odpustowych.

I to jest świat młodości Antoniego. Jednak młodość dziecka polskiego, urodzonego w 1866 roku w Poznańskiem, miała swój ból specjalny, który w tym wypadku wycisnął znamię na całe życie. Z germanizującej szkoły, która zamiast pogłębiać kulturę mowy oj­czystej, nachalnie wtłaczała obcy dzieciom język niemiecki, nie wyniósł podstawowego zasobu wiedzy o strukturze wypowiedzi. Stra­conego czasu nie będzie już miał okazji nadrobić i w opanowaniu języków obcych będzie to stanowiło barierę, często źle rozumianą, choć był człowiekiem bystrym, pojętnym i zdolnym.

Życie religijne również doznawało ograniczeń. W Lutogniewie by­li tzw. księża majowi, czyli naznaczeni przez władzę kościelną, ale nieuznawani przez władze cywilne. Nie tylko więc nie mogli odpra­wiać publicznie, ale musieli się ukrywać. Swoją posługę kapłańską pełnili potajemnie. W ukryciu przygotowywali także dzieci do pier­wszej komunii św. I to trzeba było przeżyć młodemu Antosiowi, aby tym bardziej mógł docenić dar wiary i rolę ogniska domowego.

Rodzina Kowalczyków była liczna. Antoni przyszedł na świat ja­ko szóste dziecko. Po nim rodziły się dalsze. Śmierć zabrała kilko­ro, jednak i dla tych było skąpo na małym gospodarstwie rolnym. Ojciec dorabiał stolarką, syna posłał najpierw do majstra kowal­skiego do Krotoszyna, a potem - ówczesnym zwyczajem - na Zachód, aby swój fach udoskonalił i zarobił trochę grosza dla rodziny.

Jednak gdy tak wszystko toczyło się według ludzkich planów, całkiem niespodzianie w życie Antoniego wkroczył Bóg, odsłania­jąc swoje plany wobec niego. Będąc w Niemczech, młody Kowalczyk dowiedział się o zgromadzeniu misyjnym misjonarzy oblatów Maryi Niepokalanej, w którym obok kapłanów są bracia zakonni, jako nie­zbędni współpracownicy w dziele ewangelizacji. Sam o zakonie nie myślał, ale modlitwa w jego życiu była czymś niezmiernie ważnym. Niedziele i święta spędzał na nawiedzaniu kościołów, aby uczest­niczyć we Mszach świętych, adorować Najśw. Sakrament, modlić się do Matki Bożej przed Jej figurami i obrazami. I gdy tak klęczał kiedyś przed tak zwaną Czarną Madonną w Kolonii, doznał oświecenia, aby się zgłosił na brata zakonnego. Światło było tak jasne, że oso­biście nie miał wątpliwości. Pozostało tylko przekonać rodzonego ojca, który właśnie miał pewne wątpliwości znając żywość usposo­bienia swego syna.

Po wymianie korespondencji z rodzicami, Antoni zgłosił się do nowicjatu i do Dzierżanowa pojechał już tylko po to, aby się pożegnać. Ostatnim aktem rodzinnego spotkania była Msza Św. w kościele parafialnym przed cudowną Matką Pocieszenia i modlitwa przed ołtarzem św. Józefa. W niespełna dwa tygodnie później, 1 października 1891, miał przywdziać strój zakonny. Dopiero pod koniec życia wyznał wielką tajemnicą tego dnia, która stanowi klucz do zrozumienia wielu spraw w jego dziejach.

Był to może najbardziej dramatyczny dzień w jego życiu i pod­jął decyzję, która na pewno kosztowała go najwięcej. W czasie na­bożeństwa w kaplicy klasztornej, gdy miał otrzymać habit zakonny, najpierw czuł gwałtowne pokusy, aby odejść, potem z kolei usilne naleganie łaski, aby złożyć z siebie pełną ofiarę Bogu. Z wszyst­kiego, co mu najdroższe na świecie. Wzywał go Pan głosem dochodzą­cym od figury Serca Jezusowego. Antoni, jakby ugodzony tym żąda­niem, czując swoją niemoc jak wobec rzeczy niemożliwej, zwrócił się do Matki Boskiej, ale Ona też okazała się nieustępliwa. Osa­czony trudną łaską, do której - jak mu się wydawało - nie miał dość siły, skierował błaganie do św. Józefa. Lecz i Cieśla z Na­zaretu stanowczo stanął po stronie Bożych planów. Wtedy Antoni złożył swój prywatny ślub, że więcej do domu nie wróci, rodziców nie zobaczy i ze zgromadzenia zakonnego nie wystąpi.

Po tej decyzji wszystko stało się radością i pokojem. W swoim czasie powie, że gdy zaczął nowicjat, to był jak w niebie. Ota­czający go tego nie wiedzieli, ale wszystkim podpadał jego duch modlitwy, pracowitość, posłuszeństwo i nieustanna praca nad sobą, aby opanować popędliwość, wybuchowość, miłość własną. Uderzająca była zwłaszcza jego cześć dla Matki Najśw. i wiara, z jaką się modlił w różnych określonych intencjach.

Jako młody zakonnik posłany został do pracy w gimnazjum misyj­nym w Valkenburgu w Holandii. Wkrótce stało się podziwieniem dla wszystkich, jak przez ufną modlitwę rozwiązywał wszelkie kłopoty. W kuchni awaria instalacji wodnej, nikt nie może znaleźć przyczy­ny - wzywają brata Antoniego. Przyszedł, popatrzył. – „Dobrze, zmó­wimy Ave”. I klęka nie patrząc na nic, odmawia swoje Ave, potem wstaje, uderza trzonkiem młotka w rurę. Już po awarii, woda leci. Maszyna parowa nie chce ruszyć - ta sama recepta i ten sam skutek. „Czyście odmówili Ave?” „Trzeba odmówić Ave”, „Trzeba mieć wiarę”. Zamia­st dziękuję - też : „Zmów Ave, to lepsze”. Ktoś pomógł jemu, zrobił jakąś przysługę. – „Ja za ciebie zmówię Ave”. Składając życzenia, do­łączał Ave, pocieszając smutnych - obiecywał Ave, z przełożonymi w trudnych sytuacjach łączył się solidarnie przez 1000 Ave. I tak - na oczach wszystkich, a nie wiedzieć kiedy - narodził się Brat Ave.

Z taką renomą jadąc na misje do Kanady w 1896 roku, jako cenio­ny mechanik i człowiek wielkich talentów, był oczekiwany przez mi­sjonarzy Północy z radością i nadzieją. Czekały na niego młyn i tartak poruszane przez maszynę parową, której brakowało obsługi. Powitano go w Edmontonie i stamtąd ruszyli karawaną do placówki misyjnej Lac La Biche. Przy wielu przygodach, jakie ich wówczas spotkały, najbardziej utkwiło im w pamięci jedno wydarzenie. Warto je wspomnieć. Na mokradle konie zaczęły lgnąć w błocie i nie było sposobu, aby posuwać się dalej. Wtedy brat Antoni ukląkł do modli­twy. Po upływie około godziny, która wszystkim wydawała się bardzo długa, kazał zaprzęgać i jechać. Ruszyli jak po twardym gruncie. Patrzyli na siebie nawzajem zakłopotani, z poczuciem winy, że w krytycznym momencie uważali to osobliwe wymadlanie się wśród bajora za stratę czasu. Jeszcze naprawdę nie wiedzieli, że to drugie imię brata Antoniego ma aż takie pokrycie. I będzie Bratem Ave coraz bardziej. Za rok przyszło nieszczęście. Brat mechanik stracił prawą rękę.

Maszyna zmiażdżyła dłoń po łokieć. Zanim dotarli do szpitala, ręka stała się nie do uratowania. Trzeba było amputować. Zamiast narkozy stosowano wówczas przywiązywanie pacjenta do stołu. Antoni uznał to za zbędne. Ukląkł, odmówił trzy Ave, potem się położył, do lewej ręki wziął misjonarski krzyż i wpatrzony w Chrystusa był gotów do zabiegu.

Gdy na następnej placówce, w misji Św. Pawła, stanął do pracy mając tylko lewą rękę - z czasem prawą uzupełniono dość prymitywną protezą - swoje ograniczone możliwości naturalne tym więcej musiał uzupełniać modlitwą. Czynił to po mistrzowsku. Kaleka, jednoręki, wkrótce stał się tym, który najwięcej się modli i najwięcej pracu­je, zawsze z lepszym skutkiem od innych. W ogrodzie Antoniego rosły najpiękniejsze warzywa, maszyna miała większą wydajność, gdy on ją obsługiwał, słuchały go zwierzęta i rzeczy martwe. Zepsuty zegarek? Brat go rozebrał, a potem - Ave. Wystarczyło. Zepsuł się silnik? - Potrzebne Ave. Zaciął się zamek, zamarzła rura, coś się zgubiło ? - Ave, zmówmy Ave. Zgłodniałym na przednówku świniom coś wytłuma­czył, potem ukląkł, pomodlił się i głośno recytując Ave wprowadził je na miedzę między stajami owsa. Przeszły gęsiego, nie robiąc żadnej szkody.

Największą część swego życia spędził w Edmontonie, w Kolegium św. Jana. ówcześni wychowankowie do dziś wspominają jego Ave i jak w każdej sprawie radził się modlić: Módl się do Matki Boskiej, Ona dobra, pomoże. Zmów Ave, zapal Jej lampkę, złóż ofiarę... Bo pale­nie świeczek i lampek to była jedna z jego ulubionych form okazywania miłości Matce Najświętszej. To było jego żywe Ave. Pieczoło­wicie zbierał grosiki (centy) na lampki, ale także potrafił zebrać poważne sumy na ołtarz do kaplicy i na wybudowanie groty. On wie­dział, że nabożeństwo do Matki Bożej powinno mieć różne wymiary, lecz niezmiennie musi być wiara i ufność. - Nie modlisz się, nie ufasz, więc nie kochasz Matki Niebieskiej, oto jego rozumowanie.

Masz strapienie, szukasz pociechy? - Idź, pomódl się do Maryi. Siejesz ziarno? - Przeżegnaj i mów Ave, pięknie wyrośnie. Aby pokonać trudności w pracy, wytrwać w powołaniu - jedyna droga: musisz się modlić. Ave.

Zdawałoby się to za proste, aby mogło być skuteczne, i za mało, a przecież słuchali go Indianie, Metysi i Biali, ucznio­wie i profesorowie, ludzie świeccy i kapłani. Już raz słyszeli, a w trudnej chwili znowu do niego szli, aby przyjąć tę samą na­ukę i zobaczyć, jak on się modli. Bo za słowami - cała jego oso­bowość, urobiona przez niekończące się zdrowaśki. Brat Ave.

Zmarł 10 lipca 1947 roku i złożony został na cmentarzu mi­syjnym w St. Albert koło Edmontonu. Proces beatyfikacyjny w toku, a jego misja nie ustaje. Coraz więcej ludzi doznaje po­mocy za jego wstawiennictwem i uczy się od niego prawdziwej modlitwy maryjnej.

Taki był Antoni Kowalczyk z Dzierżanowa, Brat Antoni, któremu na drugie imię : Ave.

o. Leonard Głowacki OMI


Poznań, 6 sierpnia 1988






©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna